poniedziałek, 2 lutego 2026

ZIMA TRZYMA

 

Kotki 💕
Po lewej kotek, którego ulepiłyśmy z Dorotą w Warszawie, po prawej kotek z Olsztyna, którego zrobiłam sama. Znalazłam kiedyś takie zdjęcie w sieci i wreszcie wypróbowałam w sprzyjających warunkach😉

  Dziś było najzimniej od początku mrozów, -22 stopnie.  Zima trzyma, a ja też. Staram się trzymać.  Bo jak zwykle początek nowego roku przyniósł mi zły nastrój, który tym razem, jak chyba nigdy dotąd, trwał prawie do końca stycznia. Najczęściej kończyło się to po kilku dniach, a w tym roku jakoś nie chciało się skończyć. Co zabawne, nie zauważyłam tak zwanego blue monday, ale to dlatego, że akurat miałam moje zwykłe zastrzyki i to tym razem w oboje oczu. Byłam więc tak zdenerwowana, że depresyjne nastroje nie miały pola do popisu 😉
A wszystko wróciło do normy, kiedy 29 stycznia przyjechała córka. Czas spędzony razem dodał mi energii i radości, liczę na to, że tak zostanie.

   


Zdjęcia z niedzielnego, mroźnego spaceru.


Bardzo niedaleko ode mnie, jakieś 8 - 10 minut spacerem, otwarto bardzo ciekawe miejsce "Sklepik ze świętym spokojem". Można się tu napić świetnej kawy, zjeść pyszne ciasto, a poza tym organizowane są różne warsztaty (zarówno rękodzieła jak i innych umiejętności), oraz koncerty i spotkania autorskie. W styczniu wzięłam udział w warsztatach białego śpiewu  (nie, żebym liczyła na to, że nagle zacznę śpiewać dużo lepiej, ale żeby pośpiewać w grupie), w koncercie muzyki irlandzkiej i w koncercie Rafała Bohatyrewicza (po koncercie kupiłam płytę z utworami muzyka). Za każdym razem zmuszałam się do wyjścia z domu, za każdym razem bawiłam się świetnie i za każdym razem znów wpadałam w styczniowy zły nastrój.

 



  "Sklepik" jest pełen staroci, które dają wrażenie przytulnej domowości, jest też miejscem wystaw obrazów. W tej chwili jest, o ile się nie mylę, trzecia, i jest to wystawa obrazów twórczyni tego miejsca, Marty Markuszewskiej. Obrazy są inspirowane magicznymi istotami z folkloru warmińskiego i dodatkowo do każdego z nich artystka zrobiła odpowiednią lalkę. Są piękne, ale nawet nie myślę o kupieniu, bo, po pierwsze, kompletnie nie mam gdzie takiego obrazu z lalką wyeksponować, a po drugie, cena jest z pewnością zaporowa, dla mnie oczywiście.

    W ostatnim tygodniu skończyłam zrobione na zamówienie córki misie, które przeznaczyła na prezenty dla koleżanek spodziewających się dzieci. Dorota zamówiła dwa, ja z rozpędu (i chęci zobaczenia, jak to wyjdzie z innej tkaniny) zrobiłam cztery. To proste misie, wykrój pochodzi z sieci i bij-zabij, nie mam pojęcia z jakiej strony, bo pierwszego misia robiłam kilkanaście lat temu. Największy problem miałam z wyszyciem pyszczków, bo nie chciałam żadnych elementów, które mogłyby się odpruć, oczywiście ze względu na bezpieczeństwo dzieci. A że hafciarka ze mnie marna, to wyszło, jak wyszło.

   

Misie u góry zamówiła Dorota.

Zima, jak już powiedziałam, trzyma i prognozy długoterminowe nie przewidują w naszym regionie wzrostu temperatury powyżej zera co najmniej do połowy lutego, więc trzymajcie się, Kurki, ciepło. Do wiosny już bliżej niż dalej 😊

środa, 7 stycznia 2026

MAMY ZIMĘ

 


Zimowy spacer.

W lapidarnym kontraście

czerń i biel.


 



    Przyznaję się bez bicia; chciałam, żeby choć na krótko przyszła normalna zima. Taka ze śniegiem i mrozem. No i i przyszła, choć trochę przerosła moje oczekiwania, bo według niektórych prognoz ma potrwać nawet do początków lutego. Straszą nas śniegiem i arktycznym mrozem, ale mróz na razie mało arktyczny - nie, żebym żałowała, ale czternaście stopni poniżej zera w nocy? Bez przesady. Jednak opady śniegu znów mogą utrudnić życie wielu ludziom, chociaż są bardzo potrzebne, bo mogą też zredukować suszę.
    Mam to szczęście, że nie używam samochodu, poruszam się komunikacją publiczną i na własnych nogach, więc śnieg mi nie straszny - no, chyba że napada go bardzo dużo. Wczoraj wykorzystałam te własne nogi i poszłam na spacer do parku Jakubowo. Było słonecznie, lekki mrozek około -2 stopni, praktycznie bez wiatru - pogoda fantastyczna. 


    W takie dni z zachwytem obserwuję świat. Okrywający go śnieg wszystko zmienia, maluje niesamowite obrazy, podkreśla kontrasty, łagodzi kształty i wyostrza cienkie linie. Napadało go tyle, że parkowe krzewy zmieniły się w pagórki, zamarznięta tafla jeziorka Mummel stała się miękka i aksamitna, za to drobne gałązki nieokryte śniegiem były ostre i wyraźne jak narysowane tuszem na białym papierze. To co brudne i brzydkie zmieniło się w czyste i piękne, zrobiło się jasno i cicho, bo gruba warstwa śniegu odbijała światło i pochłaniała dźwięk.






    Na środku parkowego stawu, w przerębli, zgromadziło się mnóstwo kaczek, były też dwie wrony i jakaś mewa, a w drugiej, mniejszej, tuż przy brzegu, również rodzina łabędzi - rodzice z piątką już prawie całkiem białych młodych. Było tam kilka osób, które przyniosły jedzenie. Popatrzyłam - nie chleb na szczęście, tylko kasza i warzywa.





   A śnieg, jak wytrawny malarz, bawił się światłocieniem niezależnie od kierunku padania promieni słonecznych, igrał z fakturami, uwydatniał kształty. Sprawił, że subtelne kolory, które bez niego są niemal niezauważalne, nagle stały się widoczne.








    Nie raz mówiłam, że lubię zimę, choć potrafi być nieprzyjemna, a nawet groźna. Jednak jeśli jest taka jak podczas wczorajszego spaceru, budzi tylko czysty zachwyt.

Edit:
Spróbowałam haiku; co myślicie?
Edit 2:
Poprawiłam po uwagach Dory. Rzeczywiście  jest lepiej, również moim zdaniem, choć formalnie ciut się nie zgadza ;) Niemniej w haiku treść jest bardzo istotna.

środa, 31 grudnia 2025

NOWOROCZNIE

     Darowałam sobie post, który mogłabym zatytułować "Poświątecznie", bo przecież od Świąt minęło zaledwie kilka dni, a już za pasem Nowy Rok. Jednak nie czuję z tego powodu ani zbytniego optymizmu, ani tym bardziej euforii, jak to było jeszcze kilka (niecałe dziesięć!) lat temu.


     Zastanawiałam się, jak to się stało, ale tu nie ma czego rokminiać, bo to jasne jak słońce. Otacza nas świat bardzo nieprzyjazny; to co się dziś wokół nas wyprawia jest w ogromnym stopniu nieakceptowalne, przynajmniej dla mnie. A mnie, jak dobrze wiecie, spotkała osobista tragedia, a także kilka trochę mniej złych, ale również bardzo smutnych zdarzeń. Pomijam już nawet kłopoty zdrowotne, bo one są ogarnięte, ale też nie wpłynęły na mnie pozytywnie. Bo i z czego tu się cieszyć, kiedy brak nadziei na lepsze czasy?



    Przywiązujemy wagę do tych wszystkich granicznych dat i one są ważne przede wszystkim dlatego, że sami im
- my, ludzie - nadajemy znaczenie. Porządkuje nam to jakoś rzeczywistość, skłania do podejmowania określonych działań, takich jak choćby postanowienia noworoczne. Ja takich postanowień nie robię, raczej myślę życzeniowo, pragnąc, żeby mi się coś spełniło. Owszem, postanawiam czasem coś zrobić, ale nie dlatego, że akurat mamy  Nowy Rok. To dzieje się ciągle i z całkiem prostych przyczyn, np. dlatego, że jest potrzebne. To jest zwykła codzienność.
Chętnie się jednak dowiem, czy wy macie postanowienia noworoczne i jakie, jeśli zechcecie o tym opowiedzieć.


    I jeszcze moje dla was najserdeczniejsze  noworoczne życzenia. A choć zawsze życzę wam dobrze, to z okazji nadchodzącego Nowego Roku składam życzenia specjalne:

- żeby świat stał się lepszy pod każdym względem,

- żeby ludzie się lepiej rozumieli,

- żeby nam wszystkim i naszym rodzinom dopisywało zdrowie,

- żeby poprawiła się nam sytuacja materialna (jakaś wygrana  na przykład albo podwyżka, albo lepsza praca;)),

- tym co tworzą - weny,

- samotnym - dobrych ludzi wokół,

- zalatanym - odpoczynku i spokoju,

- każdemu - dużo miłości,

- wybierającym się na bale i w gości - wesołej zabawy,

- zostającym w domu - atrakcyjnego/spokojnego wieczoru,

- zwierzętom - jak najmniej fajerwerków (wiem, że bez fajerwerków tak całkiem jeszcze się nie da)

- i w ogóle wszystkim wszystkiego najlepszego 💖💖💖

    W Warszawie spadł śnieg, więc mogłam wrzucić zimowe zdjęcia;)



     Pierwsze zdjęcie zrobione przed zmierzchem, Widać ile napadało w nocy. Trzy kolejne, kiedy wyszłyśmy z córką do sklepu po siedemnastej. Śnieg padał raczej drobny, ale duło okrutnie. A u mnie w Olsztynie podobno armagiedon. Siostra dzwoniła.
 
Czołgiem Kureiry! To mówię ja, PrezesKura!
Ninka napisała o tym wszystkim, co i mnie chodzi po głowie, a właściwie defiluje krokiem marszowym w rytm werbli, żeby było bardziej dobitnie. Świat ocipiał, ale my się nie damy. Próbuję się dystansować i nie zagłębiać, chociaż tak całkiem to się nie udaje. Paradoksalnie i na przekór światu, tutaj znalazłam niesamowity spokój i równowagę - takie, jakich w życiu nie zaznałam, a Kurioza stała się moim miejscem na ziemi. Nie lubię powiedzenia, że wszystko dzieje się po coś, ale czasem myślę, że może jednak coś w tym jest? I to są moje dla Was życzenia na Nowy Rok - nie, żeby zadziało się niefajnie, ale jeśli już musi, niech obróci się w dobro, spokój i równowagę. Bądźcie zdrowe, piękne i młode! A jeśli kasa spadnie z nieba, to bierzcie!
Na moim jeziorze też zima, jest pięknie, ale i tak już czekam na wiosnę!

 

piątek, 26 grudnia 2025

I... ŚWIĄTECZNIE!

 

 Bo wciąż jeszcze Święta, w tym roku dłuższe (jako że doszedł weekend) i przy tej okazji życzę wszystkim Kurkom oraz innym czytającym tego bloga,

żeby nam się pospełniało,
żeby nam się układało,
żeby zdrowie się trzymało,
żeby się pieniądze miało,
no i żeby nam się chciało!





    Siedzę obok choinki, popijam herbatkę i spać mi się chce okrutnie. Od jutra odpoczywam poświątecznie, a w niedzielę jadę na kilka dni do córki. Cieszcie się przedłużonym świętowaniem, wszystkiego najlepszego!




środa, 17 grudnia 2025

PRZEDŚWIĄTECZNIE

     To jeszcze nie jest post świąteczny, bo mi mało świątecznie jakoś. Czyli po prostu mam doła.  Niby dekoruję, niby sprzątam trochę... Staram się rozłożyć te wszystkie czynności w pozostałym do świąt czasie, żeby potem nie paść ze zmęczenia. Bo przecież Wigilia u mnie, a robię to wszystko sama; córka przyjeżdża dopiero we wtorek rano, a z siostrą dzielimy się tylko gotowaniem. 

    Byłam na świątecznym jarmarku, zaliczyłam dwa koncerty i wspólne śpiewanie kolęd. Koncerty bardzo dobre - nasz dżezowy Warmia Swing, o którym już wspominałam, zagrał  (jak to się mówi) swoje na wysokim poziomie, a na drugim koncercie dali czadu Trebunie-Tutki. Można nie lubić góralskiej muzyki (ja akurat lubię), ale nie sposób odmówić im profesjonalizmu i charyzmy. To zespół folkowy i cała ta góralszczyzna jest pięknie podrasowana. Dali cudny koncert, z częścią kolędową, zaproszeniem do wspólnej zabawy z turoniem chodzącym między publicznością, podśpiewującą miedzy zwrotkami refren: "Kłap, kłap, kłap, idzie cap"  (udało mi się nawet poklepać turonia po grzbiecie). Było też trochę tańca. Bardzo mi się podobał głos wokalistki, moim zdaniem nietypowy.
Do śpiewania kolęd się oczywiście przyczepię, bo prowadzący muzycy nie zadbali o to, żeby trochę dopasować tonacje do niezbyt wprawnych głosów, ale i tak było miło.
Inne koncerty sobie odpuściłam, a w niedzielę świętowałam imieniny przy kawce z ciachem. Byłyśmy z siostrą i siostrzenicą w bardzo fajnej kawiarence, gdzie mają rewelacyjne ciasta, szczególnie bezę - teraz w sezonie zimowym bezę dacquoise.



    Jednak to wszystko - i przygotowania, i jarmark, i imieniny - dzieje się jakoś poza mną, nie pochłania mnie jak kiedyś. Tak już było po odejściu Jacka, a teraz przyczyna jest ta sama. Jeszcze o tym nie pisałam, ale odeszła moja przyjaciółka Lidka, ta z którą współpracowałam przy pisaniu piosenek. Pisałam o tym tylko na fb i nie chcę się za bardzo rozpisywać. W kwietniu Lidka przewróciła się, w mieszkaniu, i złamała kręgosłup w trzech miejscach. Nie mogła wstawać, wszystko trzeba było przy niej robić. Kiedy ją ostatnio odwiedziłam, była już w dużo lepszej formie, siadała, oczywiście z pomocą, a nawet przy pomocy opiekunek wstawała z łóżka, żeby np. zjeść na siedząco posiłek, czy zagrać na pianinie. Miała nawet zaplanowaną rehabilitację, choć i tak ćwiczyła trochę z opiekunkami. 26 listopada opiekunka przyszła jak zwykle rano i nie mogła Lidki dobudzić. Lidka odeszła, nie odzyskując przytomności.

Tego dnia sypał u nas przepiękny śnieg, a ja napisałam wiersz.


Lidce

Otwierasz oczy

patrzysz przez okno
na sypiący śnieg

wysoko
tam skąd spada
widzisz
jaśniejący w łagodnym świetle
najwspanialszy
biały
fortepian

zrywasz się z łóżka
lekka
nieważka
w zachwycie
przeskakujesz
z płatka na płatek
coraz wyżej
i wyżej

żeby zagrać...

 

Olsztyn, 26.11.2025r.


    I teraz znowu jestem w tym stanie, kiedy nic tak naprawdę nie cieszy i na dodatek nic mi się nie chce robić. Zrobiłam na przykład tylko cztery kartki świąteczne, kreatywność mi okropnie siadła. Przejdzie mi, wiem, ale na razie jest trudno. Po raz kolejny przekonałam się, że lepiej niczego nie odkładać.
Ja odłożyłam "na przyszły tydzień" odwiedziny u Lidki...


    Zdjęcia trochę od czapy - wioska barstuków -  świąteczna instalacja pod Wysoką Bramą, w dziurze z odkrytą w wyniku badań archeologicznych rondelą. Były plany odizolowania tego wykopaliska przez położenie płyty z pancernego szkła, ale chyba funduszy zabrakło. Obiekt ma być zabezpieczony i zakopany z powrotem.




piątek, 21 listopada 2025

CO BYŁO, CZEGO NIE BYŁO I CO BYĆ MIAŁO

        No, paczajcie! Minął ponad miesiąc, a przeleciało jak mgnienie oka! Co prawda był powód, dla którego czekałam, żeby napisać nowy post, ale jedno zdarzenie (nie piszę wydarzenie, bo to zbyt górnolotnie) nie doszło do skutku, a na  rezultat drugiego muszę jeszcze poczekać, jednak coś naskrobać kurzym pazurem trza. No to skrobię.
    Po pierwsze znów o książkach. Przeczytałam wreszcie wyczekane  w bibliotecznej kolejce "Życie Violette" Valerie Perrin i jestem zachwycona. Czytałam przedtem dwie jej książki, "Colette" i "Cudowne życie" i obie bardzo mi się podobały, ale "Violette" jednak najbardziej. Mam zwyczaj, czytając, polemizować w myślach z bohaterami, zastanawiać się, co bym zrobiła tak jak oni, a co inaczej. Choć w przypadku Violette  nie zrobiłabym prawie nic tak jak ona, to jednak niemal weszłam w jej skórę i odczuwałam jej losy jak własne przeżycia. Perrin pisze tak, że łatwo za nią podążać, uruchamia naszą empatię.
    Druga książka, o której chcę napisać, to książka zeszłorocznej noblistki Ha Kang "Nie mówię żegnaj", która jest utrzymana w konwencji onirycznej i nie wiemy w gruncie rzeczy, co w niej jest realne, choć w częściach dotyczących historii jest dokładna i logiczna, taka reporterska. Całość dzięki kontrastowemu zestawieniu wstrząsających faktów z nierealną rzeczywistością bohaterki jest niesamowita i fascynująca.
    W czasie tego miesiąca przeczytałam również trylogię "Wendyjska winnica" Zofii Mąkosy, wspaniałą opowieść o losach ludzi z okolic Zielonej Góry, obejmującą czasy wojny oraz tuż przed- i tuż powojenne. Bardzo piękna, siłą rzeczy tragiczna opowieść. W ogóle po książki Zofii Mąkosy warto sięgać, autorka pisze świetnie, zawsze ciekawie, jej powieści mają interesującą fabułę i są dobrze przygotowane od strony merytorycznej.
    Do tego jeszcze zaliczyłam dwie  książki z cyklu "Zanim wystygnie kawa" Toshihazu Tawaguchi, kilka romansideł i powtórzyłam trzy książki z serii "Kot, który..." Lilian Jackson Braun. Tylko trzy, bo akurat te trzy mam w domu.

    A na półce czekają w kolejce pożyczone od znajomej "Chłopki" i biografia Sarah Bernhardt kupiona z grudniowym numerem "Zwierciadła". Kurczę, nie dziwię się, że sprzedaż czasopism leży. Sama kupuję je rzadko, chyba że z książką lub innym ciekawym dodatkiem


    W okolicach Święta Niepodległości była u mnie córka. Zdążyłyśmy zaliczyć długi spacer do lasu i zorganizować babskie spotkanie z moją siostrą i jej córką przy kawie i ciastkach, w bardzo miłej kawiarence. Same baby, w tym trzy zdeklarowane singielki, hrehrehre. Z wyjątkiem mojej siostry, która jeszcze mocno przeżywa żałobę i  takie deklarację z jej strony w zasadzie nie mogą paść, bo nie byłyby nawet w miarę obiektywne.
    W lesie "grzybów było w bród", szkoda tylko, że niejadalnych raczej. Wprawdzie widziałyśmy dwie czubajki, ale nie były to kanie, a prawdopodobnie czubajki czerwieniejące. Nawet nie podchodziłam do nich bliżej, bo żeby się upewnić, musiałabym je zerwać lub przynajmniej nadłamać, a po co; były jeszcze młode i nieduże.






    Opowiem wam jeszcze o spotkaniu, które miało być poświęcone tragicznie zmarłemu w wieku 35 lat poecie, mojemu koledze z czasów studenckich, Jackowi Karaszewskiemu. W zorganizowanie tego spotkania był zaangażowany, oprócz znajomych Jacka Karaszewskiego, mój eksszwagier,  Andrzej Wojciechowski, również poeta, który dobrze znał Jacka Karaszewskiego i cenił jego poezję, a głównym motorem był brat Jacka, Zbigniew Karaszewski, uznany plastyk, który stworzył cykl obrazów zainspirowanych zbiorem "Zwierzęta miasta".
Napisałam, że "miało być poświęcone", bo - jak ze zdumieniem się dowiedziałam - głównym prowadzącym był Stefan Brzozowski z "Czerwonego tulipana", ze wspomnieniami z klubu Niebo, i w zasadzie to spotkanie zdominował, choć niewiele miał z jego bohaterem wspólnego. Jacek Karaszewski w tym wszystkim gdzieś trochę zaginął. Ci co powinni o nim mówić, zajęli mało miejsca, albo wręcz nie zostali dopuszczeni do głosu. Było miło spotkać ludzi z dawnych czasów, posłuchać piosenek, ale przecież nie o to chodziło. No cóż, nasz miejski grajdołek artystyczny raczej się nie popisał.
    Jest jednak niewątpliwy plus tego spotkania; udało mi się zdobyć wiersze Jacka Karaszewskiego wydane przez jego brata. Zbiorków było czternaście i chętne osoby brały udział w losowaniu, które polegało na tym, że z talii kart z odłożonym jednym dżokerem trzeba było wyciągnąć kiera lub dżokera właśnie. Od razu mi skrzydełka opadły, bo na ogół nie mam szczęścia w losowaniach, więc namówiłam siostrzenicę, żeby też losowała. O dziwo, to ja wyciągnęłam kiera i to damę! I mam! Przeczytałam niemal od razu. To dobra poezja, w klimacie podobna do poezji Andrzeja, zresztą oni obaj bardzo podobnie patrzą na świat.



Tomik wydany bardzo skromnie, w 1993 roku, już po śmierci poety.

    No i jakoś smutno się zrobiło na koniec, ale gwoli ścisłości muszę napisać, że odbiór spotkania był wśród jego uczestników bardzo pozytywny, chyba niewiele osób wyszło z uczuciem niezadowolenia, ja w gruncie rzeczy też odebrałabym to lepiej, gdybym nie wiedziała, jakie były wstępne założenia.
Bo wieczór był naprawdę miły.

Edit 
Jak prosiłyście, wrzucam kilka wierszy Jacka Karaszewskiego. Postarałam się ograniczać i wybrałam tylko cztery, każdy w jakiś sposób pokazujący jego możliwości.
Oceńcie same, w każdym razie na mnie zrobiły ogromne wrażenie.





Ułatwiłam sobie sprawę i zrobiłam po prostu zdjęcia, dlatego takie te teksty  krzywe.

czwartek, 16 października 2025

NO TO W DROGĘ!

   


    Ostatnio najczęściej podróżuję pociągami. Lubię to. Widoki za oknem są dużo ciekawsze, niż kiedy się jedzie drogą szybkiego ruchu lub autostradą. Chyba że jednak z konieczności albo z wyboru podróż odbywa się bocznymi drogami, wtedy jest prawie tak samo, jak podczas jazdy pociągiem, czyli ciekawie.


    Bo ja bardzo lubię wyglądać przez okno. Obserwowanie pejzażu i natury wycisza mnie i relaksuje. Czasem nawet nie otwieram książki, którą sobie wzięłam na podróż. Tak właśnie stało się w czasie ostatniego weekendu, kiedy jechałam do córki, a potem od niej wracałam. Wyjeżdżałam w piątek, a w poniedziałek, w drodze powrotnej, zauważyłam, jak ogromna zmiana dokonała się w krajobrazie. Na drzewach przybyło złota i czerwieni, a obok płowych pól wciąż jeszcze niezebranej kukurydzy pojawiło się więcej ziemistoszarych pasów świeżo zaoranych rżysk. Pięknie to wszystko współgrało z jasną zielenią krótkich źdźbeł zbóż ozimych i seledynową barwą młodego rzepaku. Gdzieniegdzie wciąż jeszcze przyciągały wzrok żółtymi kwiatami słoneczniki i topinambur, a po błękitnym niebie wędrowały chmury, głównie białe, ale też i szare.

    


    Podczas podróży staram się obserwować nie tylko roślinność. Wypatruję również zwierząt i często zdarza mi się je zobaczyć - przede wszystkim gospodarskie: krowy, konie, kuce, kozy, koty, bywają owce, a raz nawet widziałam osiołki. Czasem w pobliżu lasów i na polach widuję sarny, jelenie, lisy, zające. I sporo ptaków, np. bociany, żurawie, gołębie, kury, gęsi, kaczki, szpaki, jaskółki, myszołowy i inne drapieżne (myszołowy często siedzą również przy autostradach), ptactwo wodne i mnóstwo małych ptaszków, które trudno rozpoznać. Właśnie w poniedziałek widziałam całe stado ptaków ucztujących na skibach ziemi odwracanych przez traktor podczas orania. Były tam gawrony, ale nie tylko. Niestety, pociąg jechał zbyt szybko, nie zdołałam zobaczyć, jakie jeszcze. 

    Jakoś nigdy mi się te obserwacje nie nudzą, zresztą za każdym razem można zobaczyć mnóstwo nowych szczegółów.

    A w Warszawie, mimo brzydkiej pogody, oczywiście wybrałyśmy się z córką na spacer do Fortu Bema.

                                                 

    Fosa w forcie jest w dalszym ciągu wysuszona, w niektórych miejscach kaczki, zamiast pływać, spacerowały po dnie, nie udało mi się jednak zrobić dobrego zdjęcia tych spacerowiczek. Wyglądało to zabawnie, ale raczej mnie zasmuciło, niż rozweseliło, bo po raz pierwszy od kiedy chodzimy tam na spacery, w fosie jest tak mało wody, co świadczy o tym, jak bardzo jest sucho. 

   


 
    Jestem ciekawa waszych podróży; wyglądacie przez okno? Czytacie? A może podróżujecie zupełnie inaczej?

czwartek, 9 października 2025

WCIĄŻ IMPREZOWO

Minął sierpień, minął wrzesień,

znów październik i ta jesień

rozpostarła melancholii mglisty woal...

Nie żałuję letnich dzionków,

róż, skowronek i biedronków...

Tak właśnie sobie podśpiewuję od rana (od lat z tym samym przejęzyczeniem), a ranek ciepły, choć deszczowy - jak to jesienią. Ale ma się rozpogodzić. Przymrozek był dotąd tylko raz i w najbliższych dniach ma ma być w miarę ciepło.


                                                 Nie mam biedronek; mam muchomory - też w kropki.

    Ale do rzeczy: niedawno pisałam o urodzinowym spełnianiu marzeń. Okazuje się, że niektóre tkwiły gdzieś głęboko, nieuświadomione do momentu, kiedy się spełniły. Bo zdarzyło się, że wybrałyśmy się z moją córką na jubileuszowy (czterdziestolecie) koncert Czerwonego Tulipana. Do ich piosenek mam ogromny sentyment; niektóre z nich znam jeszcze z czasów studenckich, kiedy to połowa Tulipana śpiewała w zespole Niebo (z podtekstem: nie, bo...) i spotykałam się z nimi  towarzysko podczas imprez najróżniejszych. A dzień wcześniej koleżanka córki zaprosiła ją na koncert zespołu Warmia Swing (grają gipsy jazz); córka lojalnie stwierdziła, że idzie ze mną na ten jubileusz i nie wie, czy się wyrobi, na co koleżanka powiedziała: Koncert jest późno, przyjdźcie obie! I tak trafiłam do Carpenter's Inn, do jednego ze stolików zarezerwowanych dla gości zespołu, uświadamiając sobie przy okazji, że zawsze chciałam iść do pubu, a nie bardzo miałam z kim.
    Kolejne spełnione marzenie to udział w koncertach szantowych. I znów "zawsze chciałam...", ale jakoś mi nie wychodziło. Tym razem jednak, jako że "sam(a) sobie sterem, żeglarzem, okrętem", uparłam się, że będę na każdym koncercie. Jestem mega zadowolona, uwielbiam szanty - i te klasyczne, i piosenkę żeglarską.


                                    Moja letnia dekoracja - do tematu szant pasuje.

Na każdym z tych koncertów obserwowałam pewną panią; zawsze w dżinsach i granatowym tiszercie z białym napisem (czasem była z tak samo ubraną córką kub siostrą, chyba raczej z córką). Kurczę, ona znała (i śpiewała przyjemnym niskim głosem) wszystkie szanty! Na którymś z koncertów nie wytrzymałam i zaczepiłam ją, mówiąc, że zerkałam na nią i podziwiałam za to, że zna te wszystkie teksty! Ona na to, że nie wszystkie, ale podczas rozmowy pochwaliła się, że następnego dnia jedzie na  szanty do Tychów. Na kolejnym koncercie dogadałyśmy się, że to był trzydniowy festiwal, który skończył się wspólnymi śpiewami, dopóki około drugiej nad ranem ludzi nie rozgonił deszcz. Przyznaję, że pozazdrościłam jej (pozytywnie!) tych śpiewów, choć ja sama mam głos raczej wysoki i nie daję rady w męskich tonacjach, a kiedy śpiewam o oktawę wyżej, to piszczę. Na ogół radzę sobie przeskakując  z oktawy na oktawę, ale co to za śpiewanie.
    Na tych szantowych koncertach zaskoczyło mnie, że były dostępne leżaki dla publiczności, i sporo ludzi rozkładało się na nich pod sceną. Dla mnie to nieporozumienie; na takich koncertach trzeba się bawić, klaskać i oczywiście śpiewać. Szanty są na ogół dynamiczne i humorystyczne. Jakoś mi te leżaki nie leżały, choć niby lato i kojarzą się z plażą, a plaża nad wodą, ale... no, nie, do mnie to nie przemawia, więc ja leżaki olałam, a znalazłam świetne miejsce przy namiocie akustyka, gdzie nikt mi nie zasłaniał, a słyszalność była najlepsza. Zawsze tam stawałam, z jednej albo z drugiej strony. Ubierałam się też odpowiednio do okoliczności, choć bez ostentacji, z jakimś akcentem, ale nie przebierałam się za żeglarza, choć byli i tacy. Bardzo były te koncerty fajne, mam nadzieję na powtórkę w przyszłym roku.
    Tymczasem imprezowy rollercoaster nie zwalnia. Zaliczyłam Targi w stylu vintage i Targi japońskie, kolejne spotkanie autorskie z Markiem Maruszczakiem, a wieczorem  tego samego dnia spotkanie z Ireną Telesz- Burczyk, którą pewnie pamiętacie z roli w serialu " Dom nad rozlewiskiem",  a która na co dzień pracuje w naszym teatrze.


                                 Irena Telesz-Burczyk podpisuje swoje zdjęcia po spotkaniu.

    Na targach vintage kupiłam kolczyki, a na targach japońskich dwie książki, miseczkę dla córki, z królikiem, a jakże, dwa japońskie piwa, i no cóż; kolczyki!




    Marek Maruszczak, specjalista od głupich roślin i zwierząt, miał w minioną sobotę wykład na temat teorii komizmu, a po nim spotkanie z publicznością. Niestety w tym samym czasie na terenie biblioteki uniwersyteckiej odbywał się zlot miłośników fantastyki. Informacje na jego temat były wszędzie, a na temat wykładu nikt nic nie wiedział ani w informacji, ani na portierni, gdzie mnie z biura informacji skierowano. Całe szczęście przyszłam wystarczająco wcześnie i łażąc w poszukiwaniu jakiegokolwiek plakatu lub choćby karteczki, zauważyłam Marka Maruszczaka siedzącego przy jednym ze stolików w hallu. Wystarczyło tylko poczekać, do której sali się skieruje. Oczywiście wzięłam ze sobą książkę o głupich zwierzętach i autografy posiadam.

   

     Na koniec, w poniedziałek, byłam na koncercie zespołu Folk Banda. To grupa dziewczyn śpiewających piosenki oparte na folklorze warmińskim.  Wszystkie i śpiewają, i grają na różnych bardziej lub mniej osadzonych w tradycji warmińskiej instrumentach. W sierpniu zdobyły Grand Prix w Budapeszcie, na folkowym festiwalu, w którym brały udział 23 państwa. Dziewczyny są świetne i miałam szczęście, że trafiłam na ich koncert w jednej z filii naszej biblioteki, bo na razie nie mają w planie kolejnych koncertów. Natalia, która prowadzi Folk Bandę, gra również w grupie Warmia Swing, znam ją też z zespołu Kaymak (już nieistniejącego), zespołu Żywioły i różnych muzycznych wydarzeń.
    W tym całym młynie przegapiłam dwa wernisaże, ale wystawy zamierzam obejrzeć, kiedy wrócę, bo jutro jadę na kilka dni do córki i w związku z tym publikuję ten post dziś, choć pora już późna. Długi mi wyszedł, będziecie miały co czytać.