niedziela, 13 czerwca 2021

Ahoj przygodo!

Sport to zdrowie, ale - jak widać - nie zawsze. Wyczynowy to raczej zdrowy nie jest, raczej opłacalny, mnie jednak zapaść z przetrenowania nie grozi. Ani z nadmiaru dochodów:)

Uprawiam survival na miarę możliwości starszych pań (kol. D. zapewne dałaby mi teraz w paszczu). Naiwnie myślałam, że tym razem będzie łatwiej niż poprzednio, bo spływaliśmy tylko rzeką, a tydzień temu było jeszcze jezioro po drodze. O święta naiwności! Rzeczka z pozoru niewinnie meandruje sobie po przepięknych okolicznościach przyrody, jednak niewinnie to ona wygląda tylko z brzegu. Miejscami rozlewa się jak jaka Wisła, miejscami jak potoczek, że ledwo można się przecisnąć nie utknąwszy kajakiem w poprzek. Pełno zakrętów, mielizn, kłód i zielonych mosteczków, co to ani wierzchem, ani pod spodem. Przy takim mosteczku wpakowałam się po kolana w bagno ratując kol. D. przed spłynięciem bez wioseł. Otóż wzięła ona mosteczek od spodu, rozpłaszczywszy się w kajaku jak naleśnik. Mnie się zdawało, że nie da rady, że ueb mi urwie na amen, więc wzięłam mostek wierzchem wygramoliwszy się z kiwającego się na wodzie kajaka. Na brzeg nie dało się wyjść, bo był stromy z 2-metrowym sitowiem i bagienkiem - jak się okazało:). Łatwo nie było. Zwłaszcza, że śmiałam się przy tym wyobraziwszy sobie, jak to musiało wyglądać. Kol. D. przepłynęła i łba jej nie urwało, ale to ja miałam wiosła. Prąd żwawo znosił kajak z kol. D. w środku, a ja gnałam wzdłuż brzegu z wiosłami. Udało się odzyskać kajak z zawartością, ale ja - z rozkosznym mlaśnięciem wpakowałam się w przybrzeżne bagienko. To była pierwsza przygoda. Potem było wyciąganie kajaka z mielizn, kamienne uskoki do przebycia (żeby nie powiedzieć wodospady, hrehre), kilka rozpłaszczeń pod mostkami i kłodami z bobrowych tam i jedna zapora, przez którą trzeba było przenieść kajak. Przy którejś mieliźnie nóżka wpadła mi do dziury pod wodą i skąpałam się do pasa. Kol. D. dodatkowo poślizgnęła się na kamieniu i poleciała po całości. Od góry zlał nas wcześniej ulewny deszcz, tak że kąpiel nie zrobiła już na nas specjalnego wrażenia. Obśmiałyśmy się, bo nic nam nie groziło, rzeczka jest bezpieczna - utopić się nie sposób.

Okoliczności przyrody wynagradzają wszelkie trudy. Naprawdę, nie przesadzam. Niesamowicie bujna zieleń i magiczne światło dają wrażenie odrealnionego wręcz spokoju. W takim miejscu bardzo łatwo być tu i teraz.

Kol. D. zapisała nas na wszystkie spływy w sezonie (w tym Wartą). Na pewno nie zaliczymy wszystkich, bo imprezy współfinansuje gmina, więc nie mamy monopolu. Chyba że będzie niedobór, na co liczymy.

Z narażeniem życia (zwłaszcza aparatu) udało mi się zrobić trochę zdjęć - nie są najlepsze, bo niełatwo je robić z kiwającego się kajaka. No i deszcz sprawił, że zaparował mi obiektyw i na zdjęciach widać krople wody. Ale są. Puszczam mniej więcej od startu.









Tu już lało:











Tu trzeba było się rozpędzić i przeskoczyć tym kawałkiem bez kamieni:











sobota, 5 czerwca 2021

Dzie ja jadę?

Opowiem Wam dwie zabawne historie z życia wzięte. Każdy, absolutnie każdy ma takie anegdoty w zanadrzu. Liczę na to, że podzielicie się nimi i trochę się pośmiejemy.
 
Pierwsza opowieść, to opowieść Danki C.: moi Teściowie rozmawiali w domu po francusku. Szczególnie, kiedy temat był, jak to się mówi, delikatny .
Ojciec czasem używał słowa putain (putain=kurwa). Mama ze skrywanym uśmiechem mówiła wówczas "Stasiek, te tła" (Stasiek, tais-toi=Stasiek, zamknij się) albo "Stasiek, ferm ta busz" (Stasiek, fermes ta bouche= zamknij paszczu)... A ja dodawałam "dzieciaki podsłuchują".

A kiedy ktoś przy ludziach mówił coś głupiego, albo już, już miał się z czymś wypaplać, ja albo mój mąż mówiliśmy "Stasiek te tła" .
 
Moja historia jest taka: miałam wujka Gienka, którego los rzucił do Kołobrzegu, chociaż pochodził z Podkarpacia. Pozostawił tamże serdecznego kumpla od kieliszka, albowiem obaj "lubieli wypić". Któregoś lata kumpel ów przemierzył pociągiem calutką Polskę, by udać się do sanatorium. W Kołobrzegu u Gienka miał popas z przespanką i poranną przesiadką. Panowie ostro popili, pociąg odjeżdżał wcześnie rano, więc musieli się zwlec (przy wydatnej pomocy Ciotki-Małżonki). Nietrudno sobie wyobrazić, jak to mogło wyglądać. Udało się w końcu wypchnąć kumpla na klatkę (najpierw musiał wrócić po buty). Wreszcie zebrał lary i penaty i pognał po schodach w dół. Zatrzymał się wszakże na półpiętrze i zaniepokojony zapytał:
- Ale, Gienek, dzie ja jadę?
Od tego czasu, kiedy nie wiem co zrobić, gdzie pójść lub co rzec i ogólnie jestem zakręcona, mówię (nie ja jedna): ale Gienek, dzie ja jadę?
 
Zdjęcia bez związku, dla uprzyjemnienia przekazu.

Przysięgałam sobie, że w tym roku ze dwie doniczki postawię na tarasie i koniec:

Proza życia, ale tło ładne:




sobota, 29 maja 2021

Ciągle pada...

Trudno przełknąć ten banał o życiu, które toczy się dalej. Ale toczy się niezależnie od naszej woli, i to jakoś tak coraz szybciej. Gdzieś uciekł mi miniony tydzień kompletnie i bez śladu. Może z powodu fatalnej pogody? Czuję się jak w środku listopada, zakładam ciepłe skarpetki, o kurtce i czapce nie wspominając. W domu mam 16 stopni, ale zaparłam się, że nie włączę grzejników - prawie w czerwcu! No ludzie! Kiedyś słońce przygrzało i w przypływie optymizmu zrobiłam sobie pedikiur. Każdy wie, jak uciążliwa jest to czynność. I co? Lakier się pościerał od noszenia pełnych butów i tyle. Zostałam z tym pedikiurem jak Himilsbach z angielskim.

Dzisiaj przed południem aura wyglądała zachęcająco, ale zanim zdążyłam przygotować się do prac ziemnych, lunęło jak z cebra. I tak to prace ogrodnicze kumulują się, bo deszcz pada od miesiąca codziennie, i to obficie. Wcale mnie to nie martwi, albowiem wychodzę z założenia, że pogoda i tak do bani, to niech chociaż popada. Jak wiadomo, Wielkopolska stepowieje, co potwierdzam - widać to gołym okiem. I gołym okiem widać także to, jak rośliny wręcz odradzają się po kilkuletniej suszy. A jednak śmiem twierdzić, że (globalnie) wody nadal jest za mało.

Nie wiem jak tam w głębi, w wodach gruntowych itd. ale tutaj, na powierzchni obfitość cieszy oko i duszę,wręcz zachwyca. Zieleń, jeszcze nieskalana kurzem i smogiem, koi zmysły. Na moim gumienku zagęściło się. Zdjęcie rabarbaru zrobiłam przedwczoraj, dzisiaj jest jeszcze większy:


Miesiąc temu:

To samo miejsce przedwczoraj:


Konwalie specjalnie dla Dory:

 

Taki mam miękki chodniczek:


I w ogóle:

Zasieki, wszędzie zasieki...






I dla przypomnienia, bo nie mogę się powstrzymać. Wczesna wiosna 2019: