Oto ona. Ciekawa jestem, co myślicie.
Opowieść o ramie lustra
przeklinając tego, co się ważył jej miłością wzgardzić.
Oto ona. Ciekawa jestem, co myślicie.
Opowieść o ramie lustra
Jakoś tak się porobiło, że wciąż uczę się czegoś nowego. Na wykładach z historii sztuki, na zajęciach tanecznych, na sesjach muzyki irlandzkiej, na których zespół rozdaje teksty i zachęca do śpiewania. O, i powiem wam przy okazji, że zespół ma wreszcie nazwę - Mile Loch. Ja wiem, że pewnie się niektórym zaraz zabawnie skojarzy😉 ale mile to tysiąc, a loch oznacza jezioro po prostu.
Wracając do tematu; w lipcu nasza filia biblioteczna organizuje wycieczkę do Stawiska i Mira, moja znajoma bibliotekarka i kierowniczka filii, zaproponowała mi, żebym w ramach naszej "Kawki (nie całkiem) literackiej", poprowadziła prelekcję na temat Jarosława Iwaszkiewicza. Najpierw się zawahałam, bo dlaczego ja? Potem pomyślałam: a dlaczego nie? I chociaż Iwaszkiewicz był dla mnie papierową postacią, na której temat kołatało mi się w głowie zaledwie kilka informacji, stwierdziłam, że mogłabym to zrobić. Dodatkową motywacją stał się dla mnie fakt, że w zeszłym roku Andrzej na swoje 69 urodziny (w tym roku, jak już wiecie, obchodził 70) poprosił o wiersze Iwaszkiewicza. Doszłam wtedy do wniosku, że coś w tych wierszach musi być, skoro Andrzej się nimi zainteresował.
Tak się o podejmowaniu decyzji rozpisuję, ale te wszystkie myśli przemknęły mi przez głowę w chwili krótkiego wstrzymania oddechu między pytaniem Miry a moją odpowiedzią. Zgodziłam się i klamka zapadła. Prelekcja to pikuś, musiałam poczytać, zrobić notatki, wybrać utwory albo ich fragmenty do przeczytania. Ale Mira powiedziała, że dobrze byłoby do tego stworzyć prezentację, a ja nie miałam o tym pojęcia. Ale od czego ma się córkę? 😉 Dorota pokazała mi prosty program do tworzenia prezentacji, który po różnych próbach udało mi się ogarnąć, choć z przeszkodami. Np. w pewnym momencie zaczęło mi się kopiować to samo zdjęcie i za cholerę nie mogłam sobie z tym poradzić, pomimo podejmowania wszystkich zalecanych działań. No to wkurzona na maksa wyłączyłam komputer i zajęłam się czym innym. Byłam zdenerwowana, bo prelekcja następnego dnia o jedenastej, a ja w lesie! A z Dorotą mogłam się skonsultować dopiero po dwudziestej. Jednak szkoda mi było czasu i po paru godzinach znów siadłam do komputera. Okazało się, że wszystko działa i prezentację dokończyłam w tempie błyskawicznym. Wieczorem tylko poprosiłam Dorotę, żeby sprawdziła, czy jest w porządku.
Całej otoczki technicznej też musiałam się nauczyć; np. jak mieć prezentację jednocześnie na dwóch ekranach - no, nie będę się już rozpisywać, ale, oprócz przyswojenia dużej porcji wiedzy merytorycznej, na co miałam dość czasu, musiałam w krótkim czasie ogarnąć sporo techniki.
No to teraz wiecie, czym byłam ostatnio tak zajęta, hrehrehre😁
Prelekcja się udała, choć okazało się, że materiału miałam za dużo i nie wszystko się dało powiedzieć, a jedna z obecnych pań miała zastrzeżenia do treści, bo - jak stwierdziła - ona nie lubi tych wszystkich obnażających artystę szczegółów. No, cóż; skoro woli pomnik niż prawdziwego człowieka, to rzeczywiście, moje przedstawienie postaci Iwaszkiewicza mogło jej nie odpowiadać.
Denerwowałam się cały czas, choć trzymałam tremę w ryzach. Publiczność (kilkanaście pań) była zadowolona, a ja dostałam podziękowanie i prezenty, kubek i zakładkę.
I jeszcze wszystkie prezenty razem, już rozpakowane
No tak. Miałam pisać mniej, ale częściej. Jak na razie nic z tego nie wyszło, bo znów minął miesiąc i znów bardzo zajęty. Córka przyjeżdżała niemal w każdy weekend, bo ciągle się tu coś w Olsztynie działo. Zrobiłam trzy kolejne kartki. Pierwsza komunijna, tym razem dla dziewczynki - marne zdjęcie, niestety.
Dwie następne z okazji siedemdziesiątych urodzin, bo mamy wysyp siedemdziesiątek w tym roku. Pierwsza dla mojego szwagra Andrzeja, poety, o którym już wspominałam. Kartka jest steampunkowa. Przeryłam szuflady i udało mi się znaleźć różne drobiazgi (jeszcze mi trochę zostało, hrehrehre). Specjalnie je zbierałam, żeby właśnie coś takiego zrobić i wreszcie trafiłam na odpowiednią okazję.
Zaliczyłam znów kolejne koncerty, wykłady i wydarzenia i udało mi się w końcu znaleźć odpowiadające mi zajęcia taneczne - Dance Fit Solo, dla kobiet 40+. Zajęcia miały ruszyć od kwietnie, ale zanim zebrała się grupa chętnych, już był maj i pierwsze zajęcia były jedenastego. W grupie są dziewczyny w różnym wieku, od czterdziestolatek, do takich na oko około sześćdziesiątki (myślę, że jestem najstarsza, ale nie widać 😉). W każdy poniedziałek tańczę sobie bachatę, salsę i inne tańce. Tzn. uczę się ich. Mamy fajną prowadzącą i już zapisałam się na zajęcia wakacyjne. Taniec daje mi takiego pozytywnego kopa, czuję się jak nowonarodzona, chociaż zmęczona, tak przyjemnie.
Na dodatek zajmuję mnie jeszcze jedna sprawa, która bardzo absorbuje mój czas i o której napiszę, jak się sfinalizuje, bo wtedy będę już wiedziała, jak się udało 😁
I jeszcze lipa sprzed naszego bloku. Rośnie tu już długo i jest wyższa od budynku, a od kiedy sąsiadująca z nami wspólnota zabroniła parkowania na należącym do niej trawniku, właściciele samochodów przestali się czepiać o odrosty i teraz drzewo wygląda przepięknie.
No i popatrzcie; jakoś tak się porobiło, że umknął mi cały kwiecień, bo jedyny kwietniowy post odnosił się do marca. A kwiecień był tak wypełniony różnymi wydarzeniami, że też mu się coś należy.
Ale zdjęcia kwiatków majowe, bo ładne.
Początek miesiąca to przygotowania do świąt i same święta - normalne, jak co roku. Przyjechała córka, pierwszy dzień u siostry, drugi u nas. Oczywiście obowiązkowy świąteczny, ale w pewnym sensie wyjątkowy, spacer - siostrzenica pokazała mam budynek, w którym będzie mieszkać i mogłyśmy zobaczyć, jak wygląda jej mieszkanie. Co prawda to mieszkanie na pierwszym piętrze, ale lokale na parterze są (z wyjątkiem balkonu) takie same, więc zapuściłyśmy żurawia przez szybę.
W poświąteczny weekend przyjechał z Anglii syn, a córka, żeby się z nim zobaczyć, też przyjechała na jeden dzień i przez chwilę miałam oboje dzieci razem w domu.
Na mahonii możecie zobaczyć trzmiela. Impreza odbyła się 25 kwietnia, w sobotę (część gości pracuje), czyli w moje urodziny, ale moje okrągłe były w zeszłym roku, więc się nie upierałam przy innym rozwiązaniu.
Natomiast 28 kwietnia obchodził urodziny brat mojego męża. Złożyłam mu, przyznam, że kurtuazyjnie, życzenia urodzinowe przez internet, a on zrewanżował się zaproszeniem na 2 maja, na "lekką biesiadę grillową". W pierwszej chwili pomyślałam, że nie bardzo mam ochotę, ale powiedziałam o zaproszeniu córce, a ona na to: "Czekaj, czy to aby nie sześćdziesiątka?" - policzyłyśmy szybko, okazało się że tak, więc uznałyśmy, że nie ma wyjścia, trzeba jechać! Jechać, bo on od niedawna mieszka pod Olsztynem. Można dojechać prawie na miejsce linią miejską, ale potem trzeba kawałek przejść. Kiedy inni goście (znajomi) dowiedzieli się, że przyszłyśmy na piechotę, to było zaraz: "Ale dlaczego nie zadzwoniłyście, przyjechalibyśmy po was!" No właśnie dlatego. Naprawdę; dwukilometrowy spacerek, to nie jest jakiś ekstremalny wyczyn. A po drodze zeżarłyśmy lody. Biesiada nie była taka znowu lekka: mięso, kaszanka, kiszka ziemniaczana, ale też warzywa i ziemniaki, nie wspominając o napojach, a przy tej okazji odstąpiłam od mojego wegetarianizmu i zjadłam kiełbasę z grilla, która "chodziła za mną" od dobrych 10 lat. Mam teraz spokój na długo.
W tym tygodniu znów robiłam kartkę, tym razem na komunię, ale poszło szybko, bo poleciałam po schemacie (robiłam już bardzo podobną), choć nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie zmieniła.
1. Lilie - Lili je, a co ona je, a Bóg wie;)
2. Bez - bez liku bzów w maiku.
3. Pierwiosnek - pierwszy piersi wiosny ssie, cwaniak ten pierwiosnek ;)
4. Rannik - rany Julek, luty, czy aby nie zmarznie ten rannik?
5. Tulipan - tuli pan.
6. Żonkil - żon kill.
7. Forsycja - forsą zapachniało.
8. Magnolia - czyżby jakiś mag stworzył to cudne drzewo?
9.Topola - to pola!
10. Pysznogłówka - ale pyszno główka!
11.Aster - a ster?
12. Nasturcja - nas Turcja nie zachwyca!
13. Waleriana - wal Eriana!
14. Koniczyny - koni czyny bywają dolegliwe.
15. Tymianek - tym Janek się zajmie.
16. Koperek - kop Erka (Erek - zdrobnienie od Eriana).
17. Tiarella - tiar Ella ma dwieście.
18. Porzeczka - po rzeczce płynie gondola.
19. Serduszka - ser duszka.
20. Pokrzywa - rośnie troszkę,
21. Szałwia - a szał wia szaleje.
22. Szczypiorek - szczy piorek, jak widzi ubiorek.
23. Rozchodnik - roz chodnik i roz ulica!
24. Szczawik - szcza Wik pode drzewkiem.
25. Sosna - sos na te pyzy poproszę.
26. Nasięźrzał - na się źrzał (na siebie spojrzał, patrzył- uściślenie moje)
27. Pistacja - Pi stacja, dworzec w miasteczku Pi (autentycznym).
28. Irysy zdobędziemy i Rysy.
29. Cynie - tak cy nie?
30. Maliny on ma liny do holowania.
31. Gazania gaz, Ania!
32. Nagietek - nagi Etek.
33. Piwonie - piwo nie! Może coś mocniejszego?
34. Liliowiec - Lilio! Wiec jest dopiero jutro.
35. Lewkonia - Co? Lew konia upolował.
36. Rabarbary - rab Barbary podał jej ulubionego drinka.
37. To jeść - to jeść trzeba (choć ona ponoć trująca jest).
38. Maciejka - Maciej K.
39. Jaśminy - spójrzcie, jakie robi Jaś miny!
40. Rumianek - rum Janek raz podać!
41. Kapusta - ta K. pusta jak dzban!
42. Jodła - jodła już, czy nie jodła?
43. Tulejnik - tu lej, nik(t) nie będzie miał pretensji.
44. Tojad - to jad, tego nie ruszył.
45. Dziewięćsił - dziewięć sił ma Mikołajek.
46. Niezapominajki - nie zapominaj, kim jesteś.
47. Poziomka - poziom ka pitalny.
48. Modrzew - las mo drzew dużo! - twierdzi baca.
49. Konwalia - Kon wali a nie musi.
50. Pokrzywa - po krzywa jadziem, czy po prosta?
51. Szafirek - masz już pięć szaf, Irek!
52. Żonkilek - oraz żon kilka. Kontynuacja 51.
53. Begonia - Be, Gonia!
54. Tytoń - ja płynę, ty toń!
55. Pierwiosnki - Pier wiosnki wyczekiwał, doczekał się żon kilka.
56. Zawciąg - za(w)ciąg mnie nad morze!
57. Dziewanna - a dzie wanna?
58. Złocień - zło cień wybrało.
59. Szafirki - zajrzyjmy jeszcze do szaf Irki.
60. Funkia - Funk i (j)a lubię słuchać.
61. Nostrzyk nos trzy k(rotnie) musze dmuchać.
62. Morwa - Mo-rwanie, to nie moje rymowanie.
63. Przetacznik - facet, który najlepiej śmiga z taczkami w ogrodzie lub na budowie.
64. Trzmielina - ty, trzmiel, lina!
65. Mięta -mię ta sprawa nie rusza.
66. Burak - buuu... raku!
67. Portulaka - port u Laka.
68. Malwa - Ala ma lwa.
69. Dziwaczek - dziwa czek wymusiła.
70. Żmijowiec - żmijo, wiec już się zaczął.
71. Jaskier - jas kier i dama pik.
72. Pantofelnik - pan Tofelnik.
73. Kocanki - koc Anki.
74. Szałwia - szał via Baltica.
75. Lilak - Lila K. ubiorek lubi czarny, bez dodatków.
76. Szafirek - sza, Firek! Nie hałasuj!
77. Krwiściąg - pijawka dla zdrowia trochę twojej krwi ściaga.
78. Dzielżan - to dziel, Żan (Jean) te forse, tylko po równo!
79. Pigwowiec - pigwo, wiec(dz), żeś zdrowa!
80. Paprocie - pa, Procie!
81. Złocień - zło cień na życie rzuca...
82. Tatarak - tata rak, a mama kto?
83. Odętka - o! Dętka z tego gościa!
84. Ożanka - oż... Anka, co ty wyprawiasz?
85. Przetacznikowiec - przetacznik owiec, przetacza owce z hali na halę.
86. Brunera - Bruner, a to ty jeszcze żyjesz?
87. Przytulie - przytul (i)je i przytul (i)jom, wszystkie takie ładne som (koty oczywiście)!
88. Wierzbówka - wiesz, bufka (fonetycznie) przy rękawie znowu modna.
89. Rozmaryn - dajże roz Marynie to, co lubi!
90. Jagoda - Ja go da-m chyba do kąta. Ja goda-m i goda-m, a tu cisza.
91. Borówka - BOR ów, Ka/ziu to potężna instytucja jest...
92. Tatarak - tata, (a) rak to gryzie czy szczypie?
93. Szarotka - szato tka się dziś u mnie mglisty dzień.
94. Tojad - twe słowa to jad żmii - idź precz, niewierna!
95. Jeżyna - jeży na głowie się włosek mój siwy od myślenia, co by tu jeszcze...
96. Glistnik - glist NIK poszukuje pilnie (chociaż nie wiem, po co, ale z nimi nigdy nic nie wiadomo).
97. Jabłonka - ja, błonka, bardzo ważna jestem; ile mnie trzeba cenić, ta tylko się dowie, co mnie straci.
98. Miłorząb - miło rząb mieć zdrowy - wyseplenił pacjent do dentysty.
99. Jałowiec - ja łowiec z tobą nie pasał!- pedzioł baca do cepra.
100. Przywarka - przy Warce dobrze się gada.
101. Niezabudka - nie! Za budką piwa nie pijemy, to nieelegancko!
102. Łopian - ty łop, Jan, za te łopata i do roboty!
103. Koniczyna - to dziś jest wyścig koni czy na jutro przełożony?
104. Ciemiernik - dajcie miernik!
105. Malwa - Jaś ma lwa na koszulce.
Na zawilce u mnie trzeba jeszcze poczekać, ale wiosna, jak przypomniała Dora w komentarzu pod ostatnim postem, już przyszła. I zapewne wszyscy się nią cieszymy, choć czytam i na blogach, i na Facebooku, że niemal każdą z nas spotkało ostatnio coś przykrego, niedobrego albo wręcz tragicznego.
O sytuacji na świecie już nawet nie wspomnę.
Chciałabym jednak dać odpór złym nastrojom i proponuję zabawę. Należy wziąć nazwę dowolnej rośliny i dopasować do niej znaczenie, na przykład:
- dziewanna - okrzyk po wejściu do splądrowanej przez złodziei łazienki (Dzie wanna?!?!?);
- rumianek - złożenie zamówienia u znajomego barmana (Rum, Janek!);
- wrzos - krzyknął bardzo głośno. Na przykład ze strachu;
- podgrzybek - impreza alkoholowa, na której zagrychą są wyłącznie grzyby (pod grzybek);
- wierzba - system wierzeń ludowych.
To trochę jak hasła do krzyżówek wymyślane przez małego Jasia, tyle że my ograniczymy się do roślin i najlepiej, żeby to były kwiaty, no bo wiosna przeca 💚 Ale drzewa, krzewy, warzywa itp. też mogą być.
Grzyby oczywiście nie są roślinami, ale na potrzeby zabawy dopuszczamy je do użytku. Można posiłkować się innymi językami. Nie podam przykładu, choć mam😀 Liczę, że ktoś sam na to wpadnie.
Mam w zanadrzu jeszcze inne rybki, ale chcę, żebyście się też pobawiły, więc teraz wy, dawajcie pomysły w komentarzach. Potem robimy głosowanie na najlepsze.
Komentarze o innej treści też mile widziane 😃
Zima nas powoli opuszcza i nadchodzi wiosna, więc mamy przedwiośnie, a to oznacza, że wciąż jeszcze można się natknąć na ślady zimy; śnieg w osłoniętych od słońca miejscach, śniegowe hałdy tam, gdzie śnieg był odgarniany i... śmieci. Topniejący śnieg ujawnia mnóstwo "niespodzianek", które nagromadziły się przez dwa miesiące, bo u nas tak długo nie schodziła pokrywa śnieżna No, ale wiosna meteorologiczna rozpoczęła się 1 marca i rzeczywiście pokazała, co potrafi. Tego dnia wszystko popłynęło. Śnieg pod wpływem ciepłych promieni słońca tworzył wielkie kałuże, często z lodowym dnem, wzdłuż krawężników płynęły całe rzeki, a na nieutwardzonych nawierzchniach powstawało trudne do przebycia błocko. Tak było w niedzielę, 1 marca, a już w środę o wiele bardziej sucho i niestety mniej czysto. Za to wyszły spod śniegu przebiśniegi i ranniki i w jednym z ogródków widziałam ich mnóstwo.
Wciąż jest ciepło, ale w nocy jednak poniżej zera i dlatego śnieg jeszcze nie stopniał. Jeśli pogoda się utrzyma, a na to wskazują prognozy, to i on w końcu zniknie, a śmieci zostaną sprzątnięte.
Podczas wczorajszego spaceru zrobiłam trochę zdjęć, więc popatrzcie, jak to u nas wygląda - w cieniu śnieg, w słońcu pierwsze kwiaty.
WIERZBOWE KOTKI
Wspomnę przy okazji o tzw. miłości bliźniego. Cóż; mogę powiedzieć, że kocham ludzi. Tyle tylko, że jakoś dużo od tej miłości wyjątków. Nie kocham np. polityków, szczególnie niektórych (i coraz ich więcej), nie kocham tych, którzy krzywdzą ludzi i zwierzęta, nie kocham przeróżnych "szkodników", którzy bezmyślnie albo, o zgrozo(!), celowo niszczą przyrodę - mogłabym wymieniać dalej i bardziej szczegółowo, ale post mógłby się zrobić zbyt długi 😉 Możecie uzupełniać listę w komentarzach, hrehrehre.
Miało jednak być o miłości, a nie o jej braku. Bo miłość to bardzo pojemne pojęcie i może oznaczać, zarówno miłość do osoby, jak i miłość do zjawiska, przedmiotu, czynności... Ileż razy słyszymy: kocham wiosnę, kocham biegać, jeść, malować, kocham wiersze, kocham czytać, kocham niebieski (to tylko przykłady, a nie moje wybory). Każdy wie, że to są różne rodzaje uczuć, ale określamy je wspólnym mianem miłości. Siła miłości może też mieć bardzo różne natężenie; od graniczącego z szaleństwem, do bardzo niewielkiego.
Dziś, z okazji Dnia Kota, nie mogę nie napisać o miłości szczególnej, czyli o miłości do kotów, które budzą skrajne emocje o wiele bardziej niż inne zwierzęta. Ja od zawsze koty uwielbiałam - za ich urodę, dumę, niezależność, za tajemniczość i wdzięk. Są niezwykłe, wspaniałe i coraz lepiej je poznajemy, dzięki czemu można odczarować złą aurę, którą im niektórzy przypisują.
Przysłowiowy czarny kot przebiegający drogę już mało kogo prowokuje do stwierdzenia, że przynosi pecha.
Pamiętam taką historię z okresu średniej szkoły. Tego dnia lekcje zaczynały się dwiema godzinami polskiego, na których miała być klasówka. Szłam do szkoły z kilkoma koleżankami; niektóre się tej klasówki bały i przez całą drogę narzekały. I nagle przebiegł nam drogę czarny kot. Któraś dziewczyna jęknęła: "Teraz to już na pewno nie napiszę!" A ja, od zawsze wierząc, że kot może przynieść tylko szczęście, powiedziałam: "E tam; zobaczycie, że tej klasówki nie będzie!" I co powiecie? Nie było! Z pewnością to zbieg okoliczności i choć naprawdę nie wierzę, że czarny (czy też jakikolwiek inny) kot przynosi pecha, to moje przekonanie wyraziłam nie całkiem serio.
Pamiętam, jeszcze z dzieciństwa, taką starą piosenkę, śpiewała ją Fryderyka Elkana. To piosenka "Koci twist" i ma taki refren:
W ostatnim tygodniu skończyłam zrobione na zamówienie córki misie, które przeznaczyła na prezenty dla koleżanek spodziewających się dzieci. Dorota zamówiła dwa, ja z rozpędu (i chęci zobaczenia, jak to wyjdzie z innej tkaniny) zrobiłam cztery. To proste misie, wykrój pochodzi z sieci i bij-zabij, nie mam pojęcia z jakiej strony, bo pierwszego misia robiłam kilkanaście lat temu. Największy problem miałam z wyszyciem pyszczków, bo nie chciałam żadnych elementów, które mogłyby się odpruć, oczywiście ze względu na bezpieczeństwo dzieci. A że hafciarka ze mnie marna, to wyszło, jak wyszło.