środa, 18 sierpnia 2021

Krótka przerwa w urlopie

No dobra, przerywam na chwilę urlopik i puszczam kilka zdjęć. Na pierwszy ogień, pierwsza kurnicza PRABABCIA z PRAWNUKIEM. Rany... nie wiem jak to jest być babcią, a co dopiero prababcią?!

Proszę Państwa, oto SaBała z Natanem, oczywiście najśliczniejszym i najmądrzejszym ze wszystkich prawnuków na świecie:



Natan urodził się 23.03. Już jest fajniutki i ciekawy świata. Och i ach - rzekła Prababcia.

Czy jest na sali jakaś inna prababcia???

I - tradycyjnie - fotki z gumienka:








Opakowana, firletki widzi?

 I tak tylko, dla przypomnienia, obraz nędzy i rozpaczy sprzed (tylko) dwóch lat:






Wpadłam na chwilkę, bo czerep jakoś treściami mi się nie zapełnił. Teraz zajmuje mnie kuchnia (w sensie jej urządzania). Wydawało mi się to najprostsze, więc zostawiłam sobie na koniec. Łomatkubosku, nie pytajcie...





sobota, 24 lipca 2021

Urlopik?

Wiem, wiem, że pora na nowy wybieg i że czekacie. Otóż mam syndrom i zespół zwany wypaleniem blogowym. Nic złego się nie dzieje, jest dobrze. Nie strajkuję i za nic nie chcę Was porzucać, jak Wy nie porzucacie mnie i od ośmiu lat wiernie kibicujecie moim poczynaniom. Zachwycacie się gumienkiem i w ogóle, ale ile można Wam to serwować? We łbie mam pustkę i wichur hula, a gdyby połknął mnie rekin, przez miesiąc nie mógłby się zanurzyć. Prowadzę teraz dosyć monotonne (z punktu widzenia kogoś z zewnątrz) życie, bez upadków (na szczęście), ale i bez wzlotów. Gumienko jest jakie jest, widziałyście je już jakiś tysiąc razy. Tutejsze okoliczności przyrody też. Nie mam nawet nowych zdjęć, bo też wszystkie są takie same. Jedne kwiatki przekwitły, inne wręcz przeciwnie, ot, normalna, ogrodnicza rzeczywistość, bez ekscesów. Jednakże od pochwalenia się lelujami nie mogę się powstrzymać:)

Wyobraźcie sobie, że od ośmiu lat co dwa-trzy dni (no dooobra, ostatnio rzadziej, ale to z powodu j/w) piszecie coś na kształt rozprawki/felietonu/reportażyku (z całym szacunkiem dla PRAWDZIWYCH rozprawek/felietonów/reportażyków) na dowolny temat, co wcale nie jest prostsze niż pisanie na jakiś konkretny, zadany. Toteż bęc i nie dziwota, że wyczerpało mi się źródełko i nie mam pomysłu co dalej i jak? A na siłę, to same wiecie co wychodzi. Pomysł mam taki, że zaordynuję sobie urlop blogowy - chyba że macie lepszy pomysł. Jestem otwarta na formy i propozycje, bo - jakem rzekła - nie mam zamiaru i nie chcę opuszczać Kurniczka.

Nie znikam, nie ukrywam się, w każdej chwili można się ze mną skontaktować. Biorę urlop, ale nie wiem jaki długi - aż poczuję wolę bożą, czy jakoś tak.

I wrócę, obiecuję!







Same widzicie: koty, gumienko, koty, gumienko...

niedziela, 4 lipca 2021

Zagadka bardzo trudna

 W życiu nie zgadniecie gdzie byłam! Dla ułatwienia zdjęcie:

Dobrze kombinujecie. Tak, to jest TAMTO gumno.Troszkę się obawiałam jak to będzie, ale niepotrzebnie. Jeśli z nutką melancholii czasem coś wspominam z poprzedniego życia, to tamten ogród, bo to moje dziecko od początku do końca. Zastałam gołe pole, a zostawiłam park. Tak to wyglądało po siedmiu latach:



Dzisiaj, po prawie 15 latach wygląda to pińcet razy bardziej, tak bardzo bardziej, że mnie samej trudno w to uwierzyć. Uświadamia człowiekowi upływ czasu bardziej, niż starzejące się dzieci.

Teraz zarządza tam Kinga, Królowa Lawendy i ogród wygląda tak:

Tej gęstwiny z tyłu oczywiście kiedyś nie było. Rosło tam zboże. Różowa różyczka pośrodku obłędnie pachnie. Dostałam ją od teściowej mojej córki. Jodły w tle sadziłam jako 15-centymetrowe patyki.

Lawenda Kingi rośnie z tyłu domu. Ten zapach!

Śpieszyłam się, to był ostatni moment. Lawenda była już częściowo ścięta (to był ubiegły czwartek). Dzisiaj już po żniwach, całość suszy się na strychu.



Dom od frontu. Zawsze kochałam pnącza. Tutaj swego czasu poszalałam: wisteria, akebia i trójklapek:


Taśmy widoczne pośrodku ograniczają dostęp do domu. Kinga prowadzi najróżniejsze warsztaty - dla dzieci i dorosłych. Ci ostatni zwłaszcza zachowują się jak u siebie i wchodzą wszędzie. Pojęcie prywatności nie istnieje. A nawet jeśli nie ma żadnych zajęć np. w niedzielę, ludzie z ulicy potrafią wejść sobie ot tak i zwiedzać wszystkie kąty.

Jest to upierdliwe do bólu, ale też świadczy o tym, że to miejsce żyje i rozwija się. Kinga to gejzer kreatywności i inwencji. Po rocznej przerwie spowodowanej pandemią ruszyła z kopyta do tego stopnia, że w ciągu miesiąca (czy tygodnia?) przez jej pracownię przewinęło się 500 osób! Szczerze ją podziwiam, wszystko ciągnie praktycznie sama, trochę z pomocą syna, bo mąż pracuje za granicą i wpada tylko od czasu do czasu. A kiedy wpada, nie wie, gdzie ręce włożyć i robi np. takie zadaszenie nad tarasem:

zdjęcie Kingi
 


Widocznie ktoś to tak zaplanował. Kinga jest szczęśliwa tam, ja tutaj. Czego chcieć więcej?


wtorek, 22 czerwca 2021

Może nad morze, a w morzu kołek...

Nareszcie. Pochłodniało i popadało. Nad Wielkopolską przeszła nawałnica, jednak gumienko ominęła. Ale i tak się załapałam. Udałam się bowiem z wizytą do wsi oddalonej o jakieś 20 km. Tam rozpętało się pandemonium - obrywało rynny, turlało donice. Zalało dróżki i ulice tak, że nie mogłam stamtąd wyjechać (a zwierzaki same w domu). Jakoś w końcu wyjechałam, klucząc po bezdrożach, miejscami jak amfibia. Jak się okazało wkrótce, był to dopiero początek. Oesssu, różne sytuacje spotykały mnie na drodze, ale potop jeszcze nie. Miałam wrażenie, że jadę korytem rwącej rzeki, woda sięgała powyżej połowy kół. Cudem tylko nie zalało mi silnika, bo tu i tam, na poboczu, tkwiły zalane auta. Możecie sobie wyobrazić, jakiego miałam stracha. 20 km jechałam prawie dwie godziny w głowie mając pływającą Kuriozę i zwierzaki. Szczała dała radę, za co ją wielbię, Kurioza nie popłynęła z prądem, można odetchnąć, chociaż mówią, że to nie koniec.

Ale ja nie o tym. Miało być o morzu, i będzie. Urwałam się na całe dwa dni, co zostało uknute między MM. i kol. D. Zafundowały mi Dziewczyny te dwa dni z okazji urodzin, których w zasadzie nie obchodzę, no ale w takiej sytuacji każdy by je obszedł, prawdaż? MM. pilnowała stada, a ja z kol. D. wyrwałam się na wolność. Moja rodzina i znajomi wszyscy zapsieni/zakoceni i to nie jest proste. Toteż nie ruszałam się nigdzie przez ostatnie 5 lat, może nawet więcej, nie pamiętam. Kocham nad życie moje skarbuńki, ale ograniczają mnie okrutnie. Nie mam jednak wielkich możliwości manewru i trudno, jest, jak jest.

Tak więc pojechałyśmy do Słowińskiego Parku Narodowego, który kol. D. zna jak własną kieszeń - robiła tam badania, zbierała materiały do pracy magisterskiej, aż w końcu zakochała się w tym miejscu na zabój. Nie dziwię się wcale, nie wiedziałam, że tam jest tak pięknie, bo nigdy tam nie dotarłam. Poruszać się można tylko wyznaczonymi trasami, dlatego nie ma tam jeszcze tłumów, straganów, smażalni i innego badziewia, chociaż powolutku zaczyna się pojawiać. Niestety.

Kol. D. przegoniła mnie po wydmach, co było wyczynem heroicznym. Gdyby powiedziała mi co mnie czeka, to - hmmm - nie byłoby poniższych zdjęć. Nie, nie żałuję, chociaż letko nie było. Wydmy mają tam po 40 i więcej metrów wysokości. I są ruchome, więc przejście wyznaczone dzisiaj, jutro może zniknąć. Chciałabym tam wrócić na dłużej i nie w takim upale. Po przejściu przez wydmy, wreszcie dotarłszy do morza, leżałyśmy z cielskiem w wodzie (zadziwiająco ciepłej!), z głową na piasku.

No i tak to. Fajnie jest mieć MM. i kol. D.

To teraz zdjęcia ciurkiem.

Był nawet tort z zaskoczenia, dacie wiarę? A jaki pyszny! Kompletnie się nie spodziewałam. Ani tortu, ani - tym bardziej - pysznego:

 

Dziad blogger nie puszcza mi zdjęć. Może jutro się uspokoi, to uzupełnię.

Ktoś przydepnął mi ogon:


Dzielna kol. D. i ja zaraz za nią:
Czujecie tę wysokość? Takich górek było coś ze sześć. Naiwnie myślałam, że za drzewkami na horyzoncie z prawej jest wreszcie morze. Ale nieee..:

Jeszcze bardziej dzielna kol. D.:
I tu też:
I tu. Jak można się domyśleć, byłam na górze PRZED:

Tu jestem:

Nareszcie!


Piiić!





Takie powykręcane drzewa to tylko nad morzem: