czwartek, 2 lipca 2020

Nie bójmy się spełniania marzeń

W sumie to miało być o czymś innym, ale komentarze pod poprzednim postem spontanicznie skierowały mnie na inne tory. SaBała napisała o marzeniach, odpuszczaniu i szaleństwie. Podpisuję się pod jej słowami całą sobą, zwłaszcza w kwestii szaleństw, co często bywa równoznaczne z marzeniami. Marzenie sugeruje coś, co jest rozciągnięte w czasie - do jego spełnienia się dąży. Natomiast szaleństwo to coś, co popełnia się impulsywnie, wbrew wszystkiemu, nie bacząc na koszty. Nie do końca się z tym zgadzam, bo często szaleństwo (w subiektywnym odczuciu) to nic innego, jak realizacja marzenia (nie mam tu na myśli szaleństw w rodzaju zakupów itp.).
Całe życie marzyłam o własnym domu, najlepiej na wsi. Marzenie się spełniło, po czym pękło z hukiem jak wielka bańka mydlana. Wróciłam tam, gdzie wracać nie chciałam i marzyłam dalej. Bardzo często jest tak, że marzenie jest nierealne, a przez to frustrujące, bo ogranicza nas mnóstwo rzeczy od nas niezależnych. Mamy w głowach masę blokad, do tego dochodzą przyziemne kwestie najróżniejszego kalibru i rodzaju. Wielkie znaczenie mają finanse, ale ośmielę się powiedzieć, że większe przeszkody tworzymy sobie sami - z różnych powodów, czasem nieuświadomionych. No i co to znaczy szaleństwo? To sprawa absolutnie indywidualna. Zaszalałam i ja, postawiłam na jedną kartę. Istniała wszak możliwość, że utopię wszystko co mam (w sensie materialnym i poza materialnym). W końcu ile razy można zaczynać od nowa? Otóż można. W każdej chwili i w każdym wieku. Nie bójcie się zmian, nawet radykalnych, jeśli istnieje minimalna nawet szansa, że to Was uszczęśliwi. Nie ma na co czekać. Tego nauczyło mnie życie i tak żyję. Nie planuję niczego z wyprzedzeniem (co najwyżej z tygodniowym). Co nie znaczy, że nie dopadają mnie lęki i wątpliwości. Nie stałam się bynajmniej beztroską, ćwierkającą sikoreczką, ale daję sobie z tym radę lepiej niż kiedykolwiek. Kocham willę Kuriozę i mój pożalsięboże ogród. Budzę się rano, piję w łóżku sokawkę oblepiona psami i kotami i planuję, co dzisiaj zrobię. Chyba że pada deszcz, wtedy nadrabiam zaległości malarskie i inne, jakieś piniondze się w tej sielance przydają. Nie brakuje mi niczego, ani nikogo. Czasem myślę, że może jestem stworzona do życia w pojedynkę, tylko dotąd o tym nie wiedziałam? Nie chcę żadnego faceta u boku, bo będzie mnie ograniczał w taki czy inny sposób. Moja wolność jest zbyt piękna!
Nie bójcie się, skaczcie na bungee, jedźcie nad morze, śpiewajcie arie operowe lub odprawcie kochasia, który Was wkurza. Do boju!
Zdjęcia z ogrodu, bo i skąd? Znów się urobiłam i znów mam pomysł i najchętniej zrealizowałabym go natychmiast.

Krzywo wyrżnęłam żywopłot. Kurduple tak rżną.


To zrobiłam w dwie godziny, wczoraj wieczorem. Z daleka wygląda lepiej:))) No i musi zarosnąć.

Sama nie wierzę, że to mój ugorek. Kfiatki drzemały w trawie od dziesięcioleci, odkopałam je i proszę, jaka wdzięczność!

Kwiatki w doniczkach okropnie dostały w kość przez ulewne deszcze. W kupie jakoś wyglądają, ale słabe są.


Opakowana, zakwitły!


Są pączusie!



Studzienka odpływowa z sitka do gotowania pyzów na parze. W najbliższym czasie pyzów (pyz?) nie będzie.

Fasolka szparagowa w trumience obrodziła.
Widzicie pomidorki? Jest ich dziesięć na razie!

Gąszcz.

Elu, liliowce od Ciebie! Przeszły ze mną dłuuugą drogę.

Wersal se wystrzygłam.

Ceną za Wersal są te oto urobione nóżki.

Taka piękność wyskoczyła mi nagle spod jałowca! I pachnie!


wtorek, 23 czerwca 2020

Wracam!


To jestem. Nie powiem, że ogrodowe minęło mi na błogim lenistwie, wręcz przeciwnie - końca nie widać. Właśnie wróciłam z Poznania zahaczywszy o dwa tajemne miejsca i ogrodowe znów byłoby nie od rzeczy:).
No ale co robić, jeśli przy przejeździe kolejowym znajduje się jedno takie miejsce, a przejazd zamknięty na głucho? O wiele milej spędza się czas wśród roślin, niż w chmurze spalin, prawdaż?
Miasto mnie zmęczyło, duchota i wilgotność w powietrzu straszne i tak to wisi bez sensu. Trochę pokapało i przed chwilą solidnie lało, ale tylko przez 10 minut. Tym niemniej rośliny rosną jak opętane, przynajmniej tyle.
Mam nadzieję, że ilość zdjęć Was satysfakcjonuje. W przeciwieństwie do ich jakości...

Trochę się jednak leniliśmy:





Trochę spacerowaliśmy:

Zmienialiśmy kwiatki w wazonie:

Oddawaliśmy się życiu towarzyskiemu. A goście wiedzą najlepiej, jak uszczęśliwić pazernego ogrodnika. Rododendron od MM:

Szare szarotki od kol. D.:

Firletki od Opakowanej (na pierwszym planie):

Gazanie od Felki i Felka:

Lilka, to od Ciebie!

Dziękuję!


Ogród obfotografowałam ze wszystkich stron, do znudzenia. 17 kwietnia trumienki wyglądały tak:

A tu rzodkiewki dawno zjedzone, przyszła pora na rukolę:


Opakowana, widzisz ten urodzaj?

Straszna skarpa powoli zarasta:

Pamiętacie? Wczesna wiosna tego roku:

10 kwietnia:

Parę dni temu:

 

Ogród z tyłu, od uliczki. Hortensja ma dużo pączków:



Widok z hamaka. Polegiwaliśmy sobie:

Fajny murek oporowy zrobiłam (ten na pierwszym planie)?

Doniczki tak muszą leżeć, obszczymurki nie próżnują:


Świeży urobek, wczorajszy. Mam na myśli wyczyszczony ugór. Dzisiejszy transport czeka:


Przed tojeścią, wczesna wiosna rok temu:

A tojeść rozłazi się zgodnie z planem:

Na skończenie salcesonu zabrakło towaru:

To samo miejsce przed:

I teraz:

Róże, niestety, sąsiadki, ale widzę je i mogę udawać, że są u mnie:

Tyły:



Tutaj jeszcze nie wiem, chociaż mam pewien plan:


Wkurzają mnie zasieki, ale dzwonek piękny:

Chwaliłam się już kamiennym poidełkiem?


Niedawno to przytargałam, a spójrzcie, jak już zarosło:


Taki stolik wykombinowałam. To już trzeci w tym miejscu, ale wreszcie mnie zadowolił (chyba):

Rabatkę z lewej będę sukcesywnie poszerzać:
I w ogóle poszerzam. Za każdym razem obiecuję sobie, że to już koniec i co? Wstaję, piję sokawkę, łapię za łopatę i tyle mnie widzieli...