Sport to zdrowie, ale - jak widać - nie zawsze. Wyczynowy to raczej zdrowy nie jest, raczej opłacalny, mnie jednak zapaść z przetrenowania nie grozi. Ani z nadmiaru dochodów:)
Uprawiam survival na miarę możliwości starszych pań (kol. D. zapewne dałaby mi teraz w paszczu). Naiwnie myślałam, że tym razem będzie łatwiej niż poprzednio, bo spływaliśmy tylko rzeką, a tydzień temu było jeszcze jezioro po drodze. O święta naiwności! Rzeczka z pozoru niewinnie meandruje sobie po przepięknych okolicznościach przyrody, jednak niewinnie to ona wygląda tylko z brzegu. Miejscami rozlewa się jak jaka Wisła, miejscami jak potoczek, że ledwo można się przecisnąć nie utknąwszy kajakiem w poprzek. Pełno zakrętów, mielizn, kłód i zielonych mosteczków, co to ani wierzchem, ani pod spodem. Przy takim mosteczku wpakowałam się po kolana w bagno ratując kol. D. przed spłynięciem bez wioseł. Otóż wzięła ona mosteczek od spodu, rozpłaszczywszy się w kajaku jak naleśnik. Mnie się zdawało, że nie da rady, że ueb mi urwie na amen, więc wzięłam mostek wierzchem wygramoliwszy się z kiwającego się na wodzie kajaka. Na brzeg nie dało się wyjść, bo był stromy z 2-metrowym sitowiem i bagienkiem - jak się okazało:). Łatwo nie było. Zwłaszcza, że śmiałam się przy tym wyobraziwszy sobie, jak to musiało wyglądać. Kol. D. przepłynęła i łba jej nie urwało, ale to ja miałam wiosła. Prąd żwawo znosił kajak z kol. D. w środku, a ja gnałam wzdłuż brzegu z wiosłami. Udało się odzyskać kajak z zawartością, ale ja - z rozkosznym mlaśnięciem wpakowałam się w przybrzeżne bagienko. To była pierwsza przygoda. Potem było wyciąganie kajaka z mielizn, kamienne uskoki do przebycia (żeby nie powiedzieć wodospady, hrehre), kilka rozpłaszczeń pod mostkami i kłodami z bobrowych tam i jedna zapora, przez którą trzeba było przenieść kajak. Przy którejś mieliźnie nóżka wpadła mi do dziury pod wodą i skąpałam się do pasa. Kol. D. dodatkowo poślizgnęła się na kamieniu i poleciała po całości. Od góry zlał nas wcześniej ulewny deszcz, tak że kąpiel nie zrobiła już na nas specjalnego wrażenia. Obśmiałyśmy się, bo nic nam nie groziło, rzeczka jest bezpieczna - utopić się nie sposób.
Okoliczności przyrody wynagradzają wszelkie trudy. Naprawdę, nie przesadzam. Niesamowicie bujna zieleń i magiczne światło dają wrażenie odrealnionego wręcz spokoju. W takim miejscu bardzo łatwo być tu i teraz.
Kol. D. zapisała nas na wszystkie spływy w sezonie (w tym Wartą). Na pewno nie zaliczymy wszystkich, bo imprezy współfinansuje gmina, więc nie mamy monopolu. Chyba że będzie niedobór, na co liczymy.
Z narażeniem życia (zwłaszcza aparatu) udało mi się zrobić trochę zdjęć - nie są najlepsze, bo niełatwo je robić z kiwającego się kajaka. No i deszcz sprawił, że zaparował mi obiektyw i na zdjęciach widać krople wody. Ale są. Puszczam mniej więcej od startu.
Tu już lało:
Tu trzeba było się rozpędzić i przeskoczyć tym kawałkiem bez kamieni:




























.



















