niedziela, 15 grudnia 2013

Czy twój aniołeczek wyprowadził już psa?

Nie mogę zmilczeć, no nie mogę! Usłyszałam dziś w radiu dwie informacje, które mnie co najmniej zbulwersowały, a jedna nawet przestraszyła.
Zapewne nie odkrywam Ameryki, nie wynajduję prochu, ale może wyważam otwarte drzwi. Usłyszałam otóż o istnieniu portalu pt. askfm - mam nadzieję, że nie robię mu reklamy. Nie miałam pojęcia o jego istnieniu i nie to mnie zbulwersowało. Wiem, że internet to nie tylko pastelowe kurniki, sielskie zagrody i pracownie utkane ze snów, chociaż szkoda. Portal ten jest przeznaczony dla młodych ludzi, albowiem okazuje się, że facebook i inne nasze klasy są już passe i w ogóle dla starców. Askfm to portal "społecznościowy" dla bardzo młodych ludzi - nastoletnich. Na facebooku jest mama, tata, brat i dziadek, a tam wręcz przeciwnie. I to jest to! Hulaj dusza i jazda bez trzymanki! Żadnych ograniczeń, prywatności, blokad, haseł, nic! Wszystko co powiesz, pokażesz i zrobisz widzą WSZYSCY. Oczywiście natychmiast tam zajrzałam, choć niezbyt dogłębnie (trzeba założyć konto), ale wystarczająco, żeby zobaczyć o co chodzi. A więc nasze kochane dzieciaczki, nasze aniołeczki, wzorowi uczniowie obrzucają się tam błotem, ćwiczą się w hejterstwie, pokazują cycki i resztę, posługują się językiem, który trudno zakwalifikować do jakiejkolwiek grupy (językowej). To jest rynsztok liczący sobie - o ile dobrze usłyszałam - 18 milionów członków! Możliwe, że się przesłyszałam, bo nie chce mi się wierzyć. Gówniarze potrafią tam tak zaszczuć upatrzoną ofiarę, że popełnia ona samobójstwo z jakiegoś błahego powodu - np. z powodu pryszcza na tyłku. Wątkami wiodącymi i w zasadzie jedynymi (na tyle, na ile zdołałam się zorientować) są: wygląd zewnętrzny, seks, kasa, idole - jacyś obleśni faceci i laski wyglądające jak prostytutki.
Jestem wstrząśnięta tym bardziej, że to nie są dzieciaki z patologicznych środowisk! To nasze dzieci! Dobrze wychowane, wyprowadzające psa na spacer, "normalnie" funkcjonujące - jak się okazuje, pozornie.
W tej oto chwili dziękuję Bogu, że moja córka jest już dorosła, a i wnuków nie widać, to nie muszę się martwić. Jak Wy to robicie Dziewczyny z Nastoletnimi Dziećmi? Co robicie, żeby nie zwariować i nie zrobić z domu pierdla o zaostrzonym rygorze? Przecież nie ma od tego ucieczki. Można nie mieć w domu internetu, można jakieś blokady pozakładać (obejdą!), a to i tak psu na budę. Internet ma każdy dzieciak w telefonie.
To jest pokolenie, które za 20 lat wystartuje w wyborach do parlamentu i nie tylko? Szczęśliwie będę już za stara, żeby się tym przejmować. Ale moja córka nie... Quo vadis świecie, że tak patetycznie zakrzyknę!?
Odpowiedzią na to pytanie jest poniekąd druga informacja, która mnie dzisiaj i rozśmieszyła, i zbulwersowała.
Ronaldo dokonał otwarcia muzeum poświęconego jemu samemu! To ci postać wybitna, wzorzec z Sevres i autorytet! Aż chciałabym zobaczyć muzealne eksponaty: przepocone skarpetki, buciki piłkarskie nieco zużyte, majtasy, które miał na tyłku podczas meczu, w które to majtasy kopnął go inny jakiś autorytet, grzebień zaklejony żelem do włosów? Tak więc część świata zmierza tam właśnie - do muzeum, oglądać przepocone skarpetki, a druga część do galerii - bynajmniej nie sztuki. Jakie to krzepiące, prawda?
O tempora, o mores!

Zapominamy teraz o skarpetkach Ronaldo i jego grzebieniu z lusterkiem.

Zima wprawdzie jeszcze trwa, ale już z górki. W każdym razie u nas dojrzewają poziomki..

sobota, 14 grudnia 2013

Owca w kurniku albo słoń w składzie porcelany



Z wielka radością moszczę dla Owieczki miejsce w Pastelowym Kurniku. A oto co pisze:
Zdjęcie dla podbicia nastroju. Tak mamy w Kurniku.

Nie mogę wejść do  bloga Rogata Owca, aby zrobić nowy wpis. W końcu wypadałoby tak w Adwencie, po siedmiu miesiącach milczenia. Jednak nie jest mi to u siebie pisane. Mogę sobie co najwyżej napisać komentarz. Nowo otwarty Kurnik Dzikich Kur jest natomiast gościnny nad wyraz. Nawet owcę przyjmą , wymoszczą kącik. W Pastelowym Kurniku jest owca jak najbardziej grata. W prawdziwym kurniku  niekoniecznie jest gościem pożądanym. W moim  rozgniata jajka nosem lub racicą i straszy kury. Taka bardziej ovis non grata. Jak ja na blogu.
Mika swoim postem o zbliżających się Świętach moich ulubionych przywołała  wspomnienia z dzieciństwa. Wspominki według niektórych są oznaką starzenia się. Staram już, nie ma co kryć. Metrykalnie. Mentalnie do starości daleko mi bardzo i to się chyba nie zmieni. To musi być defekt genetyczny, bo ojciec nigdy mentalnie nie dorósł.  Dzieciństwo miałam całkiem fajne i pamięć odziedziczyłam po przodkach wyborną. Dom rodzinny był domem - rzec można bez najmniejszej przesady  - otwartym.  Sensu stricte także, bowiem ogromy klucz złamał się był pewnego dnia w zamku, a ojciec mój, człek niepraktyczny, nie widział potrzeby wymiany. Tak więc dom był otwarty, a my udawaliśmy tylko, że drzwi zamykamy, gdy wychodziliśmy z domu. Mieszkaliśmy przy przystanku autobusowym. Zawsze było tam sporo podróżnych. Tak wywijaliśmy złamanym kluczem, tak szarpaliśmy się z zamykanymi, a w rzeczywistości z otwartymi drzwiami, aby wszyscy widzieli, że pozamykane wszystko na cztery spusty. Dom był więc nie zamykany, aż do naszej przeprowadzki w 1977 roku, do dnia w którym skończyłam szkołę podstawową i dom przestał być naszym domem, czyli ponad dziesięć lat. Do czasu kupna mojej małej chałupki na kurzej nóżce, zwanej przez kolegów z pracy domkiem dla lalek, nazwa „DOM” zarezerwowana była dla domu naszego dzieciństwa. Dom więc był przybytkiem otwartym, pełnym gości. Moi Dziadkowie byli też takimi „przyszywanymi” dziadkami dla wielu dzieci, które z różnych powodów prawdziwych dziadków nie miały. Trochę nas to we wczesnym dzieciństwie złościło,  że obce dzieci mówią do naszych babciu, dziadku. Wytłumaczono nam jednak i pojęliśmy w mig, w czym rzecz. W kuchni był stół dla dzieci, przy którym jadaliśmy w towarzystwie przynajmniej trójki zaprzyjaźnionych dzieciaków. Był też drugi normalnych rozmiarów, dla dorosłych. W kuchni, która była duża,  jadało się codzienne posiłki, bez zbytniej celebracji czyli o różnych porach. W pokojach dziennych – jeden rodziców z meblami nowoczesnymi, ale z drewna dębowego (lata sześćdziesiąte), drugi dziadków z meblami pamiętającymi cesarza Wilhelma II z pewnością – jadało się w niedziele, święta i podczas wizyt gości. A tych przewijało się przez nasz dom całkiem sporo. To właśnie w związku z wizytami zdarzały się historie porcelanowe. Przed przybyciem  gości przygotowywano zastawę stołową odświętną. Obiadową bądź herbacianą lub kawową. Byłam dzieckiem „bardzo żywym”, prawie fruwającym (stąd może obecność dziś w kurniku nie jest aż tak bardzo niewłaściwa) i podczas tych nieustających lotów miewałam liczne wypadki. Nie jestem kruchą istotą, wypadki więc nie czyniły krzywdy mojej cielesnej powłoce. Dziesiątkowane były natomiast porcelanowe wiana babcine, ciotczyne (choć ta przezornie część zabrała, gdy już zrozumiała co się święci) i mamine, których „nawet wojna i pożoga” nie zniszczyły. Co i rusz stłukłam filiżankę, talerz, kieliszek czy dzbanek, o pięknych karafkach nie wspominając. Bardzo się starałam  unikać tych przykrych wypadków. Już wtedy  lubiłam porcelanowe filiżanki i talerze, kochałam szkło, mogłam godzinami oglądać znaki manufaktur, dekoracje pod glazurą, kalkomanie kwiatowe.  Cierpiałam i płakałam nad każdą rozbitą skorupą. Brat podzielał mój żal i smutek (też ma fioła, nawet większego, bo nawet zawodowo zajmuje się  szkłem i ceramiką). Ojcu było wszystko jedno. Jak to ojcu naszemu. Nie rozczulał się zbytnio nad marnościami tego świata i zbytkiem. Natomiast  Najważniejsze Kobiety mego życia wylewały łzy i rwały włosy. Mogły godzinami wspominać, kto i kiedy z której pił herbatę, kto którą lubił, jaki obrus pasował do tego serwisu, jaki do tamtego, i które łyżeczki były użyte w 1938 roku, w Boże Narodzenie, kiedy „Ciotka Bartczakowa przyszła z wizytą z Krysią, a Karolina z Izabellą, a Wujo Janiak tak się zaśmiewał z żartów Hesi” (to cytat, pamiętam do dziś). Nie chciałam „dekompletować tych wszystkich kompletów”, robić im przykrości. Próbowałam nawet w tamtych dniach  chodzić powoli i na palcach, ale wtedy najczęściej traciłam równowagę i … lądowaliśmy już razem. Ja i porcelana, którą chwytałam w locie szukając oparcia. Nastąpił w końcu całkowity zakaz zbliżania się do kredensu i serwantki. Nie zbliżałam się. Ale nawet gdy tylko patrzyłam z daleka na te porcelanowe filiżanki i filiżaneczki, i byłam w stosownej od nich odległości,  zaczęły wypadać z rąk babci albo mamy. Jedynym wyjściem była całkowita izolacja mnie, tak abym nawet nie patrzyła. Miało to swoje dobre strony. Nie musiałam pomagać w żadnych przygotowaniach, bo groziło to rozbiciem następnych bardzo zasłużonych wspomnieniowo egzemplarzy. Problem polegał jednak na tym, że u nas były one wszędzie. Nawet w spiżarni . W miejscu odosobnienia też była serwantka z porcelaną i szkłem. Na szczęście ta była zamknięta na kluczyk, aby mnie nie kusić. Z tych babcinych zbiorów spod klucza mam tylko trzy filiżanki ze spodkami. Brat ma sześć, cukiernicę, mlecznik i talerz na ciasto. Reszta została wytłuczona niestety w drobny mak. Porcelana jest wszak krucha, wiadomo nie od wczoraj. Teraz po latach, gdy jestem u brata i mamy, czasem pytam specjalnie dlaczego tylko pięć tych filiżanek, a tych cztery. Mama wtedy - mimo Alzheimera- odpowiada: jak to, nie pamiętasz?. Potłukłaś w dzień imienin taty w 68 roku, tuż przed przyjściem Domagałów. Pamiętam doskonale, ale sprawdzam tylko mamę.
 Na co dzień jadaliśmy na skromnej, najczęściej białej zastawie (mam jeszcze parę talerzy, wazę, dzbanki, sosjerki, brat też ma niezły zbiór, większy, bo to on wraz z mamą do swojego nowego domu zabrał całą prawie zawartość kredensów). Bardzo też przestrzegano tego, aby kawa biała była w filiżankach odpowiednich, kawa czarna w innych, mniejszych, herbata w herbacianych. Broń Panie Boże coś pomieszać. Wychowywali nas terroryści. Stwierdziliśmy to z bratem już dawno temu. Jednak z nostalgią i miłością wspominam ten terroryzm. Terrorystką jestem też ja. Czym skorupka za młodu…, czy jakby rzekł ojciec consuetudo  altera natura. Nie jestem z tego dumna, ale cóż… Nie umiem inaczej, a rodzina przywykła .
Teraz rzadko tłukę porcelanę, ale córce mojej wychodzi to przednio od dzieciństwa. Nie rwę włosów, choć czasem ciężko mi to przychodzi. Widzę siebie. Mówię: wiesz, tę bardzo lubił dziadek i uśmiecham się do wspomnień.
Pacjan z Barcelony vel Owca Rogata

PS. Kochane Niezawodne Dziefczęta i Chłopcy! Zajrzyjcie do Kwiaciarenki:  http://kwiaciarenka-lawenda.blogspot.it/ Ona i jej Podopieczni bardzo nas potrzebują!
Wie ktoś, czy mogę przeprowadzić tutaj malutką licytację na rzecz?
`Hana

piątek, 13 grudnia 2013

A JEDNAK ŚWIĘTA...


Idą nieuchronnie, a wraz z nimi modlitwy, spotkania rodzinne, opłatek, prace domowe, upominki i … wspomnienia... Tak, właśnie wspomnienia chcę dziś przywołać, moje i Wasze...
Zimy z dzieciństwa jawią mi się długie, mroźne i słoneczne, takie dni zostały mi w pamięci. Na podwórku tunele w śniegu i igloo budowane z bratem ciotecznym. Na choince prześliczne lichtarzyki, przypinane do gałązek pachnącej jodełki. A w nich kolorowe, cienkie świeczki. Uwielbiam te lichtarzyki, mam ich kilka do tej pory.

Oprócz lichtarzyków na choince wisiały oczywiście bombki, a także zdobyczna Mieszanka Wedlowska . I tu anegdotka numer 1. Miałam psa Mukiego, który był nader oryginalną mieszanką puli węgierskiego i setera irlandzkiego, czarny, kudłaty (ale bez dredów), chodząca poczciwość. Miał atoli jedną wadę: kochał słodycze, a szczególnie czekoladowe cukierki. Wyspecjalizował się w wyjadaniu z papierków cukierków wiszących na choince, a czynił to tak zręcznie, że nikt go nie mógł na tym przyłapać, a zjedzone cukierki szły na moje konto, czym byłam dogłębnie oburzona. Niesprawiedliwe oskarżenia zawsze mnie bardzo dotykały. Sprawa się w końcu wydała, gdy po objedzeniu wszystkich niższych gałązek, Mukuś sięgnął wyżej, zwalając całą choinkę i tłukąc połowę bombek. Odczułam ponurą satysfakcję.

O takich drobiazgach jak pożar choinki od zapalonych włosów anielskich ( wtedy były z celofanu) to już nie wspominam, każdy pewnie coś takiego pamięta.

Święta u nas wiązały się z przyjazdem rodziny z Krakowa, w tym trójki moich kuzynów. Domek był (i jest nadal) mały, wszystkiego dwa pokoje z kuchnią bez łazienki, a dorosłych czworo plus czwórka dzieciaków. Rozkładało się łóżka polowe, ciocia z mamą spały razem na wersalce, a dla nas znosiło się ze strychu duże materace sprężynowe (wcześniej sienniki) i spaliśmy pokotem na podłodze. A jakaż to była atrakcja!!! Uwielbialiśmy rano po nich skakać i szaleć. I wiecie co? NIKOMU TO WSZYSTKO NIE PRZESZKADZAŁO! Byliśmy po prostu szczęśliwi, że możemy być razem.

Teraz szybka podróż w czasie, do pierwszej Wigilii bez Mamy. Miałam wtedy 22 lata i bardzo chciałam zrobić wszystko jak należy. Kuzynka przyjechała mi pomóc w przygotowaniach i bardzo się przykładałyśmy do roboty.
Wykonałyśmy karpia w galarecie, ale było już późno, lodóweczka mini zapchana po wręby, więc wystawiłyśmy salaterkę z rybami na stół na podwórzu, nakryłyśmy pokrywką i przyłożyłyśmy cegłami, na wszelki wypadek. Przed kolacją wigilijną idziemy po rybę, a tu... Cegły i pokrywka zwalone, z ryby smętne resztki zostały, a nad salaterką dwa bardzo szczęśliwe koty... Ogon trzeciego mignął za płotem. Popatrzyłyśmy na siebie i zostawiłyśmy salaterkę na podwórku, do rana nic nie zostało. Za to wszystkie okoliczne koty długo wspominały tę Wigilię.

Rok później była Wigilia w stanie wojennym. Mieliśmy być sami z Tatą, ale kuzynkom udało się załatwić przepustkę na przejazd z Krakowa do Zakopanego, ale miały przyjechać już na samą kolację wigilijną, więc tym razem musiałam wszystko zrobić sama. Ambitnie postanowiłam zrobić uszka z grzybami do barszczu, pierwszy raz w życiu. Zostawiłam je na sam koniec, żeby ugotować na świeżo. Lepiłam i lepiłam, miejsca w kuchni brakowało, więc nieszczęsna układałam warstwami jedne na drugich, ale nie przyszło mi do tępej łepetyny, żeby je jakoś oddzielić ściereczką czy papierem... Co Wam będę mówić, polepiło się wszystko na amen, bez szans na rozdzielenie. Dziewczyny już jechały, grzybów już nie było, więc w desperacji rozwałkowałam wszystko na stolnicy, łącznie z nadzieniem i zrobiłam grzybowe łazanki w ciekawym, brunatnym kolorze. O dziwo, dały się zjeść, a Tato nawet na następny dzień zażyczył ich sobie jako odrębnego dania.

I tak się to snuje, jedne wspomnienia wywołują drugie, wracają obrazy z idealizowanego dzieciństwa, kiedy wszystko wydawało się proste. Wracają osoby, które już dawno odeszły, a które w ten czas powinny być wspominane. Jak to dobrze, że są Święta... 
Życzę Wam, żeby wszystkie ośnieżone (lub nie) drogi, doprowadziły Was do oświetlonej choinki albo do Was przyprowadziły bliskich, a może dawno nie widzianych i żeby każdy miał możliwość spędzenia ich tak, jak lubi.


Czekam teraz na Wasze wspomnienia, zabawne, a może nostalgiczne... Pogrzebcie trochę w szufladach pamięci i podzielcie się z nami, jak opłatkiem :)

MIKA

P.S.  Zimowe zdjęcia autorstwa Ogniomistrza. Piękne, prawda?

czwartek, 12 grudnia 2013

Nadejszła północ. Uśpiona wieś zastygła w oczekiwaniu, tylko wycie psów i poszczekiwanie zbłąkanego lisa niosło się po opłotkach. W oddali, w zimnym świetle księżyca pohukiwała sowa wypatrując zdobyczy. Ciemności spowijały świat, tylko w jednym małym oknie na krańcu wsi pełgał płomień świecy. To gospodarz rozświetlał mrok usiłując sfotografować masywną, szklaną paterę, która stała na kredensie podrapanym przez koty. Niestety, świeca zgasła, a gospodarz musiał sobie poświecić oczami. Oto rezultat:
Tu widać nieszczęsny ajzol/ szarańcz/pasikonika/ćmę/gumę do żucia/piankę silikonową, który nie jest niczym innym, jak podstawą patery. I z góry:


Rezultat konkursu przeszedł wszelkie moje oczekiwania! Dziękuję Wam za wspólną zabawę i obiecuję, że to nie jest ona ostatnia.
Losowanie zostało przeprowadzone rączką Gospodarza. Pierwsza grupa to osoby, które zgadły, a są to Mika i Gosia. Rączka wylosowała:
Druga grupa, to osoby, które trochę zgadły: Agniecha, Maria Nowicka, Ewa z Mazur, Maja.
I trzecia grupa - to wyróżnienia za oryginalność wypowiedzi: Lidka i Sąsiad:
Ostatnią grupą jest Mnemo, która otrzymuje nagrodę pocieszenia. Pierwsza nagroda - pastel, pofrunie zatem do Gosi. Reszta nagród pozostaje moją słodką tajemnicą! Poproszę o Wasze adresiki na adres mailowy na pasku z prawej.
Czekałam do ostatniej chwili, stąd obsuwa w czasie. Ale już nie ględzę, klikam i leci!

PS. Uwaga laureatki! Nagrody pofrunęły dzisiaj! Priorytetem, a więc liczę, że będą u Was w poniedziałek.




poniedziałek, 9 grudnia 2013

W ciemnościach kurnika

W ciemnościach kurnika zniosłam poniższe jajo (-a). Tępota zwoje spowija i koloru się chce. Ratuję się więc kredkami - one nie wymagają zaangażowania umysłowego, ani znajomości języków obcych.
Jajo pierwsze:
Jajo drugie:
Jajo trzecie:

A teraz, UWAGA, Mika i ja mamy przyjemność ogłosić KONKURS z okazji inauguracji bloga. Nagrodą jest poniższy pastel o wymiarach 30cm x 24cm (z passe-partout), zabezpieczony werniksem.
To jest dyńka hokkaido i Wasze ulubione, parchate, niczymniepryskane jabłuszko!
Trochę jednak trzeba się potrudzić i zgadnąć, co przedstawia poniższe zdjęcie. Spośród prawidłowych odpowiedzi ślepy los wyznaczy zwycięzcę, który wejdzie w posiadanie dyńki i jabłuszka.
A oto zagadka:

Łatwo nie jest, ale za to jak ekscytująco! Odpowiedzi zbieramy do najbliższej środy 11 grudnia, do północy. Może być?

PS. Dziękuję Agniecha i Lidka! Właśnie posiadłam kolejną umiejętność! Otóż chciałabym donieść (w komentarzach może umknąć), że kot napadnięty przez moje aniołeczki został uratowany SKUTECZNIE! Chodził dzisiaj po moim ogrodzie, jakby nigdy nic. Niewyuczalny samobójca - następnym razem może się nie udać. A więc ranna zostałam nie na darmo!

sobota, 7 grudnia 2013

Trzecia ręka

Ja nie wiem, co Wy z tą zimą, że zimno, że kłódki zamarzają, że śnieg...
U nas i owszem, też 7 grudnia, Mikołaj wczoraj był i wyglądał tak:
To przed południem.
Po południu trochę się wprawdzie ochłodziło, ale Frodo pogrzał nam nóżki i daliśmy radę.
W naszym klimacie nie można jednak liczyć na pogodę. Dziś rano okoliczności przyrody nie wyglądały już tak sielsko.
Mikołaj udał się do innych zajęć, a zaraz po jego wyjeździe...
Te oto dwa rozkoszne aniołeczki:

 Zapolowały na wioskowego kota. Przez okno dojrzałam, co się święci, wypadłam z domu tak jak stałam, tzn. w zwykłej bluzie i kapciach. Mój jeszcze zalegał w alkowie, co jest istotne dla biegu wydarzeń. Nie wiem, jak psy to zrobiły, obce koty chodzą "po naszym" w tę i nazad, żaden dotąd nie dał się złapać. Dlaczego akurat ten? Cóż, dość, że złapały. Kot był dzielny, prał aż furczało. Nie wiem, jakim cudem udało mi się odciągnąć Frodo, bo jest większy ode mnie. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności miał na szyi świeży kłąb nasion łopianu i tam się wczepiłam. Ciągał mnie za sobą trochę - na tyle, że mam poobcierane kolana! Jedną ręką próbowałam odepchnąć spod jego paszczy kota, kot z wdzięczności dość dotkliwie mnie pogryzł. Wreszcie udało mi się przycisnąć Frodo kolanami do ziemi (łatwo nie było) i złapać Wałka za obrożę (na szczęście ją miał). Pogubiłam kapcie, skarpetki przemokły i zaczęłam przymarzać do podłoża, a tu znikąd pomocy! Wieś jak wymarła, żywej duszy w promieniu kilometra!  Kot siedzi i warczy zamiast wiać, ja leżę i w zasadzie kwiczę na jednym psie, drugi pies się miota na obroży, która zaraz się rozepnie, a Mój w alkowie! Co robić, omamuniu, co robić? Wołam, wrzeszczę, krew się z ręki leje, a Mój nadal w alkowie! A kot nadal siedzi i warczy!
Myślę sobie - zamarznę tu, ale nie popuszczę, kota nie dam. Oczami wyobraźni zobaczyłam, jak Mika z Moim siedzą sobie przy stole w ciepłej kuchni, śniadanko jedzą, kaweczkę popijają gawędząc niespiesznie o tym i owym i nawet nie zauważą, że mnie nie ma! Aż nagle, wtem! Mika usłyszała piskanie i przybyła odsiecz. Kota trzeba było pogonić, psy długo jeszcze szalały nakręcone jak sprężyny w bombie zegarowej, ja opatrywałam rany. Kot poszedł, nie wiem, niestety, czy i na ile zdążyły go poturbować. Pocieszam się, że dał im popalić, bo paszcze mają podrapane oba, no i wmieszałam się szybko, nie miały za wiele czasu.
Mika utrzymuje, że w przypływie adrenaliny wyrosła mi trzecia ręka. Usłyszawszy piski i ujadanie wyjrzała albowiem przez okno. Je leżałam na miotającym się Frodku wpita pazurami jednej ręki w jego kudły, drugą ręką trzymałam za obrożę Wałka, a trzecią ręką wskazywałam Mice kierunek alkowy, żeby Mojego zawiadomiła...
Mam wysuwaną trzecią rękę. Innej możliwości nie ma.

czwartek, 5 grudnia 2013

Znalazło się!

Znalazło się, nawet z komentarzami, co nie zmienia faktu, że nic nie kumam (ani Mika).
Zdjęcie jest zapowiedzią tego, co nas czeka - ja tam Was nie straszę! Post wyszedł przypadkiem, zdjęcie to rekompensata za stres.

Ratunku!

Ratunku! Niczego nie usuwałam! Paczę i nie ma! Nigdzie! Mogę dać drugi raz, ale zniknęły też komentarze! Czy ktoś wie o co chodzi? Komentarze do poprzedniego posta mam na poczcie gmail.
Co ja robię i co ja paczę?

środa, 4 grudnia 2013

Kontrola jakości

Kontroler jakości tak oto wypowiedział się na temat przesyłki od Agniechy:
Ocet pachnie jabłuszkami, natomiast druga buteleczka pachnie jabłuszkami mocniej. Różnią się ponadto kolorkiem.
Reszta komisji orzekła, co następuje:
A tak było "przed":
I w trakcie:
Agniecha, bardzo Ci dziękuję za niespodziankę, nie dość, że po raz pierwszy w życiu coś wygrałam (może dlatego, że nie gram?), to dostałam, co wygrałam, i jeszcze dostałam w bonusie Eau de Mlądz. Ludzie! Ale kopie! I do tego mam trochę słomy, która pieczołowicie chroniła cenną zawartość, a którą Agniecha musiała odjąć od ust swoim konikom. Przyda mi się do siennika. Dziękuję!
O działaniu Eau de Mlądz powiadomię jutro.


wtorek, 3 grudnia 2013

Stuk-puk w okienko

Działo się! Nieoczekiwanie, znienacka, stuk-puk w okienko, a tam kto? No kto? A Kretowata we własnej osobie! Mało, że Kretowata, ale Kretowata z całą (bez Kruczka) książęcą Rodziną w osobach Księcia Małżonka oraz Księżniczki. Dobrze, że zdążyłam zmienić spodnie od polowej roboty. Dobrze, że zdążyłam, upiec ciasto (szarlotka!) wg przepisu znalezionego u Anki Wrocławianki (pycha!). Nie zdążyłam powstrzymać entuzjazmu piesków, które przestraszyły nieco Księcia Małżonka, czemu się nie dziwię - Wałek w takich razach skacze, jakby chciał odgryźć nos i wydaje dźwięk przypominający pisk styropianu na szkle. Książę wszak się nie ugiął (jak to Książę), Księżniczce nawet smoki niestraszne, a Kretowata, to każdy wie, co tu jęzor strzępić po próżnicy. Jakby tajfun, ale bez szkód. Nie dość, że pióro ma lekkie, to jeszcze dar opowiadania. Zaśmiewaliśmy się do łez i rozpuku z Jej opowieści. z życia wziętych. Gdyby ktoś miał wątpliwości - przeprowadzić się na wieś, czy nie, decyzję na tak podjąłby dzisiejszego wieczora.
Pieski w końcu posnęły w odosobnieniu, jeden kot schronił się na szafie, drugi pod kołderką, Księżniczka popełniła trzy pastele (Kretowata, powiedz Jej, że jednak ten z domkiem najpiękniejszy), Książę nie dziwił się niczemu (życie z Kretowatą musiało Go uodpornić) i już trzeba było się żegnać. Ale na krótko, już moja w tym głowa.
Gdyby nie parę przeszkód, ożeniłabym się z Kretowatą!