niedziela, 19 lipca 2015

Mała historia wielkiego psa

Dolne i górne zdjęcie to Frodul współczesny

Ta historia ma 5 lat. Frodo ma o parę miesięcy więcej, może nawet o cały rok.
Kilka miesięcy po śmierci naszego kochanego Hukały coraz bardziej tęskniliśmy za psem.  Przeczesywaliśmy internet i wytypowaliśmy kilka piesków, między nimi był Frodo (wtedy roboczo nazywał się Kapsel) ogłaszany na Dogomanii. Każdy z Was wie, jaki to trudny wybór. Męka decyzji trwała kilka dni, aż zadzwoniła moja siostra z pytaniem, czy dojrzeliśmy do psa. Od tej chwili sprawy potoczyły się błyskawicznie. Otóż mieszkająca w Koninie A. (jakieś 200 km stąd) koleżanka siostry, znalazła psa i rozsyłała wici. Poprosiłam o zdjęcie. Mało nie padłam zimnym trupem, kiedy na zdjęciu zobaczyłam Frodo vel Kapsla! To na pewno było zrządzenie losu i palec opatrzności! Decyzja została podjęta w 2 minuty. W międzyczasie Frodo pojechał do DT pod Sieradzem (niedaleko Łodzi). Szybka wymiana telefonów i w drogę!
Zanim to jednak nastąpiło, Frodo włóczył się po polach w pobliżu domu A. pod Koninem. Była to wczesna jesień, początek września, na polach nie było już zbóż, tylko ściernisko. Biedak miał od tego pokaleczone łapy i był chudziutki. Musiał włóczyć się już jakiś czas. A. miała wtedy w domu dwa bokserki i Frodo nie przypadł im do gustu. Mieszkał więc w drewutni prawie 2 miesiące, do czasu znalezienia mu DT. Nie było to proste, bo duże psy, proporcjonalnie do gabarytów, mają dużo mniejsze szanse... A. obszukała okolicę, pytała, ogłaszała. Nikt się nie zgłosił. Wniosek nasuwa się jeden: ktoś go wywiózł i porzucił, bo nikt w okolicy go nie znał, a taki pies nie mógł przejść niezauważony. Był młodziutki, więc sam też nie przywędrował  buk-wie-skąd. To tłumaczyłoby jego uraz samochodowy, chociaż niekoniecznie.
Na przysłanych zdjęciach Frodo sięgał tymczasowemu opiekunowi trochę powyżej kolan i wyglądał wtedy tak w sam raz:

Dzieciuch, słodziaczek mój...
W DT pod Sieradzem zaskoczyły nas trochę jego gabaryty, bo naprawdę był duży już wtedy. Ale nie aż tak:) To jednak nie miało większego znaczenia, bo to po niego przyjechaliśmy i koniec. Do samochodu wsiąść nie chciał, więc został wniesiony, co wówczas nie było jeszcze wielkim problemem. Ognio spoko dał radę. Piesuś przywalił mnie całym sobą na tylnym siedzeniu i tak sobie jechaliśmy. Przerwa na siusiu była problematyczna - wysiąść, wysiadł, ale żadnego siusiu, picia, nic. Bardzo był przestraszony. Wsiąść już nie chciał, znów Ognio naprężał muskuły. Jechaliśmy więc dalej bez żadnych przystanków, byle prędzej do domu. Na gumnie chodził za mną krok w krok trzymając się spódnicy. Chodziłam z nim i chodziłam, żeby chociaż siusiu! Wreszcie udało się! Siusiał jeszcze jak baba...
Pierwszy dzień na gumnie
Z kotką Grażynką poszło bezboleśnie, przed wejściem do domu długo obserwowała nas przez okno. Ze dwa razy prychnęła, pacnęła, parę dni spędziła na szafie i to wszystko. Frodo nie był nią zainteresowany i tak jest do dzisiaj. Przez pierwsze dni wszystko układało się fantastycznie, Frodo spał grzecznie na kocyku przy naszym łóżku, nie nabrudził w domu ani razu, tylko sam na gumno nie chciał wychodzić. Problem pojawił się po jakimś czasie, kiedy chłopak okrzepł i nabrał trochę pewności siebie. Otóż kiedy siadaliśmy do stołu, żeby jeść, nasz słodziaczek rzucał się z groźnym bulgotem, takim z głębi trzewi na Ogniomistrza, odcinając mu drogę do stołu. I nie pozwalał mu usiąść! Zdarzało się i tak, że Ognio musiał zasłaniać się krzesłem. Ja mogłam wszystko! Ciekawe, nie? Byliśmy zdruzgotani. Rzuciłam się do internetu i mądrych książek, ale nigdzie nie znalazłam choćby zbliżonego opisu takiego psiego zachowania. Wreszcie wpadłam na pomysł z trąbką i odwracaniem uwagi. Pomaga ponoć w innych sytuacjach, może pomoże i w tej? Mamy w domu starą trąbkę rowerową, która wydaje potworne dźwięki, ryczy raczej, niż trąbi. Siadaliśmy do stołu, Frodo startował do Ognio, ja trąbiłam, Frodo hamował, Ognio siadał. Przez cały dzień, co jakiś czas nakrywałam do stołu, że niby będziem spożywać. Ognio próbował zasiadać, trąby jerychońskie dawały czadu. I tak co chwilę, przez kilka dni. Jakiej wprawy nabrałam w nakrywaniu stołu! Już nie pamiętam jak długo to trwało, na pewno kilka dni, ale impet ataku osłabiło to od pierwszego trąbnięcia, co dodało nam skrzydeł. I udało się! Potem czasem jeszcze próbował (dużo słabiej) ataku np. na gości (wyłącznie przy stole!), ale trąbka zawsze była w pogotowiu i użyciu w razie potrzeby. Dzisiaj nie ma śladu po tamtym zachowaniu.
 A Frodo rósł, rósł i rósł... Nabierał masy, nabierał i nabierał... Teraz ma mniej więcej 5 i pół roku, waży ok. 60 kilo i raczej już nie rośnie:))) Chociaż ostatnio była u nas córka i stwierdziła, że on chyba jednak jeszcze urósł... Nie jestem wysoka wprawdzie, jakieś 158cm w kłębie, Frodo sięga mi do biodra:)
Tutaj dobrze widać jaki jest wielki w stosunku do mojej siostry, która jest wyższa ode mnie...
Inne zdarzenie nauczyło moresu mnie, nie Frodo. Był już u nas jakiś czas, masy zdążył nabrać i wzrostu. Bawiliśmy się na trawie. W pewnym momencie usiadłam i turlałam się z nim. Frodzio był bardzo rozbrykany i potraktował mnie jak psa - przyjęłam niechcący "psią" pozycję zapraszającą do zabawy. Nie byłam w stanie opanować tej masy. Skakał po mnie, przywalał mnie swoim cielskiem, odskakiwał, żeby błyskawicznie skoczyć znów. Łapał zębami za szmatki i tarmosił. Nie mogłam wstać, zasłanianie się przed karesami tylko go nakręcało. On bawił się świetnie, a ja zaczęłam się bać. Już miałam wrzeszczeć i wzywać Ognio na pomoc, ale jakoś udało mi się wstać. Frodo uspokoił się natychmiast - pies (znaczy ja) wstał, znaczy się koniec zabawy. Byłam podrapana i lekko obtłuczona. Nie miałam dotąd tak dużego psa i nie doceniłam jego siły. I zdałam sobie sprawę, że granica między zabawą, a przejściem do walki jest cieniutka. To człowiek powinien przewidzieć taki obrót spraw. Nikt nie może wiedzieć jaki instynkt i kiedy odezwie się w zwierzęciu - zwłaszcza jeśli jest duże i już przez to potencjalnie groźne.
Frodo jest najukochańszym, cudownym, łagodnym powolniakiem (pozornie). Siłą spokoju. Wałek i Czajnik mogą wszystko. My też. Jednak ciągle pamiętam te dwa incydenty i stosuję zasadę ograniczonego zaufania. Kiedy pieszczoszek stanie na dwóch łapach, jest o głowę wyższy ode mnie. Niedźwiedź normalnie.
Biduś kochany, bardzo mu gorąco przy tych temperaturach
Do samochodu nie wsiądzie za żadne skarby. Stawałam na głowie i nie tylko. Zostawiałam otwarty samochód z wołowinką i parówkami na siedzeniu. Bawiłam się tam jego zabawkami, wrzucałam piłeczkę, patyk, itp. Sama tam wchodziłam i siedziałam licząc na to, że przyjdzie do mnie. Podchodził do drzwi, a kiedy lekko wyciągałam rękę z parówką, albo i nie, natychmiast uciekał. Parówka kusiła, więc wracał i tak w kółko. Na tym polu poległam. A kiedy się zdenerwuje czymkolwiek, kładzie się świństwem do góry i żadna siła go nie ruszy. Próba podjęcia negocjacji tylko pogarsza sytuację. Trzeba poczekać, sam wstanie. Dowieziony do weta położył się tak w poczekalni, a do gabinetu trzeba było go przepchnąć. Teraz wet przyjeżdża tutaj - jak do konia...
Zapamiętałam też, w jaki sposób ustawił sobie Balusia-zadziorę, psa mojej siostry. Baluś jest kurduplem jak Wałek, tylko kudłatym. Przy pierwszej wizycie próbował podskakiwać. Frodo tylko raz warknął (ale jak!) i pokazał mu uzębienie po gardło. Nigdy przedtem, ani nigdy potem nie widziałam tego u Frodo. Baluś natychmiast spokorniał i tak jest do dziś.
Baluś (to ten szaraczek) zawsze trzyma się w bezpiecznej odległości. Poza pierwszym razem nie wydarzyło się między nimi absolutnie nic, żadnej sprzeczki. Ale i tak nigdy nie zostawiamy ich samych.
Mimo jego łagodności i pozornej misiowatości nie mam wątpliwości, że gdyby mógł dopaść np. zająca, rozszarpałby go w sekundę. Jest szybki jak błyskawica, choć z pozoru flegmatyk. Instynkt łowcy śpi, ale śpi czujnie.
Frodo jest psem raczej lękliwym - może to sprawa genów, a może traumy wczesnego dzieciństwa, nie wiem. Nie dostarczamy mu lękowych sytuacji, więc jest spokojny i zrównoważony. Prawdopodobnie ma w sobie geny owczarka kaukaskiego, bernardyna i gończego rosyjskiego - na oko i z zewnątrz ma wszystkie cechy moskiewskiego psa stróżującego - a ten jest mieszanką tych trzech ras. Sama świadomość wystarczy, aby czuć respekt. I czuję. Co nie przeszkadza mi kochać go do szaleństwa, czego i Wam życzę!
To nie jest Frodo. To moskal z hodowli tutaj.
 Frodo jest ładniejszy, prawdaż?

 PS. Frodo, jak i Wałek, a także Baluś są wykastrowane.

czwartek, 16 lipca 2015

MARK KNOPFLER W KRAKOWIE

Dla zachowania płodozmianu i złapania oddechu po psich emocjach dziś relacja z koncertu Marka Knopflera, na którym byłam w poniedziałek w Krakowie.  

Jak może niektóre Kury pamiętają, bilet na koncert dostałam jako prezent gwiazdkowy od mojego ciotecznego siostrzeńca M., znanego niektórym kurom  młodego człowieka, który czyta np  "Waldena" Thoreau. Radość moja była wielka, gdyż albowiem Dire Straits było jednym z moich ukochanych zespołów a "Romeo and Juliet" uwielbianą piosenką. Wiadomo, że sam Knopfler to już nie DS i śpiewa teraz trochę co innego, ale na koncertach śpiewa też stare kawałki z czasów DS. Ten koncert to trzeci WIELKI w moim życiu. Byłam w Warszawie na słynnym koncercie Leonarda Cohena w Sali Kongresowej ( widok suk z ZOMO po wyjściu z koncertu był szokiem kompletnym) i w Sztokholmie na koncercie Boba Dylana. Zawsze marzyłam o koncercie Dire Straits i można powiedzieć, że częściowo mi się udało...

Wyjazd zaczął się raczej emocjonująco, gdyż z powodu korków na Zakopiance M dotarł po mnie z Krakowa dość późno (jechał godzinę od Białego Dunajca do Z., około 15 km), ale potem poszło już gładko, z tym, że jechaliśmy do Krakowa inną trasą. W każdym razie pod halą Tauron Arena zameldowaliśmy się na pół godziny przed koncertem. 
Hala jest naprawdę imponująca i z pomyślunkiem zaprojektowana, aczkolwiek nie bez drobnych mankamentów. Robi jednak duże wrażenie, mieści się tam chyba 15000 ludzi. Na koncercie było prawie pełno, nawet na górnych galeriach. Fajnie, że jest nareszcie w Krakowie miejsce, gdzie mogą się odbywać porządne koncerty.

Nasze miejsca były jednakowoż dość odległe od sceny i widzieliśmy muzyków w charakterze niedużych postaci na scenie. I tu moje duże rozżalenie z powodu braku telebimu ... Nie wiem dlaczego go nie było, to przecież powszechna praktyka na dużych koncertach. I nie tylko na dużych, bo na przykład w Białce Tatrzańskiej na koncercie Zakopowera  telebim był:)))) Tak więc o ujrzeniu fizjonomii Knopflera  i muzyków mogłam sobie tylko pomarzyć. Można powiedzieć, że koncert był raczej radiowy niż telewizyjny:) Ale grali wspaniale! Na początku było troszkę drętwo, ale potem się rozkręcili i artyści i widownia. Knopfler zaczął od swoich nowszych utworów, spokojnych i nastrojowych (może dla niektórych nudnawych), chociaż brakło mi kilku piosenek, które bardzo lubię, np "Madame Geneva" czy "Piper to the End". Pipera" grał na zakończenie koncertów w Kolonii, Uppsali i w Norwegii w czerwcu, szkoda, że u nas tego nie zagrał. Nagranie z koncertu w Kolonii poniżej. 


Wszystkich jednak tak naprawdę ruszyły stare hity "Dire Straits", na dźwięki "Telegraph Road" ludzie polecieli pod scenę. Byli "Sultans of Swing", "Romeo and Juliet", "Money for nothing". Pięknie było, choć słyszałam lepsze wersje "Romeo and Juliet". Ale co do tej piosenki to mam duże wymagania:)


No co tu dużo gadać, grali pięknie, choć wiadomo, że to już  nie ta energia co z Dire Straits, ale wszak minęło 30 lat... Ale sama ta muzyka NA ŻYWO to już było wielkie coś. No i sama atmosfera koncertu... Przekrój wiekowy widowni był od podstawówki do 60 plus, z przewagą 30 - 40 latków. Sporo całkiem niedużych dzieci było z rodzicami i dziadkami, na szczęście nie było gimnazjalistów:))) Naprawdę miło się patrzyło na ludzi w kwiecie wieku, bawiących się i szalejących do piosenek ze swojej młodości. Starsi panowie gwiżdżący na palcach, siwe panie tupiące i klaszczące i właśnie tak ma być. 
Wyjazd z parkingu po koncercie trochę trwał, a samochody były z całej polski, Gdańsk, Łódź, Warszawa, Lublin, Śląsk, bardzo dużo z Rzeszowskiego, Poznań, Elbląg. Podziwiam tych fanów, którzy jechali nieraz przez całą Polskę, żeby być na tym koncercie. I bardzo dobrze ich rozumiem. 
Do domu dotarłam po wpół do pierwszej, a chłopaki, tj M i kuzyn J jeszcze wracali z powrotem do Krakowa... Kochani są naprawdę.  M, baaaaardzo ci dziękuję jeszcze raz , że mogłam dzięki tobie uczestniczyć w tym wydarzeniu. To jaki następny koncert????

I na do widzenia "Madame Geneva"

A to już właśnie finałowy utwór instrumentalny z "mojego" koncertu!! Tak się skończyło:)))

P.S. Na You Tubie sporo wrzutek z poniedziałkowego koncertu.

wtorek, 14 lipca 2015

Lawendowy pies jedzie do domu!

Możliwe, że już jest w drodze powrotnej. Olga i Cezary wyruszyli o świcie, aby ich zwierzęta jak najmniej odczuły ich nieobecność. Nam pozostaje uzbroić się w cierpliwość, trzymać kciuki i wyglądać informacji. Mogą nie nadejść tak od razu, bo wyobrażam sobie, że ogarnięcie pierwszych emocji stada może chwilę potrwać.
Jakoś tak bez racjonalnej przyczyny trwam w przekonaniu, że wszystko będzie dobrze. Z opisu i zdjęć Lawenduś wygląda mi na kochanego pierdółkę - jak Frodo.
To czekamy. W międzyczasie, aby nie zapeszyć, możemy sobie konwersować o tym i owym i udawać, że wcale nie czekamy. Tak tylko zaglądamy sobie tu i tam...
Trzymaj się chłopie!

Z dedykacją dla wszystkich zapsionych i zakoconych, w szczególności dla Olgi i Cezarego:

niedziela, 12 lipca 2015

Lawendowe pola, lawendowy pies...

Halo Lublin i okolice, słyszycie mnie? Odbiór!
Przedstawiam Wam to piękne stworzenie w pięknych okolicznościach przyrody. Niestety, na tym piękno tej historii się kończy. Zdjęcia przysłała Grażyna, która wraz z cudArteńką, spotkała to cudeńko podróżując po Lubelszczyźnie. Grażyna napisała: Na polu lawendowym, achach jakim pięknym!! był równie piękny, biały pies, którego ktoś zostawił i pani właścicielka się nim opiekuje, ale ma już trzy pieski i nie może mieć czwartego. Pies jest cudny i natychmiast polizał Arteńkę w miłosnym szale, po twarzy... pani Lawendowa odda pieska w dobre ręce, szuka dla Lawendusia dobrej rodziny z domem i ogrodem. Pies jest łagodny i kocha wszystkich człowieków, także tych malutkich, a ja zrobiłam mu zdjęcie.
Lawenduś jest zapewne ofiarą wakacji, być może jego "państwo" pojechali do Prowansji podziwiać lawendowe pola?
Nie raz udało nam się pomóc w znalezieniu sierotom domu, może uda się i tym razem? Mam telefon do Pani Agnieszki, gdyby coś, to proszę o mail. Udostępniajcie na fb i innych twitterach, byłoby miło, gdyby pojawił się jakiś link w Waszych blogach - bierzcie zdjęcia i co tylko chcecie. I pamiętajcie, że jakby co, Skarpeta czuwa i w zakresie swoich skromnych możliwości może dorzucić grosik np. do kosztów transportu. Prawda, Generało Gosianko? 



Na tym zdjęciu, ze Ślubnym Wenezuelczykiem Grażyny, widać wielkość Lawendusia. Na moje oko 1/3 Frodo

A tutaj przepiękne, młode zębiska!
Dla Olgi

Do dzieła! Szukamy, ogłaszamy, namawiamy, przekonujemy, zaklinamy!

piątek, 10 lipca 2015

Nieoczekiwana zmiana miejsc

Schłodziłam Was skutecznie i jak Was teraz rozgrzać? W dodatku sezon ogórkowy w pełni, a ja nie mam w zanadrzu żadnej sensacji. Nawiasem mówiąc, nigdy do końca nie rozumiałam wyrażenia "sezon ogórkowy". To znaczy, że ogórki są, czy że ich nie ma? A skoro są (bo są), to znaczy, że wszyscy zajmują się ogórkami i nie mają czasu na nic więcej? Czy odwrotnie? A może chodzi o to, że latem należy jeść więcej ogórków? Bo są orzeźwiające? Jesteście niezawodne i na pewno zaraz ktoś mi to wytłumaczy i - jakby co - nie umarnę w nieświadomości.
Zimno jest i deszcz pokapuje, na gumno wyjść się nie chce, w sensie zarobkowym posucha (nomen-omen), więc próbowałam posegregować zdjęcia, co wyszło mi średnio. Utknęłam na zwierzakach, bo też są takie śliczne, mimimimimi, ciucmciumcium, i muszę znów je pokazać. W różnych dziwnych miejscówkach i konfiguracjach. Czy tylko mnie zachwycają?
 
Dorodna truskaweczka...

Stół nie jest właściwym miejscem dla obrusu. Jest właściwym miejscem dla Czajnika

Słynna szuflada

Pasuje kolorem do oczu?

Nie wiem jakim cudem nie pohuśtał się na kloszu?

Koszyk do chleba - mięciutki i pachnący...

Wiadomo, że na szafę najwygodniej wleźć za pomocą drzwi

W oponce Frodo
Krótka cisza poobiednia

Czyj to ogon?

A ten?
Gdyby nie ten ogon...
 
Grażynka w łóżeczku Wałka, który w tym czasie:
na moim (niegdyś) fotelu
 
Spokojnie, kury są przyklejone!
Na przystawkę
 
I do prania
 
Frodo w łóżeczku Wałka

Wałek w łóżeczku Frodo, Frodo półpiersiom

Na serwetkach do twarzy. Chyba.











Ulubiony sposób spędzania czasu

Ulubiona pozycja - świństwem do góry

Zdziwiony?





Zainteresowanych informuję uprzejmie, że Frodo ma wreszcie przepiękne łóżeczko, na którym zmieszczą się wszyscy, jakby co. Nikt go nie będzie podsiadał. O, takie łóżeczko:
Obiecałam, że pokażę, co ostatnio pochłaniało Ogniomiszcza. Dyptyk taki (olej na płótnie, 50x70cm):
 

Wesołego weekendu!