
poniedziałek, 9 października 2023
ZNÓW JESIEŃ

czwartek, 14 września 2023
O KSIĄŻKACH
Jak napisałam w którymś komentarzu, kompletnie wyprało mnie z pomysłów na posty. Nawet miałam kilka, lecz wyleciały mi z głowy. Próbuję coś pisać, jednak nic mi się nie podoba, więc na razie zachowuję te teksty na później, może się wyklarują.
Ale… w piątek byłam na targu i (jak zwykle) musiałam obejrzeć stoisko z
używanymi książkami. Wpadła mi w oko książka Moniki Szwai „Stateczna i
postrzelona”, wzięłam ją i zapytałam, czy nie ma więcej książek tej autorki.
Okazało się, że jest jeszcze jedna, „Gosposia prawie do wszystkiego”. Kupiłam
obie. Powoli zbieram sobie kolekcję, bo bardzo książki Szwai lubię. Monika
Szwaja pokazuje w nich takie fajne podejście do życia, optymizm, otwierające
się możliwości i sprawia, że człowiek czuje chęć do działania. Główne bohaterki (i bohaterowie) jej powieści
przeżywają trudne chwile, ale zawsze jakoś wychodzą na prostą. Chcą, żeby świat był
lepszy, ale nie moralizują. Są
przyzwoitymi ludźmi, mają poczucie humoru, pasje, talenty, ale są różni,
jak różni są ludzie wokół nas i spotykają ich różne, nie zawsze dobre rzeczy. Zawsze jednak promieniuje z tych książek
podskórny optymizm, pozytywny stosunek do życia i ludzi. Ja osobiście po
przeczytaniu jakiejkolwiek książki Szwai czuję się taka… przytulona.
Taki sam optymistyczny podtekst mają książki naszej
Mariolki, Joasi Kupniewskiej (mam dotąd dwie najnowsze). Po lekturze jej
książek czuję się podobnie i myślę sobie: będzie dobrze! Niedawno jeszcze z
równą ochotą czytałam książki Małgorzaty Musierowicz, ale jakoś mi się
przejadły. A może po prostu z nich wyrosłam? W końcu to książki dla młodzieży J
Przez lipiec i sierpień przeczytałam dziewięć książek Moniki Szwai (te na
zdjęciu, wszystkie z drugiej ręki lub za grosze kupowane z jakimś czasopismem) i wszystkie Chmielewskie, które mam (34 sztuki). Część z nich kupiłam
sama, część dostałam od siostry, która pozbywała się nadmiaru książek podczas
przeprowadzki do nowego mieszkania. Swoją drogą większego, niż miała dotąd.
Przeczytałam jeszcze kilka innych książek - niektóre to prezenty, jedną kupiłam
na Bazylku, kilka to powtórka starych lektur. I dwie książki w czytniku, kiedy
byłam u córki (okazało się przy tym, że nie taki diabeł straszny, hrehrehre). A
muszę wam powiedzieć, że teraz czytanie nie jest dla mnie łatwe ze względu na
kłopoty ze wzrokiem. Czytam przy pomocy dużej lupy, takiej wielkości zeszytu. Albo
dwóch par okularów.
Wybieram do czytania książki optymistyczne, podnoszące na duchu, a unikam
poważnych, mówiących o trudnych sprawach, brutalnych, pesymistycznych. Wolę
lekki, ale nie byle jaki romans, kryminał, no i bardzo szeroko rozumianą
fantastykę. Lubię poezję, ale dawno nie zaglądałam do moich książek z
wierszami, choć czasem sobie powtarzam w myślach te wiersze, które znam na
pamięć.
No i sporo czytam w internecie - na Facebooku, na blogach.
Jestem bardzo ciekawa, co aktualnie czytacie albo co chcecie przeczytać. Ja planów czytelniczych na razie nie snuję, mam nadzieję, że sobie odbiję później.
Edit:
Muszę jeszcze uściślić; wszystkie te książki, o których mówiłam, przeczytałam przynajmniej po raz drugi, większość z nich po raz n-ty. Żeby poprawić sobie nastrój.
piątek, 28 lipca 2023
O JĘZYKU
Ostatnio kilka razy trafiłam na różne dyskusje na temat poprawności językowej. Jeden z moich młodszych znajomych zapytał mnie nawet, po co to wszystko? Dlaczego powinno się przestrzegać zasad rządzących językiem? Trudno mi było na to odpowiedzieć jednym zdaniem, więc napisałam tekst na ten temat i wysłałam mu pocztą e-mailową. Kiedy wróciłam do tego tekstu, żeby się zastanowić, czy go zachować, czy skasować, znalazłam w nim kilka, no, może nie ewidentnych błędów, ale usterek. Poprawiłam je, uzupełniłam mój esej o kilka przykładów i wniosków i postanowiłam jednak wykorzystać. Tu, w Kurniku. Zaznaczam; nie jestem alfą i omegą, sama popełniam błędy i nie znam nikogo, kto mówiłby idealnie poprawnie, bo żadne wykształcenie błędami nie ochroni.
Zdjęcie wcale nie "od czapy", bo jest na nim chrząszcz, słowo trudne 😉
Język to
skomplikowany i stary system komunikacji, można nawet, trochę z przymrużeniem
oka, uznać go za organizm, bo żyje, ewoluuje, starzeje się, a nawet umiera.
Należy, rzec można, do pewnej grupy ludzi, niekoniecznie narodu. Język
odzwierciedla a jednocześnie warunkuje sposób myślenia i dowiedziono tego naukowo.
Gdyby założyć, że mogą istnieć dwie identyczne osoby i jedynym co je różni, jest
znany im język, to te dwie osoby prezentowałyby różny sposób myślenia. Wiadomo
też, że osoby znające dwa języki (lub więcej), np. dzieci, które mają
różnojęzycznych rodziców, są sprawniejsze umysłowo, lepiej rozwinięte
intelektualnie. A trzeba jeszcze powiedzieć, że im bardziej skomplikowany
język, tym bardziej skomplikowany sposób myślenia i odwrotnie.
Zasady rządzące językami są mniej lub bardziej rygorystyczne. W niektórych
językach bardzo sztywne, w innych dopuszczają pewną dowolność. Polski jest z
tych o sztywnych regułach.
Nie zajmuję się językiem naukowo, a na dodatek już dawno odeszłam z zawodu. Dla
mnie to tylko narzędzie komunikacji, ustnej i pisemnej. Jednak dużo czytam i sporo piszę. Kocham język
polski, cenię jego melodię i rytm, i całe to jego skomplikowanie. Lubię się
nim bawić, sięgać po archaizmy, budować długie zdania, używać wielu różnych
słów. Słownik wyrazów bliskoznacznych to mój najlepszy przyjaciel, prawie tak
samo dobrymi przyjaciółmi są słowniki: ortograficzny, poprawnej polszczyzny, języka
polskiego, wyrazów obcych - wszystkie mam i używam ich. Tak jak książek w
rodzaju: „Gdzie postawić przecinek” lub innych omawiających poprawność
językową. Na dodatek skłaniam się w stronę puryzmu językowego, więc trudno mnie
przekonać o konieczności np. upraszczania ortografii i ujednolicania pisowni.
Podam kilka przykładów słów, których jednolita pisownia narobiłaby zamieszania (trzeba jeszcze wziąć poprawkę na to, że w niektórych rejonach Polski
spółgłoska dźwięczna na końcu jest wymawiana dźwięcznie, a w innych
bezdźwięcznie):
bóg – Bug – buk
rów – ruf (dopełniacz od: rufa)
stóg – stuk
dróg – druk
Załóżmy, że stóg i stuk piszemy tak samo.
Na potrzebę tego założenia taka historyjka:
Było wczesne
popołudnie, słoneczne i gorące. Ptaki popiskiwały wśród krzewów, z niedalekiego
lasu dochodziło stukanie siekier drwali, na łące leżało wyschnięte już siano. Z
pobliskiej wsi szła drogą gromadka młodzieży, każdy niósł drewniane grabie.
Śmiejąc się i przekomarzając, poskładali siano i tak szybko jak przyszli –
zniknęli. Wszystko ucichło. Został tylko stuk.
I teraz konia z
rzędem temu, kto zgadnie, co zostało: stóg siana, czy stuk siekier, który
dobiegał z lasu, gdzie wciąż pracowali drwale?
A co się dzieję z odmianą, to już w ogóle woła o pomstę do nieba. Celownik
liczby mnogiej to porażka - kotą, kobietą, mężczyzną, jabłką, zamiast kotom,
kobietom, mężczyznom, jabłkom… O, jabłkom; a gdyby tak japkom, jak niektórzy?
Japkom może przecież oznaczać celownik liczby
mnogiej od japka (japa - gęba, morda,
zdrobnienie japka), czyli: komu? czemu? - tym japkom się przyglądam. No to na
co właściwie patrzę? Na owoce, czy na twarze? A takie zdanie: „Oni robiom
krzywde kotą.” pokazuje naprawdę często spotykane błędy.
Kolejna sprawa –
niewłaściwe używanie imiesłowu przysłówkowego współczesnego. Do dziś pamiętam,
jak polonistka w podstawówce zrobiła nam lekcję „Humor zeszytów”. Naszych
oczywiście. Największy wybuch śmiechu spowodowało zdanie: „Idąc, protezy
skrzypiały. Imiesłów „idąc” odnosi się do protez. Z tego zdania wynika, ni
mniej, ni więcej, że protezy sobie szły (same!) i skrzypiały. Poprawnie
byłoby: Kiedy szedł, protezy skrzypiały. Tak samo w zdaniu: Idąc do pracy,
padał deszcz. Deszcz szedł do pracy? No nie. Kiedy szłam do pracy, padał deszcz.
Albo mylenie rządu czasowników. Lubię oglądać programy wnętrzarskie. Czasowniki nadawać i dodawać są w
nich mylone nagminnie i to przez osoby,
które właściwie poza tym mówią poprawnie. I tak: nadawać styl, lekkość,
elegancję, ale: dodawać stylu, lekkości,
elegancji. Tymczasem z reguły jest odwrotnie, albo raz tak, raz siak. Używanie biernika zamiast dopełniacza i na odwrót jest nagminne.
To oczywiste, że przestrzeganie reguł językowych nas wzbogaca. Kiedy wiemy, co i jak napisać i powiedzieć, jesteśmy lepiej rozumiani, nie jesteśmy skazani na mówienie monosylabami, na używanie wciąż takiego samego, niewielkiego zasobu słów. Język daje nam poczucie tożsamości, poczucie ciągłości historycznej, na swój sposób zakotwicza w rzeczywistości. Nalegania na ujednolicenie reguł ortograficznych i gramatycznych to - przepraszam - ale zwyczajne lenistwo i lata zaniedbań To również zubażanie własnego umysłu. Kiedy ja się uczyłam w szkole, za trzy błędy w dyktandzie bezwzględnie dostawało się dwóję (jedynek wtedy nie stawiano), a kiedy uczyłam sama, mało kto to robił. A odmiana rzeczowników na pamięć? Pamiętam słowa nauczycielki: „Nawet jak was obudzą w środku nocy, macie to wyrecytować bezbłędnie!” . Byliśmy odpytywani do skutku, można było zarobić kilka dwój, a po zaliczeniu te stare się nie resetowały, jak byśmy dziś powiedzieli. I o ile z wieloma wymaganiami moich nauczycieli się nie zgadzałam i nie stosowałam ich w swojej pracy, to to, szczególnie teraz, po latach, wydaje mi się zasadne.
Nie sądzę, żeby kiedyś reguły, szczególnie ortografii, zostały mocno
ujednolicone. Może w jakichś
szczególnych przypadkach. Co innego np. pisownia łączna i rozdzielna, odmiana
niektórych wyrazów, rząd czasowników. Jednak każde uproszczenie to zmniejszenie
stopnia skomplikowania języka, a więc i sposobu myślenia. W jakimś artykule
profesor Bralczyk powiedział, że język nam się wzbogaca, ale mowa ubożeje. Nie
umiemy sięgać po zasoby naszego języka i czerpać z niego, żeby wyrażać się
pięknie i precyzyjnie. A czasem nie chcemy. A do tego wiele złego robi korekta komputerowa, bo jeśli słowo jest poprawne, tzn. nie ma w nim błędu ortograficznego, to program go nie podkreśli, bo nie rozumie tekstu.
Jednak nie demonizowałabym tej sprawy. W mowie potocznej, w rozmowach na żywo,
na komunikatorach, w prywatnych rozmowach, błędy po prostu się zdarzają i nie
ma co rozrywać szat nad nimi. Jednak w oficjalnych wypowiedziach, zarówno pisemnych,
jak i ustnych, należy się - i języka - pilnować. Bo język powinniśmy szanować, a
to oznacza staranność i poprawność. Nie rozumiem, że nie pojmują tego ludzie
określający siebie jako patriotów, a co to za patriota, jeśli kaleczy ojczysty
język?
czwartek, 6 lipca 2023
KSIĄŻĘ PRZYPŁYWÓW RAZ JESZCZE.
I oto znów przed wami słynny książę, teraz już w całości, a nawet więcej :) Chciałam, żeby nasza bajka została zapisana jako całość, więc skopiowałam wszystkie fragmenty, ujednoliciłam pisownię, poprawiłam bardzo delikatnie i tylko w kilku miejscach. Zostawiłam wyrazy stylizowane na archaizmy, ale zmieniłam te, które były celowo napisane nieprawidłowo - głównie u Nietutejszej; na życzenie wrócę do wersji autorskiej, mówię również do Dory.
Nad każdym fragmentem jest imię autorki napisane kursywą.
Chciałam to wszystko doprowadzić do trzynastozgłoskowca, na samym początku, jeszcze w trakcie pisania bajki, ale doszłam do wniosku, że zróżnicowanie wersyfikacji daje efekt dużej dynamiki, bajka staje się ciekawsza.
W ogóle uważam, że wyszło świetnie. Mamy dygresje, mamy morały, jest nawiązanie do świata realnego, mamy nawet śpiew - o dziwo, zabrakło tańców :DDD. Mamy - dzięki Mariji, która to zaproponowała, sytuację obserwowaną z dwóch punktów widzenia, księcia i królewny.
Bardzo dziękuję wszystkim współautorkom - Hana, Nietutejsza, Dora, MartaMarta, Agniecha, Mariolka, Kalipso - jesteście super! Nawet te, które się zarzekały, że nie umieją, napisały dobre kawałki. Ujawniły się także Kury, które już dawno się nie odzywały. Żałuję, że więcej nas nie wzięło udziału w zabawie, szkoda!
A zaczęło się wszystko, nie wiem, czy pamiętacie, między innymi od dyskusji o Mai Berezowskiej. Otóż wyciągnęłam w końcu album z jej rysunkami i akwarelami z drugiego rzędu książek. Okazuje się, że został wydany w 1958 roku, czyli ma już 65 lat! Kartki pożółkły, bo papier raczej słabej jakości, zaginęła gdzieś kolorowa obwoluta... Pokażę Wam jeden rysunek, który tkwił w mojej podświadomości w sposób archetypiczny i był inspiracją do części sceny pierwszego podboju naszego księcia. Popatrzcie, gdyby to nie było morze, ale rzeka z jakimiś trzcinami, to byłaby idealna ilustracja tej sceny miłosnej.
A teraz - tadam! "Książę przypływów" w całej okazałości!
Dla niego jest nagroda i laury zwycięstw
***
Pozazdrościwszy zebrze, książę szaty zrzucił
i wszedłszy w toń błękitną chłodnej szukał głębi.
Skąpał się aż po głowę, a gdy się odwrócił,
ujrzał na brzegu dziewczę wśród stada gołębi.
Urodą jej porażon, skamieniał w bezruchu;
na mocarnych ramionach krople wody lśniły.
Dziewczyna złote ziarno przyniosła w fartuchu -
- wysypało się. Oczy zachłannie patrzyły…
Śledziły strużki wody wartko spływające
po złotej skórze, by znów się połączyć z rzeką,
na loki ciemne, w słońcu wilgocią błyszczące,
na źrenic bez dna głębię, przepastną i ciemną.
On patrzył na jej włosy, które w słońcu lśniły,
na piersi unoszone rwącym się oddechem,
na szczupłe, białe, dłonie, co usta zakryły,
na lica, zabarwione przez rumieńce ciemne.
Gdy już się zbliżą, czy będzie jak w niebie?
To już na nową bajkę temat całkiem inny.
Długi ten post, ale skoro chciałam mieć całość, to nie dało się inaczej
Ninka.
czwartek, 29 czerwca 2023
BIBUŁA
W chwili, gdy ją zobaczyłam, przemknęły mi przez myśli wspomnienia pierwszych lat w szkole. Nauka pisania - najpierw ołówkiem, potem obsadką ze stalówką (najlepsze były takie z krzyżykiem), a wreszcie, kiedy już się na to zasłużyło, wiecznym piórem. Bez bibuły się nie dało. Nawet jeśli się miało dobre pióro, tekst pisany atramentem odciskał się często na sąsiedniej stronie zeszytu. Nie wspomnę już o kleksach czy o innych katastrofach.
Nie wiem właściwie, czemu nie wyrzuciłam tej bibuły, kiedy skończyłam pisać pamiętnik. To były - są - trzy zeszyty. Schowałam je głęboko do szuflady i zapomniałam, że bibuła jest w jednym z nich.
Leży do dziś niewykorzystany.
Teraz, kiedy wzięłam się zapisanie tego posta, wywlekłam jeszcze z pudła stare obsadki do redisówek i piórek i stalówki do tych obsadek. Oczywiście są z późniejszych czasów, a nie z moich szkolnych początków.
Kto dziś używa bibuły? Pisze obsadką ze stalówką i używa atramentu? Teksty pisze się na komputerze, drukuje przy pomocy domowej drukarki. Zamiast pamiętników są blogi albo profile na facebooku czy innym portalu. A niedługo pewnie nawet nie trzeba będzie klikać w klawiaturę, tylko powiesz, a komputer zapisze.
Musiałam po prostu :)
sobota, 27 maja 2023
MORSKIE OPOWIEŚCI
Rumu nie mam, ale czy to musi być rum?
Zainspirowana przez Sabałę, która wspomniała w komentarzu o żaglach, postanowiłam napisać post "Morskie opowieści". Morskie albo raczej żeglarskie. A może w ogóle wodne?
Otóż napisałam swego czasu szantę - nazwa dumna, ale to po prostu piosenka żeglarska - pod tytułem "Opowieść o dumnej łodzi":
Ref. Ona ostro szła, ostro szła na wiatr…
Ref. Ona ostro szła, ostro szła na wiatr…
Ref. Ona ostro szła, ostro szła na wiatr…
Pewnego razu płynęliśmy sobie we trójkę, Jacek, nasza córka Dorota i ja. Ostro halsując, zbliżaliśmy się szybko do brzegu. To miał być efektowny zwrot i efektowny był. Łódź zatańczyła na falach, woda trysnęła wysokim, białym pióropuszem. Uczucie było euforyczne, ale... pękł rumpel.
Do przystani wracaliśmy na samych żaglach, Jacek i Dorota leżeli na zmianę na rufie i przytrzymywali ster rękami w odpowiednim położeniu. Ja siedziałam przy szotach, pilnując kierunku, z osobą, która akurat nie sterowała. Na szczęście przystań była blisko.
Wkrótce po naprawie rumpla, brat męża, podnosząc miecz, zgubił go. Tylko szczęśliwy traf chciał, że stało się to w chwili, kiedy już dopływał do mola. Wyciąganie miecza z dna i powtórne zamocowanie go wymagało i czasu, i wysiłku. Jacek oczywiście pomagał bratu.
Wtedy właśnie urodziła się ta szanta. Napisałam tekst, wymyśliłam melodię, a Dorota z Jackiem dobrali chwyty na gitarę. Miałyśmy to nagrać i dać Pawłowi w prezencie, ale z różnych powodów nie wyszło i tekst trafił do szuflady ;)
sobota, 6 maja 2023
NATURALNIE MATURALNIE.
Naturalnie maturalnie,
bo matury są teraz jednym z najważniejszych tematów. Ja zdawałam maturę blisko pół wieku temu. Matematyka była wówczas obowiązkowa, ale tylko pisemna. Mieliśmy mniejszą skalę ocen, nie można było dostać oceny celującej, a dwójka oznaczała, że się nie zdało.
sobota, 8 kwietnia 2023
I znów Wielkanoc...
Dacie wiarę, że to nasz dziesiąty rok i dziewiąta Wielkanoc w Kurniku?
Bywały różne, te Wielkanoce, jak to w życiu.
Była i taka (2012? 2013?), jeszcze w poprzednim życiu:
U mnie, w Wielkopolsce, dzisiaj wyjrzało słońce i jest zdecydowanie cieplej. Oby tak zostało na zewnątrz i wewnątrz na pozostałą część roku i życia. Bawcie się dobrze, świętujcie lub nie i z kim tylko chcecie. I niech smakuje wszystkim to, co - niemałym nakładem sił i środków - upichciłyście!
Tego Wam życzę ja, PrezesKura, ilustrując życzenia za pomocą kartki wykonanej przezdolnymi rączkami WicePrezesKury Ninki, która tu jeszcze zagdacze.
Pięknych Świąt i pięknej Wiosny!
*
Teraz Ninka!
wiosennej radości,
najsmaczniejszych mazurków
i najmilszych gości,
nadziei w sercu nowych
i marzeń spełnienia -
- z okazji Wielkanocy
przesyłam życzenia.
wtorek, 28 marca 2023
Skojarzenia
Jest taka strona na facebooku "Zawsze mam głupie skojarzenia". Głupie czy niegłupie, ale mam. Często. Na przykład kiedy pisałam, a potem czytałam historię księcia, natrętnie narzucały mi się dwa wersy z "Inwokacji", a wyglądało to tak:
On patrzył na jej włosy, które w słońcu lśniły
na piersi unoszone rwącym się oddechem,
na szczupłe, białe, dłonie, co usta zakryły,
na lica, zabarwione przez rumieńce ciemne.
"(...)a wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą
zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą"
A kiedy Hana, dając mi dostęp do bloga, zatytułowała post "Ninka i ja!", od razu skojarzyła mi się piosenka, którą śpiewała Sośnicka - "Julia i ja."
Ninka.
poniedziałek, 13 marca 2023
Ninka i ja!
Kureiry Najmilsze!
Z wielką radością przedstawiam Wam nową współblogerkę Ninkę!
Cieszycie się?
Bo ja bardzo! Niezbyt się ostatnio przykładałam, a Ninka z nową siłą i weną wkroczy na kurniczą drogę!
Poniższy tekst wyszedł spod rączki Ninki.
Pod koniec zeszłego roku, jakoś w listopadzie chyba, byłam w okolicach pobliskiego ryneczku, który niemal już nie funkcjonuje, ale na jego terenie znajduje się kilka różnych sklepów. Było popołudnie i właśnie tam robiłam zakupy.
Kiedy już wracałam, zaczepiła mnie mocno starsza pani i poprosiła o pomoc w zaniesieniu pod dom torby z zakupami, bo kupiła więcej niż zamierzała, a nie wolno jej dźwigać i mąż się denerwuje, kiedy ona nosi zbyt ciężkie rzeczy. Torba okazała się sporą damską torebką i rzeczywiście, dla tej kruchej, niziutkiej i szczupłej kobiety mogła być zbyt ciężka.
Przez jakieś dziesięć minut i 30 metrów dowiedziałam się, że ma 91 lat, że po wojnie wróciła do Polski z Kazachstanu, że zjeżdżała w zimie z górki na tekturze i mama się na nią gniewała za niszczenie płaszcza, który z siostrą miały jeden na spółkę, że miała bardzo dobre oceny z rosyjskiego i w ogóle dobrze się uczyła, że mieszka na drugim piętrze, że mąż po nią zejdzie - w tym momencie zaproponowałam jej, że zaniosę jej torbę na górę, na co (po zapytaniu, czy to aby na pewno dla mnie nie problem, bo przecież mąż i tak zawsze po nią schodzi na dół), się zgodziła. Już wcześniej zapytała mnie o imię, stwierdziła, że jest piękne i po chwili mówiła do mnie „Nineczko”.
W czasie wchodzenia po schodach dowiedziałam się, że ma dwoje dzieci i im pomaga, bo ma wysoką emeryturę, że mąż jest jej drugim mężem i… już nie pamiętam, czego jeszcze. Ale cały czas mi dziękowała i mówiła, że będzie się za mnie modlić. Kobieta była inteligentna i wykształcona (wskazywał na to sposób mówienia) i przerażająco ufna. Ściemniało się już, na ulicach prawie nie było ludzi, a ona po prostu wręczyła mi torebkę i poprosiła o zaniesienie. Przecież mogło się okazać, że jestem złodziejką, mogłam zwiać z tą torbą, mogłam wykorzystać informacje i włamać się do jej mieszkania, mogłam nasłać na nią jakichś oszustów czy naciągaczy. Gdyby droga do jej domu była dłuższa, to kto wie, co by mi jeszcze powiedziała.
Starość jest dziwna. Jedni ludzie mają stany lękowe, nie poznają bliskich, wychodzą z domu i nie potrafią wrócić, inni stają się tak ufni, że opowiadają o sobie przypadkowym osobom. Nic dziwnego, że oszustwa „na wnuczka”, czy „na policjanta” wciąż się udają.
Zdjęcia dla ilustracji, rozweselenia i od czapy, znaczy się moja ostatnia wytwórczość:
![]() |
| To jest cietrzew |
![]() |
| Wyhaftowałam sobie katankę |
![]() |
![]() |
| Buciki, które mogą być wieszakiem na torebusie |
![]() |
| To Boss |
![]() |
| A to leluja |

















