środa, 19 września 2018

Małe podróże też kształcą

Ludzie po świecie podróżują, podróżuję i ja, hrehrehre. Marna to podróż, ale zawsze. Byłam dziś w odległym powiecie pozałatwiać zaległe urzędowe sprawy. A skoro już tam byłam, na gumno wstąpiłam. Pogadałam z Kingą, pojadłam winogron, nazbierałam jabłek (właściwie to Krzyś mi nazbierał), popatrzyłam, zatęskniłam (trochę) i wróciłam.
Suszę widać dopiero gdy się wyjedzie poza miasto. Płakać się chce. A mieszczuchy cieszą się z pięknej pogody. Dobrze, że jest ciepło, jeszcze się namarzniemy, ale ta radość ma krótkie nogi. No ale nie mam na to wpływu, a szkoda.
To i taka ta moja podróż. Urzędowe sprawy pozałatwiałam, tu i tam wymuszając to i owo prośbą, groźbą i szantażem. Wcześniej oczywiście obdzwoniłam stosowne urzędy, gdzie mnie zapewniono, że ależ skąd, nie będzie żadnego problemu. Urzędowe kłamczuchy. Na kursach ich tego uczą, czy co?
Udało się w końcu, ale po co moje nerwy?
Wcale Was nie zwodzę mówiąc o podróżach, bo mam coś w zanadrzu, a dokładniej Marta ma. Przede wszystkim masę zdjęć z Czeskiego Krumlova, bo tam się wybrała.
To niewielkie miasto w Czechach, w kraju południowoczeskim. Według danych z 31 grudnia 2003 powierzchnia miasta wynosiła 2216 ha, a liczba jego mieszkańców 14 146 osób. Miasto leżące nad brzegami wijącej się w tym miejscu Wełtawy powstało wokół XIII-wiecznego zamku. Zbudowany na nadbrzeżnej skale zamek służył ochronie brodu przez rzekę. Český Krumlov stanowi przykład małego, średniowiecznego miasteczka Europy Środkowej, które rozwijało się bez zakłóceń przez pięć wieków, zachowując w ten sposób nienaruszone dziedzictwo architektoniczne. W 1992 roku zabytkowe centrum miasta zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. (źródło Wikipedia).
Marta może coś dopowie, ja po prostu pokażę Wam zdjęcia. Mnie oczarowały. Wstyd się przyznać, ale nie wiedziałam o istnieniu tej perełki.
  





 Miejsce na poniższym zdjęciu wg mnie wygląda trochę jak Petite France w Strasbourgu:



Sala tortur, zapewne na zamku. Realistyczna, nie ma co:


 
Podobno mnóstwo tam Azjatów, co nawet widać na zdjęciu. Ciekawostka taka...
Mam dużo więcej zdjęć. Nie wiem dlaczego na podglądzie są odwrócone, a kiedy otwieram zdjęcie, jest ok. Z kolei gdy chcę je wkleić na blog, wkleja się odwrócone. Próbowałam różnych kombinacji i nic. Ktoś, coś? Dotąd mnie to nie spotkało. Zrzucałam z aparatu MM. Może on tak ma?

PS. Możecie już ostrzyć pazureiry i szlifować dzioby. Zbliża się kolejny bazarek u Gosianki. Po grosiku do świnki i proszę, "Gilu gilu na badylu" (suchy pastel 24 x 30 cm) może być Wasz!


niedziela, 16 września 2018

Wpis o altruizmie. Trochę ekshibicjonistyczny


Dzisiejszy tekst jest w zasadzie kontynuacją „Ekshibicjonistycznego wpisu o zaufaniu”.
Wasze wypowiedzi wprowadziły nieco zamętu w mój – wydawałoby się – z grubsza uporządkowany świat pojęć. Zaczęłam się ciężko zastanawiać, czy pomoc innym to jest altruizm? Czy wręcz przeciwnie - egoizm? Co kieruje ludźmi, jakie pobudki sprawiają, że poświęcają się dla dobra bliźnich? Nie do końca godzę się z tym, że pomagając komuś oczekujemy korzyści (różnej natury). Jeśli każdy, kto rzuca się na pomoc oczekuje, że w jakiejś nieokreślonej przyszłości zostanie mu to odpłacone, to znaczy, że w gruncie rzeczy takie zachowanie jest fałszywe i obłudne. Wszak altruistę definiuje się jako osobę BEZINTERESOWNIE poświęcającą się dla innych. Istnieje zatem prawdziwy altruizm, czy nie istnieje? Czym kierowali się różni święci ginący męczeńską śmiercią w imię bliźniego? Jego dobrem, czy nadzieją na bożą przychylność w życiu wiecznym? A ktoś, kto spontanicznie rzuca się w wodne odmęty lub wbiega do płonącego domu na ratunek komuś, kto tonie lub płonie? Raczej nie ma on czasu, aby rozważyć ewentualne korzyści wynikające z takiego kroku, więcej nawet, ryzykuje własnym życiem. Nikt nie wie, z osobą zainteresowaną włącznie, co czuła podczas niesienia takiej pomocy i co nią kierowało. Chcę wierzyć, że prawdziwy i szczery altruizm.

Nie ratowałam wprawdzie niczyjego życia, ale nie dalej niż wczoraj przeżyłam sytuację, która poniekąd skłoniła mnie do napisania tego tekstu. Wiozłam sobie tyłek moją srebrną strzałą, a miało to miejsce w okolicy Auchan. W pewnym momencie zobaczyłam idącą poboczem umordowaną kobiecinę. W jednej ręce niosła olbrzymią, wyładowaną zakupami torbę, w drugiej zgrzewkę wody. To jest takie dość bezludne miejsce. Do zabudowań, w których ewentualnie mogła mieszkać lub do przystanku spory kawałek trzeba przejść. Nie myślałam o niczym, po prostu spontanicznie zatrzymałam samochód i zapytałam, czy ją gdzieś podwieźć. Okazało się, że kobieta jest Ukrainką i właśnie się zgubiła. Druga poszła przodem bez zakupów w poszukiwaniu właściwej drogi. Zgarnęłam obie i podwiozłam gdzie trzeba, na szczęście pamiętały adres. Niby niedaleko, jakieś dwa kilometry. Dobre na spacer, ale bez tobołków. I tyle. Nie wiem co mną kierowało. Nie myślałam o tym, co robię. Zrobiło mi się żal kobity i to wszystko, może dlatego, że dobrze pamiętam jak to jest – nie zawsze jeździłam samochodem. Chciałam jej ulżyć w dźwiganiu, a to już zahacza o pobudki egoistyczne (moje). Jednak idąc tym tropem ryzykujemy zapędzenie się w kozi róg...

Nie podpinam się bukbroń pod altruizm. Chcę przez to powiedzieć, że czasem pomagamy ot tak, spontanicznie, nie zastanawiając się nad skutkami i korzyściami. I dzięki niebiosom, inaczej życie byłoby nieznośne.


poniedziałek, 10 września 2018

Garść wieści ze zdjęciami

Byłam, popracowałam, wróciłam. Spotkałam fajnych, młodych i kreatywnych. Spotkałam też nieco starszych, kreatywnych, takich, którzy przewijają się przez całe moje zawodowe życie. Takich, którzy piszą dla teatru, reżyserują, piszą o teatrze, a także takich, którzy dopiero zamierzają to wszystko robić. Zachwycili mnie ci ostatni zwłaszcza, bardzo młodzi, 16-17 letni, właściwie dzieci jeszcze. Ale dzieci pełne pasji, chęci i zdolności. I ta grupa dała mi najbardziej popalić. "Moja" francuska dramatopisarka Karin zlecała im zadania polegające na wymyślaniu historii i na improwizowaniu. A ja to tłumaczyłam, rzecz jasna. Dzieciaki wymyślały niestworzone historie, ja się wiłam i pociłam, Karin była zachwycona. Tak z grubsza minął pierwszy dzień. Potem było poważnie i dorośle. Wykłady, prezentacje, dyskusje - wszystko wokół teatru. Byłam cieniem Karin i szeptałam jej do uszka. Czasem trudno było nadążyć, zwłaszcza jeśli ktoś wyrzucał z siebie słowa niewyraźnie i do tego z szybkością światła. Starałam się wyłapać meritum i streszczać. Czasem mi się wymykało, zwłaszcza podczas gorącej dyskusji. Mówiłam wtedy Karin, że zdania są podzielone, co zresztą było prawdą, hrehrehre.
Program był bardzo bogaty oraz napięty. Dla mnie to były bardzo intensywne dwa dni. Przez cały dzień byłam skoncentrowana jak jakie medium, toteż wieczorne pinonłar w ilości dwóch lampek zwaliło mnie z nóg już w okolicach 23.00, a wieczór dopiero się rozkręcał. Padłam w locie.
Następny dzień był podobny, może trochę bardziej rozrywkowy. Aktorzy czytali świeżą sztukę dla dzieci jednej z obecnych tam młodych autorek. Sztukę też streszczałam Karin do ucha. Łatwo nie było, bo akcja dzieje się w dwóch równoległych światach i trudno było się połapać kto jest kim i w którym jest świecie w danym momencie. MNIE było trudno się połapać, bo koncentrowałam się na warstwie językowej. No ale. Taka robota.
Jak widać na zdjęciach, pogoda dopisała, przerwy wykorzystałam włócząc się po parku.
Pałac jest połozony w pięknym miejscu, w niewielkim miasteczku (Obrzycko) nad Wartą. Znajduje się nieco na uboczu, na skarpie, zatopiony w zieleni i ciszy.


Przypałacowa kaplica


Lodownia

Dawna psiarnia, teraz miejsce konferencyjne




W dole płynie Warta

Karin na mostku







Dawna psiarnia, obecnie część gastronomiczna i konferencyjna
 
 






Tu się zadumałam

Czytanie sztuki:




I wola przetrwania:

Pałac należał niegdyś do rodziny Raczyńskich, jego budowę rozpoczęto w pierwszej połowie XIX wieku. Przeszedł drogę podobną do drogi setek innych polskich pałaców. Po II Wojnie był tu Fundusz Wczasów Pracowniczych. Dopiero w 1989 roku został przejęty przez UAM i - wraz z parkiem - odrestaurowany. Dziś jest to Dom Pracy Twórczej i Wypoczynku Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

czwartek, 6 września 2018

Garść nowin bez zdjęć

Czy wiecie, jakie są korzyści z niemania auta? Zwłaszcza jeśli całe życie się je miało?
Pamiętacie historię sprzed chyba dwóch tygodni, kiedy to udałam się w plener z koleżanką i do samochodu ktoś jej się włamał? Auto nadal stoi w warsztacie i czeka na części z Niemiec, bo uszkodzona jest stacyjka, immobilizer i system zamykania drzwi. Koleżanka mieszka trochę poza Poznaniem, ale pracuje w centrum. Ma to szczęście, że w jej miejscowości jest stacja kolejowa i świetne połączenie z Poznaniem. Nie mając innego wyjścia, koleżanka jeździ teraz do pracy pociągiem. I eureka! Jest taniej, szybciej i przyjemniej, do tego z dworca PKP ma bliziutko do pracy. Dziwię się trochę, że dotąd na to nie wpadła! Poza kwestiami czasowo-finansowymi, koleżanka odnotowała poprawę kondycji, bo do/od stacji spory kawałek trzeba dojść. No i proszę, jak złodzieje mogą napełnić szklankę (przynajmniej do połowy).
Poza tym obrobiłam kawał gumienka, bo zapuściłam je strasznie. Jest rozpaczliwie sucho, poznikały gdzieś różne byliny, mimo podlewania. Nawet konwalie zasychają. Nie wiem czy bez da radę i forsycja...
Zdjęć nie będzie, bo aparat nadal w naprawie.
Mnie też nie będzie przez weekend. Autorka jednej z przetłumaczonych przeze mnie sztuk (tej, której premiera odbyła się w kwietniu), poprowadzi warsztaty teatralne dla młodzieży w przyjemnym pałacyku (znów!) poza Poznaniem. Potrzebny tłumacz, to jadę. Siatka pet-sitterów uwita. Aparat pożyczyłam od MM, więc  jakieś fotki będą. Prawdę mówiąc nie bardzo mi się chce, bo ostatnio niewiele mi się chce, no ale grosz na ulicy nie zalega i dobrze mi to zrobi (chyba).
Mama jest zaopiekowana, rehabilitacja ustawiona, aczkolwiek pacjentka nie współpracuje, co nie jest niczym nowym. Maciek przeszkolił personel Domu, wiedzą co robić i jak.
To tyle. Głupio jakoś bez zdjęć.

niedziela, 2 września 2018

Ekshibicjonistyczny post o zaufaniu


Postanowiłam dzisiaj zwierzyć się Wam z jednej z moich słabości. Otóż tak mam, że ufam ludziom. Nie wiem skąd mi się to wzięło, bo z genów raczej nie, w każdym razie nie z tych wprost po Rodzicach, bo oni zbyt ufni nie byli. A ja mam tak, że na starcie Człowiek, jeśli nie zrobił przedtem niczego okropnego o czym bym wiedziała, zawsze wydaje mi się dobry i godny zaufania. A jeśli tak jest, to w relacji z nim staram się zrobić dla niego to co jest w mojej mocy, zwłaszcza jeśli jest on w trudnej sytuacji życiowej. Nie, nie spieszę z głupią pomocą nieproszona, nie narzucam się z nią, ale nie potrafię odmówić pomocy jeśli jestem mniej lub bardziej wprost o nią proszona. Dlaczego o tym piszę? Otóż dlatego, że ostatnio po raz kolejny dostaję w doopę za taką właśnie pomoc. A wcześniej – tu kilka przykładów: Zatrudniona przeze mnie pani do sprzątania, rzeczywiście w trudnej sytuacji życiowej prosi o zaliczkę na poczet kolejnych „sprzątań”. Po otrzymaniu owej nie zjawia się więcej. Kolejna pani, którą traktuję po koleżeńsku (inaczej nie potrafię, nie mam doświadczeń ze „służbą”), po pewnym czasie zaczyna tak odwalać robotę, że pod jakimś pretekstem rezygnuję z jej usług. Na domiar złego nie umiem jej podać właściwego powodu rezygnacji. Głupio mi. Pewna młoda, inteligentna kobieta, której skłonna byłam nieba przychylić z różnych, przede wszystkim emocjonalnych powodów, obdarza mnie epitetem „małego rozumku” bo pozwoliłam sobie zwrócić jej uwagę na pewną, oczywistą zresztą, niestosowność zachowania. I dalej mogłabym mnożyć przykłady, których w ciągu mego - dość już długiego życia - narosło wiele. Ostatnio zaś kobieta, dla której pomoc kosztowała mnie naprawdę dużo sił, środków, zaangażowania, również materialnego, nie mówiąc o emocjonalnym, okazała się niezdolna do rezygnacji nawet z odrobiny własnych przywilejów w imię zachowania choćby poprawnych relacji. Skończy się to źle i znów pozostanie osad.
Całe życie burzyłam się przeciwko stwierdzeniom typu „nie rób nic dobrego, a nie spotka cię nic złego” czy „jak masz miękkie serce, musisz mieć twarda dupę”. Ostatnio jednak jestem coraz bliżej tego, ażeby zastanowić się poważnie nad „mądrością” ludową tych powiedzeń. I bardzo mi z tym źle.

Wasza MM

Teraz mówię ja – Hana. Niestety, mam podobne doświadczenia. Najgorsze (dla mnie) w takich sytuacjach jest to, że ktoś, komu zaufaliście, robi jakąś straszną woltę, następnie odwraca kota ogonem, kłamie, przekręca fakty, a wtedy człowiek pogrąża się w piekle wątpliwości i zaczyna się zastanawiać nad swoimi zdrowymi zmysłami. I chociaż sytuacja jest oczywista, człowiek zadręcza się, wałkuje temat, miota się, podczas gdy druga strona nie widzi nic nagannego w swoim zachowaniu, a wręcz przeciwnie. I wciąga w swoje konfabulacje osoby trzecie, podczas gdy my nie mamy żadnej możliwości obrony.

Podobnie jak MM, ja również nie potrafię odmówić pomocy. Staram się to robić rozważnie i ostrożnie. Za każdym razem, po kolejnym paskudnym doświadczeniu obiecuję sobie, że to ostatni raz. Jednakże uważam, że przykrości (eufemistycznie rzecz ujmując) nie doznaje jedynie ktoś, kto nie robi nic i idzie przez życie jak tępa dzida albo inny taran. Nie da się tak funkcjonować, normalnie czujący, empatyczny człowiek tak nie potrafi. Pozostaje więc robić swoje i od czasu brać w doopę wkalkulowując to w koszty życia. To boli, ale wolę to, niż ze strachu przed rozczarowaniem nie udzielić pomocy tam, gdzie naprawdę może być potrzebna.

sobota, 1 września 2018

Post informacyjny

Nie mam nastroju, a tym bardziej pomysłu na błyskotliwy post, więc tylko garść wieści. Nadal są niezłe, delikatna rehabilitacja odbyła się, pacjentka nawet współpracowała. Jest spokojna, powiedziałabym wręcz wyluzowana, nic ją nie boli, a to jest w zasadzie najważniejsze w tej parszywej sytuacji.
Marta i ja dziękujemy Wam za słowa wsparcia i dobre myśli. Z Wami jest nam lżej!
Coraz bardziej wydaje nam się, że nie jest tak źle w tym akurat szpitalu. Poza polowaniem na lekarza, żeby czegoś się dowiedzieć, nie ma się do czego przyczepić. A już ten, który sam z siebie mnie zapytał wczoraj czy może w czymś pomóc, jawi mi się jak jaki anioł:)
Poza tym przyjemnie i równo pada deszcz i to też jest dobra wiadomość.

niedziela, 26 sierpnia 2018

To nie jest kraj dla normalnych ludzi

Miałam pisać o czymś innym, ale po drodze zapomniałam o czym to ja chciałam, bo straciłam zapał i głowę. Dzień zaczął się miło i niespiesznie, na zewnątrz przyjemny chłodek - w sam raz na towarzyskie spotkanie z koleżankami na działce jednej z nich. Rano, zanim pojechałam, Wałek jakimś cudem wyżarł Frodkowi całą michę jedzenia (swoją porcję też zjadł!) i zanim się zorientowałam, było za późno. Wałek wyglądał jakby połknął średniej wielkości piłkę. Na spotkanie pojechałam, ale spokojna nie byłam - nigdy nie wiadomo którędy taka piłka zechce się wydostać.
Zostawiłam samochód po drodze, u koleżanki, skąd udałyśmy się w teren jej autem. Spędziłyśmy bardzo przyjemne popołudnie i na tym przyjemność się skończyła. Do auta koleżanki ktoś się włamał i zdemolował stacyjkę - jest roztrzaskana w drobny mak i wyrwana z korzeniami. W biały dzień, pośród innych parkujących tam samochodów i kręcących się ludzi. Ubezpieczyciel najpierw nie odbiera telefonu, potem każe czekać (godzinami!) na telefon konsultanta, policja ma przyjechać w ciągu 2-3 godzin, laweciarz nie może odholować auta bez policji, poza tym nie wie gdzie, bo niedziela i wszystko pozamykane. Włam odkryłyśmy ok. 17.30. Przed chwilą rozmawiałam z dziewczynami (20.30) - nadal tam siedzą i czekają na kogokolwiek.
Jasne, to nic znów takiego, nie ma tragedii, tylko upierdliwość i kłopoty. Kolejny kwiatek do polskiego ogródka bylejakości, bezkarności, niekompetencji, niedbalstwa. Coraz trudniej w tym funkcjonować - mnie jest coraz trudniej i coraz bardziej mnie to denerwuje. Pomijam złodziejstwo na bezczela. Niczego przecież nie można załatwić normalnie, od przysłowiowego fachowca poczynając, na urzędasach kończąc, że o miłościwie panujących nie wspomnę. Wszyscy wszystko mają w pompie.
Dziewczyny zapewne nadal tam czekają, bo nie mam sygnału, że coś się wydarzyło. Policja w końcu przyjedzie, ale i tak umorzy śledztwo albo najpewniej wcale go nie wdroży ze względu na niską szkodliwość. Przerabiałam to, kiedy pewien osobnik o małym rozumku sfałszował dokumenty samochodu, podrobił mój podpis i auto zabrał wbrew mojej woli i wiedzy. Policja umorzyła śledztwo ze względu na niską szkodliwość, co znaczy ni mniej ni więcej, że każdy może sfałszować dokument, podrobić podpis i zagarnąć sobie czyjąś własność. A jaka akcja była! Pobieranie próbek pisma (moich) w pozycji siedzącej, stojącej, długopisem i ołówkiem, pińcet próbek mojego podpisu, potem opinia grafologa i inne cuda wianki. I co? Góra urodziła mysz. No ale policja musi przecież pilnować pomników.
Kury zagraniczne, czy tylko u nas tak jest?
Zdjęć nie będzie, bo aparat w naprawie. Obiektyw nie współpracuje z resztą. Będzie mnie to trochę kosztowało i to nie wiadomo bliżej kiedy.
Dla rozładowania napięcia Czajnik podróżny - sprzed awarii aparatu:


 *
Skoro o kotach mowa, przedstawiam Zdzisia tym, którzy jeszcze go nie znają.  Zdziś pomieszkuje u Gosianki. Jest taki piękny, że dech zapiera. Jakby był kapkę długowłosy, czy cuś? A jak umaszczony, ludzie!!! Jest niezwykle kontaktowy, zdrowy, nie ma tylko domu. Dogaduje się z innymi kotami, dogaduje się też z psami. Mruczący pieszczoch i przylepa. Serce się wyrywa...




PS. Wałek piłki nie wypuścił. Przynajmniej na razie.