środa, 18 lipca 2018

Jak Lilka (nie)została kocią mamą

Działo się, z Lilką zawsze się dzieje! Spędziłyśmy intensywne trzy dni, dwa razy byłyśmy u MM na obiadku, gdzie oglądałyśmy mecze finałowe (nawet ja, bo Lilka jest zagorzałą kibolką!), a ja nie mam telewizora, zafundowałyśmy sobie, no właśnie, co? Gdzie byłyśmy i co robiłyśmy? Zdjęcie jest podpowiedzią:
Nie miałam pojęcia, że takie miejsca istnieją! Dałyśmy czadu!
Następnego dnia pojechałyśmy do Czacza. Lilka była zachwycona, oszołomiona i wstrząśnięta, dla mnie to normalka i stały punkt programu, chociaż teraz mam dalej. Z trudem w to wierzę, ale kupiłam to, po co pojechałam, tzn. drapak dla kotów i nic więcej. No dooobra, jeszcze czerwoną skrzynkę, ale za pięć zeta, więc się nie liczy. Fajna?


Z racji różnych przetasowań straciłam noclegownię na górze, a w moim mieszkaniu są tylko dwa pokoje. I cztery zwierzaki. Rozpuszczone przez gości jak dziadowski bicz. Ze mną tak sobie nie poczynają, ale z gośćmi i owszem. Gość w dom, zwierzaki na głowę. Tak było i tym razem, nie odstępowały Lilki na krok. Głowę sobie łamałam jak to zrobić, żeby gość mógł spokojnie spać. Nie udało się. Nie mogę zamknąć się z kotami, bo kuwety, picie itd. Zamknęłam się więc z psami - przynajmniej kuwety nie potrzebują. Liczyłam na to, że koty dadzą Lilce spokój, bo może nie połapią się, że po niej też można skakać. Ja jestem przyzwyczajona i wiem co robić. Pieski i ja spaliśmy snem sprawiedliwego, ale Lilka jak poniżej.
Teraz mówi Lilka:
"Kiedy przyszedł wieczór, zastanawiała się Hana jak podzielić inwentarz domowy, aby sen był spokojny i nocka długa. Dostąpiłam zaszczytu nocowania z Czajnikiem i Maliną, ot spokojne kociska w końcu. Hana przygarnęła do siebie Frodka i Wałecka. Zostawiła też w razie czego żarełko w puszce, gdyby kociska narzekały. Miałam im wtedy po garsteczce posypać i decyt! Zaległam więc w swoim pokoju dość późno, a umenczona byłam okrutnie. Nie jestem w stanie powiedzieć, o której godzinie obudził się kot Simona a właściwie to DWA! Była szarówka, tzn. ciemnawo jeszcze, to pamiętam - chociaż głowy nie miałam zamiaru podnosić. Czuję, jak jeden albo i dwa Simony nagle z impetem ląduje/ ą tuż obok mojego brzucha. No nic, myślę, może się ułożą obok mnie i będą zalegać do rana. Ależ skąd! Skoki na łóżko były coraz częstsze i jakby tego było mało, słyszałam jak rozkoszniaczki się „rozbiegują”. Tzn. biorą rozpęd. Mogę tylko zgadywać z czego (z jakiego mebla) startują, bo na wszelki wypadek głowy nie podnoszę. Z rantu łóżka? Ze skrzyni? Z fotela? Kto ich tam wie???!!! Chce mi się przecież spać! Słysze więc niby cichutkie: tup, tup, tup, tup, tup, a po chwili ŁUP na mnie i dyla dają, bo może robią to na zmianę a może tylko Czajnik? Ooooooo! Myślę sobie w sennej malignie: tak to nie będziemy się zabawiać, ja was przetrzymam! Ile tych skoków było? Nie jestem w stanie powiedzieć, ale po jakimś czasie czuję, że co najmniej jeden kociaczek układa się grzecznie przy moich nogach. Aaaa, tak, to co innego. Wstaję więc z ledwością i w nagrodę za grzeczność wsypuję żarełka do miseczek. Kociska szczęśliwe. Ja zupełnie odwrotnie, bo musiałam się zwlec, a tak mi się dobrze spało. Chwilę jeszcze potrwało zanim zasnęłam, bo  jeszcze słychać było donośne chrup, chrup, chrup, chrup. Za to potem spanko do 10.30 :))))) I tak właśnie oswajam się z rolą (kiedyś) kociej mamy :)))
A Czajnik, zamiast od razu przystąpić do konsumpcji, o co przecież mu chodziło, gapił się na mnie spode łba około minuty. Co sobie myślał? Że jakaś nowa ciotka omotać się dała, ale czy to można tak od razu przyjąć jedzenie z jej ręki? Zaczekał aż Malina zje, bo od razu dupskiem się odwróciła i chrupała bez wątpliwości i zająknięcia :)))"
Teraz mówię ja - Hana.
Lilka NAPRAWDĘ przygotowuje się do roli psiej lub kociej mamy z przechyłem w stronę kociej. Edukujemy się. Lilka już łyknęła, że lepsze są dwa koty niż jeden (nawet już wiemy skąd one się wezmą), uczymy się mowy kociego ogona i reszty ciała. Oraz tego, że noce bywają trudne...
Drugą noc przejęły psy. Za nic nie mogłam zwabić Frodo do mojego pokoju - ani na ser, ani na parówkę, ani na wołowinkę. Zwabiłam Wałka, szłam po Frodka, Wałek leciał za mną albo odwrotnie. Jak udało mi się uziemić Wałka w jego walizce nocnej, wtryniał się któryś kot. Wywalałam kota, to uciekał Wałek i zjawiał się drugi kot. Dałam więc za wygraną i zostawiłam uchylone między pokojami drzwi. Tej nocy koty skakały po mnie, za to psy zrywały się na każdy ruch Lilki, nawet na ruch lekko i kontrolnie uniesionej powieki. Niczego nie przegapiły. Dodatkową atrakcją był fakt, że tapczan, na którym "spała" Lilka, należy do gatunku tych rozkładanych, co to skaczą na palec u dużej nogi. I śpi się nisko. Frodo stawał nad Lilką od czasu do czasu i dyszał jej w twarz fiołkowym oddechem popiskując miłośnie i polizując troszeczkę.
Nie wiem czy Lilka tak szybko do mnie przyjedzie...

sobota, 14 lipca 2018

Znów pierdylion zdjęć!

Na sobotni wieczór i na nowy wybieg parę zdjęć z gumienka.
Porządki zasadnicze zakończone zostały pomyślnie. Jednakowoż jeszcze ze dwa dni będę z Wami jedną nogą, albowiem gości u mnie LilkaB. i oddajemy się życiu towarzyskiemu. Jutro postanowiłyśmy pojechać do Czacza, chociaż niczego nie potrzebujemy. Ale popatrzeć można, co nie?

























piątek, 6 lipca 2018

Inwentura

Szanowny Kurniku,
z powodów porządkowo - remontowych i innych przetasowań, ogłaszam krótką przerwę w nadawaniu. Nie, że znikam. Jestem, ale bardziej duchem. MM i ja musimy się uporać z robotami jak najszybciej. Jutro przybędą posiłki w postaci progenitury i mam nadzieję, że sprawy ruszą z kopyta. Praca, którą musimy wykonać, jest brudna i męcząca, toteż po solidnej porcji wędrówek z workami w tę i nazad nie mam siły gdakać.
Moją nieobecność umilę Wam świeżutkimi fotkami. Gdaczcie sobie do woli, jakby co, wybieg po wierzchu posprzątam.
Czekajcie na mnie!






Kot sąsiadki, najgorszy wróg Balusia:



wtorek, 3 lipca 2018

Co ludzie pomyślą?


Supeeeeeeeer! Znów wyręcza mnie Marta! Ja taka mądra nie jestem...
***
Pomysł narodził mi się na kanwie naszej dyskusji o strojach. Proponuję Wam zabawę, która tak do końca wcale zabawą być nie musi. Już zdradzam o co mi chodzi.
Otóż każda z nas może podrzucić pomysł jakiegoś szczegółu w wyglądzie (stroju, makijażu, uczesaniu, itp.) bez kontekstu sytuacyjnego lub z ogólnie zarysowanym kontekstem, a Kury podzielą się swoimi skojarzeniami jakie mają w związku z tym lub jakie, ich zdaniem, mogą mieć inni ludzie. Jak napisałam, to nie do końca musi być zabawa, bo może nam dać wyobrażenie o tym, jak daleko mogą pójść skojarzenia i interpretacje ludzi wynikające li tylko z tego, co widzą w danej chwili. Na nas, bo nie chodzi o zachowanie!!! Szczegóły wyglądu to jeden z ważnych czynników kształtujących tzw. „pierwsze wrażenie”. Wiadomym zaś jest, że tworzy ono początkową postawę innych wobec nas, i że ta początkowa postawa jest na ogół bardzo trudna do zmiany. Psychologia społeczna dysponuje całym szeregiem doświadczeń dowodzących wagi wyglądu zewnętrznego w percepcji społecznej. Jedno z bardziej dramatycznych: nauczycielom pokazano serię zdjęć dzieci, które wyglądały na brzydkie i serię zdjęć dzieci ładnych. Potem poproszono o oszacowanie poziomu intelektualnego tychże dzieci. Oczywiście średni poziom intelektualny dzieci „brzydkich” był zdecydowanie niższy. No i niech kto powie, że ładni nie mają lepiej!
Wracając do zabawy. Rzucamy hasło (przykładowo): jedno oko z wyraźnym makijażem, drugie saute u wykładowczyni na wykładzie (przydarzyło mi się kiedyś, a moja przyjaciółka odbyła wykłady w dwóch różnych butach, każdy w innym kolorze i jeszcze nie było to wtedy dopuszczalne). Oczywiście nie chodzi tylko o sytuacje jakieś szczególne czy wręcz ekstremalne, a bardziej o takie, z którymi mamy do czynienia na co dzień. Można też pofantazjować i np. zobaczyć co Kury powiedzą gdybym tak…
Trzymamy się zasady, że nie musimy mówić o tym, że dotyczy to nas, a nawet lepiej żebyśmy nie mówiły. Można kłamać ile wlezie. Ale skojarzenia jakie mamy z danym faktem są naszymi skojarzeniami lub takimi, jakie wyobrażamy sobie że można mieć.

Pamiętajmy – chodzi o wygląd, nie zachowanie!!!!!!
Teraz mówię ja - Hana.
Patrzycie na obrazek i widzicie menela, lumpa i obiboka. A nie! Bo to jest Pan U. z kreminału Miki!

sobota, 30 czerwca 2018

W gatkach do teatru


Temat narzucił mi się wczoraj, po przeczytaniu komentarzy na temat (nie)stosowności stroju w różnych życiowych sytuacjach. Strój stosowny do okazji to sprawa kulturowa i obyczajowa, które to kwestie zresztą są ze sobą ściśle powiązane. Po to istnieją pewne normy, których należy przestrzegać choćby dlatego, żeby żyło się łatwiej i przyjemniej. W długich dziejach świata bywało różnie, jednak nawet w najbardziej prymitywnych społecznościach jakieś normy istniały. Bez nich żadne społeczeństwo nie jest w stanie funkcjonować. I każda społeczność ma swoje obyczaje – należy do nich tzw. z angielska dress code (uprzejmie przepraszam za ten anglicyzm, ale nie znajduję polskiego odpowiednika. Coś jak keszbek). Opisowo nazwałabym to „nakazem określonego sposobu ubierania się”.
W dyskusji o „stosowności” ubioru (i nie tylko) trudno o obiektywizm, bo zahaczamy o kwestię gustu, a to już sprawa indywidualna i subiektywna. Paręnaście lat temu wiele rzeczy było nie do pomyślenia. Pamiętam czasy, kiedy dress code był restrykcyjny do bólu, np. długość sukienki. Miała być za kolano albo przed – w zależności od panujących aktualnie trendów i odstępstw nie było. Albo kiedy spod płaszcza wystawał rąbek spódnicy. Dzisiaj to wydaje się śmieszne.
Strój stosowny do okazji mieści się w kategorii „obyczaj” i jeszcze w czymś, co określiłabym jako zdrowy rozsądek. Jest wszakże jeden problem. Zdrowy rozsądek też jest sprawą indywidualną. Czy starsza pani ubrana w różowe legginsy i bluzkę z dekoltem do pasa jest już śmieszna, czy jeszcze nie? I co komu do tego, jeśli ona dobrze się w tym czuje? Gdzie przebiega granica śmieszności?
Trudno o obiektywizm w postrzeganiu siebie – to chyba nawet się wyklucza. Mam swoje ograniczenia w tej mierze, każdy je ma. Jako kurdupel - bynajmniej nie wychudzony - mam ich dużo, o wiele za dużo. Ubieram się tak, aby dobrze się czuć. Bywam odważna w tzw. stylizacjach, mimo to jednak nie pójdę na pogrzeb w czerwonych spodniach i bluzce w paski, a do teatru nie włożę szortów, choćbym nie wiem jak je kochała. Szortów w ogóle nie włożę, nawiasem mówiąc. I jeszcze paru rzeczy:)))
Świat się zmienia, czy nam się to podoba, czy nie. Jakieś 30 lat temu tatuowali się chyba tylko więźniowie i marynarze, a już kobieta, jeśli miała jakiś tatuaż, skrzętnie go ukrywała. Teraz trudno spotkać młodego człowieka bez tatuażu. I niech się dziarają, jeśli taka ich wola – ich ciała, ich sprawa. Wracam do zagadnienia zdrowego rozsądku – fajny tatuaż nie jest zły, ale żeby po całości?
Obawiam się, że kwestia upodobań, gustów i zdrowego rozsądku w dziedzinie dress code pozostanie nierozwiązana po kres świata.


Dla zilustrowania poniższej dyskusji tatuaż na ramieniu córki AniM. Mnie się podoba bardzo.





I jeszcze apel i prośba o mały sms dla dzieci, które bardziej pokrzywdzone już być nie mogą. Kończy się czas zbiórki, a ciągle brakuje ogromnej kwoty na ich leczenie. Klikajcie tutaj.

środa, 27 czerwca 2018

Z trzech beczek

Dzisiaj może trochę Was rozśmieszę. Na początek informacją o tym, że postanowiłyśmy z MM zacząć chodzenie z kijami. Tzn. Marta postanowiła, a ja się pokornie i na wyrost zgodziłam. Zaczynamy jutro, nawet przygotowałam sobie stosowne obuwie. Doniosę co i jak - o ile zdołamy wrócić.
I taki dialog na stacji benzynowej, na której - przy okazji tankowania - za pomocą karty chciałam pobrać gotówkę w postaci stu złotych. O ile ktoś nie wie, to śpieszę z wyjaśnieniem, że taka operacja jest możliwa na stacjach benzynowych i w większości dużych sklepów. Wystarczy kupić cokolwiek i można pobrać gotówkę do 300 złotych (czy coś koło tego). Awaryjnie to się przydaje. Tak więc wczoraj było awaryjnie, bo na mojej poczcie kart nie akceptują(!). Wkładam więc kartę gdzie trzeba, młodzieniec za ladą dotyka tego i owego i oświadcza:
- Niestety, nie ma pani kesz beku.
Połapałam się od razu, o co mu chodzi, ale mnie wkurzył. Do tego seplenił.
- CZEGO nie mam?
- Kesz beku na karcie!
Błysnęłam refleksem:
- A to mnie pan zbił z pantałyku!
- Proszeee?
Cóż, ja wiedziałam, że tak będzie...
No i nie pobrałam gotówki, bo na TEJ stacji i na tym TERMINALU (bo przecież nie na czytniku kart), nie mam kesz beku.
Skoro o bekach mowa, to teraz z innej beki. Przeczesując internet w poszukiwaniu małegobiałego znalazłam takie ogłoszenie:
"Sprzedam opony z felgami felgi proste opony w bardzo dobrym stanie lecz lekko spenkane" (pisownia oryginalna).
O tempora, o mores!
Zdjęcie jakieś musi być, chociaż z kolejnej beki. Taką oto sukienusię nabyłam za 3 złote:
Kojarzy mi się z jakimś egzotycznym strojem ludowym. Indie? Czy cuś?

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Gumniunio

Piłka się turla, jak to piłka, moje zdanie na ten temat znacie, a jako rzekły fejsbukowe "Psie Sucharki", komu by się chciało ganiać za piłką, co nie piszczy! Znów będzie o kwiatkach, gumienkach i jednej spódnicy. A właściwie o dwóch.
Ponadto dowiedziałam się, że nie zrobię dla Lilki B. zdjęcia tłustego pająka, u którego można by zobaczyć włosy w nosie, ponieważ musiałabym nabyć stosowny obiektyw. Lilko B., na razie musisz zadowolić się maniunią ćmą, która, niestety, utopiła się w beczce z wodą. Dowiedziałam się również jak fotografować czerwone kfiatki, ale zapomniałam. Póki mi się nie przypomni, ponapawajcie się prześwietlonymi, przepalonymi, czy jakoś tak. I tak są piękne.
Deszcz u nas popaduje trochę bez sensu, bo tylko psuje okoliczności przyrody, a większego pożytku z tego nie ma. To znaczy jest, bo nie mogąc sprzątać na gumienku posprzątałam na pokojach, nawet umyłam jedno okno - ale tylko od wewnętrznej strony. Na parapecie stoi kocia miska z wodą, bo jeśli stoi gdzieś niżej, Wałek natychmiast ją wypija (nie zgłębiłam przyczyn tego zagadnienia, więc przestawiłam miskę). Malina pije z jedną łapą w misce, następnie z obrzydzeniem ją otrzepuje z wody chlapiąc po wszystkim dookoła. Okno z zewnątrz liże i obsmarkuje Wałek, ale bez przesady - zobaczę jak się sprawy mają, kiedy przestanie popadywać.
To tyle tytułem wprowadzenia, przechodzę do kfiatków, ale - uwaga, niespodzianka - tym razem będą to kfiatki Marty! Marta też ma gumienko, a co! A właściwie gumniunio - jakieś 4 m2. Gumniunio jest śliczne i wypieszczone, aż zazdrość bierze:


Do tego cudaka pode płotem przymierzam się od jakiegoś czasu. Nie może być taki nijaki. Koloru mu trza!



Teraz idą moje kfiatki. Tak było 5 minut temu:

Orgia hortensji:

Jest! Jest pająk dla Lilki od Maszy! I to jaki! Cudo!
 
Ćma nieboszczka dla Lilki B.:
 

I wreszcie spódnice w charakterze wyrzuty, za całkowitą darmoszkę. Spódnice są nowe, Marta ich nie polubiła, poza tym schudła (trochę).
Spódnica 1:
Spódnica 2 - przód:

 i tył:
Obydwie spódnice są identyczne - w sensie rozmiaru. Pas 90 (z tym, że one są lekko biodrówki, ale niekoniecznie), biodra 112-114 (zależy, w którym miejscu się zmierzy), długość 65 cm. Firma "claire.dk". Komu, komu?