sobota, 16 marca 2019

Miałam plan

Miałam na dzisiaj plan. Karkołomny i ryzykowny, ale udało się. Miałam otóż plan, że posprzątam dom trochę bardziej. Jestem bałaganiarą, ale przychodzi taki moment, że muszę, bo się uduszę. I on właśnie przyszedł. Jeżu, jak mi szkoda czasu na takie czynności! Jednak mus to mus. Zaczęłam od własnego biurko-stołu, na którym tylko dziada z babą zabrakło.
To tylko fragmencik, bo całości się wstydzę (przed):

Po (nawet burdelowe łóżeczko wyczyszczone z kudłów):


W szale sprzątania znalazłam taki obrazek (suchy pastel, 40 x 50cm):

Kołacze mi się po sklerotycznej głowie, że on był przeznaczony dla kogoś, ale nie dam jej, bo chociaż sklerotyczna, to moja. Aż mi tchu brakuje, kiedy sobie uświadomię, że to może być prawda. Ktoś, coś?
No i tak to dzień myknął. Jutro, jeśli nie będzie deszczu, wybieram się do Kuriozy trochę tam porządku zaprowadzić. Pewnie wskazane są zdjęcia "przed" i "po"?

poniedziałek, 11 marca 2019

Wstyd

ma różne oblicza. Mój przybrał właśnie postać złamanej jedynki (mam na myśli ząb, a nie miejsce na liście wyborczej). Siedzę więc w zamknięciu o chlebie i wodzie i zastanawiam się dlaczego się wstydzę pokazać światu? W końcu to tylko ząb - złamał się i już. Tak się jakoś przyjęło, że brak zęba jest strasznym obciachem, chociaż kiedy się zastanowić, to właściwie dlaczego?
Najpaskudniejsze (moje) sny to te o wypadających zębach, włosach i jeszcze o zgubionej torebusi ze wszystkim w środku (dzisiaj mi się przyśniła, szukałam jej na przystanku, a po drodze, w rowie, znalazłam rozkawałkowane zwłoki (damskie) w foliowym worku. Milutki sen, prawdaż? Równie milutki jak o wypadających zębach.
I tak to przez jeden durny ząb, który złamał się, niestety, na jawie, naszła mnie refleksja, że wstydzimy się czasem bardzo dziwnych i nieistotnych rzeczy. Każdy zresztą ma swoje własne "wstydy" wzbogacające zbiór tych, które są narzucone niejako "z góry". Wstyd to kraść, wstyd to posikać się w majtki (kto z nas nie słyszał w dzieciństwie czegoś w rodzaju: taka duża dziewczynka, a siusia w majtki, wstyd..., wstyd to skrzywdzić słabszego od siebie, itd. jest tego dużo, ale to bardziej łamanie norm moralnych i obyczajowych, co stricte wstydem nie jest, ale ściśle się z nim wiąże.
Wstyd jest okropnie ograniczający. Mam na myśli taki wstyd prawdziwy - co zresztą jest sprawą bardzo indywidualną. Osobiście wstydzę się (czy boję?) publicznych wystąpień, co w tłumockiej robocie spotykało mnie często, z telewizją i innymi konferencjami włącznie. Dla mnie to jest makabra prawie nie do przeskoczenia. Na szczęście częściej wypowiadam się na piśmie, a to idzie mi bez strachu i wstydu.
Ze trzy dekady temu normy obyczajowe były o wiele surowsze niż dzisiaj, to i wstydów było znacznie więcej. Dotyczyły dosłownie wszystkiego - zachowania, ubrania, mówienia. Pamiętam, jak studentką będąc, w środku zimy przyszłam na zajęcia w jasnych, niebieskich dżinsach świeżo nabytych w Peweksie za jakieś zarobione tłumockie grosze. Co to był za obciach! Zimą i w jasnych spodniach! Czułam się prawie jak goła. Posłuszna woli tłumu, więcej tego błędu nie zrobiłam.
Przypomniał mi się jeszcze jeden wstyd, tym razem z czasów licealnych. Wychowałam się na wsi, ale do liceum zostałam oddelegowana do miasta, mieszkałam wtedy u ciotki, rodzice nadal mieszkali na wsi. Ojciec chodził w bryczesach i oficerkach, taka była wsiowa moda. Kiedy przyjeżdżał do szkoły na wywiadówkę, modliłam się, żeby nie przyjechał w bryczesach, bo wszyscy od razu wiedzieli, że on (i ja) ze wsi. A mieszkanie na wsi było wtedy obciachem. MM miała ten sam wstyd.
Dzisiaj nie przyszłoby mi do głowy przejmować się takimi pierdołami, ale też świat jest zupełnie już inny. I bardzo dobrze, przynajmniej pod tym względem lubię go bardziej.
Może to nieco megalomańskie, ale w tej chwili nie potrafię przypomnieć sobie czegoś, czego musiałabym się bardzo wstydzić. Nikogo nie okradłam, ani nie pobiłam i nie ukrzywdziłam w świadomy sposób. Coś by się pewnie znalazło, musiałabym się zastanowić, ale też nie chodzi o samobiczowanie. Ot tak mnie naszło.
Dzisiaj u nas padał śnieg płatkami jak chusteczki do nosa:




 
Cóż robić w taką pogodę? Spać w burdelowym łóżeczku:




poniedziałek, 4 marca 2019

O pewnym spełnionym marzeniu

Na razie nie moim, ale i na to przyjdzie czas.
W pierwszych słowach proszę o wybaczenie - nadgryziona ręka ciągle jest niezbyt użyteczna i każdy nieopatrzny ruch sprawia mi niemały ból. Z powodu znaków diakrytycznych pisanie na klawiaturze też do przyjemności nie należy, ale jakoś dam radę. Mam patent: do przyciskania stosownych klawiszy używam przyrządu do rozcierania pasteli i paluchi nie są mi do niczego potrzebne!
Byłam otóż w willi Kuriozie przyjrzeć się temu i owemu oraz przemyśleć to i tamto, co mi się udało. Mam jasność, czekam na dyspozycyjność fachowca i zaczynam tę przygodę.
Chyba już wspominałam, że mieszka tam moja koleżanka, z którą znamy się jakieś dwadzieścia parę lat. Po drodze wprawdzie kontakt nam się gdzieś zagubił, ale zawsze wiedziałam co u niej i odwrotnie. Wiedziałam, że mieszka w tych pięknych okolicznościach przyrody, więc kiedy zaczęłam szukać willi, po prostu tam pojechałam. I nie, nie od razu znalazłam Kuriozę. Znalazłam ją w internecie i dopiero gdy pośrednik zaczął mi tłumaczyć jak tam dojechać, zdałam sobie sprawę, że to jest to samo miejsce i to w odległości rzutu beretem, czyli jakieś 150/200m! Coś jest w tym zbiegu okoliczności, prawdaż? W każdym razie lubię tak myśleć. No i nadajemy na podobnych częstotliwościach (z D.) co jest nie bez znaczenia. Prawdą jest też to, że to miejsce od pierwszej wizyty wywołuje we mnie pozytywne emocje. Na razie nic mnie tam nie zraziło. Nie czułam tego w stosunku do tamtego GUMNA, nie od razu. Musiało upłynąć całkiem sporo czasu zanim je oswoiłam. I nie ma to nic wspólnego z tym, co stało się po dziesięciu z górą latach.
Wybaczcie ten przydługi nieco wstęp, już przechodzę do sedna. Otóż koleżanka moja, dalej zwana D. wcale tam nie mieszka od zarania dziejów. D. to mieszczka z samego centrum miasta, która marzyła o domu z ogródkiem. Zycie pomykało, dzieci dorosły, aż marzenie doczekało się swoich pięciu minut. Było maniunią willenką, ale D. marzyła o domu z ogródkiem i pięterkiem! I o widoku z pięterka! I ma! Ogromnym, wielomiesięcznym nakładem pracy, kosztem trudów życia na rumowisku (nie przesadzam!), z gotowaniem zupy i nie tylko na tarasie oraz użerania się z fachowcami i wbrew opiniom i dobrym radom znajomych królika (po co ci to, kto to będzie sprzątał/ogrzewał/mył, jak za 5/10 lat wejdziesz po schodach i jak wyjdziesz z wanny, itd.itp.), dopięła swego. Siłą rzeczy śledziłam budowę tego marzenia od samego początku. Pięterko gotowe, widok nie zniknął. Prace wykończeniowe nadal trwają, stąd trochę bałaganu, ale co to za bałagan! Pieszczota, nie bałagan. Chciałabym taki mieć, bo on oznacza szczęśliwy finał!
Tak więc, z błogosławieństwem D. zaglądamy na górkę:
boszszsz, te schody! wchodziłabym na rękach albo zjeżdżałabym po poręczy, żeby nie zniszczyć! pod schodami tymczasowa kuchnia

kawałek łazienki
Schodzimy, dół się jeszcze robi, funkcję kuchni/salonu pełni hol:

Wejście przez werandę. Wyobrażacie ją sobie całą w kwieciu?

Koleżanka D. jest dla mnie dopingiem. Kurioza to wyzwanie, ale dam radę. Moje marzenie jest trochę narzucone przez los, co nie zmienia faktu, że lubię o nim myśleć, a raczej o jego spełnieniu. Prawdę mówiąc nie mogę się doczekać. Dzisiaj znalazłam na furtce liścik pt. Jestem zainteresowany kupnem tego domu + numer telefonu. Za późno, hrehre! Moja ci ona, willa Kurioza!

sobota, 23 lutego 2019

Wyznania wdowy

To nie ja wyznaję, chociaż przeszłam przez wszystkie stany wymienione poniżej przez MM oprócz wdowieństwa, które mi nie grozi. A ponieważ nie było moim udziałem, nie wiem co jest gorsze. Jedno i drugie jest okropne.

***
Kurki; naszło mnie dzisiaj na pewne zwierzenie. Otóż wypełniając ostatnio przy jakiejś tam okazji rubrykę „stan cywilny” zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak nie lubię słowa „wdowa”. Unikam go jak tylko mogę, zastępując słowem „wolna” lub mówiąc po prostu „mój mąż nie żyje”. Zdarza mi się o sobie powiedzieć "wdowa" wyłącznie w sytuacjach urzędowych, kiedy nie ma już innego wyjścia. I sama do końca nie wiem dlaczego to słowo tak mnie mierzi. Bo że mierzi, to wiem.
Wiecie co? Słowo „wdowa” ma dla mnie taki brudno brązowy kolor, jest matowe i ciężkie. W przeciwieństwie do słowa „panna”, które jest jasne i zwiewne, „rozwódka”, które ma dla mnie coś (o dziwo!) z zalotności i też jest w jasnym kolorze. Mężatka zaś brzmi dostojnie, stabilnie (hrehre) i ogólnie nieźle. Dla jasności dodam, że przeszłam w życiu przez wszystkie cztery „stany”, więc argument, że nie wiem o czym mówię, nie ma zastosowania. 
No i właśnie - wracam do „wdowy”. Z pewnością z wdowieństwem kojarzy się ból, żal po stracie, żałoba. Na marginesie - jedna z moich znajomych twierdzi, że zazdrości mi trochę wdowieństwa. Bo – jak mówi – ja mogłam przeżyć żałobę i zacząć układać sobie życie, wiedząc że to co zaszło jest nieodwracalne. Ona zaś, z nieletnim dzieckiem  i w kwiecie wieku porzucona przez męża, który odszedł do innej, pomimo upływu lat ciągle nie potrafi się z tym pogodzić. Tak sobie myślę, że żałoba po tego typu stracie rzeczywiście jest trudniejsza, ponieważ nie ma w niej elementu nieodwołalności, więc trudniej dojść do etapu akceptacji.
A we wdowieństwie trudność chyba polega na tym, że jest to stan trochę „ni pies ni wydra”. Niby jesteś wolna, ale przecież przeszłości wymazać się nie da. Twój zmarły partner jest z tobą wszędzie. Czasem to czujesz prawie namacalnie, czasem mniej, czasem wcale, ale on jest, zwłaszcza, jeśli przeżyłaś z nim wiele lat. Dochodzi do tego czasem, najczęściej nieuzasadnione, poczucie winy związane bądź z samymi okolicznościami śmierci, bądź z różnymi wydarzeniami z przeszłości. Nie chcę tu snuć rozważań na temat zmienionej sytuacji społecznej, obniżonego statusu społecznego, pogorszenia sytuacji materialnej i całego tego balastu psychospołecznego jaki niesie na plecach tzw. wdowa. A otoczenie społeczne, i to bliższe, i to dalsze, nie bardzo nam pomaga. Zauważcie, że wprawdzie już nie te czasy kiedy wdowie kazano chodzić w czerni do końca jej dni albo palono ją na stosie razem ze zmarłym mężem, ale byłoby najlepiej, żeby ona jednak zachowała wierność zmarłemu, niezależnie od tego jakim on mężem był. Takie wdowy cenione są najbardziej. O takich mówi się z szacunkiem. Określenie „wesoła wdówka” ma wydźwięk pejoratywny.
Pisząc to, sama sobie trochę poukładałam to co czuję przy słowie „wdowa”. Nie lubię go, bo niejednoznacznie określa moją sytuację psychospołeczną, wiąże mnie jakimiś zobowiązaniami których wolałabym nie czuć, dając niby wolność, która tak naprawdę wolnością nie jest, a ja nie potrafię tak do końca z tego wszystkiego się wyzwolić, więc zaczynam od słowa. Bo przecież „…na początku było słowo…”
Mnóstwo wdów jest wśród ptaków, a wszystkie śliczne:
wdówka białobrzucha
wdówka płowosterna, ornitofrenia Piotr Gryz
wdówka rajska


niedziela, 17 lutego 2019

Znów o niczym

Mówię jak jest. Nie mam dla Was ani treści, ani formy. Wybieg zapchany, zdjęć nowych nie mam, byłam wczoraj w Kuriozie, ale właśnie wtedy skończyły się baterie w aparacie. Niewiele się tam zmieniło, chociaż w taki piękny dzień wszystko wygląda lepiej. Pokręciłam się tu i tam, pogrzałam na słońcu (na tarasie!), przewietrzyłam willę i pożałowałam, że nie zabrałam narzędzi ogrodniczych, bo byłoby co robić. MM uświadomiła mi, że to dopiero połowa lutego i nie ma co szaleć, chociaż słońce wywiera presję. Zdążę to ogarnąć, mam nadzieję, bo tej wiosny czeka mnie porządkowanie (i utrzymanie w jako takim stanie) dwóch ogrodów. Ale co tam, to nie jest nawet połowa tego, co obrabiałam TAM.
Po raz pierwszy od ponad roku zobaczyłam i usłyszałam żurawie, dużo żurawi! O dzikich gęsiach, kaczkach i innej drobnicy nie ma co wspominać, a sikorki nawołują już całkiem wiosennie. Kojarzycie ten charakterystyczny dźwięk? Brzmi on tak: fjyyyt! Teraz kojarzycie?
I bardzo jestem ciekawa jak skończy się Bazarek Za Moimi Drzwiami głównie w kwestii krówek najdroższych na świecie i jednego z moich obrazków, który osiągnął taką cenę, że aż mi straszno. Ale i baaardzo przyjemnie, nie da się ukryć:)
To ja Wam pokażę kilka zdjęć wprawdzie od czapy, ale za to jakich słodkich!







poniedziałek, 11 lutego 2019

Byle do kwietnia

Na chwilkę wrócę do spraw urzędowych, ale wcale nie będzie nudno! Sprawa pomylonej daty urodzenia mojej Mamy  nadal się ciągnie. A w urzędach, jak to w urzędach, bywa różnie - przeważnie długo. Dziś załatwiłam ZUS już za drugim podejściem, więc nie jest źle. I o ile nie mam zastrzeżeń do urzędników, a raczej urzędniczek (zawód to zdecydowanie sfeminizowany), o tyle mam zastrzeżenia do procedur, trybu załatwiania spraw, nadmiaru papierków. Jednym słowem, do biurokracji.
MM musi jutro pojechać do Gorzowa - bagatelka, dobrze ponad 300 km w obie strony i nie ma żadnej gwarancji, że sprawę załatwi. Bez wdawania się w zbędne szczegóły na moment nawiążę do wspomnianej przez Was w komentarzach uprzejmości (lub nieuprzejmości) urzędniczek.
MM zadzwoniła dzisiaj do gorzowskiego urzędu, aby upewnić się co do ilości stosownych papierków i zasadności osobistej wizyty tamże. Pani kierowniczka była niezbyt miła i na pytanie MM czy przynajmniej uda się sprawę załatwić od ręki, skoro już musi jechać, bo goni nas czas (na załatwienie mamy 7 dni "pod rygorem oddalenia sprawy") niezbyt miła pani kierownik odrzekła, że nie ma takiej możliwości, bo "dzisiaj poniedziałek i mam same zgony". Zaiste, można zaliczyć zgon na takie dictum.
Urzędy weszły mi w paradę, bo w zasadzie chciałam bąknąć o Kuriozie. To bąkam. Byłam tam kilka dni temu, dzień był piękny i przyjemnie spędziłam go w miłym towarzystwie. Wiosna wisi w powietrzu mimo zalegającego tu i tam śniegu.
Kurioza czeka, a kwiecień tuż, tuż.

To są chyba czaple białe, ale głowy nie dam, były daleko. Na czaple siwe są zbyt białe. I jakby większe:

Przedarłyśmy się przez zamarzniętą rzeczkę i wdrapałyśmy się na groblę. Wbrew pozorom łatwo nie było:









 Lubię bezlistne gałęzie. Czasem tworzą zaskakujący rysunek:




 Bobry nie próżnują:





Wlot do żeremia:
Taką fajną gałąź przytargałyśmy do Kuriozy:

Nie mogę się doczekać, chociaż przede mną nie lada przedsięwzięcie. Tam jest tak pięknie i cicho, że gnałabym już nie bacząc na konsekwencje:)

czwartek, 7 lutego 2019

Kobieto, puchu marny...

Dziś - dla odmiany - pogadajmy nie o duszy, a o ciele (pośrednio).
Lubię otóż odjechane ciuchy, zawsze lubiłam. Dawno temu, jeśli nie umiało się szyć, było o nie bardzo trudno, o wszystko zresztą było trudno, a i noszenie czegoś choćby trochę odlotowego wzbudzało sensację na ulicy.  Nie wiem skąd wzięło mi się to upodobanie, nigdy nie miałam zamiaru nikogo szokować, ale zawsze siedział we mnie jakiś rodzaj buntu, przekory, nie wiem jak to nazwać. Już jako małe dziecko - na tyle małe, że tego nie pamiętam - urządzałam ponoć dantejskie sceny przy ubieraniu.
Jako młoda dziewczyna parę ciuchów przywiozłam sobie z Francji, jednak największą uwagę przyciągało kolorowe, meksykańskie poncho. Wtedy u nas o poncho nikt nie słyszał. Nosiłam je latami, aż ze mnie spadło. Potem szyłam sobie (nie umiejąc szyć) sukienki z prześcieradeł, takie z kimonowymi rękawami. Byłam szalenie awangardowa, nikt nie wiedział, że ja tylko takie umiałam wyciąć i zszyć. Naszywałam na te sukienki kolorowe aplikacje. Miałam dwie, pomarańczową i żółtą, bo takie miałam prześcieradła jakimś cudem upolowane - zaczęły się wtedy pojawiać kolorowe pościele. Mam dwa takie prześcieradła do dzisiaj, są nie do zdarcia. Sukienki oczywiście zanosiłam na śmierć.
Na drutach też dziergać nie potrafię - tylko prawo/lewo, a jednak udziergałam sobie i Marcie ogromne poncho z kolorowych resztek. Było olbrzymie, dość grube i prawie do ziemi i ono dopiero wzbudzało sensację! Do tego stopnia, że syn MM prosił ją, żeby przychodząc po niego do szkoły nie zakładała go.
Właściwie dopiero teraz można poszaleć z ciuchami. Aktualne trendy i swoboda panujące w tej dziedzinie bardzo mi odpowiadają. Można założyć na siebie wszystko. Niewiele, zgoła nic, jest w stanie zaszokować kogokolwiek.
Nie mam większych oporów, aczkolwiek nie myślcie sobie, że nic, tylko kombinuję, co by tu odjechanego na siebie włożyć. Aż tak ekstrawagancka nie jestem i nie zawsze mi się chce. Kocham zwłaszcza odjechane spodnie i takież torebusie. Butami też nie pogardzę, chociaż odjechanych nie mam, bo o nie akurat u nas trudno. Ale noszę buty określonego typu, najlepiej na grubym, równym spodzie, nigdy płaskie!
Nie rozumiem jednego. Jest masa kobiet, które w okolicach 50/60+ zaczynają ubierać się jak własne prababcie twierdząc, że w "tym" wieku to, czy tamto nie wypada. I nie chodzi im o dekolt do pasa lub mini spódniczkę, tylko np. o kolor. Bukbroń, nie może być zbyt wyrazisty. Dlaczego, pytam grzecznie??? Co jest nieprzyzwoitego w kolorze np. czerwonym lub fuksjowym? Właśnie takie panie, zlewające się z otoczeniem, gapią się z dezaprobatą na moje portki i fuksjową torebusię oraz takiż szal i ust pąkowie.
Popatrzcie na zimową ulicę (latem to jeszcze pół biedy), masakra!
Pokażę Wam moje najbardziej odjechane spodnie z krokiem w okolicy kostek, przez co wyglądają w zasadzie jak spódnica (normalne też noszę, żeby nie było!). Gdzieś po drodze wspomniałam w komentarzach o tym, jak pewne spodnie są jednocześnie bluzką. Da się spodnie zdjąć przez głowę? Da się!
Trudno zrobić im zdjęcie, bo czarne:
Tutaj dziura w kroku (za przeproszeniem Państwa) na głowę oraz zdobienia w postaci frodkowych kudłów. Poznaję po skręcie:
A to już bluza. Byłam w niej na weselu syna KolKi. Do tego miałam jasnoszare, cienkie spodnie (też nieco odlotowe):
Kolejny przyodziewek. Myślicie, że to spódnica? A nie, to też spodzień:

A dzisiaj wyszperałam w lumpeksie cud urody nowiutkie fiuterko! Za całe 16 zeta:

I jeszcze chciałabym pokazać obrazek, który przeznaczyłam na bazarek dla kotów Gosianki. Bazarek za kilka dni! To akryl na płycie, 30 x 24 cm:

I Czajniczek, bo piękny: