wtorek, 31 marca 2020

Głupot ciąg dalszy i pokot

Wokół dzieje się tak wiele i tak paskudnie, że chyba tylko zajmowanie się przyjemnymi głupotkami pomoże nam zachować zdrowe zmysły.  Przypomniała mi się maksyma Voltaire'a, że po prostu należy uprawiać swój ogródek. Nie to, że maksyma jest głupotką, nie to miałam na myśli, gdzieżbym śmiała podważać słowa filozofa! Można ją interpretować na różne sposoby, a i tak się nie dowiemy, co autor miał na myśli. Że trzeba schować głowę w piasek? Udać się na emigrację wewnętrzną? Robić swoje? Obawiam się, że robię wszystko naraz, ale najbardziej biorę to filozoficzne przesłanie dosłownie i - z przerwami na śnieg - uprawiam ogródek, a raczej go porządkuję.
Jest mi łatwiej udawać, że nic się nie dzieje, bo tutaj nic się nie zmieniło. Nie muszę patrzeć na opustoszałe miasto, ani jechać tramwajem na drugi koniec miasta. Weekend spędziłam w Kuriozie z MM i, jak sama napisała w komentarzach, to były dwa dni jakby poza prawdziwym życiem. Śmiałyśmy się do rozpuku, grałyśmy w scrabble, popijałyśmy wino wredne. Rozrywki dostarczył nam również Baluś, który wymknął się przez niedomkniętą bramę i napadł wielkiego owczarka niemieckiego - to są jego gabaryty do napadania, mniejszymi sobie głowy nie zawraca. Psy się skłębiły, MM wypadła z obejścia i po drodze pogubiła buty oraz złamała na płocie plastikowy kij od miotły, którym chciała rozdzielać psy. Na szczęście Baluś miał na szyi obrożę i udało się go odciągnąć. Jeśli myślicie, że bałyśmy się głównie o Balusia, to jesteście w błędzie. To też, on również mógł oczywiście oberwać. Na wszelki wypadek poszłam śladem tamtego psa, żeby sprawdzić, czy krew nie kapała:) Nie kapała.
To chyba coś czwarta wizyta Balusia w Kuriozie i druga taka akcja. Niezły wynik, nie? Poprzednio tutejszy pies biegał luzem i zaskoczył go ode ogona, to i nie dziwota, że Baluś się odmachnął. Tym razem było całkiem odwrotnie, aczkolwiek równie emocjonująco. Baluś naskoczył na owczarka od frontu, a ode ogona próbował go nadgryźć.
No i tak to uprawiam ten ogródek.
I z innej beczki: przez pomyłkę kupiłam za małą obrożę Foresto na kleszcze. Może ktoś z Was jeszcze nie kupił? Problem w tym, że jest otwarta i nie mogę jej zwrócić. Jest nowiutka i oczywiście nieużywana. To, że otwarta w niczym jej nie szkodzi, ona działa przez cały sezon, jeśli nie dłużej. Odstąpię ją za 5 dyszek zamiast 87 zeta. Ma 38 cm długości i nadaje się dla kota lub maniuniego psa.

I dużo zdjęć.

Znajdź różnicę:


Indyk dla SaBały:

I dalej jak leci:

Taras dzisiaj, pod śniegiem (no prawie):

A dalej to już pokot:



środa, 25 marca 2020

Trochę o głupotach

Nie mam żadnych głębokich przemyśleń, którymi chciałabym się z Wami podzielić. Wszyscy mamy myśli zajęte wiadomo czym. Pogadajmy o głupotach albo opowiedzcie co robicie lub czego nie robicie.
Jeśli chodzi o mnie, nic się jakoś dramatycznie nie zmieniło. Ogarniam gumienko, wieczorami maluję i gadam z Wami tu i tam. Czas mam wypełniony po brzegi. Mogę się spotykać (i robię to) z kol. D. bo obie siedzimy tu bez kontaktu z potencjalnymi nosicielami. Do weekendu czekamy z MM, czy aby coś nie wystąpi, bo to też będą dwa tygodnie od łażenia gdzieś tam bez świadomości zagrożenia. O ile będzie jej wolno wyjechać z Poznania.
Uporządkowałam część gumienka od strony wejścia i zbudowałam sobie murek. Drewniane klocki to zasieki, wiadomo:




 Zapomniałam dodać zdjęcia. Jeszcze niedawno wyglądało to tak:



Taki mam kojący widok, kiedy rano otwieram oczęta i piję w łóżku sokawkę. Dzisiaj bez wiewiórek, sójek i sierpówek, które budują tam gniazdo:


No i Czajnik, jak to Czajnik. Zawsze znajdzie najlepszą miejscówkę:
No i tak to. Byle do zdrowego jutra.

środa, 18 marca 2020

Na zarazę - gumienko

O czym pisać w czasie zarazy? Przecież nie o zarazie!? Cały dzień rozmyślałam o czymś, co mogłoby nas rozśmieszyć i nic mi do głowy nie przyszło, niestety. Byłam zaabsorbowana pracami gumienkowymi wprawdzie, co w myśleniu zasadniczo nie przeszkadza, jednak i nie pomaga - jak widać. Wobec tego zacznę Was zadręczać gumienkiem właśnie. Byłam wczoraj w dawnym domu i zwiozłam donice oraz kolejną porcję klamotów, które jeszcze tam zalegają. Donice (na razie puste) stoją na tarasie, można więc uznać, że sezon został rozpoczęty. Nie przywiozłam moich ślicznych wiklinowych foteli, bo nie mogłam znaleźć klucza od pomieszczenia, w którym się znajdują. Teraz nie wiem kiedy je przywiozę. Auto zastępcze mam tylko do poniedziałku, a w sprawie naprawy mojego cisza jak makiem zasiał.  Wobec tego wytaszczyłam stary stolik i przemalowałam go na jedynie słuszny kolor - niebieski. Dawno nie miałam pędzla w rękach:

Koguta, com go dostała drzewiej od Felków umieściłam na boisku do siatkówki:

Natomiast kura od Marii (Marija, pamiętasz?) bardzo pięknie prezentuje się tutaj, tzn. na tarasie. Biały lampion znalazłam w śmieciach u kol. D. Wynajęłyśmy kontener na śmieci wspólnie i tak wygrzebywałyśmy sobie skarby - ona moje, ja jej. Nic mi już nie zalega, żadne worki z resztkami cementu, żadnego styropianu, nic! Jakby nigdy nie było tu żadnej budowy:


Bratki też niebieskie:

Miejsce internowania mam bardzo przyjemne, nie powiem. Czasem jednak muszę z niego wyjść - staram się jak najrzadziej. W miasteczku spokój, życie toczy się jak przedtem. Tylko mąki nie ma:)






















środa, 11 marca 2020

Po co komu słupki na parkingu?

Post miał być o czymś innym, ale na fali wydarzeń zapomniałam o czym. Będzie więc o życiu. Na parkingowym placyku skoczył na mnie słupek ze znakiem drogowym. Tak niefortunnie skoczył, że urwało mi pół auta. Nie pytajcie jak i co, bo nie wiem. Wycofywałam z parkingu i bum! Samochód wygląda tak, jakbym z szybkością co najmniej 100km/h walnęła w drzewo. Spędziłam upojne popołudnie i kawałek wieczoru na czekaniu na pomoc z lawetą. Szczała pojechała do warsztatu, pan laweciarz wysadził mnie niedaleko Kuriozy, a kochany sąsiad przywiózł klamoty, które musiałam zabrać z bagażnika. Najpierw strasznie się na siebie wkurzyłam, bo naprawdę nie wiem jak mogłam zrobić coś tak głupiego, potem mnie to rozśmieszyło, bo czekałam tam godzinami siedząc w aucie jak małpa w klatce, a ludność przystawała z rozdziawionymi paszczami. Nie dziwię się, wyglądało to tak, że pode spodem powinien leżeć trup. W końcu zaczęłam się śmiać i mówić, że samo odpadło - takie teraz byle jakie i plastikowe robią te samochody...
Ale spoko, mam ubezpieczenie full wypas, jutro się dowiem co i jak. Tym niemniej jestem w tym ciemnym, ciemnym lesie bez auta. Na szczęście jest MM i kol. D, jakby co. Mam nadzieję, że nie potrwa to długo albo dostanę wehikuł zastępczy.
A takie miałam na dzisiaj plany! Jutro przyjeżdża kontener i nareszcie pozbędę się wszystkich śmieci. Zabrałam się za prace ogrodniczo-porządkowe, a jest co robić! Uporządkowałam kanciapę pod tarasem i znalazłam rurę do mocowania parasola. Tak więc słońce na tarasie mi niestraszne! Pomysłów mam pierdylion na minutę i tak miotam się od jednego, do drugiego. Ale ja tak mam. Miałam nawet pomysł, żeby pojechać na placyk z roślinami, ale nie zdążyłam pomysłu wprowadzić w czyn, ponieważ właśnie wtedy skoczył na mnie ten nieszczęsny słupek.
No i niefejzbuczym Kurom chciałabym pokazać na co mam teraz fazę. Otóż fazę mam na domki, ale w nieco innym wydaniu. Zdjęcia słabe, ale nie przeskoczę tego:




Jedno i drugie to akryle na drewnie.

To suchy pastel, 40 x 50 cm:

I kogut w technice mieszanej, 24 x 30 cm:
Trochę jednak zmęczył mnie ten dzień.

poniedziałek, 2 marca 2020

35 LAT TEMU...

To będzie post rocznicowy, ale nie mój tylko Teatru Witkacego, który właśnie obchodził swoje 35 urodziny. Pracowałam tam przez kilka lat, na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Chociaż wydaje się to dawno, ale ten czas tkwi głęboko we mnie i w mojej pamięci. Był dla mnie bardzo, bardzo ważny, barwny i stymulujący, dający mnóstwo możliwości rozwoju.  Przede wszystkim ważni byli   LUDZIE. Ludzie tworzący to miejsce i poświęcający się temu bez reszty. Młodzi, entuzjastyczni, utalentowani. Ale nie tylko oni. Także ludzie, którzy tam przychodzili, widzowie , ale też zapraszani goście specjalni, twórcy z każdej dziedziny sztuki, muzyki, teatru, filmu, baletu, plastyki. Naprawdę wielkie nazwiska, że wspomnę tylko parę:  Ewa Bem, Krystyna Prońko, Krystyna Janda, Tadeusz Łomnicki, rodzina Steczkowskich, Michał Bajor, Scena Plastyczna KUL... Długo by wymieniać. Niezapomniane chwile, niezapomniane przeżycia, wspaniali ludzie.  Cieszę się, że dane mi było być z nimi, być w środku.



 Tamten czas miał dla mnie, dla mojego życia niebagatelne znaczenie. Pozwolił poznać teatr od wewnątrz, pozwolił zmienić się mnie samej, rozwinąć umiejętności, o które nigdy bym siebie nie podejrzewała. No i pozwolił podzielić się z innymi moją miłością do kina. To uczucie przyjęło formę Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Appendix”.

Appendix, wyrostek, dodatek, ogonek wyrosły z materii teatru. Łatwo nie było, formalności wtedy było mnóstwo.  Filmy wyświetlane były na tradycyjnej taśmie filmowej, a więc jedynym sposobem było wykorzystanie klasycznych projektorów kinowych. Projekcje odbywały się w jedynym wtedy kinie „Giewont” (obecnie „Sokół”) o szalonej godzinie 22.00, po wszystkich seansach. To była jedyna możliwość, dyrekcja kina nie chciała tracić pieniędzy. W tamtym czasie w Zakopanem nie była to pora, gdy ludzie chętnie wychodzili z domu, aby brać udział w wydarzeniach kulturalnych, szczególnie w zimie. Mogliśmy więc liczyć głównie na krewnych i znajomych Królika, czyli na nasze rodziny i przyjaciół. Frekwencja była bardzo różna, ale najczęściej nie przekraczała 20-30 osób, a bywały seanse, gdy na wielkiej widowni siedziały 3 lub 5 osób... Na „Rękopisie znalezionym w Saragossie” do końca dotrwaliśmy we trójkę a film skończył się po pierwszej w nocy...
Pamiętam jeden dość niezwykły powrót z kina w zimie podczas silnego mrozu. Koleżanka Ela O. zaofiarowała się, że mnie odwiezie swoim Maluchem, a była świeżym choć odważnym kierowcą. Najpierw były obawy czy odpalimy, na szczęście się udało. Ale okazało się, że szyby zamarzły na mur, ogrzewanie od środka nie działało, a Ela nie miała skrobaczki do szyb... Odchuchałyśmy i wydrapały własnymi rękami małe kółka na szybie i z duszą na ramieniu ruszyłyśmy w drogę jadąc chyba 5 km na godzinę. Ja musiałam pilnować gdzie jest krawężnik a Ela usiłowała cokolwiek zobaczyć przez kółko na szybie. Na szczęście ruch był prawie zerowy i jakoś dotarłyśmy, ale nerwy były potężne.
Program projekcji układałam sama, według moich upodobań i tego, co chciałam pokazać widzom. Na ogół były to cykle, np. różne ekranizacje „Makbeta”, kino nieme, amerykańskie kino lat 70-tych, filmy jednego reżysera lub aktora. Filmy wypożyczaliśmy głównie z Filmoteki Narodowej lub innych DKFów. Sam transport nie był łatwy, filmy były pakowane w specjalne żelazne skrzynki, bardzo ciężkie, które przychodziły pociągiem. Trzeba je było odebrać i dostarczyć do kina a potem odesłać. Niektóre taśmy były słabej jakości i zdarzało się i tak, że nie było wiele widać na ekranie...
Pewnego wieczora przeżyłam chwilę grozy, gdy taśma zaczęła się palić podczas projekcji. Na szczęście pan operator szybko to opanował i posklejał taśmę , ale kawałek jednak spłonął.

Dawne czasy, zgrzebne i bez zaawansowanej technologii, ale jednak urocze w swojej prostocie i naturalności. Ciepło „Appendix” wspominam, ma swój kąt w mojej pamięci. 


Czas płynie, wszystko się zmienia, ludzie odchodzą i przychodzą nowi, wnosząc coś swojego do teatru. Na scenie już kolejne pokolenie aktorów, którzy teatr zakładali wraz z Andrzejem Dziukiem, dyrektorem, reżyserem i człowiekiem, który to miejsce stworzył, dał mu istnienie i tchnął w niego ducha. No i ów duch tam został, ma się dobrze, choć już inni go ożywiają. A ja , jeśli uda mi się tam być, czuję się zawsze jak u siebie.

Jeśli będziecie w okolicy, zajrzyjcie i ogrzejcie się w cieple tego miejsca. A może ktoś ma jakieś swoje wspomnienia i przeżycia z nim związane? Napiszcie, proszę. 

niedziela, 23 lutego 2020

Księciu dziękujemy

Na tematy matrymonialne napisano już chyba wszystko. Jednak każdy z nas ma za sobą bagaż najróżniejszych doświadczeń - i dobrych, i złych, różnych po prostu. Mam i ja, oczywiście i te dobre, i te złe. Bywało fantastycznie, skrzydła człowiekowi rosły, motyle w brzuchu dokazywały - pełne spektrum. Ale były też okropnie złe, rzekłabym wręcz, ekstremalne. Wszystko jednak mija, czas leczy rany, jakkolwiek banalnie to brzmi. Dzisiaj jestem spokojna i jeśli szczęściem można nazwać codzienność, która mnie cieszy jak nigdy, to jestem szczęśliwa. Nawet mi w głowie nie postanie myśl o kolejnym związku, aczkolwiek kolejka pod drzwiami nie stoi. Prawdą jest, że księcia z bajki nie szukam, w ogóle nikogo nie szukam. Nawet gdyby sam się zjawił, to nie chcę. Moja postawa nie jest wynikiem złych doświadczeń, nie przestałam lubić facetów, ale lubię ich wyłącznie na poziomie koleżeństwa, koniec, kropka. Chociaż randki są miłe - ach, te prezenciki - niespodzianki, czekoladki, kwiatki - sratki za wycieraczką samochodu!
Chyba jestem za stara, już nie chce mi się tych wszystkich starań, zabiegów, czekania na telefon itp. Zresztą, jako się rzekło, tłumów pode Kuriozą nie ma. Faceci z mojej półki szukają młodszych lasek, najlepiej o trzydzieści lat albo jeśli już muszą być stare, to przynajmniej niech będą egzotyczne, hrehre.
Jak tam u Was w tej sprawie? Kolejka stoi?

Zdjęcia od czapy, jako że obiecałam pokazać szafę, która omal mnie nie skasowała. Kupiłam farbę akrylową, silnie kryjącą (taka informacja znajduje się na puszce). Malowałam cholerną szafę pięć razy albo i sześć, pogubiłam się. I wyszło to, co widać na zdjęciach. Kolor odjechany, ale to byłoby tyle. Próbowałam na różnych powierzchniach, na każdej farba się smarczy i nie kryje. Przecież nie jestem nowicjuszką! Może kiedyś jeszcze raz pociągnę czymś tę pechową szafę, jednak na razie zostaje jaka jest:

Przed:
Skoro już miałam pędzel w łapsku, tym samym kolorem machnęłam to coś powyżej.
Kolor szafie bardzo dobrze zrobił, ale nie planowałam przecierek. Same wyszły...

poniedziałek, 17 lutego 2020

Marzenia jak ptaki...

Dzisiaj będzie o marzeniach. Są przyjemne i budujące, aczkolwiek bujanie w obłokach bywa zgubne. No bo tak: wymarzyłyśmy sobie księcia z bajki, spotykamy go gdzieś na białym koniu w ostępach życia (hrehre, piękna metafora, co nie?) i teoretycznie - z początku zwłaszcza - wszystko gra, ale stopniowo nasz książę nijak nie przystaje do wymarzonego ideału. Znaczy to, że albo on nim nie jest albo bez przerwy porównujemy go do postaci z marzenia i ta konfrontacja wypada nader mizernie. Albo takie marzenie o luksusowym domu, dalekomorskim jachcie itp. gdzieś np. w Toskanii. Wiadomo, że większości z nas takie marzenie nigdy się nie spełni. Nie chodzi mi o to, aby nie marzyć, ale o to, aby marzenie nie stało się źródłem frustracji. Nie chodzi też o to, aby marzenie było "realne", bo nawet semantycznie "marzenie" i "realność" się wykluczają. Rzecz w tym (tak sądzę), aby nie zafiksować się na czymś nie do spełnienia, bo taka fiksacja prowadzi jedynie do zgorzknienia.
Marzyłam i ja. O własnym domu gdzieś na uboczu, gdzie mogłabym uprawiać kawałek ogrodu i bez końca dekorować dom i otoczenie, i żeby nikt mi nie narzucał jak mają wyglądać. Miało być pięknie i sielsko! Wtedy, za głębokiej komuny, takie marzenie pozostawało raczej tylko marzeniem, ale nieoczekiwanie rzeczywistość powolutku zaczęła się zmieniać.
Z pierwszym księciem było blisko, ale wtedy okazało się, że książę kocha niejaką Bożenkę, więc marzyłam dalej. Po latach pojawił się drugi książę (wzdragam się przed nadaniem mu tego arystokratycznego tytułu) i marzenie się spełniło, chociaż raczej na krótko i nie do końca. Wiem to dzisiaj, ale wtedy fruwałam!
Do dzisiaj nie wiem i nigdy się nie dowiem - może jestem singlem w głębi duszy i nie powinnam wchodzić w żadne związki? Jest mi teraz podejrzanie dobrze i niczego mi nie brakuje, a już najmniej kolejnego księcia. Życie tak się potoczyło, że mam swoje wymarzone miejsce na ziemi i spokój, o jakim mi się nie śniło.
Może też zdarzyć się tak, że nasze życie jest marzeniem mamy/taty, wcale nie naszym?Może pokończyliśmy szkoły nie z naszego wyboru, tylko mamy/taty? I wykonujemy nielubiany zawód? Pozakładaliśmy rodziny, bo tego od nas oczekiwano? Bo taka była (i jest) presja społeczna i kulturowa?
Trudno jest odpowiedzieć sobie na takie pytania, zwłaszcza że są nasze dzieci, których nie byłoby, gdyby nie taki czy inny zbieg okoliczności i jakiś książę u boku.
Osobiście nie mam pewności, że o to mi w życiu chodziło. Mam piękną córkę i zawód, który lubię, chociaż marzyłam o innym. Cała reszta poszła, jak poszła, ale obawiam się, że nie jestem w tym odosobniona. Życie to w sumie splot najróżniejszych zbiegów okoliczności i niezupełnie zależnych od nas przypadków.
No. Ale się wymądrzyłam!
Jedno z moich spełnionych marzeń: