wtorek, 15 stycznia 2019

O niczym, bo i o czym?

Niefajnie na świecie, chociaż to żadna nowość. Wszystko już zostało powiedziane.
Niewiele mam na pociechę, ale chociaż spróbuję. Na mnie to zawsze działa:


Nawet pogoda paskudna, ale za to niezłe widoki. Nawet u nas spadł śnieg, ale to było wczoraj. Dziś już stopniał:


Spójrzcie kto na przyzbie czekał na na koleżankę Miki wracającą z pracy!

Zdziwiony???


czwartek, 10 stycznia 2019

Villa Curiosa wchodzi do gry

Nie tak zaraz wprawdzie, ale odkąd doznałam tam (w willi) olśnienia tydzień temu, sprawy powolutku nabierają rumieńców. Olśnienie przybrało postać następującą (Ewa z Białegostoku, widzisz to?):


Nie wiem czy ktokolwiek połapie się w moich rysunkach, ale jaśniej nie potrafię. Nie wiem też, dlaczego od razu nie wpadłam na to rozwiązanie? W pewnym sensie wpadłam, ale myślałam o dodatkowym pokoju w garażu i rozbudowaniu kuchni na zewnątrz, wzdłuż garażu - wtedy łazienka zostałaby jak jest. Wydawało mi się, że w ten sposób zmniejszę koszty, ale to guzik prawda. Zburzenie dwóch ścian będzie tańsze niż zbudowanie trzech nowych, a łazienkę i tak muszę remontować.
A więc podsumujmy: zamurowuję obecne wejście i dobudowuję wiatrołap i wejście z prawej strony. Kuchnia i łazienka będzie jednym pomieszczeniem, czyli  łazienką ciut pomniejszoną o korytarz prowadzący z wiatrołapu do domu. Kuchnia będzie w garażu sąsiadującym przez ścianę z salonem, która to ściana zostanie całkowicie lub częściowo zburzona - w zależności od możliwości technicznych. I to wszystko! Jasne, prawdaż?
No i mam wykonawcę! Pojadę tam z nim w przyszłym tygodniu i będziemy rozmawiać bardziej szczegółowo. Bardzo mnie cieszy fakt, że to nie jest gość z ulicy, a (uwaga, proszę się skupić) Marty dawnej sąsiadki córki mąż, hrehre! Mam nadzieję, że weźmie na siebie całość, taka zresztą była wstępna rozmowa. Nie oszuka, nie zniknie bez śladu i jest bardzo dokładny, chociaż z powodu dokładności - powolny. Ale mnie aż tak się nie spieszy. Tutaj i tak muszę jeszcze chwilę pobyć i pozałatwiać różne sprawy, ale one już się toczą. Jedna z nich to nowy dowód osobisty Mamy, który właśnie dziś został jej dostarczony.
Poczułam powiew wiatru w żaglach i mam nadzieję, że to nie skończy się smętną flautą.
Villa Curiosa przed i po:


poniedziałek, 7 stycznia 2019

Zapchajpost

Tak, Nupkowa, w zasadzie posiadam kryzys twórczy. Znów zagdakałyście wybieg ze szczętem i z prędkością światła. Po pięciu latach twórczego znoju powinnam być na to przygotowana, a jednak ciągle mnie ten fakt zaskakuje.
Jako się rzekło, mam kryzys twórczy i od czasu do czasu mogę chyba zaserwować Wam zapchajpost. Oto jest!
Taką miskę pomalowałam na Bazarek ZMD, który już za chwilę. Miejcie to na uwadze - nawet gdyby miska zupełnie nie przypadła Wam do gustu, co jest mało prawdopodobne, hrehrehre, to zawsze można podbić cenę - prawdaż? Miska jest drewniana, pomalowana farbami kredowymi i zabezpieczona woskiem. Do serwowania surówki z sosem się nie nadaje. Należy ją postawić w eksponowanym miejscu i podziwiać, ewentualnie można trzymać w niej krówki lub raczki. Miska nazywa się "Książę bez Majtek" (wiecie, coś jak Jan bez Ziemi, czy Berta z Wielką Stopą - serio, była taka królowa we wczesnej historii Francji):



Wspomniałam, że wydałam wczoraj w klamociarni w pobliżu willi Curiosa pięć złotych? Na to wydałam:
Szkiełko takie, do kompletu na parapecie

Półkura, do powieszenia na ścianie
Czy wiecie co to jest? To jest kłąb szaliczków z lumpeksu za całe 4 złote. Mam na nie pomysł, ale nie puszczę farby. Przyjdzie na nie czas:

Dobranoc mówi Wam kto?
PS. Na zewnątrz bez protestu i na własnych nóżkach wychodzi tylko w dzień. Wieczorem muszę wynosić.

sobota, 5 stycznia 2019

O samotności, a raczej jej braku

Gdaczecie w takim tempie, że trudno nadążyć ze sprzątaniem wybiegu. Na szczęście mam Siostrę, która nie po raz pierwszy wyciąga mnie z kurniczej (i nie tylko, hrehre) opresji. A ona robi to poważnie i naukowo, nie to co ja - fiku, miku, kot w kartonie lub na ryczce w Barcelonie.
Czasem trzeba mózg przewietrzyć i pogimnastykować. I strawy mu dostarczyć.
Dostarcza MM:
Właśnie mija kolejna rocznica śmierci mojego męża, z którym przeżyłam – bagatela – 40 lat bez 5 miesięcy. Co roku przy tej okazji nachodzą mnie różne myśli, o mniej lub bardziej egzystencjalnym charakterze, między innymi myśl o samotności. Mojej i innych osób będących w podobnej sytuacji. I myśl ta nieodmiennie, jak na razie, wiąże się z pewnym zadziwieniem. Zadziwieniem tym, że wcale nie czuję się SAMOTNA. I to wcale nie dlatego, że nie brakuje mi męża, bo brakuje. I nie dlatego, że mam mnóstwo znajomych, od których towarzystwa opędzić się nie mogę. Bo tak nie jest. I nie dlatego że np. mieszkam z dziećmi i wnuki mi spokoju nie dają. Bo mieszkam sama i wnuków nie mam, a dzieci żyją własnym życiem. Więc dlaczego właściwie nie cierpię z powodu samotności?
Wybaczcie Kurki, że wierna swojemu dydaktyzmowi przytoczę jedną z definicji samotności: „samotność wyrasta z rozbieżności między poziomem kontaktów społecznych jakich człowiek potrzebuje i pragnie, a liczbą i jakością kontaktów istniejących” (Peplau, Periman). Słowa POTRZEBUJE i PRAGNIE są tu kluczowe. Wyjaśniają bowiem dlaczego niektórzy z nas otoczeni ludźmi czują się osamotnieni, a inni, wydawać by się mogło, samotni, wcale tacy się nie czują. Bo dochodzi jeszcze ta JAKOŚĆ kontaktów oprócz ich ilości. Mnie, że tak po raz kolejny ekshibicjonistycznie stwierdzę, wystarcza niewielka ilość kontaktów, byle były one prawdziwie bliskie. Poza tym jeśli mi kontaktu brakuje (np. z dziećmi), to sobie go organizuję. Nie czekam, aż im przyjdzie do głowy sprawdzić czy matka jeszcze żyje. Poza tym, niech to nie zabrzmi bałwochwalczo, bardzo pomaga w zapobieganiu poczuciu osamotnienia fakt, że potrafimy dobrze się czuć we własnym towarzystwie. Samoakceptacja, poczucie własnej wartości, jak wynika również z badań, skutecznie zapobiegają osamotnieniu.

A jakie czynniki poczuciu osamotnienia sprzyjają? Między innymi takie jak:
- niska samoocena (z brakiem samoakceptacji) – bo wtedy nie „wychodzisz” do ludzi

- lęki i skłonności depresyjne – bo w ogóle nie wychodzisz

- egocentryzm, koncentracja na sobie – bo wydaje Ci się, że to ludzie potrzebują ciebie, a nie ty ich

- brak asertywności – bo czujesz się wykorzystywany(a) albo inni tak się czują w twoim towarzystwie – więc unikasz kontaktu, albo oni go unikają

- brak umiejętności społecznych – w sposób oczywisty ogranicza kontakty

Wynika z tego wszystkiego, że za nasze ewentualne poczucie osamotnienia odpowiedzialni jesteśmy przede wszystkim  my sami. Oczywiście los może nam tu mniej lub bardziej sprzyjać, ale w ostatecznym rozrachunku, jak by nie było, nie jesteśmy bezradni, choć czasem może się tak wydawać.

czwartek, 3 stycznia 2019

Nareszcie!

I już po wszystkim, można zacząć normalnie żyć. Następny długi weekend dopiero w maju i jest szansa, że obejdzie się bez bombardowania. Normalnie jak normalnie, trochę na wyrost powiedziane. Wałka do teraz wynoszę do ogrodu, bo nie wyjdzie za żadne skarby świata. W dodatku muszę zagradzać mu drogę do domu, bo ucieka nie upuściwszy ani kropelki. Wczesnym popołudniem w końcu wyszedł, ale już przestał, bo znów kanonada. Widocznie jakiś kretyn wystrzeliwuje zapasy. Przysięgam, że gdybym miała dostęp do broni, to nie ręczę za siebie.  No ale. Wszystko na temat zostało powiedziane i ciągnięcie tematu tylko mnie wq... wnerwia.
Na osłodę migawki z normalnego życia. Fotoreportaż pt. "Pudełko":




Jak wiecie lub nie, chciałabym mieć w domu rośliny. Ale nie mam, bo bardziej niż rośliny, chcę mieć Czajnika. Poszliśmy więc na kompromis:

Jak widać na zdjęciu, żadnego śniegu u nas nie ma i trudno sobie wyobrazić, że np. Mikę zasypało po kukardkę. Do tego stopnia, że do Kurnika musiała włazić przez telewizor. Jak słusznie zauważyła TG, meldunek Miki mógłby być początkiem kolejnej powieści. Na wszelki wypadek cytuję:

Komputer kaput, wlazłam przez tv, ściskam was noworocznie:)


poniedziałek, 31 grudnia 2018

Szklanka do połowy pełna, czy od połowy pusta?

Z nowym rokiem jest jak z urodzinami. Nie wiadomo czy się cieszyć, że udało się przeżyć kolejny rok, czy martwić się, że mamy mniej czasu na życie?
Przyjęłam postawę pt. "mnie tam wszystko jedno". To data jak każda inna, tylko ludzie się umówili, że będzie wyjątkowa. I niech tak będzie. Każdemu życzę tego, co lubi: najpiękniejszego w życiu balu, takiego ze zgubionym pantofelkiem, księciem i karocą lub kameralnego spotkania z przyjaciółmi, albo zaszycia się z książką pod kocykiem, a jeśli taka Wasza wola, poświętowania w Kurniku!
Osobiście jestem przygotowana na każdą z wymienionych ewentualności:



Na Nowy Rok życzę Wam prostych i szerokich ścieżek, dokądkolwiek Was poprowadzą. Spotkania po drodze ludzi, którzy podadzą rękę w razie potknięcia, ale oby nie było takiej potrzeby. I - jak życzyli mi Felka z Felkiem kochani - niech wszystkie "muszę" zastąpią "chcę" i "mogę".
A dziś bierzemy co tam kto ma do wznoszenia toastów i mościmy się na grzędach! Możemy powspominać najdziwniejsze albo najbardziej oraz najmniej udane nasze Sylwestry i inne wiekopomne wydarzenia. Co tylko chcecie!

piątek, 28 grudnia 2018

Kochać, nie kochać?

Przeczytałam piękny wywiad z Amosem Ozem, poza tym tyle o tej miłości w okresie około świątecznym, że naszło i mnie. Nie, żebym się zakochała, bukbroń. Zastanawiam się tylko jak to z tym kochaniem jest i dlaczego jedni kochać potrafią, inni nie, a jeszcze innym wydaje się tylko, że potrafią i kochają.
Nie mam oczywiście na myśli miłości rodzicielskiej i siostrzano - braterskiej, bo to zupełnie inna kategoria.

Amos Oz o miłości w wywiadzie Pauliny Reiter dla GW):
(...) Zdałem sobie sprawę, że miłość nie jest aż tak słodka, jak przedstawiano ją nam, gdy byliśmy młodzi – w literaturze sentymentalnej, w kinie. Miłość łączy skrajne poświęcenie ze skrajnym egoizmem. Zawiera w sobie jednocześnie potrzebę, by poświęcić się dla ukochanej osoby, a także by tę ukochaną osobę posiąść. By dominować i zostać zdominowanym. Więc miłość ma zapewne wiele twarzy, lecz słodka nie jest. Ten obraz pary trzymającej się za ręce, idącej w stronę zachodu słońca przez ukwiecone pole, najlepiej boso...
(...) Bo było to naszą strawą emocjonalną w czasach młodości. Ale to niebezpieczny obraz. Stwarza oczekiwania, których żadna miłość nie jest w stanie spełnić.
(...) Największym kiczem na świecie, przykro mi to mówić, jest chrześcijańskie rozumienie szczęścia. Nie, nie zmieniam tematu. Chrześcijańska idea głosi, że jeśli będziesz postępować słusznie, to zostaniesz nagrodzony szczęściem, jeśli nie na tym świecie, to w przyszłym życiu. To szczęście wyobrażone jest jako stan jakiegoś polegiwania z zamkniętymi oczami, wyciągania nóg i czucia się wiecznie zadowolonym. To przecież nie leży w naszej naturze! To absurd. Albo mamy szczyt, albo równinę. Albo plateau, albo klimaks. Jeśli istniałoby coś takiego jak wieczny orgazm, to nie byłoby orgazmem. Dlatego idea życia „długo i szczęśliwie” jest dla mnie ostatecznym kiczem. I to kiczem niesłychanie niebezpiecznym, bo niszczącym wiele żyć.
(...) Wielu ludzi zakochuje się i oczekuje, że teraz będą już szczęśliwi. Ona mnie kocha, ja kocham ją – bądźmy szczęśliwi! To właśnie jest szczęście, na które czekaliśmy! A potem to po prostu nie działa.
(...) Radość pojawia się i znika. Życie nas tego uczy i to trudna lekcja. Jeśli będziemy oczekiwać, że miłość zapewni nam wieczną radość, wieczną przyjemność, słynne „żyli długo i szczęśliwie”, to jest to recepta na katastrofę (...). 




Jestem w tej kwestii kompletnie wygłupiona i nic już nie wiem. Do której należę kategorii? Tych, którzy kochać potrafią, tych, którzy nie potrafią, czy tych, którym się wydaje, że potrafią? 
Nie wiem czy kiedykolwiek rozstrzygnę ten dylemat, bo na razie mam głęboką awersję w tej kwestii. Czego Wam nie życzę.