piątek, 17 maja 2019

Znów o tej Kuriozie

Obiecałam, że wrócę do tematu Kuriozy, to wracam. I tak niczego innego z siebie nie wykrzeszę, więc załatwmy to od razu, a gdakać możemy na temat kompletnie niezwiązany. Historia zna takie przypadki, prawdaż?
Dzieje się w Kuriozie, narzekać nie mogę. Idzie to wszystko lepiej, niż mogłam marzyć. Panowie od okien przyjechali zgodnie z umową, co do minuty. Nawet na mnie czekali pod garażowym daszkiem jak zdyscyplinowane kury na grzędzie, bo przez ulewę spóźniłam się kapkę. Było to wczoraj, dzisiaj o 14.00 okna zabłysły nowością i o tym etapie prac mogę zapomnieć. Panowie zabrali wszystkie stare okna, śmieci z nimi związane, a nawet metalowe, ciężkie i paskudne drzwi garażowe. Zapytali tylko grzecznie czy je wyp...my.
Ten etap remontu robi dość paskudne wrażenie, ale wierzcie mi, wykonany został kawał brudnej i ciężkiej roboty. Bezkolizyjnie i bezkonfliktowo (tfu, tfu, tfu!).
Dla ilustracji trochę zdjęć przed i po.

Z łukiem Karwowskiego:


I bez:


Stare wejście do domu. Drzwi wejściowych w głębi już nie ma :


Na ich miejscu jest okno:


Nowe wejście:
 Nowe wejście jest na miejscu starej kuchni:
 
W garażu było tak:


Garaż powoli zamienia się w kuchnię:


Nowe drzwi wejściowe są stare i brzydkie, ale na razie muszą wystarczyć. Może znajdę coś fajnego z demobilu (oczy i uszy mamy otwarte!). Zmiany od zewnątrz:


Łazienka przed:


Powiedzmy, że po:


Okno tarasowe. Marzyło mi się takie do samej podłogi, ale po 1 - cena, po 2 -straszliwa demolka i salonu, i tarasu, a co za tym idzie, kolejne koszty:

Pozostałe okna też są wymienione, ale nie zmieniły ani miejsca, ani kształtu, to i nie ma co pokazywać.
W ogrodzie też się trochę dzieje. Nie mogę żyć bez zagracania. Z roślinkami  poszłam szeroko wbrew obietnicom danym samej sobie. Kolejna partia czeka na sadzenie:) Na razie bez ładu i składu, miejscowe znaleziska:


 



Taką drogą jeżdżę w tę i nazad, przynajmniej na pewnym odcinku:


niedziela, 12 maja 2019

Mądrość, czy wręcz przeciwnie?

Zrobiłam się ostatnio monotematyczna i gadam w kółko tylko o tej Kuriozie. Zaczekam, aż uzbiera się trochę nowego materiału i wrócę do tematu. Nie, żebym już miała na ten temat nie przynudzać, aż tak to nieee...



Tymczasem więc głos i łamy oddaję MM. Ja, jeśli nawet zacznę o czymś innym, to i tak skończę na Kuriozie:)

***


O mądrości – czy jej braku?

Wraz z upływem lat i niedawno obchodzoną przeze mnie okrągłą, bardzo nieprzyjemnie okrągłą rocznicą, coraz częściej dopada mnie myśl o tym czy muszę, jeśli nie dopadnie mnie jednak (odpukać) jakiś Alzheimer, to czy mimo wszystko muszę nieco zgłupieć tylko dlatego, że się zestarzałam. Z najbliższego mi, psychologicznego punktu widzenia można spojrzeć na ten problem dwojako. Po pierwsze – z perspektywy tradycyjnej koncepcji rozwoju. Ta nie daje mi dużych szans, bowiem według obowiązujących tu poglądów, rozwój właściwy jest okresowi dzieciństwa i dorastania, w okresie dorosłości następuje stabilizacja rozwojowa, a okres starości to regres w rozwoju. Przyjmując, że możliwości rozwojowe można w przybliżeniu rozumieć jako zdolności przystosowawcze i zdolności nabywania nowych umiejętności, jak też możliwości posługiwania się nabytą wiedzą, perspektywy moje z tego punktu widzenia nie wyglądają różowo. Na szczęście jest bardziej współczesna koncepcja, która daje mi więcej szans. To koncepcja life-span, tłumaczona u nas jako rozwój w cyklu życia. Według niej, rozwój rozpoczynający się w momencie poczęcia trwa nieustannie przez całe życie i kończy się wraz ze śmiercią. A co bardziej ortodoksyjni wyznawcy tej teorii głoszą, że śmierć nie oznacza końca rozwoju, jest jedynie przejściem na kolejny jego etap.

A jakby się tak zastanowić, to przecież starość jest okresem, w którym stajemy przed piekielnie trudnym wyzwaniami, takimi jak: zakończenie aktywności zawodowej i związanymi z tym problemami społecznymi, materialnymi, emocjonalnymi itd., utrata osób bliskich – ostateczna, bądź częściowa (związana chociażby z mniejszą mobilnością), konieczność zagospodarowania zwiększonej ilości wolnego czasu, jak też znalezienie dla siebie zupełnie nowego miejsca w grupie społecznej i odnalezienia się w nim - rola emerytki, wdowy (częściej niż wdowca), babci, osoby która potrzebuje pomocy, z czasem coraz bardziej, podczas gdy dotychczas ona tę pomoc świadczyła (to bywa bardzo trudne). Jednym z poważniejszych jest też problem znalezienia często nowego celu, sensu życia, co wiąże się z brakiem poczucia, że się jest potrzebnym innym. Mogłabym tak wymieniać jeszcze długo, że nie wspomnę o problemach zdrowotnych, które zaczynają być coraz poważniejsze. Gdybyśmy nie mieli zdolności przystosowawczych, nie umieli już nabywać nowych umiejętności i nie potrafili posługiwać się zgromadzonym w toku całego życia potencjałem, to szpitale psychiatryczne nie pomieściłyby wszystkich staruszków z depresją i innymi psychozami oraz uzależnieniami, a z każdego wieżowca w mieście skakałoby ich codziennie kilku. Tymczasem jakoś dajemy radę. Liczba depresji i samobójstw w starości drastycznie się nie zwiększa. Nawet jako grupa nie czujemy się specjalnie samotni, choć młodszym od nas tak się wydaje (o tym pisałam już kiedyś wcześniej). Większość z nas normalnie funkcjonuje - psychicznie, społecznie i ba – niektórzy nie tylko wykorzystują nagromadzony potencjał, ale zdobywają całkiem nowe umiejętności – zaczynają malować (np. meble), układać rymy, zajmować się zwierzętami i… robić wiele innych rzeczy.

No więc jak Kurki – głupiejemy na starość? – czy wprost naprzeciwko?


poniedziałek, 6 maja 2019

Akcja!

Poszły konie po betonie! Aczkolwiek w ograniczonym składzie. Przybył mianowicie tylko jeden fachowiec, albowiem drugi... No właśnie, co drugi? Muszę, bo się uduszę! Nie zachorował ani on sam, ani jego żona, ani dziecina jego. Nie zepsuł mu się samochód, nie zatrzymała go policja, ani nie utknął w korku wracając z majówki.
Nie zgadniecie, choćby miało od tego zależeć Wasze życie, ale próbujcie. Usłyszawszy dlaczego rzeczony nie przybył, o mało nie padłam martwym trupem z osłupienia, a potem ze śmiechu. Podobno w środę już będzie. Za chwilę Wam powiem gdzie był, ale trochę pozgadujcie. Ciekawa jestem czy ktoś na to wpadnie.
Mimo okrojonego składu robota ruszyła na tyle, że uwierzyłam, że może coś jednak z tego będzie. Zaczęłam od rajdu po miejscowych składach budowlanych, tu otworzyłam rachunek, ówdzie kupiłam belki. Fajnie tam się sprawy załatwia. Po pół godzinie 5-metrowe belki były już w Kuriozie.
Połowa składu fachowców pracowała pilnie i bez przestojów od 9.00 do 17.00. Szarpnął chłopina kawał roboty i gdyby tak jak dzisiaj żarło przez cały czas, byłabym zachwycona.
Jedna strona ściany do wyburzenia jest już zabezpieczona, jutro druga strona i młoty w dłoń. Nie można wyburzyć więcej niż widać na zdjęciu, a drewniana konstrukcja nieco podrasowana pozostanie jak widać na załączonym obrazku.
Od strony garażu, który będzie otwartą kuchnią:
Od strony salonu będzie tak samo:

Tyle zostało zrobione dzisiaj, jutro stanie "brama" od strony salonu, wykuwanie dziury w ścianie zacznie się pojutrze.
Okna przyjadą 15 maja.
Jeśli idzie o mnie, poza wizytowaniem hurtowni porządkowałam ogród. Urobiłam się po pachy. Miękki, zielony i sprężysty mech z jesieni zamienił się w suche, szorstkie i brzydkie paskudztwo. Prawie skończyłam porządkowanie skarpy pokrytej 15-centymetrową poduchą z mchu, szyszek, igliwia i trawy, pod którą dusiły się różne roślinki. Uwolniłam je, może dadzą radę. Cudu się nie spodziewam, ale może chociaż jakiś maniuni cudek? Najwyraźniej latami nikt tam nic nie robił. Taka kordełka nie powstała podczas jednego sezonu.
Przed:

Po:


Oczywiście nie wytrzymałam i nawsadzałam:
Jutro pozostaję w telefonicznym kontakcie z fachowcem, będzie stawiał drugą "bramę" i moja obecność nie jest mu do niczego potrzebna. A pojutrze może pojawi się reszta składu?

czwartek, 2 maja 2019

Gdzie byłam, kiedy mnie nie było

Byłam otóż w pięknych okolicznościach przyrody na tajnych urodzinach. Tajnych dlatego, że jubilatka nie miała o niczym pojęcia. Na miejsce kaźni została dowieziona z zawiązanymi oczami, a nadmienić trzeba, że była to trasa licząca 80 km. Tak więc tajna operacja powiodła się w pełni, było mnóstwo znajomych, a jubilatka puakała jak bóbr.
Zezwoliła na pokazanie zdjęcia, co z radością czynię. Jubilatka pod pachą koleżanki I.:

Okoliczności przyrody to niespełnienie moich marzeń! Dom nad jeziorem z własnym dostępem do wody!
Taki jest tam widok z okna. Nie widać tego na zdjęciu, ale do jeziora schodzi się z wysokiej skarpy po stopniach z belek:




Do prozy życia wróciłam skrobiąc kredens. Najpierw wypróbowałam kolor na niewielkiej szczynce - byłam sprytniejsza niż Bacha, hrehre, która trzy razy skrobała szafę, bo nie podobał jej się kolor. A i tak nie wiem, czy farba kredowa będzie się trzymać na akrylowej, a całego skrobać mi się nie uśmiecha. W końcu to już jedenaste życie tegoż kredensu. Próby z woskiem przeszedł pozytywnie, ale najlepszym testem są pazureiry Czajnika - nie dał się jednak na to namówić. Mogę Wam pokazać kredens w trakcie, a co tam! Wygląda tak paskudnie, że po wykończeniu tylko bardziej Was zachwyci!

Zobaczę jak się zaprezentuje kolor po drugim malowaniu i albo przyciemnię czarnym woskiem albo nie. Albo w ogóle arrivederci Roma!
Wczoraj w nocy odkryłam, że glina, którą przechowuję od półtora roku, nadal nadaje się do lepienia. No to lepiłam długo w noc, a co, to już całkiem inna historia. Zdradzę tylko, że ma to związek z tym oto przepięknym kawałkiem drewna:


Pieniek znalazłam rok temu w kotłowni i wystawiłam na zewnątrz, aby warunki atmosferyczne zrobiły swoje. Warunki się spisały, teraz łatwo da się go oczyścić z kory. Pod spodem jest piękne, jasne i gładkie drewno.
Możecie zgadywać co mi chodzi po głowie. Marta, nie mów!
U Was też tak zimno? Bo że nie spadła ani kropla deszczu, to już nawet nie wspomnę. Muszę lecieć do Kuriozy podlać to, co w swej niefrasobliwości posadziłam...

czwartek, 25 kwietnia 2019

Na pół gwizdka

Zaczęło się, chociaż bez przytupu, fachowcy zjawili się częściowo, że tak rzeknę. Znaczy to, że przyjechał jeden zamiast dwóch czy trzech, a w pojedynkę to na tym etapie niewiele da się zdziałać. Mam wrażenie, że przyjechał dla świętego spokoju, żebym się nie czepiała. No ale dobre i to, liczyłam się z obsuwą, nie będę się wkurzać, nie będę się wkurzać, nie będę...
Krótko mówiąc, jesteśmy umówieni na 6 maja (pani, roboty trza pokończyć i jeszcze ta komunia w domu). Tak więc coś tam rozgrzebane, pomiary wzięte, rekonesans zrobiony - w sensie materiałów budowlanych. Mieszkająca tam koleżanka wprowadziła mnie w towarzystwo niczym debiutantkę. Starałam się zrobić w hurtowni dobre wrażenie. Do czego to doszło...
Jechaliśmy jednym samochodem, oj nasłuchał się facet na temat fachowców!
Może dlatego zmył się po trzech godzinach zdemolowawszy to i owo:



Jakoś dużo miejsca się zrobiło. Pod jedną warstwą boazerii była druga warstwa - dębowa!
Trochę pogmerałam na gumienku i musiałam wracać, bo zapodziałam pity, a raczej tak mi się zdawało i już myślałam, że będę musiała latać i wydzierać z gardła duplikaty, na szczęście mnie tkło i zadzwoniłam do Kingi. I bingo, oczywiście, ktoś bezmyślnie wysłał je na stary adres. Ktoś inny u Kingi ćpnął je na półkę i zapomniał, normalna rzecz. A potem próbowałam przedostać się z jednej strony Poznania na drugą, ale z powodu przebudowy jednego przejazdu kolejowego cała reszta obsługiwała chyba wszystkie towarowe pociągi świata, i mówię Wam, jakich strasznych słów używałam w nerwach wiedząc, że pieski chcą siku, a recepty muszę odebrać do 18.00! I pofyrtało mi się i wstałam o 5.30 zamiast o 6.30, a wieczorem nie mogłam zasnąć z tych nerw, w związku z czym jestem nieco zmarnowana. Nie wspomnę, że dobre pół godziny szukałam zdjęć pozapisywanych pod takimi nazwami, żeby je znaleźć bez trudu. Do tego sakramencki upał i budząca grozę susza.
Dla ochłody parę mokrych fotek, hrehre. Woda wprawdzie zimna, ale na zew nie ma rady:

Ten kamuflaż!

  



Jakby mi było mało wrażeń, zabrałam się za skrobanie kredensu. Od początku nie zachwycił mnie w popielu, jakiś nudny był, ulizany i bez wyrazu. Będzie to mniej więcej jedenasta przemiana, jak policzyłam. Tym razem zafunduję mu głębię oceanu przyciemnioną czarnym woskiem. I to nie jest ostatnie słowo w tym temacie:) Albo mnie zachwyci albo się rozstaniemy. Wlecze się za mną całe życie i obrzydł mi, aczkolwiek lepszego nie mam.

No to gotujemy się do majówki. Pewnie znów polecę z roślinkami tam gdzie wiecie. A ja głupia myślałam, że dam odpór!

wtorek, 16 kwietnia 2019

Bez tytułu

Siedzę przed ekranem, wgapiam się w pustą stronę na bloggerze i nic, zero treści.
Kurioza trwa w oczekiwaniu, ja też. Prawdę mówiąc, zajmuje ona ostatnio wszystkie moje wolne moce umysłowe. Z fachowcami jestem umówiona na wtorek po świętach. Twierdzą oni, że wszystkie grubsze prace (grubasy, wedle ich żargonu) powinny zająć jakieś dwa tygodnie. Obawiam się, że panowie są nazbyt optymistyczni. Grubasy to burzenie jednej ściany i stawianie drugiej, wykucie dwóch nowych otworów okiennych, zamurowanie dwojga drzwi i przemiana jednych w okno, ocieplenie i izolacja posadzki w garażu-kuchni oraz ewentualny montaż ogrzewania podłogowego tamże. A po grubasach nastąpią cieniasy, pfff, mały pikuś, czyli łazienka, kuchnia, podłogi w jednym i drugim, instalacje wod-kan itd.
Tak tylko spisałam sobie, dla pamięci. Do świąt kupa czasu, pomyślę o tym jutro...Poza myśleniem o Kuriozie oraz snuciem katastroficznych wizji tamże, ogarnianiem gumienka i życiem po prostu, odnowiłam stare krzesełko. Bardzo jestem zadowolona z siebie, bo tym razem to żadna tam pakistańska ciężarówka, a normalna renowacja!

Przed:



 
Po:





Nasza dzielna Bacha niezrażona brakiem zadowalającego (jej zdaniem) efektu, raz za razem daje swoim meblom drugie życie. Teraz chodzi jej po głowie jasny popiel.
Tak było po drugiej (chyba) próbie:








Tak jest po trzeciej (czy po drugiej? Bacha, pogubiłam się), czyli teraz:






Osobiście wolę ostatnią wersję. Jest cieplejsza.

No i tak to życie pomyka normalnie, swoim trybem.
Moja pierdółka Malinka bardzo chciałaby dołączyć do Czajnika na wysokościach regału. Od czasu do czasu zbiera się w sobie i próbuje.
Najpierw siedzi i dłuuugo myśli:


Aaaa! Udało się! Aby mogła sobie wskoczyć, zabrałam stamtąd książki:


I co dalej???

Pfff... właściwie ten regał jest przereklamowany:

Cała akcja trwa dobre pół godziny i tak przynajmniej raz dziennie. Konsekwentna jest. Malinka znaczy, bo ja to już gorzej:)

PS. Byłabym zapomniała. Szukając po oeliksach i innych marketplejsach części do Kuriozy, znajduję takie perełki. Ta akurat szczyci się rozmiarówką do nr 47: