sobota, 16 czerwca 2018

Już nic nie muszę!?


Uwaga, dziś gościnnie nadaje MM:

Jakiś czas temu wycofałam się z pełnej aktywności zawodowej. Uff, odetchnęłam. Nie macie pojęcia, jak cieszyłam się z tego braku przymusu. Rany – myślałam sobie po przebudzeniu. Jestem wolna. Po raz pierwszy w dorosłym życiu. Nie czeka na mnie stos prac do poprawienia, wykład do przygotowania, a i napisać coś „odkrywczego” by należało, bo publikacji zabraknie i zwolnić mogą. Przez całe zawodowe życie miałam poczucie, że coś wisi niezrobionego (bo wisiało). Nigdy nie było tak, że coś skończyłam i kropka, mogę dać sobie luz. Jak nawet go sobie dawałam, to kosztem poczucia winy, że coś odkładam na później. Taka robota. I nagle – nic nie wisi. Nie wzięłam jednak pod uwagę, że człowiek (czyli konkretnie ja) ma tak, że musi sobie jakiś „nawis” wyprodukować. I co? Zaczęło nade mną wisieć coś, co zidentyfikowałam jako „ambiwalencję w zakresie motywacji”. Inaczej mówiąc – konflikt pragnień. Kiedy jesteśmy w pełni aktywni zawodowo i rodzinnie, to mamy najczęściej konflikt między powinnością, a pragnieniem. A kiedy powinności się kurczą, do głosu dochodzi konflikt między różnymi pragnieniami. I to jest dopiero męczące, bo odpada właśnie poczucie powinności, które z reguły u normalnego człowieka z pragnieniem (jeśli jest ono z powinnością sprzeczne) wygrywa. Tak więc czynnik zewnętrzny (wymagania otoczenia) przestaje pomagać w wyborze. I musisz człowieku sam, zupełnie sam, zdecydować co robisz. I znowu coś MUSISZ. Nie myślcie, że narzekam. W dalszym ciągu w pełni doceniam możliwość takiego życia, jakie mam teraz. Ale pomyślałam sobie, że tak naprawdę nigdy nie uwalniamy się od tego „muszę”. I daję Wam słowo, że czasami tęsknię do tego, żeby ktoś, coś, przymusiło mnie do decyzji.
Mówią i piszą, że problemem emerytów jest niemożność zapełnienia wolnego czasu. Ja bym problem nazwała inaczej. To czasem niemożność podjęcia decyzji jak ten czas zapełnić, czy raczej zdecydowania czego tak naprawdę pragniemy czy chcemy. Czyli dylemat wyboru, a nie braku.
A więc Kury Jeszcze Nieemerytki (KJN) – nie łudźcie się, że potem to już będziecie całkiem wolne, nicniemuszące. Myślę, że dalej będziecie MUSIAŁY – w najlepszym razie – wybierać. To też męczy. A dzisiaj nie mogłam wybrać czy wziąć się za porządek w ogródku, bo chłodniej, czy lepiej oporządzić szafę, posprzątać w łazience, czy poczytać książkę. No więc siadłam i napisałam to co widzicie. I dalej nie wiem co z dalszą częścią dnia. Bo wszystkiego mi się chce i nie chce. Ale przecież NIC NIE MUSZĘ?!
Znam kogoś, kto nic nie musi. Nie ma konfliktu pragnień, ani ambiwalencji:

wtorek, 12 czerwca 2018

Znów te kfiatki...

Uprzejmie melduję, że nie mam Was dosyć, jak imputuje Hanna, wiem gdzie i ile padało (u mnie nic, poza lekkim pokropkiem przedwczoraj), komu i jakie zamszowe trzewiczki zamokły oraz ile okien umył Czarny Kot. Intryguje mnie ponadto jakich to gupot nakupiła Hanna i czy kolega małżonek z tego właśnie powodu nabrał wody w ust pąkowie, a także czy Agniechy zaciemnienie na jedno oko jest wysadzane drogimi kamieniami albo chociaż kunsztownie wyhaftowane?
Poza tym donoszę, że od wczorajszego wieczora praczki u piesków nie ma, chociaż i tak siedzę jak na beczce prochu. Na wszelki wypadek zdjęłam im te chemiczne obroże, bo i Wałek wydał mi się jakiś niewyraźny. Może to zbieg okoliczności, a może nie.
Znów pokatuję Was zdjęciami od czapy, na co nie macie wpływu, hrehrehre! Władza to piękna rzecz!
Flora:








Na hortensji nawet mucha ma swój wdzięk:





 





Uprawy Olesy:
Fauna:
Pająk dla Lilki B., chociaż to jeszcze nie jest TEN pająk, wielki i tłusty. Taki tam maniuni pajączuś:
 


Przynajmniej dwie osoby są zadowolone z temperatury:
 Jedna nawet bardzo:
 


Poniższe zdjęcie wyszło nieostre, ale ujęcie jest boskie:

PS. Bacha, mam Twoje zdjęcia, dziękuję! Poczekamy na Lilkę B. i zrobię wtedy post egzotyczny - nie mylić z tercetem.

czwartek, 7 czerwca 2018

Miała być zagadka, ale nie będzie

Wiem, że czekacie, wiem, że wybieg zapchany, ale byłam w podróży. W pewnym pięknym miejscu, gdzie cisza, ptaki, zieleń po horyzont i miłe towarzystwo. Mogłabym Was podręczyć i zrobić post zagadkowy, ale ja miętka jestem. Oto więc trochę zdjęć, bez zbędnych słów. Ciekawe, czy na podstawie pierwszych dwóch zdjęć ktoś zgadł, gdzie byłam? Bo reszta zdjęć to już łatwizna:
To jest letnia pracownia albo miejsce piknikowe - w zależności od potrzeb. Pięknie wpasowała się w zieleń.
 

Teraz idzie łatwizna:
Jest katastrofalnie sucho...
Wiata jest jeszcze nieskończona, Kinga zabiera się właśnie za wystrój





Lawenda, niestety, nie wygląda najlepiej. Część się przyjęła, większość nie:(

To malwa samosiejka na krowim oborniku - jest dużo wyższa ode mnie, a liście ma jak łopian!











No i tak to. Idę podlać moje gumienko.

sobota, 2 czerwca 2018

Zafurczał fruczak i pierzchnęły piegże

Tak pięknie i pachnąco zapchałyście poprzedni wybieg, że i ja się dołożę. Byłyśmy (Marta, Olesa i ja) dzisiaj u M., mojego siostrzeńca i jego żony. Takie tam zaległe imieniny. Mieszkają oni w pięknym miejscu, parę ładnych kilometrów od Poznania. Lasy, łąki, ptaki... Pachnie, kwitnie, brzęczy i świergoli. Był i Stefan za płotem!
Ponadto są dwa kociska cud urody. Jeden to Amon - rezydent, drugi to Freya - a skąd Freya, no, kto zgadnie? Oczywiście Zza Moich Drzwi! To już ze 3 lata! Gosianko, specjalnie dla Ciebie kładłam się na podłodze, żeby fajne zdjęcia zrobić!
U M. jest wszystko to, czego tutaj mi brakuje. Nawet porządnego, tłustego pająka dla Lilki nie mam (znaczy się zdjęcia).
Latałam więc z aparatem jak nakręcona i rezultatem podzielę się z Wami. Boszszsz, jaki oni mają ogród! Nie ma tam żadnego trawnika, tylko rośliny. Istny ogród botaniczny, który ma zaledwie 4 lata! Oboje włożyli weń (i nadal to robią) ogrom pracy, zwłaszcza na początku, kiedy rośliny były maniunie. Ogród im odpłacił z nawiązką, zresztą co ja będę gadać. Na ich miejscu pobierałabym opłaty za zwiedzanie. Delektujcie się do wypęku:

Spójrzcie jak pięknie stapia się z tym co za płotem

Tu też jest płot, ale zupełnie go nie widać













Z tej strony też się stapia!





Tu jest fruczak gołąbek, pośrodku!
 
Sztucznie go powiększyłam i jest zamazany, ale za to wyraźnie widać trąbkę. Nie widać za to skrzydeł, tak szybko nimi macha!

Trudno było go upolować - szybki jest!
A któż to się zafrasował? Grzmi, grzmi i nie pada...
Pora na Freyę:








I na Amona:







Moje stado też nie od macochy. Spożywamy obiadek:





PS. Deszczu ani śladu.