środa, 15 stycznia 2020

Trochę zdjęć


Miałam dziś pokusę, aby zacząć prace ogrodowe. Jednak była ona bardzo krótka i niewyraźna, chociaż dzień był wyjątkowo piękny i ciepły. Dałam odpór. Pofyrtało się na świecie i jakoś trzeba z tym żyć. Nie będę swojego pofyrtania dokładać, prawdaż?
Jeśli o mnie chodzi, poza niepokojem związanym z tym, co dzieje się wokół, nie mam powodów do zmartwienia, ot, wkurzają mnie zwykłe, codzienne sprawy. Po ponad dwóch latach (w marcu będą trzy) poczułam spokój. Taki zwyczajny, spokojny spokój. Niczego więcej nie pragnę, chwilo trwaj! Czego i Wam życzę, a tymczasem tym spokojem się z Wami podzielę:






Tutejszy krokodyl:

Widok z łóżka:


Po drodze z łóżka do łazienki:


W kwestiach remontowych trwa chwilowy stan zawieszenia. Niewiele się zmieniło, może poza kuchnią. Mam mnóstwo prac do wykonania, takich, których sama nie zrobię, np. osadzenie drzwi, które czekają od października (trzeba wyciąć kawałek progu), wklejenie rozwierconej w łazience płytki itp. itd. Do tego to chyba tylko została mi łapanka, bo nawet nie ma z kim gadać.
Kuchnia jest mniej więcej ogarnięta, chociaż to nadal prowizorka. Ale przynajmniej nie straszy. Szafki - jak wiadomo - przemalowałam. Wraz z kol. D. w godzinę zmajstrowałyśmy blaty z paneli, które zalegały w jej kanciapie. Jakby ktoś nie wiedział co to, to się nie połapie:

 

Nie można tylko stawiać na nim gorących garów. Tych ostatnich nie nadużywam, więc spoko, nie ma niebezpieczeństwa.
Szafkę z zegarem kupiłam za grosz w klamociarni, podrasowałam ją rzecz jasna. Z tego samego źródła pochodzi XIX-wieczny (!) taboret do pianina oraz naczynie do śledzi - kto by mu się oparł?




I na koniec ciekawostka. W pobliskim mieście powiatowym taką sobie ktoś rynnę wymyślił:

wtorek, 7 stycznia 2020

Gdzie jest Oliwka?

Na pewno jesteście ciekawe(-i), jak miewa się tutejsza kotka Oliwka, która - o mały włos - nie została wysterylizowana podwójnie. Szukanie jej domu długo się nie udawało, więc jedną budkę skonstruowałam jej ja - elegancką, oklejoną styropianem, ale były w niej mostki termiczne, ponieważ nie miałam styropianu w całości, tylko w kawałkach. A jednej płyty kupić nie można, trzeba brać całą paczkę. Chwilowo mam dość styropianu do pozbycia się. Drugą budkę kocina dostała od D., ale ta była nieocieplona. Kupiłam więc w internecie trzecią budkę, cieplutką i bez mostków termicznych! Jednak w międzyczasie dziewczyna wzięła sprawy w swoje ręce. D. ma w domu dwoje oszklonych drzwi - jedne na taras, wprost z salonu, drugie wejściowe. Oliwka bez przerwy wysiadywała to pod jednymi, to pod drugimi. Tak dopracowała system, że D. nie zdążyła przejść z salonu do kuchni (po drodze są drzwi wyjściowe), a Oliwka już siedziała pod drugimi drzwiami. I odwrotnie. I tak przez cały dzień. Biedna D. w końcu nie wytrzymała i wszystkie trzy budki zdały się w sam raz psu na budę.
Tadammm! Dla jasności powiem, że to jest łóżko D.:


A to "mój" fotel telewizyjny u D.:
Oliwka to kot nad koty! Chodząca i mrucząca słodycz oraz straszliwy żarłok, trzeba jej pilnować, bo wymiata wszystko - swoje i Nikity. Jest gruba! Gdyby nie "podwójna" sterylka, można by pomyśleć, że jest w ciąży (a i tak mam niepokój). Jedynym cieniem w tej sielance jest właśnie Nikita. Ma 17 lat i nie lubi (boi się?) Oliwki. Oliwka z kolei lgnie do niej, próbuje ją obłaskawić, ale na razie z mizernym efektem. Nikita syczy i prycha przy każdej próbie zbliżenia. Obchodzą się łukiem, nie ma scysji i łapoczynów, więc może z czasem będzie lepiej?
To jest Nikita:

I tak to Oliwka zmanipulowała D...

wtorek, 31 grudnia 2019

Na Nowy Rok

No i myk, zostało tylko kilka godzin starego roku. Przeleciało jak sen jaki złoty, czyli jak zwykle. Im dalej w las, tym szybciej zlatuje, taka prawidłowość chyba.
Nigdy nie robiłam podsumowań, ani tym bardziej, postanowień. Co do postanowień - nadal ich nie czynię. A podsumowania narzucają się siłą rzeczy, bo dla mnie to nie był zwykły rok. Działo się dużo i emocjonalnie. Był to rok dramatyczny ze względu na na Mamę.
Mimo wszystko jednak mam poczucie, że wydarzyło się wiele dobrego. Przede wszystkim Kurioza, która jest dla mnie początkiem nowego życia. Do teraz nie dowierzam, że naprawdę tu jestem! Nigdy nie czułam się tak bardzo na miejscu. Jestem nawet skłonna uznać, że w ludowym powiedzeniu, iż wszystko dzieje się po coś, jest źdźbło prawdy. Jeśli tak jest, powinnam chyba być wdzięczna pewnej osobie, że mnie uwolniła. Teraz dopiero dałam czadu i to nie jest moje ostatnie słowo. Odkryłam w sobie moc i możliwości, które dotąd drzemały gdzieś głęboko.
Jakoś tak człowiek jest skonstruowany, że bardziej pamięta (i odtwarza) rzeczy kojarzące się z negatywnymi emocjami - zwłaszcza, jeśli mamy tendencje do pesymizmu. Jest to jednak do opanowania, trzeba tylko troszkę wysiłku i koncentracji. Zadajmy sobie pytanie, co mi się przydarzyło dobrego, a nie odwrotnie. Np. że pies przestał sikać na dywan, że pierwszy raz od lat zakwitła glicynia, wnuk powiedział, że mnie kocha, że niebo o zachodzie wyglądało wczoraj niesamowicie, a uratowane tygrysy mają się dobrze.
Do niedawna w psychoterapii nieodzowna była analiza "złego" dzieciństwa, które miało być powodem całego zła, jakie spotyka nas w życiu. Teraz psychologia skupia się na pięknie i dobru, również w dzieciństwie i nie szuka "zła", które zrobiła mi matka/ojciec, a wręcz przeciwnie - każe przypomnieć sobie dobre chwile z nią/nim spędzone. I zawsze takie się znajdą, nawet kiedy trzeba ich długo szukać.
I tak, w mijającym roku, choćby nie wiem jaki był trudny, muszą, po prostu muszą w nim być dobre dni albo tylko chwile.
Jeśli więc musimy już posumowywać, skupmy się na tym, co było dobre. Resztę puśćmy, a przynajmniej spróbujmy puścić w niepamięć.
Tego właśnie życzę Wam u progu Nowego Roku ja, Hana oraz moja Siostra MM.

Nasze drobne szczęścia:


poniedziałek, 23 grudnia 2019

Szóste Boże Narodzenie

Dacie wiarę, że to już szóste nasze "wspólne" święta? Każdego roku życzymy sobie wszystkiego dobrego i widocznie nasze życzenia mają moc, skoro jesteśmy tutaj całe sześć lat!
Chciałabym, aby kolejny rok przyniósł Wam miłość, czułość i bliskość. Jeśli już muszą zdarzyć się jakieś troski - wszak nie da się ich uniknąć -  to niech będą malutkie, takie na jedno przełknięcie.
Życzę Wam pięknej przyszłości w otoczeniu życzliwych, troskliwych i mądrych ludzi.
Niech te Święta będą dobrym tego początkiem. Spędźcie je tak, jak lubicie najbardziej.
Bawcie się dobrze, spełniajcie marzenia, smakujcie każdą chwilę.
Pięknych Świąt!



wtorek, 17 grudnia 2019

Rura w dziurze

No tak. Nie może być zawsze przepięknie, a szkoda.
Zachciało się babie wieszaka, co zaowocowało dziurą w łazienkowej rurze. Nadmieniam, że sprawdzałam na zdjęciach "remontowych" przed przystąpieniem do robót i nie było tam żadnej rury. Boleśnie zmaterializowała się w ścianie za płytkami, solidnie zabetonowana. Nie powiem, mocno mnie to wkurzyło, ale szybko przeszło. W końcu to zwykła rura i daj boże tylko takie problemy. Wypadek przy pracy i tyle. Dzisiaj rura już zespolona, zapasowe płytki mam, można żyć, tylko sprzątać się nie chce. Juuutro...
A swoją drogą w jednej misce wody spokojnie umyje się cały człowiek. Prysznic to rozpusta, nie mówiąc o wannie.
Tymczasem na jednym z podpoznańskich cmentarzy:
Bardzo przepraszam, ale nie mogę się powstrzymać:)))

wtorek, 10 grudnia 2019

Jednak trochę zmian


No dobrze. Ulegam naciskom i spróbuję coś tam pokazać, chociaż zmiany nie są wielkie, ale też przedsięwzięcie niemałe. Mianowicie kuchnia. Nowa kosztuje majątek, a te z olx i owszem, zdarza się, że są ładne i bardzo niedrogie, ale w każdej coś mi nie pasuje. Trzeba by skrócić, dociąć, przyciąć i dopasować, a ja nijak tego nie ogarniam. Meble są albo za duże, albo mają w zestawie pińcet górnych szafek, których nie potrzebuję wcale, albo mus brać z agd. Lodówkę mam, a kuchenki gazowej nie potrzebuję. I tak w kółko. Gubię się w tych blatach, narożnikach, szerokościach i szafkach pod zlewozmywak. No nie ogarniam i koniec. Zainwestowałam więc w puszkę farby (kolor wanilia) przeznaczonej do tego celu oraz w nowe uchwyty. Zarzekałam się, że malować nie będę, ale się złamałam i zrobiłam to. Puszka farby i trochę lakieru wystarczyły na położenie czterech warstw, a i tak coś tam prześwituje. Najbardziej wkurza mnie opis na puszce głoszący, że to farba jednowarstwowa. Mam już doświadczenie w tym zakresie i na to nie liczyłam. Ale po kiego grzyba piszą takie bzdury? Jak żyję, nie spotkałam farby kryjącej powierzchnię po jednym malowaniu.
Do końca prac kuchennych jeszcze daleko. Zakładając, że farba z szafek nie zlezie po miesiącu, muszę kupić blat. Na razie za blat robią kawałki różnych pomniejszych blatów i blacików. Pomyślę o tym jutro, bo blatów też nie ogarniam. Nie wiem jak to wymierzyć, żeby pasowały te wszystkie dziury i zakręty.
Jak już wiadomo, stół z kuchni powędrował do salonu.  Z tyłu trzeba ukryć pralkę, położyć blat i powiesić nadstawkę. Ze starej komody zrobiłam sobie wyspę, a co:

na której machnęłam pejzażyk:


W kuchni zrobiło się przestronnie, a przy komodzie spokojnie można usiąść i wypić sokawkę.
Dla przypomnienia kuchenne szafki "przed":
 Szafki "po". Prawda, że uchwyty są przepiękne?
Na komodzie stoi imbryk do herbaty:
Nalewa się ją przez głowę:
A wylewa rękawem. Na dłoni pan trzyma obrączkę, w drugiej ręce - bukiet:
I zaszalałam w łazience. Lustra chodziły mi po głowie od początku, aż w końcu przyszły. Łazienka zrobiła się duuuża i jasna.
Przed lustrami:
I z lustrami:

Niebieskości na półce to patyczki przyklejone folią, na których opiera się lustro. Mogę je zdjąć dopiero jutro.
Obrazek nie pozostawia wątpliwości w jakim znajdujemy się pomieszczeniu:
A teraz, specjalnie dla Opakowanej, bohater łazienki, kibloszczotka:

W międzyczasie machnęłam Panszynkę:

Wstawianie zdjęć z telefonu to mordęga.
Proszę o docenienie.

środa, 4 grudnia 2019

Post o mnie (mówi MM.). I o mnie też (mówi Hana)


Umarła nasza Mama. I Babcia naszych dzieci. Skończyła się pewna epoka. Epoka dzieciństwa (dla mnie i Hany) i epoka „babciństwa” dla naszych dzieci. Niby nic się w życiu nie zmieniło. Wszystko toczy się dalej. Ale nikt już do mnie nie powie „córko”, a do naszych dzieci „wnuczku(o)”. To kwestia słów, ale to one tworzą rzeczywistość. Tak więc cholernie smutno. Ale ten wytarty frazes, że „życie toczy się dalej” jest równie wytarty, jak prawdziwy. Zatem dalej będziemy pisać o tym co się w naszym życiu dzieje, że dzień niedługo będzie coraz dłuższy, wiosną, że krokusy już widać, że święta, pogoda, że wnuki dorastają, że zwierzęta potrzebują pomocy, że polityka, Banasie i inne Harnasie…

Ciągle mi smutno, a jednocześnie tęskno za normalnością, do której i muszę i chcę wrócić. I chcę też raz jeszcze podziękować Wam za bycie z nami przez cały ten trudny czas.
*
Przyłączam się (ja, Hana) do MM i dziękuję Wam za wsparcie. Kolejny raz czułam Wasze myśli i Waszą siłę.
Wracamy do codzienności, chociaż jest ona (dla mnie) jakby spowita watą. Nie potrafię tego jaśniej opisać. Jakby wszystko działo się obok. MM twierdzi, że jakieś mechanizmy obronne mi się włączyły. Może i tak, ale czuję się przez to nieco zaplątana. Nie, żebym nie pamiętała czegoś, bo pamiętam aż za dobrze. Tylko to jakby nie mnie dotyczyło...
Wracamy, i tego chciałaby nasza Mama. Zawsze twierdziła, że bardzo stary człowiek to pomyłka i okropność i nie ma co rozpaczać, kiedy ktoś taki umiera. W jakimś sensie miała rację, ale to już temat na inną dyskusję.
Róże posadzone maminą ręką: