sobota, 24 sierpnia 2019

Parę niusów

Trochę się dzieje. Najpierw Frodo. Czuje się dobrze, funkcjonuje normalnie. Tablety w leberce łyka entuzjastycznie, mam nadzieję, że mu się nie znudzi, bo musi łykać trzy razy dziennie przez siedem dni. Do tego kąpiele (tzn. mycie, bo kąpiel jest niewykonalna) i opryski śmierdzącym płynem. Tego nie lubi i ucieka, a ja go ganiam ze spryskiwaczem. Potem to ja nadaję się do kąpieli. Skórę już ma lepszą. Napędził mi stracha, nie powiem, że nie. Ale przynajmniej dowiedziałam się, że dam radę sama zatarabanić go do szczały. Na smyczy idzie, bo myśli, że spacer. Potem otwieram garaż i myk, jakoś idzie. Ważne, że nie kładzie się na ziemi na widok auta. Kiedy oprę mu przednie łapy o bagażnik, to tyłek już mu potem podniosę i wsadzę. Nazad gorzej, bo przy wysiadaniu biorę go na klatę, żeby nie skakał na łeb na szyję. No i tak to.
W Kuriozie praktycznie koniec prac. Został jeszcze montaż kabiny, bo brodzik już jest i remont kominka wewnątrz. Turczyn ma tydzień przerwy, ja w tym czasie powinnam tam wysprzątać i zwozić klamoty. Jakoś nie mogę się zebrać i działam dosyć chaotycznie. Ale zbiorę się, ja tak mam.
To teraz zdjęcia. Bardzo jestem zadowolona z łazienki, wyszła super, nawet taka goła, a już fajnie wygląda. Wyczaiłam dzisiaj (i odebrałam) na olx szafki łazienkowe za 30 zeta wszystkie trzy. Trochę je podrasuję, stolarz dorobi podest, żeby stały wyżej, wierzchem półkę i gotowe. I w ogóle dodatki łazienkowe będą drewniane. Dla przypomnienia łazienka przed:

I teraz. Trudno zrobić porządne zdjęcie, bo jest mała. Te trójkąty pod ścianą to płytki docięte pod brodzik:


 Szafki tak tylko stoją, bo docelowo będą wisiały/stały na podeście wyżej:
 

Podrasowałam trochę zewnętrzny kominek, bo zęby bolały od samego patrzenia. Remont elewacji musi zaczekać, więc chociaż kominek niech nie straszy:




I karnisze na miejscu:


I na koniec, tadam! Podłoga:

I to już wszystko! Na dziś. A nie, jeszcze koteczki:

piątek, 16 sierpnia 2019

Kurioza, a cóżby?

No przecie wiem, że wybieg się zapycha. I sama nie wiem co najpierw? Wykąpać się i paść na dziób, odetkać wybieg, czy paść na brudasa? Urobiłam się albowiem po pachi. Zawiozłam podłogę i listwy (pełniutka szczała!), następnie przybył pan Jakub - stolarz z maszynami i zabrał się za robienie i montaż moskitiery, która nie wpuści owadów i jednocześnie nie wypuści kotów. Takie dwa w jednym. Po długich poszukiwaniach znalazłam odpowiednią siatkę, która choć aluminiowa, kosztuje jakby była ze złota. Pan Jakub wykombinował jak to zrobić i robi. Zostawiłam go tam, bo musiałam już wracać do chłopaków, jutro skończy. Na razie tylko okno w kuchni i w łazience. Następnym etapem będą drzwi na taras, takie dodatkowe, jak w amerykańskim filmie!
Chciałabym mieć takie maszynki:
 
W międzyczasie dokładnie umyłam z wieloletniego brudu i remontowego pyłu szafki kuchenne zostawione przez poprzednich właścicieli. Na razie muszą wystarczyć, ponieważ nie mam innego pomysłu. Szafki, które mi się podobają są za drogie, a takie, które mi się nie podobają, już mam:) Jedna z tego korzyść jest taka, że po ustawieniu ich w kuchni wiem na pewno, że muszą być jasne. Tak czy siak, mogę już gotować. Nie mogę się doczekać, hrehre!



No i łazienka! Jeszcze nieskończona oczywiście, ale już można używać!


Czyż ten kibelek nie jest śliczny?


Nie chwaliłam się jeszcze konikami na okiennicach:



Idę się teraz wykąpać, jeśli zaraz padnę, to padnę czysta!

piątek, 9 sierpnia 2019

Znów o tej Kuriozie

Trochę się pogubiłam w tym, o czym już pisałam i czym się chwaliłam, a czym nie. Dawno o Kuriozie nie było i na pewno już nie możecie się doczekać, prawdaż?
Jako rzekła Izabell pod poprzednim postem, nadejszła pora na gacie dla Kuriozy, znaczy się ocieplenie i remont elewacji. Panowie fachowcy przysłali mi kalkulację, która zwaliła mnie z nóg i wychodzi na to, że - póki co - skończy się na czapce, tzn. na ociepleniu dachu. Czapusia też droga jak dyjamenty, ale nikt nie obiecywał, że będzie tanio. A i tak wydaje mi się (obym się myliła), że szarpnęłam to wszystko w ostatnim momencie zważywszy galopujący wzrost cen, a to dopiero początek (galopu).
Płaszczyk i gatki dla Kuriozy nieco podcięły mi skrzydełka, ale nie takie podcinanie przerobiłam. Pomyślę o tym jutro.
Reszta idzie zgodnie z planem. Garaż zamienił się w kuchnię i gdyby nie to, że nie mam mebli, ani - co gorsza - koncepcji, o kasie nie wspominając, już mogłabym rzucić się do gotowania, hrehre, bo o niczym innym nie marzę. Skończy się tak, że wstawię tam sobie kanapę i gustowny stolik pod czajnik. No dobra, jeszcze lodówkę.
Nie mogłam powstrzymać się od maniuniej stylizacji. Podłoga, mimo wielokrotnego mycia, ciągle szarawa od pyłu. Trochę potrwa, zanim się go całkiem pozbędę:






Przyszła kolej na łazienkę. Tu same problemy. Ściany są okrutnie krzywe, przez co robota się ślimaczy. Trzeba wyrównywać zaprawą, miejscami grubo, a to schnie i schnie. Rura kanalizacyjna biegnie zbyt płytko i trzeba by kuć w głąb posadzki oraz pogłębiać wykop na zewnątrz. Już raz pogłębialiśmy, ale wtedy rura była schowana pod posadzką i nikt nie wpadł na to, że zbyt płytko. Wobec tego nad rurą został zbudowany gustowny gzymsik, który zabiera miejsce, którego i tak tam niewiele.
Po długich poszukiwaniach upatrzyłam sobie szafkę z umywalką i wyszło mi, że jest zbyt szeroka i jak ktoś bardziej "w sobie", to może nie przecisnąć się do wc. Małe umywalki i małe szafki też są, ale wyglądają jak w toalecie pociągu do Koluszek. No i tak to.
A po skuciu starych kafelków niespodzianka:

Łazienka dzisiaj po południu:

Tam jest mało miejsca i trudno zrobić zdjęcie oraz światło do bani. Musicie uwierzyć mi na słowo, jest dobrze. Z dekorów zrezygnowałam uznawszy, że to jest zbyt małe pomieszczenie, żeby szaleć z dekoracjami. I dobrze, bo już widzę, że miałam rację. 
Pan Jakub uratował okiennice. Ponaprawiał, pokleił, połatał i wyszlifował. Dzisiaj wkroczyłam ja. To ten sam kolor co na balustradzie, tylko mocno rozwodniony. Na to przyjdzie impregnacja, czyli olej:


To jest betonowy krąg do parasola. Parasol jest, ale nie pasuje do otworu. Coś wymyślę, żeby pasował:

Zielona decha nad oknem stamtąd wyleci. Kiedyś. Jeśli Kurioza nie dostanie gatek w tym roku, zamaluję, jak wyżej. No i oczywiście będą na okiennicach koniki jak na balustradzie. Nawet już je dziś narysowałam, ale nie wzięłam stosownego pędzelka.
I tak się Kurioza kręci ze zmiennym szczęściem. Chciałabym to już zakończyć, bo powoli zaczynam być NAPRAWDĘ zmęczona. Najgorsze są zakupy - kto by pomyślał? Wczoraj spędziłam w Leroy prawie dwie godziny. Kupiłam drzwi w pięć minut, ale one zaginęły między magazynem a kasą. Oszczędzę Wam szczegółów, ale wyszłam stamtąd mokra jak mysz. Był moment, że o mało się nie rozpuakałam ze złości, bezradności oraz nad bezdenną głupotą, bezmyślnością i brakiem dobrej woli tamtejszego personelu.
Następne drzwi na zamówienie w - uwaga - październiku. Zdążę ostygnąć. Chyba.

sobota, 3 sierpnia 2019

Na marginesie...

Prokrastynacji, racjonalizacji, konfabulacji i innych „acji”. Otóż na tym marginesie i w związku, naszła mnie refleksja, która nie jest oczywiście odkryciem. Nie jest, bo mówi się już od jakiegoś czasu, na marginesie właśnie naszych dość powszechnych współcześnie tendencji do doskonalenia wszystkich i wszystkiego, o tym, że może to nie jest najlepsza droga – ta, na której mamy się koniecznie wyzbywać naszych słabości, wad, nawyków nie będących przydatnymi w procesie jak najefektywniejszego funkcjonowania (społecznego, produkcyjnego, rodzinnego i nie wiem jeszcze jakiego).
W rezultacie powstaje moc poradników dostępnych wszędzie i w dowolnej formie, traktujących o tym, jak pozbyć się różnych słabości, uzależnień, wad, przyzwyczajeń, które nas „ograniczają”.
Mnie uczono i ja uczyłam moich studentów, że często to co nas „ogranicza”, jest jednocześnie naszym ratunkiem, obroną. Że nasze „słabości” na ogół czemuś służą. Że należy im się szacunek, bo powstały prawdopodobnie w czasie, kiedy nie umieliśmy sobie inaczej poradzić z jakimś problemem. I koncentracja na ich wyrzuceniu i przezwyciężeniu nie jest wyjściem. Wyjściem jest znalezienie innych, w tym momencie życia bardziej efektywnych sposobów działania, prowadzących do tego samego celu. Ale to najczęściej nie jest proste. A zasada jest taka, że zanim nie znajdę innych sposobów osiągania tego co osiągam sposobem mało mnie zadowalającym, ale jednak, nie wyrzucam tego starego.
Przykład: nasza kochana prokrastynacja, której część z nas ulega. Każda z nas z różnych powodów i w różnym celu ją stosuje. Ale załóżmy, że podnoszę sobie dzięki niej poczucie własnej wartości, bo potrafię przecież w ciągu jednego dnia zrobić coś, co inni robią przez tydzień. Ha! Jestem dobra! Męczy mnie ona jednak (ta prokrastynacja) i się jej pozbywam (w pięciu krokach, jak zalecają w internecie). Ale nie mam nic w zamian. Spada moje poczucie własnej wartości. Stopniowo oczywiście, często niezauważalnie…
Albo: nauczyłam się kiedyś (być może we wczesnym dzieciństwie), że jestem kochana kiedy choruję, kiedy coś mi dolega. Wtedy o mnie dbali, byli ze mną, nie chodzili do pracy. Było cudownie. Teraz więc, w dorosłości, moja słabość może mi dawać poczucie bycia kochaną. I dopóki nie nauczę się, że mogą mnie kochać jak jestem silna i zdrowa, to wyzdrowienie paradoksalnie może być niebezpieczne. Bo może przynosić przekonanie o braku miłości.
Zasada jest więc jest czytelna – pracuję nad pozbyciem się słabości wtedy, kiedy wiem jak mogę inaczej, w sposób bardziej mnie satysfakcjonujący uzyskać to, co dawała mi moja „słabość”.
Z prokrastynacyjnym pozdrowieniem, Wasza MM.
Teraz mówię ja, Hana. A propos poradników. Całe młode życie wspinałam się na drzewa nie wiedząc, że robię to niefachowo, a tymczasem:


czwartek, 25 lipca 2019

Na życzenie

Chciałyście (chcieliście), to macie. Jak wnioskuję z końcowych komentarzy pod poprzednim postem, prokrastynacja ma się dobrze w kurzych szeregach. I nie tylko w kurzych, jak mniemam, w ludzkich ogólnie.
MM się opierała, ale w końcu ją zgwałciłam. Nie to, że nie chciała! Nie, żeby się paliła do tego, ale żeby już nie czytać (i nie gadać, bo ja w realu też w kółko o tym) znów o tej Kuriozie, wolała napisać coś mądrego, chociaż znów musiałam się wić i błagać, bo nie chciała publikować. A to dlatego, że (podobno) w necie wszystko już o tym napisano. I co z tego? W necie wszystko o wszystkim już napisano, a żyć trzeba z prokrastynacją czy bez, co nie?
Tak więc mówi MM:

Na zamówienie 

Na zamówienie piszą ZNANI. Bo u nich się zamawia. No więc i mnie przyszło pisać NA ZAMÓWIENIE. Wow (hrehrehre)!

Prokrastynacja - próżno szukalibyście jej w słowniku psychologicznym, w każdym razie do 2006 roku – bo ten sprawdziłam. Słowo to najwyraźniej zagościło w repertuarze słów psycho podobnych nieco później, nazywając zjawisko znane od zawsze, a omawiane jako tendencja do robienia czegoś na ostatnią chwilę. A ściślej mówiąc, do robienia na ostatnią chwilę rzeczy często ważnych, istotnych, czasami wręcz niezbędnych do przetrwania. Niektórzy(re) z nas mają tę skłonność w stopniu mniejszym lub większym, niektórzy jej nie mają. Pytanie więc jest następujące: kto tę skłonność ma, skąd się wzięła i czemu służy?
Nie jestem na tyle zarozumiała, ażeby pokusić się o wyczerpujące wyjaśnienie problemu, ale spróbuję zrobić to częściowo, w oparciu o bliskie mi koncepcje psychologiczne, na użytek tegoż tekstu, z konieczności nieco upraszczając i skracając. Chcę się też odwołać do tekstów, które pisałam w Kurniku wcześniej, częściowo chyba w tym niejawnym. Chodzi o pojęcie scenariusza życiowego i pozycji życiowych.

Przypomnę więc krótko. Bazując na analizie transakcyjnej – we wczesnym okresie naszego życia budujemy sobie nasz scenariusz (plan) życiowy, który buduje się wokół „pozycji życiowych”, jakich w tym okresie nabywamy, dzięki okolicznościom życiowym jakim podlegamy, a przede wszystkim dzięki naszej interpretacji tych okoliczności, interpretacji dziecięcej, często wynikającej z dziecięcego, magicznego myślenia o świecie. Jakkolwiek by nie było, wchodzimy w dorosłość z przekonaniem, że albo:

Ja jestem o.k., Inni są o.k. (++)

Ja jestem o.k. Inni są nie o.k. (+-)

Ja jestem nie o.k. Inni są o.k. (-+)

Ja jestem nie o.k., Inni są nie o.k. (--).

Scenariusz życiowy, budowany na bazie tych właśnie pozycji życiowych, ma charakter przymusu, w tym sensie, że zrobimy bardzo wiele, ażeby go potwierdzić. Stosujemy więc różne zabiegi aby się to stać mogło. W pierwszym przypadku (++) uważa się, że mają one charakter konstruktywny (scenariusz Wygrywającego). W pozostałych – różnie bywa.
Prokrastynacja wpisuje się w ten kontekst. Pomyślmy bowiem – mam coś ważnego do zrobienia, załatwienia. Zwlekam do ostatniej chwili. Wiem przecież, że w tej ostatniej chwili może się wydarzyć coś, co uniemożliwi mi wywiązanie się z obowiązku, obietnicy, uniemożliwi mi zyskanie czegoś, czego pragnę…że nie dam rady, bo zostało mi zbyt mało czasu… Ale podejmuję to ryzyko. Dlaczego, w imię czego? Bo:
– a jednak dałam radę, jestem dobra, inni by chyba sobie nie poradzili (+-)
- ciągle muszę tak samo, inni są lepsi, gdybym miała więcej czasu, zrobiłabym to lepiej (-+)
- jestem do niczego, jak tak można, ale przecież nie znam nikogo kto robiłby inaczej (--).

Oczywiście takie wyjaśnienie jest tylko jednym z możliwych. Każda inna teoria podeszłaby do tego nieco inaczej. Psychoanalityk szukałby tu nieuświadomionych, ukrytych motywów takiego zachowania, behawiorysta zastanawiałby się jakie wzmocnienia spowodowały utrwalenie się tych zachowań, a teoretyk gier psychologicznych próbowałby zastanowić się czy i jaką grą jest nasze zachowanie. Niemniej wydaje mi się, że sprawa sprowadza się do tego, że dzięki odwlekaniu spraw na później niewątpliwie coś tracimy (choćby spokój i możliwość bardziej rzetelnego wykonania zadania), ale jednocześnie coś zyskujemy; potwierdzenie jakichś przekonań na swój temat i na temat innych (pozytywnych bądź negatywnych), których to przekonań nie potrafimy w danym momencie potwierdzić inaczej. W każdym razie zysk lub „zysk” musi być większy niż straty, bo inaczej zachowanie takie by się nie utrzymywało.

I tak, takie odwlekanie wykonania zadań może nam na przykład dawać coś z poczucia mocy, utwierdzać nas w poczuciu własnej wartości, na zasadzie – proszę, a jednak potrafię, dałam radę. A jednocześnie, paradoksalnie daje nam poczucie bezpieczeństwa. Bo jak się nie uda, to przecież nie dlatego, że zabrakło jakichś moich zasobów, umiejętności… tylko po prostu czasu.
Oczywiście istnieje jeszcze inne wyjaśnienie. Otóż czasami lubimy się polenić nieco i odkładamy co mniej ważne sprawy na potem. Mamy też zadania, sprawy, problemy, których rozwiązywać bardzo nie lubimy (np. sprawy urzędowe – to ja) i odkładamy je jak długo możemy, bo budzą w nas wstręt (tu rodzi się pytanie czy nie byłoby lepiej w takim razie jak najszybciej zrzucić je z głowy, bo inaczej to może masochizm?) – i w ten sposób możemy dojść do absurdu).

Na koniec mam ochotę Wam powiedzieć, że im jestem starsza, tym częściej powodu oberwanego guzika u danej osoby szukam nie w: braku troski o siebie, niskim poczuciu własnej wartości itp. ale mam ochotę sprawdzić, czy przypadkiem guzik nie odpadł przed chwilą.
Teraz mówię ja, PrezesKura:
Jako ilustracja procesu prokrastynacji występują moje płytki. Odkładałam decyzję i odkładałam, ale dłużej się nie dało.
To w paski kupiłam eksperymentalnie, bo kolorystycznie pasuje nadzwyczaj. Ale sama nie wiem:










sobota, 20 lipca 2019

Krótka historia balustrady

Sama nie wiem. Może zrobić przerwę w nadawaniu? Jestem monotematyczna i nudna także dla siebie. To nie kokieteria, ani chęć wymuszenia zaprzeczeń i próśb. Kurioza pochłania całą moją energię, nawet jeśli mnie tam nie ma, bo i tak działam na jej (Kuriozy) rzecz. Kupuję farby, skrobię jakieś graty, przewożę drzwi itp. Wybieram, kombinuję, biję się z myślami, myślę o kasie, podejmuję decyzje. Obawiam się, że to jeszcze potrwa chociaż mam nadzieję, że niedługo. Poza wszystkim, jest to męczące i pomimo euforii (czasem), dopada mnie zniechęcenie i wątpliwości, chociaż to głupie, bo się nie odstanie. No i tak to.
Byłyśmy tam dzisiaj z MM, zatargałyśmy odrestaurowany przeze mnie kufer, który zadziwiająco dobrze wypadł na istniejącej już podłodze z płytek. Podłoga wydała mi się paskudna dosyć, jednak po zmianie koloru ścian i sufitu nagle jakby zmieniła oblicze i przestała mnie denerwować. A dzisiaj ten kufer! Tak czy siak, podłoga w takiej postaci na razie (?) zostanie.
Zatargałam też mojego glinianego indyka, którego niektórzy zapewne pamiętają. I w ogóle zaczynam targać i zwozić.
Ponadto po raz kolejny przemalowałam balustradę, bo wersja pierwsza wyglądała jak niedogotowany budyń. Pasowała do salcesonowej posadzki na tarasie, ale nie mogłam na nią patrzeć. No to przemalowałam:
Wersja zastana:






Pierwszy lifting:

Teraz:
Owal wokół koników nie jest idealny, ale proszę zważyć, że jest zrobiony "od łapy", bo każdy szablon się rozmazywał. A spróbujcie pociągnąć taki owal tkwiąc w przysiadzie lub ukośnym zwisie nad balustradą!

 


Teraz dopiero widzę, że do ptacha przykleił się kłak z pędzla.



Moim zdaniem balustrada wygląda o niebo lepiej. Przynajmniej jest "jakaś". Do elewacji ma się nijak, ale to się przecież zmieni. Marzy mi się taka (balustrada) z prostych belek na krzyż, ale to pieśń przyszłości oraz - co tu kryć - kaski.
No i nadal gorąco i sucho...

sobota, 13 lipca 2019

W zasadzie pfff 3

Wiadomość dnia jest taka, że spadł deszcz! Padał wczoraj od wczesnego wieczoru, padał w nocy i rano, a także przed chwilą. Jakoś tak bardziej zielono zrobiło się wokół, woda zmyła kurz z roślin. Pod drzewami też jest mokro! Za mało, ciągle o wiele za mało, ale przynajmniej drobniejsze roślinki odżyły, że o zwierzętach nie wspomnę.
Z wiadomej przyczyny jestem wyprana intelektualnie, więc na fajerwerki nie ma co liczyć. Kurioza powoli zmierza do finału, a to oznacza mnóstwo decyzji, których skutki zostaną ze mną baaardzo długo, w zasadzie (chyba) po kres moich dni. Mówię "chyba", bo kto to może wiedzieć na pewno?
Mówiąc krótko - kręcę się wyłącznie wokół tematów około kuriozalnych i trudno mi skupić wątłe siły umysłowe na czymś bardziej wzniosłym niż Kurioza.
Tak więc zajmuję się sprawami arcyważnymi, typu: kolor płytek na podłogę, zaprojektowanie łazienki, z którym muszę poradzić sobie sama, skoordynowanie działań fachowców zewnętrznych, np. elektryka (ostateczne osadzenie gniazdek) i całą resztą - wywozem gruzu itp. drobiazgami.
Płytki wybrałam, kupiłam, przyjadą we wtorek, a ja biję się z myślami, czy aby o takie mi chodziło? Jest w Poznaniu outlet kafelkowy, w którym kupiłam płytki za 21 zł takie, które w sklepie obok kosztują prawie 7 dyszek. Za metr oczywiście. Klamka zapadła, będzie, co ma być. Na olx sprzedaję graty (o szafę ludziska pytają i pytają i na razie nic z tego nie wynika) i kupuję inne. Bilans wychodzi na plus. Ludzie sprzedają lub wręcz oddają za darmo różne rzeczy, trzeba tylko poświęcić poszukiwaniom trochę czasu. Ale uwaga - to straszliwie wciąga! Kupiłam na ten przykład śliczny klosz za 50 złociszy. Nie wiem czy w "normalnym" sklepie wystarczyłyby 3 stówki? To jakaś chyba masa perłowa (nie jest to plastik) oprawiona w metal. Lampa jest nieduża, jak piłka nożna. Tak czy siak, bardzo mi się podoba:
Mam też zaklepany za grosze nowy dywan sznurkowy, idealny przy pieskach, taki, który w sklepie na "i" kosztuje ponad 4 stówki. Zresztą większość moich gratów i durnostojek pochodzi z odzysku, powiedziałabym, że 90%. Musiałabym się skupić, żeby powiedzieć, co stamtąd NIE pochodzi.
Stół jest ze mną dobre 15 lat, a kupiłam go w Czaczu za 50 złociszy. Wtedy w Czaczu jeszcze z cenami nie wariowali. Właśnie zabrałam się za jego renowację - zasłużył na nią, poza tym bardzo go lubię. To solidny, dębowy stół, a przy okazji znalazłam pod spodem inicjały G&H. W dodatku stół się rozkłada i kilka Kur spoko się przy nim zmieści:


Powoli wpadam w panikę związaną z kolejną przeprowadzką i ogarnięciem spraw dotyczących tego tu gumienka. Anim się obejrzała...

Na deser Chłopaki. Bezowa (chyba) narzekała, że dawno ich nie było. Voila:


sobota, 6 lipca 2019

Pfff 2

Czytam komentarze pod poprzednim postem i widzę, że teraz upał na południu, bo susza (nie)sprawiedliwie wszędzie. Najbardziej żal mi zwierząt, tych dzikich i tych domowych, o które nikt nie zadba i nie napoi, jak Agniecha swoje konisie. Grozą wieje. U nas chłodnawo, aczkolwiek nie zimno, ale pochmurnie przez cały dzień. Deszcz pokapuje, bo padaniem tego absolutnie nazwać nie można.
Dzień spędziłam próżniaczo. Przed południem rychtowałam pazureiry i włos trefiłam, a po południu pojechałam do koleżanki na proszony obiadek, który pysznym był. W Kuriozie nie byłam, niczego nie oskrobałam, ani nie pomalowałam. Tak więc, Basiu, mnie też się czasem nie chce. Jednak ogólnie rzecz biorąc, remont mnie kręci. Lubię kombinować co z czym i jak. A jeśli do tego nikt mi się nie wtrąca, niczego nie narzuca i na nic nosem nie kręci, to sama rozkosz! Męczy mnie to logistycznie, ze względu na odległość. Niewielką, bo niewielką, ale wystarczającą, żeby sprawy skomplikować. Nie wszystko mogę tam kupić i mus wozić stąd. Drzwi na ten przykład wożę pojedynczo, bo więcej szczała nie łyknie. Nie warto płacić za transport, skoro i tak tam jeżdżę.
Kuchnia z garażu jest już mocno zaawansowana. Jest już kanciapa pieszczotliwie zwana kiszeczką - już widzę, jaki tam będzie bajzel. W najbliższym tygodniu ten etap powinien zostać zakończony. Do zrobienia pozostaje łazienka i kominek, który jakoś tak wstrzeli się w międzyczas. A ja zaczynam się powoli pakować...
Oraz dorwałam się do pędzla. To nie są drzwi, to ściana (sypialnia):

Kuchnia z kiszeczką. Belki w kuchni/garażu musiały zniknąć, inaczej nie zmieściłaby się wełna mineralna. To się nazywa kompromis:




I na koniec klasyka gatunku "przed" i (prawie) "po":

Nie pytajcie, jaka będzie kuchnia, bo nie wiem. Przywiązałam się do pewnej koncepcji, ale padła, niestety, pod naciskiem prozy życia. Się zobaczy. Skończy się na lodówce i czajniku elektrycznym.