piątek, 18 października 2019

poniedziałek, 14 października 2019

Historia pewnej znajomości

Dziś nie o Kuriozie! Zdziwieni?
A było to tak. Kiedyś, za górami i lasami, pracowałam w biurze promocji poznańskiej telewizji. Krótko, tylko dwa lata. Przeszedł wiatr historii i - jak to w telewizji - zmiótł co było i postawił nowe. Zmiótł m.in. biuro promocji, a na pogodynkę się nie nadawałam.:) Zwolniłam się więc i poszłam inną drogą. Jednak telewizyjne znajomości pozostały. Poznałam świetnych ludzi, głównie płci żeńskiej. Latka leciały, a znajomości trwały i przetrwały całe 24 lata!
Niektóre z Was zapewne pamiętają, bowiem pisałam już o tym, jak spotykamy się od czasu do czasu, a był taki okres, że w czasie karnawału organizowałyśmy sobie przebierane imprezy. Zabawa była przednia, raz nawet wygrałam przebraniem sklepowej z PRL-u. Konkretnie przebrałam się za panią z mięsnego. Dziewczęta do dzisiaj to wspominają.
Spotykamy się kilka razy w roku i przez cały czas mamy ze sobą kontakt. Pamiętacie, kiedy dwa lata temu złamałam nogę? Dziewczynki skrzyknęły się i przyjechały posprzątać mi dom i gumno, bo zarastałam brudem. Nigdy tego nie zapomnę.
Wśród nas była kol. D. która jest teraz moją sąsiadką! Jakimś zbiegiem życiowych okoliczności straciłyśmy kontakt na całe lata. Kiedy już przeprowadziłam się z powrotem do Poznania i zaczęłam szukać swojego miejsca do życia, inna koleżanka, która z kolei cały czas miała kontakt z D. któregoś dnia wpadła na pomysł, że do niej pojedziemy, bo mieszka w fajnym miejscu i może akurat ktoś, coś... I tak się stało. Pojechałyśmy, miejsce spodobało mi się od razu, ale nie było tu niczego do kupienia. Ale znajomość z entuzjazmem została odnowiona. W celach towarzyskich jeździłam do D., która w międzyczasie wyremontowała i rozbudowała swój dom, a ja szukałam nadal i popadłam już w stan zniechęcenia, głównie dlatego, że ceny znacznie przekraczały moje możliwości. Ostatnim rzutem na taśmę znalazłam Kuriozę w internecie, nazwa miejscowości nic mi nie mówiła. W ogłoszeniu figurowała  miejscowość na S, a D. mieszkała i mieszka w miejscowości na K. Zadzwoniłam pod podany numer, a kiedy pośrednik tłumaczył mi jak dojechać, uświadomiłam sobie, że to jest to samo miejsce, w którym mieszka D! Taki zbieg okoliczności! D. nie miała pojęcia, że Kurioza jest na sprzedaż, bo ogłoszenie wisiało tylko w internecie.
Tak więc veni, vidi, vici, dom spełniał moje oczekiwania, a resztę już znacie.
Cały ten przydługi wstęp jest po to, aby wyznać, że prowadzę tu ożywione życie towarzyskie, wręcz bardziej ożywione, niż prowadziłam w ostatnich latach, nawet mieszkając w Poznaniu. Co i rusz przyjeżdżają ludzie z tamtej, "telewizyjnej" ekipy, zjawiają się też nowi.
Fakt, że tak się stało, jest nie do przecenienia. Mieszkamy w odległości jakichś pięćdziesięciu metrów od siebie. Nadajemy na podobnych częstotliwościach, możemy wypić poranną sokawkę na tarasie, w piżamach i w każdej chwili skoczyć po przysłowiową sól albo drabinę, co czynię dość często, bo takiej wysokiej nie mam. W razie czego możemy nawzajem doglądać swoich zwierząt i liczyć na podwózkę w wypadku, gdy któraś szczała np. nie odpali. Nie mówię o innych, niekorzystnych okolicznościach, bo zakładam, że nie nastąpią. Zapewne m.in. dlatego ani przez moment nie poczułam się tu obco, zdana tylko na siebie. osobiście bardzo się cieszę, że tak się stało i że znajdujemy wspólny język.
Jest z kim przetrwać np. wieczór wyborczy, golnąć sobie naleweczki i powłóczyć się po lesie. D. w tym względzie jest niezmordowana, ja wymiękam. Byłyśmy dzisiaj, grzyby jeszcze są, ale w lesie już znowu sucho. Za to pięknie, że dech zapiera.
Miało wprawdzie być bez Kuriozy, ale muszę Rabarbarze pokazać szlaczek, który machnęłam w sypialni:

Z lasu:









Jest jeszcze jedna sprawa. W niezamieszkałym domu naprzeciwko Kuriozy koczuje kot, a właściwie kotka. Na moje oko młodziutka, pewnie z letniego rzutu. Wygląda zdrowo, ma lśniącą sierść, czyste oczy i nos. Jest takim pieszczochem, że nie mogę zrobić jej porządnego zdjęcia, tak się do mnie klei. Jest bardzo spragniona kontaktu z człowiekiem. Podejrzewam, że ktoś ją latem hołubił, potem wyjechał i po prostu kotkę zostawił na pastwę losu. Karmię ją od jakichś dwóch tygodni. Myślałam, że gdzieś tu mieszka i tylko przychodzi na żebry. Ale nie - siedzi tu dzień i noc i tylko czeka na szczęk bramy. Serce mi pęka, nie mogę wziąć sobie piątego zwierzaka. Na razie jest ciepło, ale co dalej? Próbowałam znaleźć DT w Poznaniu, ale nie ma nigdzie wakatu, takie mam informacje. Postanowiłyśmy z D. że pojedziemy jutro do miejscowego weterynarza - jest bardzo sensowny. Może on coś wymyśli. Pogadamy o kastracji i badaniu. Muszę znaleźć jej dom. Ktoś? Coś? Dowiozę lub zorganizuję transport.
Doświadczenia Gosianki mówią, że wszystko jest możliwe.
Koteczka jest przemiła, puchata i prześliczna, zdjęcia nie oddają jej urody. Kiedy tylko się zbliżę, dosłownie wchodzi mi w obiektyw:




środa, 9 października 2019

Dwa grzyby w barszcz

Napisałam dłuuugi komentarz pod poprzednim postem, który to komentarz wystrzelił w niebyt. Doszłam więc do wniosku, że równie dobrze mogę się odnieść do Waszych komentarzy w nowym poście, stary i tak już zatkany.
Pisałam w nim o tym, że parapetowy zwierz to kamienna foczka, wanienki na palec u dużej nogi już nie ma, sprawę i wanienkę załatwił Czajnik, a postawienie jej na parapecie było dużą nierozwagą z mojej strony. Pisałam także o tym, że padłam wczoraj w lompach - jak mawia się u nas w Wielkopolsce, a przyczyniła się do tego naleweczka wypita wraz z koleżanką D., bynajmniej nie nawał pracy, bo - prawdę mówiąc - trochę się wczoraj obijałam. Nie, żebyśmy się upiły na sztywno, jednak mnie uśpiło jak chloroform. Na starość tak mam z alkoholem. Bez sensu. Golnie sobie człek dla wesołości, a tu pfff...
Ponadto informuję, że palenie w kominku, który jest jedynym źródłem ciepła, nawet jeśli ten kominek rozprowadza (teoretycznie) ciepło rurami po reszcie pomieszczeń, jest upierdliwe do bólu. Z rur dmucha pyłem, który się wdycha - to po pierwsze. Kiedy ogień zgaśnie, błyskawicznie robi się zimno - to po drugie. Lepiej więc z domu na dłużej nie wychodzić, a w nocy nastawić sobie budzenie co 2 godziny. Trzeba nosić drewno, które powinno leżeć na zewnątrz, aczkolwiek pod dachem. W każdą pogodę i o każdej porze trzeba je nosić i to co najmniej kilka razy dziennie, bo w koszu przy kominku wiele się nie zmieści. Przy okazji śmieci się w całym domu, nie mówiąc o ciuchach, które albo trzeba co chwilę zmieniać i bez przerwy prać, albo chodzić w brudnych. Ja mam bez przerwy rękawy utytłane w sadzy, żebym nie wiem co robiła, nie uniknę tego. Drzwiczki od kominka są od środka osmolone i koniec. Można też przebierać się w jakieś "kominkowe" ciuchy przy każdym face to face z kominkiem. To mocno fatygujące.
Boję się wychodzić z domu i zostawić ogień w kominku - mam uraz od czasu, kiedy w poprzednim życiu zapaliła się sadza w kominie i pożar był o włos. Dochodzi jeszcze sprawa czadu. Wystarczy jakaś nieszczelność i ni ma Kurnika.
No i oczywiście koszty. Drewno jest piekielnie drogie, a suche, sezonowane i tylko liściaste (najlepiej dąb, buk, grab) jeszcze droższe. I trzeba je porąbać, to też kosztuje. Byle czym palić nie będę, wiadomo.
Reasumując, jeśli o mnie chodzi, przyjemności obcowania w ten sposób z żywym ogniem pozbawię się bez problemu. Zapalę sobie od czasu do czasu, jak mi się zechce. Przestudiowałam sprawę promienników ciepła, porozmawiałam z sąsiadem, który takowe ma i pójdę raczej w tym kierunku. Dom praktycznie jest już ocieplony, reszta prac to kosmetyka. Jeśli pogoda dopisze, za tydzień będzie ślicznie! Dałam ciała przy wyborze koloru blachy, nie podoba mi się. Poza tym tu i tam jest pomarszczona, bo dach jest krzywy, jak się okazało. W niczym mi to nie przeszkadza, zresztą wszystko jest tu krzywawe, chyba ktoś na oko budował. Jednak na dachu wygląda to tak sobie. Żałuję, że nie zaordynowałam ciemnej blachy. Trudno, tak musi zostać. Błędy kosztują.



 
Wreszcie dzisiaj (z kol. D.) poszłam w las, przymusiła mnie. Zrobiło się ciepło i słonecznie i chociaż zatrzęsienia grzybów nie ma, trochę uzbierałyśmy:


Jak na urobek dwóch osób pazernych na grzyby, łba nie urywa. W piątek drugie podejście. Zrobiło się ciepło, może znów się ruszą?
Rydzyków tylko kilka, ale za to pyszne, na masełku i chrupiące:
Fajne prowadzę życie, co nie?

sobota, 5 października 2019

Ogarniam się


Nie poszłam w las, chociaż specjalnie w tym celu i z koszykiem, przyjechała Marta. Lało albowiem jak z cebra przez cały dzień. Takie grzybobranie to żadna przyjemność. Pojechałyśmy więc na tutejszy cotygodniowy targ, ale i on był słabiutki przy tej pogodzie.
Mam wielką nadzieję, że od poniedziałku będzie meteorologicznie lepiej i ogacanie Kuriozy nabierze tempa. Chociaż nie mogę się skarżyć, robota postępuje. W związku z tym chodzę niedospana, bo fachowcy przyjeżdżają skoro świt. Nie ja odwalam główną robotę, ale i tak jest to dość męczące. A to do wodociągów mus polecieć, bo zawór przed licznikiem kapie, a to ustalić (i złapać!) instalatora do zaslepienia kranu w ogrodzie, bo zamarznie jakby co, a to okazuje się, że prądu w gniazdku na zewnątrz nie ma i trzeba go podciągnąć przed ociepleniem. Z pomocą (na szczęście) pani Justyny musiałam w szybkich abcugach przerzucić drewno spod domu pod płot, kostkę brukową spod drugiej strony domu na trawnik, powynosić śmieci poremontowe z tarasu.
Zdjęcie z wtorku, dzisiaj cała ta część jest już ocieplona, a za ociepleniem moja sypialnia!

 
Góra tego (śmieci) rośnie w zastraszającym tempie i nijak nie da się jej posortować. Tu kawałek papy przyklejony do folii, tam kawałki betonu, ówdzie resztki styropianu, o pojemnikach po kleju, plastikowych opakowaniach po bukwiczym nie wspomnę. Bez kontenera na śmieci mieszane się nie obejdzie. Gdzie one lądują, wolę nie myśleć. A to tylko jeden niewielki remont.
Ale do rzeczy. Wewnątrz jestem mniej więcej ogarnięta, aczkolwiek wszędzie jeszcze coś się wala i szuka swojego miejsca. Kanciapa przy kuchni ratuje mnie przed totalnym chaosem, chociaż na razie miejsce w niej nie jest maksymalnie wykorzystane. To się zmieni z czasem:
Regał jest rozwojowy. Kupiłam go w klamociarni i jest to tzw. talerzówka, tzn. mebel do eksponowania talerzy. Solidny, dębowy i bez robali. I tani!
Między (dosłownie!) noszeniem drewna i bruku przemalowałam szafki w łazience, trzeci raz zresztą. W pierwszej wersji przeszlifowałam drewno i zawoskowałam. Nie podobało mi się to, łazienka jest maniunia i wyglądała w tym drewnie jak sauna. To przemalowałam (przedtem ściągnąwszy wosk) szafki na czarno. Same w sobie wyglądały fajnie i elegancko. Kiedy stały na podłodze – też. Powieszone natomiast (bo one są wiszące) wyglądały fatalnie, jak skrzyżowanie ołtarza z katafalkiem. Znów przeszlifowałam i przemalowałam na kolor pt. czysta kartka, który jest zbliżony do ziarna sezamu, hrehre. Nareszcie jestem zadowolona. No, prawie.
Malownicza historia szafek za dziesięć zeta z olx:
W międzyczasie były jeszcze kombinacje z koszykami i dobraniem bejcy na półkę!
Dla przypomnienia i maniuniej satysfakcji, łazienka bardzo przed:
Trochę po:
I całkiem po. Chyba:)
 
 
 
 I trochę migawek z życia wziętych, jak leci. Więcej ich matka nie miała:
W pracowni nadal dość surowo, ale za to za oknem przyjemnie:
 
Czajnik już urzęduje:
 
Wybieram kolor elewacji:

I tak to ciągle wygląda...
I przyozdobiłam kominek:
A w ogrodzie:

I to już wszystko!