SZARY DZIEŃ PANA X i inne opowieści

Był szary , listopadowy dzień. Chmury wisiały nisko nad miastem, ale jeszcze nie padało.
Pan X wychodził z domu jak zwykle punktualnie o 9 rano. „Ciemno.” - pomyślał. „Znów trzeba będzie świecić światło od drugiej... Rachunki znowu podskoczą.” Zmarszczył czoło, niezadowolony z perspektywy płacenia wyższych rachunków. Odwrócił się, by zamknąć dokładnie ciemne, dębowe drzwi na klucz. A właściwie na dwa klucze. Pan X wyznawał zasadę, że nawet jeśli jakiemuś złodziejowi uda się pokonać jeden zamek, to drugi go powstrzyma. Złodzieje jednak omijali jego dom z daleka, wiedząc, że jedyną rzeczą, jaką można by tam ukraść była koronkowa parasolka po nieboszczce matce pana X, stanowiąca jedynie sentymentalną pamiątkę. Jedyny sentymentalizm, na który pozwalał sobie pan X – szczupły, kostyczny i zamknięty jak w gorsecie w swoich przyzwyczajeniach i rytuałach emerytowany nauczyciel łaciny.
Odwrócony plecami do ulicy zamykał starannie drzwi, gdy usłyszał ostry głos sąsiadki, pani Y. „O Boże, znów mnie będzie zanudzać plotkami o wszystkich z całej ulicy, że też nie zdążyłem wcześniej...” pomyślał X. Czuł już zasapany oddech sąsiadki za swoimi plecami. „Panie X, panie X – zawołała piskliwie. „Witam, pani Y” - odwrócił się i uprzejmie przywitał. Gorset konwenansów trzymał mocno. „Słyszał pan już, słyszał???” - Y dyszała chęcią opowiedzenia nowin , ale wolała się upewnić, czy będzie pierwszą osobą, która to zrobi. Nie znosiła dojmującego uczucia zawodu, gdy ktoś już wiedział, co chciała zakomunikować.
„Pani wybaczy, ale...” usiłował nie dopuścić do rozlania się potoku wiadomości z ust pani Y. Jednak protest był zbyt słaby, sąsiadka zaczerpnęła powietrza i wypaliła” Pan M zaginął!!!!”
„Jak to zaginął?” zapytał zaskoczony nieco X.
„Normalnie, nie ma go i już!!!” wykrzyknęła Y - „Od trzech dni nikt go nie widział!” - oznajmiła triumfalnie.
„Umarł??? „ zapytał głupio X
Y spojrzała na niego z politowaniem - „Jakie umarł, przecież mówię, że nikt go nie widział. Policja już była w domu, ale nic nie znaleźli. Ani ciała, ani śladów walki, ani nic. Kompletnie się zdematerializował.”
„Niech pani głupot nie opowiada, zdematerializował się, rzeczywiście! „ zgromił ją X - „Może gdzieś wyjechał?”
„Akurat, wyjechał! - prychnęła pogardliwie – Widział pan, żeby on się przez 30 lat ruszył poza nasze miasteczko??”
Tu niestety X musiał jej przyznać rację. Pan M był emerytowanym pułkownikiem, który przeszedł na wcześniejszą emeryturę i rzeczywiście nie opuszczał nigdy miasta. Prowadził podobnie jak X bardzo uporządkowane życie i poruszał się ściśle po torach wyznaczonych przez codzienną rutynę. Był jednak na swój sposób tajemniczą postacią, gdyż nigdy i nikomu nie opowiadał o swoim życiu z okresu sprzed przyjazdu do miasteczka. Nawet pan X, który grywał z nim w kanastę dwa razy w tygodniu i bywał na imieninach, nic o nim nie wiedział.
„Może zabił kogo i uciekł?” wysunęła przypuszczenie Y.
Tego już X nie wytrzymał . „Czy pani oszalała??? M jak morderca, rzeczywiście!!!”
„Tacy ścichapęk najgorsi. A potem pod podłogą poćwiartowane zwłoki znajdują, albo nieboszczyka zakopanego na grządce z pomidorami.” Obrzuciła X przenikliwym spojrzeniem - „A pan drugi taki cichutki... Ciekawe co u pana pod podłogą...”
„Piwnica.” - powiedział zimno X. Zabrzmiało to trochę złowrogo i pani Y skuliła się jakby w sobie. „O, pani F!!!” - zawołała, widząc zażywną niewiastę w tyrolskim kapelusiku, spieszącą w stronę parku, ciągniętą przez pięknego owczarka niemieckiego. „Na pewno jeszcze nic nie wie!” I pobiegła podzielić się nowiną.
X stał w dalszym ciągu przed swoimi drzwiami, usiłując pozbierać myśli. Gadanie Y wytrąciło go nieco z jego zwykłej równowagi, co objawiło się lekkim roztargnieniem. „Co to ja miałem... „ pomyślał – A, przecież na kawę z babeczką śmietankową jak zwykle!” Schował klucze do kieszeni i oddalił się powoli w stronę rynku, do swojej ulubionej kawiarni „Babetka”. Nie zauważył jednak, że pierwszy raz w życiu nie zamknął drzwi na obydwa zamki...

Kawiarnia „Babetka” mieściła się w samym centrum miasteczka, ale nie była najbardziej reprezentacyjnym lokalem. Była mała i dość ciemna, mieściło się tam zaledwie 6 stolików. Ale stali bywalcy ją uwielbiali, zarówno z powodu jej wdzięku minionych lat jak i znakomitych ciastek wypiekanych przez samą właścicielkę, panią N. Szczytowym jej osiągnięciem były babeczki śmietankowe, wielce cenione przez pana X. Babeczki były z kruchego ciasta, rozpływającego się w ustach, a środek był wypełniony jasnożółtym kremem śmietankowym. Pan X nie wyobrażał sobie dnia bez babeczki. Biedak nie wiedział, że to właśnie jest TEN dzień...
„Dzień dobry!” powiedział, wchodząc do kawiarni. „Nie taki dobry, - odpowiedziała pani N, stojąca za ladą – Nie ma babeczek.- powiedziała ponuro. X znieruchomiał. „JJJJak to?” - wyjąkał.
„A tak to. Awaria pieca. Przyjadą naprawić dopiero po południu, nie zdążę już dzisiaj upiec. Mam tylko wczorajsze rogaliki z różą.” odpowiedziała niechętnie.
Pod panem X ugięły się nogi. Osunął się na najbliższe krzesło. „To niech już będzie ten rogalik...” wyszeptał słabo. Nawet aromatyczna kawa ze śmietanką nie ukoiła jego żalu za babeczką. Rogalik sam w sobie nie był zły, choć wczorajszy, ale cóż, nie był babeczką... Kawa jednak trochę rozjaśniła jego umysł i przywróciła utraconą równowagę. „Co u licha z tym pułkownikiem M???” pomyślał - „Nic nie rozumiem... A może by zapytać inspektora B? Był przecież moim uczniem, jedynym, który cokolwiek wiedział z łaciny... Wiedział nawet co znaczy Alea iacta est... A swoją drogą dlaczego akurat ten cytat przyszedł mi do głowy??/ Kości rzucone, porzucone, zakopane...” wstrząsnął się nerwowo. Dość tego, idę do inspektora ' - zdecydował. Ale nie musiał iść. W tej chwili otworzyły się drzwi i do kawiarni wszedł inspektor B. Był to mężczyzna niestary, ale też niemłody już. Na oko mógł mieć zarówno po 30-tce jak i po 40-tce. Sylwetkę miał wysportowaną, uprawiał namiętnie jogging a latem jeździł na żagle. Był dość przystojny, ciemnowłosy, o śmiejących się zielonych oczach. Był samotny, choć kobiet w jego życiu nie brakowało. Inspektor wyznawał jednak zasadę, że policjant jest samotnym wilkiem i nie może być obarczony rodziną.

„Witam profesorze! „ zawołał widząc pana X. Lubił tego starszego pana, chociaż ich wzajemne stosunki nigdy nie wykraczały poza relacje uczeń – nauczyciel. „Dzień dobry, inspektorze.” odpowiedział X. - „Może się pan przysiądzie?”
„Z przyjemnością, nie lubię siedzieć sam.” odpowiedział B. „Taki ponury dzień, z przyjemnością napiję się kawy i zjem babeczkę.”
„Niestety – powiedział melancholijnie X – Dziś babeczek nie ma...”
„Jak to nie ma?! Przecież zawsze są!” - B zaliczał się również do grona wielbicieli cukierniczych talentów pani N.
„Dziś nie ma.” - powiedziała stanowczo N, przynosząc kawę do stolika. „Piec się zepsuł...”
„A cóż mu się stało? Przecież zawsze funkcjonował doskonale! „ zapytał inspektor.
„Nie wiem.- wzruszyła ramionami pani N. - Nie chciał się włączyć.” zakończyła rozmowę i odeszła za ladę.

„Panie inspektorze, - zagaił X – dowiedziałem się dzisiaj, że zaginął pułkownik M. Czy to prawda?”
Inspektor zaśmiał się „ Wieści szybko się u nas rozchodzą, prawda? No cóż, mogę tyle powiedzieć, że podjęliśmy pewne kroki sprawdzające. „
„Ale dlaczego? Może po prostu gdzieś wyjechał?” zapytał X, sam nie wierząc w to co mówi.
„Widzi pan, profesorze, M ma kota, do którego jest bardzo przywiązany... Gdyby wyjeżdżał, poprosiłby kogoś o opiekę, a sąsiedzi zawiadomili nas, że kot miauczał całą noc, był bardzo głodny... M nigdy by go tak nie zostawił...”
X przypomniał sobie pięknego rudego kota, wypielęgnowanego i zadbanego, wylegującego się zawsze na fotelu u M. „ Tak, to prawda, nigdy by Odysa nie zostawił...” powiedział w zamyśleniu.”A co teraz stało się z kotem? Mam nadzieję, że nie został zabrany do schroniska, bardzo by się tam źle czuł??” - zaniepokoił się.
„Na razie jest u sąsiadów, ale nie będą mogli go trzymać, bo mają alergię na kocią sierść, trzeba będzie go jednak zabrać do schroniska.” - powiedział inspektor.
X ku swojemu własnemu zaskoczeniu powiedział bez zastanowienia „To ja się nim zajmę..” Nigdy nie miał żadnego zwierzęcia i nie wiedział, jak się nimi opiekować, jednak czuł się w obowiązku zaopiekować się Odysem, przynajmniej dopóki sprawa się nie wyjaśni. Poza tym, choć sam przed sobą nie chciał się do tego przyznać, skrycie tego kota podziwiał... Wydawało mu się zawsze, że obserwuje świat z ironicznym dystansem, mrużąc kpiąco swoje zielone ślepia. I że wie więcej niż wszyscy ludzie... Może nawet wiedział, co stało się z jego panem...

Z myśli o Odysie wyrwało go pytanie inspektora - „ A jak już tak rozmawiamy, to kiedy pan ostatni raz widział pułkownika M?”
X drgnął, zaskoczony „ Ja, eee, no widzieliśmy się w niedzielę, na kanaście, jak zwykle.”
„I wszystko było normalne, nic pana nie zdziwiło, nie zaskoczyło?” - drążył B.
„Nie, był jeszcze doktor P, pograliśmy jak zwykle, zjedliśmy kolację i tyle. „ - Nagle przypomniał sobie pewien drobny szczegół, wykraczający poza ustalone zasady karcianego wieczoru. - „A, przepraszam, coś się wydarzyło...”
Inspektorowi błysnęło zielone oko - „Co takiego?”
„Telefon, M odebrał telefon... Ale powiedział tylko: Rozumiem, do jutra.”
„Do jutra? To znaczy, był z kimś umówiony na następny dzień?”
„Nie wiem, tak by może z tego wynikało..” - powiedział w zamyśleniu profesor.
„No cóż, dziękuję bardzo. Jakby pan jeszcze sobie coś przypomniał, to proszę mi dać znać.”
„Oczywiście”.

Profesor zaczął żałować swojej decyzji o podjęciu opieki nad kotem M. „Tyle wydatków, transporterek do przeniesienia go, kuweta, jedzenie... Co mi wpadło do głowy???” - pytał sam siebie. Ale w głębi duszy wiedział, że i tak to zrobi, zielone ślepia Odysa przyciągały go jak magnes. „Mają coś wspólnego z inspektorem...: uśmiechnął się do siebie.

Po wyjściu z „Babetki” X udał się do sklepu zoologicznego za rogiem, gdzie nabył cały potrzebny sprzęt i kilka puszek kociego jedzenia. Ciężko mu trochę było, więc zdecydował najpierw zanieść to do domu, a potem udać się po kota. Gdy dochodził do domu, poczuł nieokreślony niepokój. Niepokój spotęgował się, gdy zobaczył szparę w drzwiach... „Nie zamknąłem drzwi???? Niemożliwe!!!” Przypomniał sobie jednak rozmowę z panią Y. „No tak, zamknąłem na jeden klucz!!! Ten jeden, jedyny raz!!!” Popchnął delikatnie drzwi i wszedł do środka. Nic nie wskazywało na obecność złodziei, wszystko było na swoim miejscu. A jednak nie wszystko... Stary wieszak, stojący w rogu pokoju był pusty... A jeszcze rano wisiała na nim koronkowa parasolka nieboszczki matki X.
„O tempora, o mores!” jęknął w duchu X - „Komu była potrzebna parasolka mojej matki??? I dlaczego???” Absurd całej sytuacji raczej go zdziwił niż zdenerwował. Nagle przemknęła mu przez głowę myśl, czy aby ta dziwaczna kradzież nie miała czegoś wspólnego ze zniknięciem M. „E, w jakiż sposób mogłoby się to wiązać?” zwątpił. Ale jednak zdecydował powiadomić inspektora B o kradzieży.
Inspektor przyjechał dość szybko, co nawet trochę zdziwiło profesora.
„Więc poza parasolką nic nie zginęło?” - zapytał B.
„Nic, zupełnie niic.” - odpowiedział X.
„Jest pan pewien? Przeszukał pan wszystko?”
„Tak, nie mam tu zresztą nic specjalnie wartościowego. Inspektorze, przepraszam za głupie pytanie, ale czy myśli pan, że to może być jakoś związane ze zniknięciem pułkownika? „ - zapytał niepewnie X.
„Hmmm, widzę, że nasze myśli krążą po tych samych orbitach..” - uśmiechnął się B. - „Ale nie umiem jeszcze panu odpowiedzieć na to pytanie. Wybiera się pan po kota?” - zapytał, widząc transporter i puszki.
„Tak, właśnie chciałem...”
„Podwiozę pana, ,żaden problem.”
Profesor chętnie przyjął propozycję, bo do sąsiadów M był kawałek drogi, a Odys był dobrze odżywionym i dość ciężkim kotem. Gdy weszli do mieszkania, Odys natychmiast zaczął się łasić do nóg pana X, miaucząc głośno i radośnie, jakby mówił „No, nareszcie, czemu tak długo mi kazałeś czekać, co się z tobą działo???”
„Chyba mnie poznał...” powiedział nieśmiało X.
„O tak, na pewno, do nas tak się nie łasi.” - zaśmiała się sąsiadka M. „To całe szczęście, że może pan go zabrać, my mamy alergię, a do schroniska byłoby go szkoda...”
„Też tak sądzę, jakoś sobie może poradzę...”
„Z pewnością, niech pan patrzy!”
Odys obchodził naokoło transporterek, obwąchując go nieufnie, w końcu jednak miauknął z akceptacją i zaczął szarpać drzwiczki łapką.
„No masz! - zaśmiał się inspektor – Pogania pana, chce już do domu!”
Po otwarciu drzwiczek Kot wskoczył do środka, umościł się na kocyku, wyścielającym wnętrze i zaczął głośno mruczeć. „No dobrze, już jedziemy – uśmiechnął się profesor – Jakoś to będzie, prawda?”

Gdy dotarli do domu, Odys obszedł całe mieszkanie X, obwąchując starannie wszystkie kąty i wyraźnie szukając miejsca dla siebie. Przystanął pod fotelem, w którym X lubił czytać i zamiauczał głośno.
„Tu??? Na fotelu??? Ale ja też go lubię...” powiedział X.
Głośne zdenerwowane miauknięcie ustawiło go do pionu - „No dobrze, będziemy się nim dzielić...” westchnął. I już wiedział, że może się pożegnać ze swoim uporządkowanym życiem...

Inspektor B siedział w samochodzie zatopiony w myślach. Usiłował znaleźć jakiś punkt zaczepienia, coś , od czego mógłby rozpocząć konkretne śledztwo, ale na razie nie było tego wiele: tajemniczy telefon w niedzielę, pozostawienie kota bez opieki, skradziona parasolka profesora X... Wszystko ulotne i niepewne... Kim mógł być nieznany rozmówca pułkownika? Dlaczego zostawił ukochanego kota bez opieki? Kto i po co ukradł parasolkę? Pytania się mnożyły...
Postanowił udać się do :Babetki” na kolejną kawę dla rozjaśnienia umysłu, a może już będą babeczki? Było już późne popołudnie, może naprawili piec?

Inspektor wszedł do „Babetki”. Przy jednym stoliku siedziały dwie rozplotkowane matrony, pochłaniające lody i rogaliki. Jakoś dawały radę, chociaż usta im się nie zamykały. Na widok inspektora zamilkły na chwilę, oddając się wzmożonej konsumpcji. Pani N podniosła się zza kontuaru. „O, pan inspektor, znów u nas? Witam, witam, czego pan sobie życzy?”
„Dużą kawę z bitą śmietaną i cynamonem. - powiedział B. - „ A jak tam sprawa babeczek? Naprawili ten piec?”
„Nie skończyli, jeszcze, niestety, to coś bardziej skomplikowanego, niż myślałam, nie wiadomo, czy nie trzeba go będzie zdemontować...”
„O, to duży problem. No i zawód dla wielbicieli babeczek...” - uśmiechnął się inspektor.
„Trudno, będą musieli zmienić upodobania.” - prychnęła pani N.
„Ale chyba tylko tymczasowo, zanim piec nie zostanie naprawionyy? „ - zapytał z niepokojem B.
„Nie wiem, nie wiem, wszystko się okaże... Być może sprzedam kawiarnię, wie pan, lata już nie te, stanie przy piecu mnie męczy...”
„A może wzięłaby pani kogoś do spólki? - podsunął inspektor – byłoby pani lżej...”
„O nie, ludzi pan nie zna czy co??? Oszukają, ograbią i na lodzie zostanę. Żadnych spółek!” powiedziała stanowczo pani B. „Niech pan siada, zaraz kawę przyniosę...”

B usiadł przy stoliku, z daleka od rozplotkowanych pań. Żal mu się zrobiło tego miejsca ze staroświecką atmosferą, burkliwą właścicielką, przepysznymi ciastkami, a zwłaszcza babeczkami... Nagle wpadła mu do głowy pewna myśl... Przypomniał sobie pana H, znakomitego mechanika, który przed emeryturą zajmował się naprawą pieców w retauracjach i piekarniach w samej Warszawie. Nie chcieli go stamtąd puścić, dopiero jak wyszkolił kilku pracowników mógł spokojnie przejść na emeryturę i wrócić do rodzinnego miasteczka. Ale nadal dorabiał sobie naprawianiem różnych zepsutych urządzeń.
Gdy pani N przyniosła kawę, poprosił ją, żeby usiadła przy stoliku. Niechętnie się zgodziła.
„Pani N, przyszedł mi do głowy pewien pomysł... - zaczął inspektor. „Kto pani naprawia ten piec?
„Firma, która go montowała, a bo co? - zapytała nieufnie.
„Nic, nic, pomyślałem tylko, że gdyby sobie nie poradzili, to mógłbym przysłać do pomocy pana H, wie pani, że on w Warszawie potrafił wszystkie piece naprawiać, nawet w najdroższych hotelach i restauracjach. Jest znakomitym fachowcem!”
Pani N popatrzyła na inspektora z zastanowieniem. Chwile milczała, w końcu powiedziała - „Zobaczymy, jeśli oni dzisiaj tego nie naprawią, to zadzwonię do pana. Jeszcze coś?”
„Nie, nie, dziękuję.” Inspektor był trochę zaskoczony tą łatwą zgodą, spodziewał się raczej ofuknięcia, prychania i czegoś w rodzaju „Poradzę sobie sama!” Pani N była osobą samodzielną i niezależną i nie lubiła mieć wobec nikogo długów wdzięczności, a szczególnie wobec policji, nawet w osobie inspektora B.

Pan X pomału przyzwyczajał się do obecności kota w domu. Było mu nawet przyjemnie, że ma się do kogo odezwać, że ktoś potrzebuje jego opieki, że czasem mruczy a czasem prycha... Jedno, czego nie lubił, to czyszczenia kuwety...
„Szkoda, że kota nie można wyprowadzać na spacer, jak psa... Byłoby znacznie wygodniej.” - pomyślał. Zaopatrzył się w specjalne rękawice i szufelkę do usuwania pozostałości po posiłkach Odysa. Kot za każdym razem, gdy pan X zabierał się do wymiany żwirku towarzyszył mu przy tej czynności, przyglądając się kpiąco, jak pan X nakłada rękawice. Profesor był bliski zakupienia również specjalnych maseczek w aptece, ale w głębi duszy czuł, że to już graniczyłoby ze śmiesznością, a Odys chyba by pękł ze śmiechu, wewnętrznego, oczywiście.
Po kolejnym takim zabiegu poczuł, że musi wyjść zaczerpnąć świeżego powietrza. „Idę się przejść. - powiedział do Odysa - „Ty zostajesz i grzecznie idziesz spać, dobrze?” Jeszcze nie dokończył zdania, jak Odys już leżał na fotelu, zwinięty w kłębek i łypiący zielonym okiem. „Idź sobie, idź, nareszcie chwila spokoju będzie...” - zdawał się mówić.
Pan X wyszedł, starannie zamykając drzwi na obydwa zamki i skierował się w stronę parku miejskiego. Lubił tam przesiadywać nad stawem, szczególnie na wiosnę i w jesieni. Brał ze sobą zawsze coś do czytania , a najczęściej były to... kryminały, oprawione dla niepoznaki w szary papier, tak, aby nikt się nie domyślił tej słabości profesora. X bowiem kochał kryminały od dzieciństwa. Traktował je jako odskocznię od dzieł rzymskich filozofów a także jako doskonałą gimnastykę dla umysłu. W trakcie pisania zawsze robił notatki, przewidując rozwój wypadków, przy czym często udawało mu się już dość wcześnie rozwikłać intrygę. Tym razem nie wziął żadnej książki, kryminał toczył się w realnym życiu i X chciał spokojnie pomyśleć i uporządkować fakty.
Usiadł na swojej ulubionej ławeczce nad stawem i zapatrzył w brązowe pałki, wystające z wody. W parku było dość pustawo ,pogoda nie sprzyjała spacerom. Profesor był z tego zadowolony, przynajmniej nikt nie będzie mu przerywać rozmyślań...
Pomylił się jednak. Po jakichś 15 minutach gałęzie pobliskiego krzewu poruszyły się i wyszedł zza niego niejaki U, powszechnie znany lump i drobny złodziejaszek, mający ogromną słabość do wytwornych alkoholi typu wino marki „Wino” lub „Szał” z zamazaną reprodukcją obrazu Władysława Podkowińskiego na etykiecie. Nie wyglądał świeżo, raczej wręcz przeciwnie a kompilacja zapachów wydzielana przez tą postać skłaniała raczej do zachowywania bezpiecznej odległości podczas konwersacji. Odziany był dość oryginalnie, w sweterek z różowym słonikiem na froncie, na to narzucona była kraciasta koszula drwala, ze śladami posiłków z ostatniego półrocza, a na to wszystko przykrótka jesionka pochodząca chyba z lat 50-tych. Stroju dopełniały zgruchmonione i wypchane na kolanach dresy nieokreślonego koloru i buty trapery, z których wystawały czerwone włóczkowe skarpety. A zwieńczenie stanowiła tęczowa apaszka, fantazyjnie zamotana wokół szyi. Ten obraz lekko wstrząsnął profesorem, przywiązującym niezwykłą wagę do stroju i schludnego wyglądu. „No, jeszcze mi jego tu potrzeba! - jęknął w duchu X – Znowu będzie żebrał o pieniądze na wino!”
„Dobry , szefie! - odezwał się chrapliwie U. Głos miał podobny do Himilsbacha, tylko głębszy. - „Szefie, pogadać chciałem...” - ciągnął U.
„Panie U, nie mam przy sobie pieniędzy i ...” - zaczął profesor.
„Ale ja nie o kasę, nie! - zaprzeczył gwałtownie U. - „Pogadać muszę, jak człowiek z człowiekiem, no...”
Dopiero teraz pan X zauważył, że U trzyma jedną rękę za plecami. Dreszcz niepokoju przebiegł mu po plecach „Co u licha, napaść mnie chce, czy co??” - pomyślał nerwowo.
„No to o co chodzi?” - zapytał niecierpliwie.
„Szefie, pan się nie gniewa, ale... to jażem to gwizdnął...” i wyciągnął zza pleców rękę z podłużnym zawiniątkiem, z którego wystawała fantazyjna rączka...
„Moja parasolka??!! Parasolka mojej matki??!” zawołał profesor - „Co u licha, panu wpadło do głowy!!!”
„Ciii, szefie, no przepraszam, nie strzymałem... Jakżem zobaczył, żeś pan ino na jeden zamek drzwi zamykał, to se pomyślałem „Tera albo nigdy...” Widzisz pan, za punkt honoru se wzięłem, żeby się do pana włamać, a pan nic, ino te dwa zamki i dwa zamki, a ten drugi to jakiś taki frymuśny na dodatek... Ten T, co to z nim czasem balujem, to nic ino furt się ze mnie śmiał, że nigdy się do pana nie włamie... No i założylim się, o ten „Szał... Ino musiałem coś przynieść na dowód, żem był u pana w środku, no to żem chycił to parasolke, bo wiadomo, że nigdzie indziej takiej nie ma... T chciał opylić, ale żem nie dał, swój honor mam. Szefie, pan zrozumie, to tak dla sportu ino...No sorki, jak to mówio...”
Pan X słuchał w lekkim osłupieniu, ale szczęśliwy był, że odzyskał pamiątkę po mamie.
„no dobrze już, dobrze, panie U, dobrze, że pan oddał. Powiem inspektorowi, że sam showałem do szafy i zapomniałem, w końcu mam prawo mieć sklerozę...”
„Ludzki z pana człowiek, panie X , wypijem za pana zdrowie. Ale jeszcze jedno sprawe mam...”
„”No słucham” - powiedział profesor z roztargnieniem.
„Bo wisz pan, w te noc, co to się potem okazało, że M zaginoł...” - urwał nagle, patrząc gdzieś dalej ponad głową profesora - „ O kurna, Tyrolka idzie, a jażem jej ostatnio pościel ze sznura ściongnoł!Spadam!” - i zniknął w krzakach.
„Ale... „ - zdążył powiedzieć X. Niestety U już nie było. Alejką nadchodziła pani w tyrolskim kapelusiku, wleczona nieco przez pięknego owczarka niemieckiego...

 Tyrolka zdążyła tylko w przelocie kiwnąć głową, gdyż owczarek zobaczył właśnie wiewiórkę na pobliskim drzewie. Gdy przemknęli, pan X przeszukał pobliskie krzaki, sądząc, że U gdzieś się tam ukrywa. Jednak nigdzie go nie było. Profesor westchnął i ruszył w drogę powrotną do domu. „Co też on mi chciał powiedzieć??? To ciekawe, że wspomniał o M... Może powinienem o tym powiedzieć inspektorowi B?? Ale potem U powie, że doniosłem na niego... Tego bym nie chciał... Co tu robić, co robić??” - pytał sam siebie.

Gdy wrócił do domu rudy kot powitał go niecierpliwym miauknięciem. „O co chodzi?” - spytał profesor _ „Boże, zwariowałem już, rozmawiam z kotem!” - przemknęło mu przez głowę. Odys popatrzył na niego z politowaniem i miauknąwszy jeszcze głośniej pomaszerował z zadartym ogonem do kuchni i stanął przed pustą miseczką. Dla większej pewności, jakby X okazał się tępszy niż kot przypuszczał, pogmerał jeszcze łapką w miseczce.
„No tak, głodny jesteś, biedaku! Zapomniałem ci dać jeść przed wyjściem, ale wiesz, taki zwariowany ten dzień... Już, już, już ci daję.” - „A jednak koty to inteligentne zwierzaki...” pomyślał X.

Profesor nalał sobie gorącej herbaty i kieliszek nalewki z czarnej porzeczki dla rozjaśnienia umysłu i rozgrzania się po spacerze w parku. „Co tu robić, dzwonić do B czy nie?/ Mówić o spotkaniu z U??” Jego wzrok padł na parasolkę wiszącą już na swoim miejscu. „Przecież w gruncie rzeczy to porządny człowiek , chociaż lump... parasolkę oddał i nic nie ukradł... Ale sam przecież na policję nie pójdzie, za dużo ma sprawek na sumieniu...” - rozważał profesor. Odys znienacka wskoczył mu na kolana i popatrzył głęboko w oczy . „No co, kotku, gdzie twój pan, co? I co tu robić...” - rzekł X. Pogłaskał kota machinalnie i zastanawiał się dalej. Odys badawczo popatrzył na profesora i zeskoczył z jego kolan, po czym udał się do przedpokoju. „No masz, znów pewnie poszedł do kuwety... - jęknął profesor w duchu. Odys rzeczywiście poszedł do kuwety, ale zachowywał się nieco inaczej niż zwykle. Zazwyczaj załatwiał co było do załatwienia, zagrzebywał pozostałości łapką , formując zgrabny stożek żwirku. Tym razem załatwił sprawy, i owszem, ale potem, zamiast zakopać za sobą jak zwykle , pozaznaczał żwirek w kilku miejscach a resztę wykopał poza kuwetę, tak, aby cały żwirek trzeba było wymienić.
„Wielkie nieba! „ - zawołał profesor , zobaczywszy pobojowisko w korytarzu – coś ty tu narobił!!!
Odys fuknął obrażony i udał się na fotel, bacznie jednak obserwując poczynania profesora. X . Ten pozmiatał wysypany żwirek i oczyścił kuwetę. Gdy jednak chciał nasypać świeżego, okazało się, że torebka jest prawie pusta... Rano kupił małe opakowanie, nie wiedząc ile takiego żwirku potrzeba, a potem zupełnie zapomniał o tym, że miał dokupić... „No cóż zrobić, sklep jeszcze otwarty, dobrze, że niedaleko. Idę po twój żwirek – powiedział do Odysa stojącego w przedpokoju. „Miauuu... „ - odpowiedział kot uprzejmie. Profesor już zamykał drzwi, gdy przypomniał sobie, że nie wziął przygotowanego do wyrzucenia woreczka ze zużytym żwirkiem. Uchylił drzwi i sięgnął po woreczek. Nie zauważył, że przez uchylone drzwi wymknął się rudy kot...

Inspektor B siedział w swoim gabinecie na komisariacie. Sprawa pułkownika M nie dawała mu spokoju. Usiłował znaleźć jakiś punkt zaczepienia w śledztwie. Mógł nim być tajemniczy telefon, o którym wspomniał profesor X, a potem potwierdził doktor P. Niestety , komórki pułkownika nie znaleziono, a odszukanie jego numeru i sprawdzenie bilingu może chwilę potrwać. Był to jednak do tej pory jedyny konkretny ślad. Może rozwiązania sprawy należy szukać w przeszłości pułkownika? Nikt nie znał jego przeszłości z okresu przed przyjazdem do miasteczka. Krążyły oczywiście różne pogłoski, że będąc zawodowym wojskowym miał dostęp do różnych politycznych tajemnic, że zgromadził majątek, biorąc łapówki za wyreklamowanie od wojska, że żona go rzuciła, bo pił... Nikt jednak nie znał całej prawdy. Pułkownik w miasteczku żył bardzo skromnie, nie szastał pieniędzmi, prowadził bardzo uregulowane i monotonne życie. Miał wąski krąg znajomych, do których zaliczali się profesor X i doktor P,grywał z nimi w karty i spotykał się przy różnych okazjach towarzyskich. Jego pasją była jazda na rowerze, w każdy ładny dzień wyruszał na wycieczki rowerowe po okolicach. Miał bardzo dobry, drogi rower, który wszyscy w miasteczku dobrze znali. „A właśnie, czy rower jest w garażu??? Nie sprawdziliśmy tego...” - przypomniał sobie inspektor. „A, to pójdę od razu tam zajrzeć, może jeszcze mi się coś rzuci w oczy.” - pomyślał. „Idę do domu pułkownika M.” - rzucił do dyżurnego wychodząc.

Profesor X zatopiony w myślach podążał w stronę sklepu zoologicznego. Zamyślenie uniemożliwiło mu zauważenie sylwetki rudego kota, podążającego równolegle z nim, ale kryjącego się w cieniach i krzewach po drodze... Gdy X dokonał zakupu w sklepie zoologicznym i wyszedł, Odys zdecydował się nagle ujawnić. - Miauuuuu! - miauknął przeciągle owijając się wokół nóg profesora. „Odys!!! Co ty tu robisz??? Przyszedłeś za mną? Jak my teraz do domu wrócimy...”
W tym momencie kot wydał z siebie coś w rodzaju warczenia i ostrego miauku i popędził przed siebie. „Odys, wracaj!!! - krzyczał profesor , usiłując dotrzymać mu kroku. Ale Odys gnał przed siebie jakby go stado owczarków goniło. Zaczął zmieniać kierunek, kluczył i zatrzymywał się, patrząc, czy profesor nadąża za nim. X już dawno zgubił żwirek, biegł zadyszany i pot zalewał mu oczy. Aktywność fizyczna nie była jego ulubioną czynnością, a już biegi z całą pewnością nie. No, może jeszcze szachy, albo w najgorszym razie nieco szybszy spacer, a tu taki maraton... Nie chciał jednak stracić kota z oczu, Czuł się za niego odpowiedzialny, zobowiązał się do opieki nad nim, a tu takie coś... W tym szalonym (jak na niego) pościgu nie zastanowił się, dlaczego kot zachowuje się tak dziwnie. Nie znał kotów, przypuszczał, że może wszystkim raz na czas coś szalonego wpada do łba.
W pewnym momencie Odys skręcił za róg jakiegoś budynku. Gdy profesor dobiegł w to miejsce, kota już tam nie było... Pan X zawołał rozpaczliwie: Odys, kici, kicii, wracaj!!!” Ale było cicho. „Boże, gdzie ja jestem? - zapytał sam siebie profesor – rozejrzał się wokół i uzmysłowił sobie, że znajduje się na tyłach kawiarni „Babetka”... Przed sobą miał zagracone podwórze, z którego po chwili dobiegł go cichy miauk. „Odys, kici!” - zawołał X i zrobił niepewnie kilka kroków w stronę podwórza. W międzyczasie zapadła już ciemność, dni były krótkie. Na podwórzu stała sterta skrzynek, zza których dochodziło miauczenie Odysa. „O Boże, może wpadł gdzieś i nie może wyjść!” - pomyślał rozpaczliwie profesor. „Idę kotku, idę, już już...” i skierował się w stronę skrzynek. Gdy już do nich dochodził, zobaczył leżącego za nimi człowieka. Odys siedział koło niego i spokojnie lizał swoje rude futerko.

Inspektor B wszedł do garażu obok domu pułkownika M. Zapalił światło i rozejrzał się po garażu. Jak w większości garaży, bałagan panował tam niezły. Tym niemniej od razu zauważył stojący w kącie rower. „A więc nie kradzież...” - pomyślał. Wszyscy wiedzieli o tym rowerze, byłby łakomym kąskiem dla złodzieja. Inspektor czuł w głowie lekki mętlik, nie wiedział jak ugryźć tą sprawę. Czekał niecierpliwie na wiadomość o bilingach telefonicznych pułkownika , to mogło wyjaśnić, kto do niego dzwonił. W tym momencie zadzwoniła komórka inspektora. „No, nawet szybko sprawdzili!” - przemknęło mu przez myśl. „Halo!” zawołał – Macie bilingi??? Co?!!! Już jadę!!!!”
B wypadł z garażu i pognał do zaparkowanego obok samochodu. Ruszył z wizgiem opon, niszcząc ciszę sennego miasteczka.

Profesor X stanął jak wryty. Poczuł, że nogi mu się uginają. „Co, to, kto...” wymamrotał. „Miauuu!” - odpowiedział Odys. W słabym świetle sączącym się z suteryny przerażony profesor zobaczył , że postać ma na sobie sweterek z różowym słonikiem, który był poplamiony zakrzepłą krwią... „ Panie U, panie U!!!” - krzyknął X i dotknął głowy leżącego. była cała we krwi...
„Co robić, Boże, co robić??? Policja, pogotowie, może on jeszcze żyje???” Przypomniał sobie nagle, że przecież był sanitariuszem w Powstaniu Warszawskim i wiedział, jak sprawdzić, czy ktoś żyje czy nie. Przytknął palce do tętnicy szyjnej pana U i wyczuł słabe tętno. „Żyje!!!” - odetchnął z ulgą. W tym momencie zgasło światło w suterynie i zapadła ciemność. Odys miauknął krótko i ostrzegawczo. Profesor wyszarpnął z kieszeni telefon komórkowy. Nie był to przedmiot pasujący do niego, tym niemniej uległ kiedyś namowom bratanka, mieszkającego w Warszawie, który kupił mu go w prezencie, tłumacząc, że będzie spokojniejszy, mając z X stały kontakt. W telefonie wpisane było tylko pięć kontaktów, z których pierwszym był telefon pogotowia. Profesor schował się za skrzynkami i drżącą ręką wcisnął klawisz z jedynką. „Pogotowie??? - zawołał – przyjeżdżajcie natychmiast, ciężko ranny człowiek na tyłach „Babetki”!!! I policję zawiadomcie, ktoś go uderzył w głowę!! Jak to kto mówi, ja, mówię, X!!!! Szybko na litość boską, ja tu sam jestem, może ten napastnik jeszcze gdzieś tu jest...” W tym momencie drzwi od suteryny uchyliły się ze skrzypnięciem i zamajaczyła w nich jakaś postać. Profesorowi wydało się, że trzymała coś w ręku... „O Boże, zabije mnie, tak jak U!!!!” Ratunku!!!!” - wydawało mu się, że krzyczy, ale tylko cichy szept wydobył się z zaschniętego gardła. Postać zamknęła za sobą drzwi i ruszyła w stronę sterty skrzynek...
Nagle profesor usłyszał nadjeżdżający z piskiem opon samochód. W jego stronę biegł już inspektor B. Jeszcze nigdy w życiu X tak bardzo nie ucieszył się na jego widok. „Tu jestem , tu!!! „ wołał .
„Inspektorze, tu jeszcze ktoś jest!!! Niech pan uważa!!!”
„A pewnie, że jest, w końcu u siebie jestem! „ - odezwał się burkliwy głos pani N, która ukazała się zza stosu skrzynek, dzierżąc w dłoni masywny mosiężny pogrzebacz. „Usłyszałam jakieś krzyki, to i wyszłam, różni się tu schodzą...” - urwała nagle, zobaczywszy leżącego na ziemi U. „ A temu co?” - zrobiła krok do przodu, jednak inspektor ją zatrzymał. „Proszę nie podchodzić, zadepcze pani ślady!”
„Ale co się stało??/” dopytywała nerwowo pani N. „Ktoś mu dał nieźle w głowę.” stwierdził inspektor. W tej chwili nadjechała na sygnale karetka. U został błyskawicznie przewieziony do szpitala na Oddział Intensywnej Terapii .Inspektor zaś zabrał się do przesłuchiwania profesora i pani B.
„Jak pan się tu znalazł, profesorze?” - zapytał B.
„Ja, no, tego, po żwirek szedłem, i kot uciekł, i pobiegł tu, ja goniłem i ten człowiek tu leżał...” - mówił nieco chaotycznie X.
„Zaraz, zaraz, jaki kot?? Odys?”
„No tak, jak wychodziłem to się wymknął i spod sklepu poleciał tu...”
„A gdzie on jest?” rozejrzał się B. - „Kici, kici!!!”
Przeciagłe „Miauuuuu...” dało się słyszeć pod drzwiami suteryny.
„Gdzieś ty polazł, chodź mi tu zaraz!” - zdenerwował się profesor. Kot jednak nie przestawał miauczeć pod drzwiami.
„Głupie kocisko!!” - rzuciła gniewnie pani N.
„Może nie takie głupie, zimno jest, pewnie chce do ciepłego...” powiedział w zamyśleniu inspektor. „Chodźmy wszyscy do środka, zagrzejemy się i spokojnie porozmawiamy” - zaproponował.
Pani N nie wykazała specjalnego entuzjazmu dla tej propozycji, ale zgodzić się musiała. Policji się nie odmawia...
„To może głównym wejściem pójdziemy, co się pan będzie po suterynach wycierał...” powiedziała.
„Nie, nie – zaoponował B. - Kota trzeba wziąć, a on tam siedzi...” - i ruszył do drzwi.
Pani N zamamrotała coś pod nosem, co profesor zrozumiał jako „Co za p....lony kot, jeszcze mi tu jego potrzeba...” Popatrzył na nią ze zdumieniem, bo jakkolwiek nigdy uprzejma nie była, to jakoś słów nieparlamentarnych z jej ust nie słyszał. „Hmmm, to określenie – nieparlamentarne – chyba traci swoje znaczenie w dzisiejszych czasach... - pomyślał melancholijnie.
Inspektor otworzył drzwi do suteryny, a Odys natychmiast wpadł do środka.
Gdy inspektor przekręcił staromodny wyłącznik przy drzwiach, w słabym, żółtawym świetle żarówki zobaczył kota siedzącego koło pieca c.o. Na podłodze obok niego leżały jakieś metalowe części.
„A co pani właściwie robiła w suterynie?” zwrócił się inspektor do pani N.
„A, c.o. coś słabo ciągnęło to poszłam sprawdzić...” powiedziała burkliwie pani N.
„Coś to ma pani pecha z tymi piecami, najpierw piec do pieczenia, teraz ten...” - wtrącił się pan X.
„A, tamten naprawiony, babeczki jutro będą.” - zagadała pośpiesznie - „Już nie trzeba tego pana fachowca, inspektorze.”
„Może jednak by się pani przydał, na takich piecach on się też zna. Przerabiała go pani chyba nie tak dawno, to palenisko rakietowe, prawda?”
„Tak, niby duże palenisko, a ciąg słaby. To chodźmy już na górę, co tak tu będziemy stać...” - rzuciła pospiesznie.
Wyszli na górę, do pustej sali kawiarnianej. Profesor poczuł się dziwnie, jakby przeszkadzał duchom tych, którzy przychodzili tu od lat, a teraz pomieszkiwali gdzieś w innym świecie, spotykając się nocami na niewidzialnej kawie z babeczkami. X wzdrygnął się. „Rzeczywiście chłodno tu...” próbował się wytłumaczyć.
Usiedli przy jednym ze stolików. Inspektor wyjął notes.
„Pani N, czy nic pani wcześniej nie słyszała? Żadnych hałasów, krzyków, nic?” - zapytał.
„Nic, zajęta byłam z tym piecem. Słyszałam tylko jakby jakieś stuknięcie koło śmietnika, ale nie zwróciłam uwagi, bo tu często różne włóczęgi przychodzą, o, jak ten U na przykład. Grzebią w śmieciach i szukają jakichś resztek. Czasem wie pan, coś się przypali albo zeschnie, to wyrzucam. Dawniej ich pędziłam, ale w końcu co mi tam, niech sobie biorą, byle mi tylko nie sikali po podwórku...”
„No dobrze, o której było to stuknięcie?” przerwał jej B.
„A bo ja wiem, z pół godziny przedtem, zanim profesor krzyczał. Jak usłyszałam ten krzyk, to wzięłam pogrzebacz i wyszłam, myślałam, że się biją między sobą. No i wtedy pan przyjechał...”
„Taaaak, „ - powiedział inspektor z zastanowieniem.
W tym momencie zadzwoniła komórka inspektora B.
„Tak, tak. Słucham, co macie?? Rozumiem... Jesteście pewni???? Tak, oczywiście. Potrzebuję tu jeszcze techników. A, i jak będziecie jechać to wstąpcie po drodze po pana H, tego od pieców, powiedzcie, że ja proszę, żeby tu z wami przyjechał. No, to czekam.”
„Ale inspektorze, nie trzeba, to nic wielkiego...- zaczęła pani N.
„Pozwoli pani, że to już ja ocenię, dobrze? - powiedział inspektor zdecydowanie. Jego sposób mówienia się zmienił, nie był już dobrze znanym, spokojnym B, był skupionym i pewnym swego inspektorem, prowadzącym śledztwo. Profesor X popatrzył na niego z podziwem - „No, no już wiem, dlaczego w tak młodym wieku jest już inspektorem... Nadaje się do tej roboty...”
„Schodzimy do kotłowni, pani przodem” - zakomenderował B.
„Aaale po co...” zaczęła nerwowo N.
„Proszę nie dyskutować, tylko schodzić. A po drodze może mi pani powie, po co pani dzwoniła do pułkownika M w niedzielę?”
Pani N zbladła. „Ja, no , miałam mu dać znać, czy jego zamówienie już zrealizowane...” zaczęła niezręcznie.
„Jakie zamówienie? Pani N, niech pani się nie pogrąża. Wiemy, że pułkownik wypłacił dużą sumę pieniędzy z konta, czy pani go szantażowała?”
Pani N była już na dole schodów. „Obróciła się gwałtownie - „Jakie szantażowała?! Co pan?!” - krzyknęła.
„Proszę mi tu nie krzyczeć.” - powiedział zimno B. „Schodzimy.”
Gdy zeszli do kotłowni, zobaczyli kota siedzącego obok pieca i turlającego łapką jakieś metalowe części leżące na podłodze.
„No i co, pani N, powie nam pani co się stało, czy poczekamy na ekipę techniczną i pana H, żeby zrobił przegląd paleniska w pani piecu?” zapytał inspektor.
N osunęła się na podłogę. „To już chyba koniec...” - jęknęła cicho.
„Też mi się tak zdaje.” - odrzekł inspektor.
„A tak niewiele brakowało, żeby się udało... Ale k...wa, kto mógł wiedzieć, że ten przeklęty pułkownik miał dwie tytanowe endoprotezy w kolanach i jedną w biodrze???!!!” krzyknęła N. - „A niech pan spróbuje spalić tytan w piecu...” - dodała z goryczą.

Profesor X stał kompletnie osłupiały. Jego wzrok powędrował ku Odysowi, który turlał po podłodze coś metalowego...


 E P I L O G

Następnego dnia w południe profesor wraz z inspektorem B siedzieli u X w domu popijając herbatę z sokiem malinowym.
„Co za dzień, inspektorze, co za dzień...” - powiedział X.
„Tak, dużo się wydarzyło, to fakt.” - przyznał B.
„A czy wszystko już wyjaśnione? „ - zapytał nieśmiało X - „Oczywiście, jeśli to tajemnica śledztwa, to proszę nie mówić.” - zastrzegł od razu.
„Jaka tam tajemnica! - zaśmiał się inspektor – Myśli pan, że w naszym miasteczku jakaś tajemnica się uchowa? Chociaż nie, pułkownik miał sporo tajemnic...”
„Inspektorze, dlaczego właściwie pani N zabiła pułkownika? Nie daje mi to spokoju...”
„Profesorze, jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze... Zawsze o pieniądze...”
„Pecunia non olet... „ - powiedział sentencjonalnie X.
„No właśnie, można dla nich nawet zabić. Otóż pani N była w tarapatach finansowych, kawiarnia wymagała inwestycji, trzeba było ją zmodernizować, pieniędzy na opłacenie dodatkowego personelu nie było, a pani N zdrowie zaczynało szwankować. Gdy pewnego dnia zaczęła coś nadmieniać o sprzedaży kawiarni, pułkownik sam zaproponował jej pożyczkę. Okazało się, że ma całkiem spore oszczędności, prawdopodobnie te plotki o łapówkach w czasach jego pracy w wojsku miały w sobie jakieś ziarno prawdy. W zamian chciał procentu od zysku z kawiarni i zgodził się na odległy termin zwrotu pożyczki. W niedzielę, kiedy był pan u niego na kartach, odebrał właśnie telefon od pani N i umówił się na przekazanie gotówki. Niestety, zmienił całkowicie zdanie na temat warunków spłaty. Stwierdził, że sprawy się skomplikowały i zażądał bardzo wysokiego procentu. Pani N wpadła w szał. Chwyciła mosiężny pogrzebacz i walnęła nim M w głowę. Gdy stwierdziła, że M nie żyje, postanowiła spalić zwłoki w piecu. Niedawno piec był remontowany, miał duże palenisko rakietowe i chciała w ten sposób pozbyć się ciała. Nie wiedziała jednak, że to nie takie proste...”
„Może oszczędzi mi pan szczegółów. Już chyba wystarczy mi ta wiedza, którą posiadam...” - przerwał mu słabym głosem profesor.
„Oczywiście, oczywiście, powiem panu, że nawet na mnie to zrobiło wrażenie, chociaż to moja praca.” rzekł inspektor.
Ciszę przerwał melodyjny dźwięk komórki B.
„Tak, słucham. Aha, świetnie, dziękuję za wiadomości. Zaraz jadę.”
:U odzyskał przytomność. Muszę jechać do szpitala. Dziękuję za herbatę.”
„Inspektorze, czy mógłbym pojechać z panem?? I tak chciałem się wybrać do niego do szpitala, biedak chciał mi coś powiedzieć wczoraj i nie zdążył...” - poprosił nieśmiało X.
„O. to ciekawe, opowie mi pan po drodze, jedźmy.”

W czasie jazdy X opowiedział inspektorowi o niedokończonej rozmowie z U w parku.
„Interesujące...” - powiedział B. „Zapytam go o to...”
Gdy weszli do sali, w której leżał U, podłączony do skomplikowanej aparatury, profesor nie wiedział, czy dobrze trafili. Właściwie to nie poznał, pacjenta. U był umyty, siwe, rozwichrzone włosy były zaczesane gładko do tyłu, szpitalna biała koszula też nie była jego zwykłym strojem. Jedynie nos i policzki zachowały swoją normalną jeżynowo-malinową barwę. Głowę zdobił spory bandaż.
„Szanowanko, inspektorze...” - wychrypiał U.
„Dobrze, dobrze, niech pan odpowiada tylko na pytania.” - powiedział pospiesznie inspektor.
W tym momencie do sali zajrzał lekarz. „Inspektorze, ale krótko, bardzo proszę, on musi mieć spokój.”
„Tak, oczywiście.” zgodził się B.
„To ja poczekam na korytarzu.” - wycofał się profesor.
Czekając na inspektora , przypominał sobie rozmowę z U w parku. „Co on mógł wiedzieć o tej całej sprawie? Wyraźnie go coś gnębiło... Biedny człowiek, może gdybyśmy dokończyli tą rozmowę, to by nie leżał tu teraz z rozbitą głową... Właściwie to porządny człowiek ,życie mu się nie poukładało, ale tak to bywa... Ciekawi mnie ten jego sweterek ze słonikiem, dlaczego on takie coś nosi? Może kiedyś mi powie...”

Po jakichś 10 minutach inspektor wyszedł z pokoju - „Już wszystko wiem, profesorze” - powiedział z półuśmiechem. „On chce pana widzieć, niech pan nie pyta o nic i go nie męczy, słaby jest.”
:Tak, tak, wiem.” powiedział pospiesznie X.
„Witam profesorku, - „zachrypiał U.
„Niech pan się nie męczy, inspektor mi opowie co i jak – przerwał mu profesor.
„Wiem, wiem, ja ino żem chciał panu podziękować, że mnie pan uratowałeś, jakby nie pan, toby mnie już na tym świecie nie było...”
„Panie U, przecież każdy by tak zrobił, to Odysowi trzeba podziękować, bo mnie tam zaprowadził...”
„Odys? Nie znam – zdziwił się nieco U _ Co za jeden??”
„Odys, to imię kota pułkownika M, zaopiekowałem się nim .” - wyjaśnił profesor. Nie była to pora na opowieści z mitologii, choć profesorowi serce się krajało , jak pomyślał, że Odys został zdegradowany do kociego imienia...
„O, to muszę mu jakiego szczura skombinować, jak stąd wyjde – uśmiechnął się słabo U, demonstrując wyraźne braki w uzębieniu.
X aż się wzdrygnął, nie wyobrażał sobie Odysa pożerającego jakiegokolwiek gryzonia a co dopiero szczura...
„Dobrze, dobrze, trzymaj się pan jakoś, zdrowia życzę.” - chciał zakończyć rozmowę profesor.
„Profesorku, z pana to porzundny gość, dzięki, a jażem jeszcze to parasolkie panu podgrandził...”

„Panie U, nie ma o czym gadać, leż pan, odpoczywaj i do zdrowia wracaj.”
„Ale, ale , profesorku, weź pan się dowiedz, gdzie mój sweterek, ten ze słonikiem, wiesz pan, czy aby nie wyrzucili cholery gdzie???” zdenerwował się U. Skrzywił się lekko i dotknął bandaża na głowie „Boli , cholerstwo...”
„Nie wolno się panu denerwować, obiecuję, że się dowiem co ze sweterkiem.” - przyrzekł X.
„Wróć się pan i powiedz, co?”
X obiecał solennie, że wróci i wyszedł z sali.
Inspektor czekał na korytarzu, popijając lurowatą kawę z automatu.
„No i jak tam?” - zagadnął.
„Muszę się dowiedzieć co z jego sweterkiem, strasznie go to niepokoi i denerwuje.” - powiedział X.
„Dziwna sprawa z tym sweterkiem, nie? Kto by w takim czymś chciał chodzić? „ zastanowił się B.
X poszedł poszukać pielęgniarek, które przyjmowały U. Miał szczęście, jedna z nich jeszcze była na oddziale, zastępując koleżankę.
„Przepraszam panią bardzo, czy pani nie wie, co mogło się stać z ubraniem pana U? „ zapytał nieśmiało profesor.
„Oj, było takie brudne i pokrwawione, że kazali wyrzucić...”
„Wszystko???” - zdenerwował się X.
„Prawie wszystko, taki miał śmieszny sweterek ze słonikiem, pokrwawiony trochę, wypłukałam go i powiesiłam w suszarni, bo on nawet jak był nieprzytomny to tak go kurczowo trzymał, że pomyślałam, że przywiązany jest do niego...” - powiedziała pielęgniarka. Była dość młoda, miała miły uśmiech i, jak widać ludzkie odruchy jeszcze jej pozostały, nie przytłumione rutyną.
„Niech się pani nie zmienia. Dobra z pani dziewczyna...” - uśmiechnął się profesor.
„Eeee, co też pan mówi... „ zarumieniła się, ale widać było, że słowa X sprawiły jej przyjemność.
„On właśnie o niego pytał, chciałbym mu go zanieść. „ powiedział profesor.
Pielęgniarka przyniosła jeszcze wilgotny sweterek. „Tylko niech go pan nie zostawia w sali, tam nie wolno.” - ostrzegła.
„Dobrze, pokażę mu tylko i wezmę do domu.” obiecał X.
Gdy wszedł do sali, U otworzył oczy .
„No, co ze sweterkiem??? - zapytał nerwowo.
„Mam, mam, spokojnie, ale resztę niestety wyrzucili...” - powiedział niepewnie profesor.
„Inne, to ja wiesz pan gdzie mam!! O sweterek ino się mnie rozchodziło!” - U wziął delikatnie sweterek do ręki i przytulił do swojej twarzy. - Całe szczęście, że się uchował...” - wyszeptał.
„Panie U, ale ja go tu panu nie mogę zostawić, nie pozwalają, jak znajdą to wyrzucą. Mogę go panu wziąć do domu na przechowanie, jak się pan zgodzi.” - zaproponował X.
Na twarzy U widać było duży wysiłek myślowy. - „No dobra, ufam panu, strzeż go pan, jak skarbu jakiego. Zara się zgłosze, jak stąd wyleze.”
„Ma pan jak w banku.” - powiedział X.
„Eeee, wiesz pan jak to te banki teraz, bankrutujo, ludzi okradajo... Mnie tam pana słowo wystarczy...”
„Panie U, a, przepraszam, że pytam, czemu ten sweterek taki dla pana ważny?” - zapytał nieśmiało profesor.
„O, to długa historia, Taka wiesz pan, sętymętalna bardziej... Kiedyś panu opowiem...” U zamknął oczy i zapadł w drzemkę, a profesor po cichu wyszedł z pokoju, dzierżąc sweterek w ręku.
„O, widzę, że sweterek się znalazł?” - uśmiechnął się inspektor.
Ano tak, biorę go na przechowanie.” odpowiedział X.

Inspektor po drodze opowiedział X, czego się dowiedział od U. Otóż podczas spotkania z X w parku, U chciał opowiedzieć o rozmowie, którą podsłuchał przypadkiem, kradnąc pościel ze sznura u Tyrolki. Okno w domu pułkownika było uchylone, a on kłócił się z kimś przez telefon. U dosłyszał tylko” Czego ty ode mnie chcesz!! Ta sprawa dawno zamknięta, swoje dostałeś!! Szantażu ci się zachciewa??? A pamiętaj, że ja też coś na ciebie mam, nie zapominaj o tym, ty gnido!” U struchlał i schował się między prześcieradłami, po czym wymknął się cicho z podwórza.
„Ta rozmowa to mogła być bezpośrednia przyczyna zmiany decyzji pułkownika co do pożyczki udzielonej pani N. Mógł potrzebować pieniędzy dla szantażysty. „ - powiedział inspektor.
„A dlaczego U dostał w głowę?” - zapytał profesor.
„U poszedł pomyszkować w śmietniku pani N, zobaczył światło w suterenie i podkradł się do okienka. Zobaczył panią N wpychającą coś do pieca, nie bardzo się chciało zmieścić i przerażony U zobaczył, że była to ludzka ręka... Nie wytrzymał i wrzasnął głośno ze strachu. Chciał uciekać, ale potknął się o stertę skrzynek i przewrócił. Pani N wypadła z suteryny z pogrzebaczem w ręku i zadała leżącemu cios w głowę. Na drugi cios nie miała czasu, gdyż na podwórko wpadł Odys i usłyszała pana krzyki, schowała się więc szybko w suterynie. Resztę pan już wie. Można więc powiedzieć, że faktycznie U zawdzięcza życie panu i Odysowi.” - uśmiechnął się inspektor.
„Taaak, obiecał Odysowi tłustego szczura w podziękowaniu. Mam nadzieję, że się rozmyśli...”
„Profesorze, a co z tym sweterkiem? Czemu on dla U taki ważny?” - zapytał B.
„Nie wiem, ponoć jakaś sprawa sentymentalna... Powiedział, że mi kiedyś opowie.” - odpowiedział X.
„No, no, kto by pomyślał, że nasz U taki romansowy... Jak to nigdy nie wiadomo, co w człowieku siedzi...”
„Inspektorze, może skosztowałby pan mojej tegorocznej nalewki z czarnej porzeczki? Zapraszam serdecznie.” - Profesor nie lubił sam kosztować nalewki, a miał na to wielką ochotę.
„Chętnie profesorze, ale wieczorem wpadnę, samochód musiałbym zostawiać...” - powiedział z pewnym żalem inspektor.
„No cóż, poczekam więc do wieczora... Do zobaczenia.” pożegnał się X.

Gdy wszedł do domu, powitał go Odys, łasząc się do jego nóg. „Witaj kotku, zasłużyłeś na coś dobrego, człowieka ocaliłeś... Ale twój pan już nie wróci, wiesz o tym, prawda?”
„Miauuu” - odpowiedział przeciągle kot
„Myślę, że będzie nam razem dobrze... A wiesz, że U chce ci ofiarować gryzonia w podzięce za uratowanie życia?”
Odys parsknął z oburzeniem i poszedł prosto do miseczki w kuchni. „Jak można mnie, doświadczonemu i szlachetnemu kotu śledczemu ofiarować coś tak trywialnego??? Oj, ludzie , ludzie...” pomyślał kot z politowaniem.

K O N I E C

Poniekąd ciąg dalszy pt. "Burzliwa wiosna pana U."

(Mika) Był koniec kwietnia. Wreszcie nadeszła długo oczekiwana wiosna, drzewa pokryły się młodymi , delikatnymi listeczkami, ptaki szalały, koncertując jak opętane, koty się oblizywały.  Także Odys, rudy kot pana X, odziedziczony po tragicznie zmarłym pułkowniku M (o tej tajemniczej historii można przeczytać w zakładce "Szary dzień pana X").
- Odysku, przestań się ślinić do tego szpaka! - zawołał pan X. - Zaraz ci dam chrupek!
- Chrupek, rzeczywiście!!! - prychnął Odys. - Nie ma to jak świeżutki młody szpaczek - rozmarzył się... - Nie darmo mówią „szpakami karmiony", może i dlatego jestem takim świetnym kotem śledczym!
O Odysie można różne rzeczy powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest skromny i umiarkowany w ocenie własnej kociej osoby.
Profesor X nakarmiwszy kota chrupkami, które ten przyjął z umiarkowanym entuzjazmem, postanowił zobaczyć jak wygląda wiosna w parku. Udał się więc na przyjemną wiosenną przechadzkę, na wszelki wypadek wziąwszy jednak ze sobą parasol. Kwiecień, plecień i tak dalej...
Pan X zasiadł na swojej ulubionej ławeczce i z radością rozejrzał się wokół. Trawa lśniła szmaragdową zielenią upstrzoną puchatymi żółtymi mleczami, złociste forsycje ubrały się w wiosenną szatę, nawet bladoróżowe migdałki zaczynały rozwijać swoje kwiatki. Ptaki szalały, ćwierkając, gwiżdżąc, kłócąc się między sobą i śmigając z różnymi materiałami na budowę gniazdek. Tę rozkoszną kontemplację przerwał mu chrapliwy głos, należący do postaci w różowym sweterku ze słonikiem, wynurzającej się zza krzaka.
- Sie ma, Mistrzu! Profesorek wiosenke se ogląda, co? - zaśmiał się pan U, pokazując resztki uzębienia w szerokim uśmiechu. Profesor drgnął, wytrącony z wiosennego błogostanu.
- A to, pan! No cóż tam u pana, chyba też pan z wiosny zadowolony, co? - zapytał X uprzejmie.
- Sie wie, ciepełko, można se troche „Szału” w plenerze zapodać, nie? Ale wiesz pan, profesorku, kłopot troche mam, znowusz jakieś dziwa w naszym miasteczku się zaczynajo...
- Jakie znowu dziwa? - zapytał z niepokojem X , mając w pamięci wydarzenia listopadowe.
- No nie wiem właśnie sam, zdało mi sie, żem jakiegoś stwora dziwnego w zagajniku widział...
- Jakiego znów stwora, na miłość boską???
- Wisz pan, takie cuś jakby kuń, ale i z faceta sporo miał, no i gadał po ludzku...
- Centaur????????? - krzyknął profesor. - Centaura pan widział???
- O, o, o, Centuś, tak mówił o sobie, żeby go Centuś wołać!
- A nie był to skutek nadmiernego spożycia wina „Szał"? Tam na etykiecie też kuń, pardon, koń?
- No coś pan, przecie ja onego żem widział zanim my z kolesiem „Szała” obalili!
- I co on jeszcze mówił? - zapytał X z ciekawością.
(Hana) - Jakoś tak cinko mówił - ani jak kuń, ani jak facet. Ale chyba silnie przestraszony był - rzekł Pan U. - Ręce my se uściśli, a chwyt ma jakbym kopytem dostał - kontynuował przejęty Pan U.
- Ale mówił coś? - zapytał rozemocjonowany X. Pan U był taki przejęty, że to nie mogło być delirium. No i wyglądał na trzeźwego.
- No cuś bełkotnął. Że mu zimno i czy cimno, sam nie wiem. Goły taki, to i zimno mu. Cimno jeszcze nie było. I napić się chciał, ale mieliśmy tylko „Szał” - to i szału ni ma. A bo to wiadomo co taki zrobi, jak się tego napije? Wścieknie się i na baby poleci albo co? A kobity u nas nie od tego. Zakocha się która i nieszczęście gotowe.
Panu U nie można było odmówić racji. X zadumał się, nie bardzo wiedział, co z tym fantem zrobić.
- No dobrze, panie U. Załóżmy, że panu wierzę. Gdzie on teraz jest, ten - jak mu tam - Centuś?
- No jak gdzie? - odparł pan U. - A tam, w tych krzakach za piaskownicą. Kupiłem mu bułkę, kazałem cicho siedzieć i przyleciałem tu.
(Ewa) Wtem, zza krzaków dobiegło ich rżenie z parskaniem. Spojrzeli na siebie, i odwróciwszy się na pięcie skierowali swe kroki za piaskownicę, a właściwie za krzaki. Oczom ich pojawił się widok, który spowodował stan osłupienia, wytrzeszczu, i opadnięcia dolnej szczęki u obydwu panów. U profesora jakby bardziej, gdyż taki widok miał pierwszy raz w swoim długim życiu.
-O matko! - jęknął profesor.
- A nie mówiłem, a nie mówiłem - powtarzał wytrzeszczony pan U.
- Ale mówiłeś pan, że jeden był - szepnął profesor.
- Bo był jeden - odszepnął pan U.
- To co, dwoi mi się w oczach? - mamrotał profesor.
- Hej, hej Centusiu - zawołał pan U. - Skąd ten drugi konioczłek się tu znalazł?
- Tylko nie konioczłek, tylko nie konioczłek, to jest moja przyjaciółka. Panowie, przedstawiam: Matylda Centaurowiczówna !
Matylda rzuciła powłóczyste spojrzenie zza długich rzęs w kierunku profesora.
- Profesorze - rzekła - profesorze, jak miło mi pana poznać. Tak wiele o panu słyszałam - kontynuowała posyłając mu znów spojrzenie zza rzęs .
(Marija) Profesor osłupiał . Taka młoda, piękna, to nic, że na czterech nogach, jednak to jakaś namiastka kobiety.
- Całuję rączki szanownej Centusi - powiedział. Hmm... rączki, ale którą wybrać ?
(Ninka) - Rączki są przecież tylko dwie, reszta to kopytka! - pomyślał, a że w tej samej chwili Matylda podała mu swoją prawą, uroczą zresztą, rączkę, więc dylemat rozwiązał się sam. Ucałowawszy rączkę Matyldy profesor wyprostował się i aż go zatchnęło, bo zobaczył, że Centuś patrzy na niego i w oczach ma chęć mordu.
- Zazdrosny, czy jak? - pomyślał profesor, (Mariolka) lecz stał jak wryty. Spoglądał w sarnie oczy, okolone nieprawdopodobnie wręcz długimi rzęsami i zastanawiał się, jakie plotki dotarły do uszu pięknotki. Zbierał myśli w głowie. Zastanawiał się jak zacząć rozmowę i delikatnie wysondować co właściwie pięknooka centaurionka o nim słyszała. Czy ma się wstydzić, czy wręcz odwrotnie, wypiąć dumnie swą wątłą pierś. Już otwierał usta by inteligentnie zagaić, gdy nagle końskie nogi zatańczyły w miejscu. Przednie dreptały panicznie, a tylne wymierzyły potężnego kopniaka. Centuś również zerwał się do biegu, lecz zerknąwszy szybko dookoła zatrzymał się, patrząc na spokojną już pięknotkę, z pytaniem w oczach. Lekko zawstydzona Matylda uśmiechnęła się przepraszająco.
- Och, wybaczcie... Generalnie nie jestem płochliwa... Boję się tylko dwóch rzeczy. Tego co się rusza i tego co się nie rusza... Ale ten motyl usiadł na moim zadzie tak niespodziewanie...
Profesor spojrzał na pana U. Wiosna... (Hana) Następnie przeniósł wzrok na Matyldę i osłupiał. Na skutek wierzgnięcia jej długie blond włosy rozwiały się na wietrze i osłupiałym oczom profesora ukazała się alabastrowo biała pierś drżąca z zimna i emocji. Nogi się pod nim ugięły - w przeciwieństwie do wątłego torsu. (Ninka) Postanowił niezwłocznie przejść do rzeczy.
- Co państwo właściwie robią w tych krzakach? - zapytał zdecydowanie.
Matylda zaczerwieniła się, a Centuś zaczął się jąkać.
- Nooo... My... Właściwie...
- Nie o to pytam! - profesor huknął gromko, żeby zamaskować zażenowanie. - Skąd się tu w ogóle wzięliście?!
(Mariolka) - Jak to skąd! - zdenerwował się w końcu centaur. - Przecież nie z kosmosu. A co robimy? Wiosna, panie, wiosna...
Profesor lekko poczerwieniał. (Hana) I pomyślał sobie, że powariowali wszyscy z tą wiosną. To co, że wiosna? Czy to jest powód, żeby z gołymi cyckami latać? Zdjął swój wysłużony tużurek i podał go Matyldzie.
- Pani się przyokryje - rzekł.
Matylda niechętnie sięgnęła po wdzianko i zamarła z ręką w powietrzu. Parkową alejką szparko sunęła w ich stronę zażywna matrona w czarnym kapeluszu z woalką udrapowaną wokół ronda. Jej wielki biust zdawał się ją prowadzić w sobie tylko znanym kierunku. Dziarsko maszerowała na wszystkie strony wymachując parasolką, którą władczo dzierżyła w urękawiczonej dłoni jak marszałkowską buławę. Od jej postaci biła siła, zdecydowanie i skrajne poglądy.
- Oesssu - wyszeptała spłoniona Centusia.
- Oesssu - jak echo powtórzył pan U poszedłszy za spojrzeniem Matyldy.
(Mika) - Nie bój nic, zasłonie cie własnom piersiom! - rzucił pan U, włączywszy się do akcji. Wyprężył swoją nieco zapadłą pierś obleczoną w różowy sweterek ze słonikiem i stanął przed biustem Matyldy. Matrona zbliżała się nieuchronnie jak uosobienie przeznaczenia, a tymczasem Mati próbowała szybko odziać się w tużurek pana X, co proste nie było, jako że tułów jej układał się raczej w poziomie niż w pionie.
- A co tu się dzieje???!!! - ryknęła matrona z siłą setki głośników - Cyrk przyjechał??? Wstyd i zgorszenie siać??!!!
- Dzień dobry, pani F! - powiedział z godnością profesor. - Chyba się przywitać najpierw wypada?
Pozwolił sobie na tą delikatną złośliwość, gdyż pani F szczerze nie znosił, tak z powodu poglądów, jak hałaśliwego sposobu bycia.
(Hana) - Co wypada, a co nie, ja wiem lepiej! - spojrzała na Centusia i Matyldę wymownie, ale niczego podejrzanego widocznie nie dostrzegła. Widziała po prostu parę bardzo wysokich ludzi. Na szczęście ich końskie członki zakrywały krzaki.
- A profesor co taki rozmemłany? Jeszcze jaką francę złapie! - ryknęła tubalnym głosem.
- Samaś franca - mściwie pomyślał profesor.
Tymczasem Walkiria najwyraźniej wcale nie zamierzała ruszyć tam, dokąd tak zdecydowanie maszerowała przed chwilą. Łypnęła okiem w stronę Centusia raz i drugi, kokieteryjnym gestem poprawiła kapelusz, wydęła uszminkowane na różowo usta i rzekła:
- A pan to chyba nietutejszy? Od razu widać klasę i światowy szyk - prześlizgnęła się łakomym okiem po nagim torsie Centusia.
(Mika) - Niezłe sobie profesor towarzystwo znalazł! - prychnęła. - Najgorszy element w miasteczku!
- No, no, tylko se nie element! - zaprotestował pan U z godnością. - Ja z paniusiom świń nie pasałem, coby mi tu wymyślała bez dania racji!
Świń to może nie, ale słoniki? - wycedziła pani F przez zęby z kąsającą wręcz ironią.
U zalał się krwistym rumieńcem i nie mógł wydusić z siebie słowa poczuwszy się ugodzonym w najczulsze miejsce.
Tu już Centusiówna nie wytrzymała: - Dlaczego pani tak obraża tego pana? - zapytała spokojnie.
- A tobie co do tego??? - ryknęła matrona. - Widzieliście, obrończynię uciśnionych sobie znalazł!!! A ty kto w ogóle jesteś, gidio jedna???
(Marta) Nagle...wzrok pani F powędrował w kierunku sweterka ze słonikiem.
- Boszesz ty mój, co za piękny róż, mój ulubiony! A co tam pod nim być musi.....i co za odwaga - własnom piersiom te piersi kopytne zasłaniać. Że też ja teraz dopiero to widzę.
Staneła naprzeciwko pana U, wygięła tułowie ku przodowi, usta perłowe w ciup ukształtowała i zagaiła:
- A szanowny pan co tak z tą kopytną blisko - nie wstyd panu? Przecie prawdziwe damy - tu zamrugała kusząco - są na świecie.
Pan U zamarł... (Hana) Krew odpłynęła mu z twarzy w kierunku dziurawych butów. Omatulu, znikąd ratunku... chociaż... Na jego obliczu ukazał się wysiłek umysłowy. Pani F wszak majętną była, całe miasto o tym gadało. Pan U nagle się rozpromienił.
- Co za śliczny kapelusik - tu mrugnął znacząco w stronę Centusia. - Co się pani będziesz śpieszyła - zagaił. Może się przejdziemy?
(Marta) - EEEE, a niech mnie szał trzaśnie, co robić?! - pomyślał. Podciągnął portki które nieco z wrażenia mu opadły i dyskretnie zaczął się wycofywać ze swojej pozycji. Pani F jednak nie dając za wygrana, nacierała w jego kierunku.
(Mika) - Ona chyba cierpi na chorobę afektywnom dwubiegunowom... - przemknęło mu przez głowę (kiedyś znalazł na śmietniku pismo "Charaktery" i nudów przeczytał, chociaż trochę czasu mu to zajęło). - Najsampierw człowieka jak obuchem w łep, a potem się wdzięczy jak koński zad do bata...
Uświadomił sobie niezręczność tego porównania ze względu na obecność Centusi i powiedział: - Sie pani tak nie kryguje, bo i wiek nie po temu i ja sie na czwartego małżonka nie nadaje. Trzech już pani do naszego smętarzyka doprowadziła, ja tam czwarty nie chcem być. A od Centusi mi wara, to delikatna panienka jest, chociaż nieco narowista...
Panią F chyba pierwszy raz w życiu zatkało na taką bezczelność.
(Hana) - A ja to niby co? Niedelikatna? Jeszcze byś się zdziwił obiboku! Ja ci tu zaraz...już ja ci smętarzyk pokażę! - pani F uniosła parasolkę i zamierzyła się na bogu ducha winnego nieszczęśnika.
- Damie się nie odmawia! - W tym samym momencie poczuła na plecach solidne uderzenie i padła jak kłoda u stóp zbaraniałego pana U.
(Kalipso) Pan U szybko otrząsnął się z szoku. - No tak... To Matylda... Co za kobieta! Co za pół - kobieta! Ocaliła mnie od smętarzyka. Tylko... Co tera? Co tera? -  myślał gorączkowo U.
Centusia załamała dłonie i zatrzepotała rzęsami. Nie chciała tak mocno kopnąć pani F. Oczęta jej wypełniły się łzami. Tymczasem profesor przykucnął obok poszkodowanej. Przewrócił ją na plecy i zaczął klepać po uróżowanych policzkach. F otworzyła oczy i spojrzała na niego miłośnie, żarłocznie i dziko. Kopnięcie Centusi bowiem było magiczne. To nie ono powaliło panią F, ale nieznana siła, która przeniknęła ciało kobiety pod wpływem uderzenia. Ta siła rosła w niej powoli. Jaj włosy zaczęły gęstnieć i wić się jak węże, potężne piersi uniosły się dumnie, tyłek przeobraził się w krągły zad z pięknym końskim ogonem. Wyrosła jej dodatkowa para nóg, silnych i prężnych. Ubranie zaczęło na niej pękać ukazując powoli wszystkie wdzięki, ku zaskoczeniu przerażonych świadków tego przeistoczenia. Pani F unosiła się do góry. Kiedy opadła na ziemię, wszyscy zaniemówili. Centuś otworzył szeroko usta w zachwycie, aż Matylda spojrzała na niego zaniepokojona. Pani F przeobraziła się w centaura. Stała tak oszołomiona z rozbieganymi oczami, ale w końcu się opanowała.
- Co?- warknęła do zgromadzonych.
(Agniecha) - A nic, nic, właściwie wszystko jest w porządku - wymamrotał w imieniu wszystkich nieco zaskoczony Pan X.
- No, no, niezła z niej kobyła - pomyśleli w cichości ducha unisono Centuś oraz Pan U.
- Ja ci dam popalić, wałachu jeden - pomyślała intensywnie zazdrosna Matylda w stronę Centusia (konie i centaury potrafią, jak wiadomo, posługiwać się telepatią).
(Hana) - E, no nie no, całkiem mi się to podoba - pani F przez lewe ramię spojrzała na swój lśniący zad i umięśnione nogi. Poczuła się jakoś tak stabilnie, rześko i młodo. Energia rozdymała jej chrapy, aż iskry szły spod kopyt. No i Centuś tak na nią patrzył, tak patrzył... W głowie pani F galopowały myśli. Co też mi po głowie latało? - pomyślała cichutko. - Toż to wywłoki, ten tu zwłaszcza - tu przyszpiliła wzrokiem pana U, który aż skurczył się w sobie pod ciężarem jej ócz. Spojrzała z góry na te nędzne kreatury w postaci pana U oraz profesora X z wątłą klatką piersiową. Przeciągnęła się z lubością tylnymi nogami i podjęła decyzję zakrzyknąwszy:
- Hejjjjjjjjjjjjaaaaaaaaaaaaooooooooooooiccccccchhhaaaaachaaaaaaaaa! Jakaż ja byłam głupia! Nareszcie! Nareszcie jestem wolna!
Zatupała radośnie o podłoże i zerwała z głowy idiotyczny kapelusik. Na jej obfity biust rozsypały się złote pukle włosów. Słońce igrało w nich tysiącem promieni, wiatr grał na nich jak na harfie. Centuś stał oniemiały z zachwytu, profesor X zbladł, pan U poczerwieniał z niewiadomej przyczyny. Tylko Matylda skamieniała nie wykazując najmniejszych oznak czegokolwiek. Tylko oczy jej pociemniały. Stała tak i pałała gamą odczuć - w większości negatywnych.
- @#$%^*8765(*&! Ale ze mnie kretynka! Znów to zrobiłam! Dopiero pozbyłam się tamtej rudej maupy z końskimi zębami! Nigdy się nie nauczę, cholera jasna! Trzeba było w czerep przylać, wtedy zamieniłaby się w żabę, bo chyba nie w księcia, hrehrehre - biła się z myślami.
Tymczasem profesor X stał w milczeniu. Już wiedział, skąd biorą się centaury. Ale żeby pani F? Tego się po niej nie spodziewał. Wydawało mu się, że to jest typ, którego nic nie zmoże. A jednak... Jak to pozory mylą... - snuł głębokie refleksje profesor.
(Ewa) Pani F stanęła chrapa w chrapę z Matyldą, patrząc przenikliwie w jej oczy.
- Oszszsz ty małpo jedna, myślisz, że nie wiem, co myślisz ?
Matylda ugięła się pod siłą jej spojrzenia. Zarżała cichutko, i żałośnie i szepnęła z rozpaczą w głosie: - Cóżem ja sobie uczyniła! Już po mnie!
Pani F odrzuciła głowę na bok, gęste pukle przepłynęły na drugą stronę smukłej szyi. Spojrzała władczo na Matyldę.
(Hana) - W żabę? W żabę??? Ja ci pokażę żabę nędzna kreaturo! Odczep się ode mnie i od Centusia! Na siłę go nie rozkochasz, a ja jestem starsza, silniejsza, piękniejsza i możesz sobie kopać do woli. Mam większe ubezpieczenie! Jak myślisz, gówniaro, z kim Centuś woli dzielić siano i bezkresne prerie? Spójrz na siebie koścista wywłoko! To są cycki? To coś? I ten chudy tyłek?
Pani F pogardliwie zarzuciła puklami, założyła ręce i drwiąco spoglądała na Matyldę. Centusia, zbita z pantałyku, przez chwilę bezradnie trzepotała długimi rzęsami głupawo się uśmiechając. Szybko jednak się otrząsnęła z chwilowego stuporu i całą wściekłość skierowała na wgapiającego się w biust Pani F. Centusia.
- A ty co się tak gapisz na tę starą kobyłę? Nie widzisz, że wszystko ma nadmuchane botoksem? Ciekawe, co zrobisz z tym pudłem za pół roku? Do mnie przylecisz, co? I będziesz jęczał jak zwykle: Mati, Mati, moja najkochańsza, tyś mą prawdziwą miłością, to była pomyłka, kochana miałaś rację... Ale wiesz co? Nosił wilk razy kilka, aż mu się ucho nie urwie. Wtedy zobaczymy!
To mówiąc, Matylda pogardliwie odrzuciła włosy do tyłu, ostentacyjnie i z pogardą otaksowała panią F która poczuła się odrobinę mniej pewnie.(Luna) I tak się Matylda na panią F intensywnie patrzyła, że uwagę tej drugiej w końcu zwróciła. I wbiła swe oczy pani F w Matyldę i wargi jej rozciągnęły się w jakimś dziwnym uśmiechu. Aż się Matylda nieco cofnęła. A w oku nowo narodzonej centaurzycy zabłysło światło.
- Tyś mnie uczyniła wolną! - zagrzmiała, aż jej pierś obfita zafalowała lubieżnie. - A skrzydeł byś mi nie dała? Bo WOLNĄ chcę być tak już zupełnie! i polecieć w chmury ku słońcu!!!"
(Hana) - Coś ci się pofyrtało - sarkastycznie rzekła Matylda. - Ku słońcu to już jeden taki poleciał i dotąd nie wrócił. W sumie niezły pomysł - dodała po zastanowieniu. - Tylko jakie skrzydła uniosą twój wielki zad, że o cyckach nie wspomnę... (Ewa) Motolotnie se zrób – warknęła. - Skrzydeł się starej kobyle zachciało! Ha ha, chodzić ciężko, doopa ciężka, a motylka chcesz udawać ? - pastwiła się Matylda. Natomiast w jej głowie zaczął świtać pomysł.
- Jak dam kobyle skrzydła, to se pofrunie, i odchrzani się od Centusia!
Doszła do wniosku, że to całkiem niegłupi pomysł!
- Ale poczekam jeszcze z tymi skrzydłami - pomyślała. Chciała, co prawda niby niechcący, smyrnąć panią F kopytkiem w lewą przednią nogę, by zamienić ją w wietnamską świnkę, ale Centuś by się dowiedział, że potrafi być mściwa, i złośliwa. A na tym przecież jej nie zależało ! Postanowiła udawać w myślach, że przyjaźnie nastawiona jest do pani F Niech ta wyczyta z jej myśli, że jest jej życzliwa. A nocą, kiedy pani F jasnowidzenie nie działa, będzie precyzyjnie układać plan pozbycia się pani F. (Hana) Matylda nie przewidziała wszakże, że Pani F cierpi na bezsenność. Nie wiedziała jeszcze, że na nic jej sprytny plan.
Tymczasem Pan U zmożony biegiem wydarzeń gdzieś zniknął. Jakby rozpłynął się w powietrzu. Profesor X rozejrzał się czujnie i zobaczył, jak pan U przy swoim wózeczku opróżnia nienerwowo kolejną butelkę napitku „Szał”.
- No, teraz się dopiero zacznie - pomyślał trzeźwo...
Ostatnia kropla zabulgotała w butelce, pan U. odessał się od niej z sykiem, czknął z rozkoszą i przekrwionym okiem potoczył dookoła. Pustą już butelczynę pieczołowicie zawinął w papier i schował do wózeczka.
- No. Tera możem pogwarzyć . - Lekko chwiejnym krokiem zbliżył się do tej wątpliwej maści grupy Laokoona kłębiącej się w krzakach forsycji. Tylko węża tam brakowało. Chociaż... wziąwszy pod uwagę charakter pani F można by uznać, że jest i wąż, a nawet żmija. Pan U z pieśnią : - Jesieeeeenne róóóże... -  na ustach podszedł do profesora, poufale walnął go w plecy i rzekł:
- Co profesorku takeś się zestrachał? Fajne kobitki co nie? Ty się mnie czym, zara ten jazgot uciszę - to mówiąc wyjął z kieszeni wymiętą paczkę papierosów. - Zajarasz pan?
(Mika) - Przecież pan wie, że nie jaram, eee, nie palę.
- Ale wew takich okolicznościach niezwyczajnych, sie pan częstuje!- i wyciągnął ku panu X rozsypujące się i wyflumione papierosy.
- Nie, nie, okoliczności to prawda, bardzo niezwykłe , ale nie mogę.
- A ja tera wszystko mogie, szfystko!!! - ryknął pełną piersią pan U. Centaurze towarzystwo spojrzało na niego ze zdumieniem.
- A cóż ty tam możesz - powiedziała lekceważąco pani F, falując biustem i włosiem.
- A mogie tyż być konioczłekiem!!!! - wrzasnął U - Jak wy!!! I urode se poprawić! Ino niech mnie Centusia tak kopnie, coby sfeterek został, bez sfeterka nic z tego!!
Matylda zastanowiła się chwilę. - No wie pan, w zasadzie dałoby się zrobić... - zaczęła delikatnie - ale musi pan trzymać sweterek mocno obiema rękami. To jak, kopać?
- Kop pani, a celnie!- wołał U z determinacją.
- Panie U, niech pan się jeszcze zastanowi, przecież co potem??? - jęczał błagalnie pan X.
- Jakie zastanowi, jakie zastanowi, widzisz pan co sie z tej francy F zrobiło??? Wal śmiało, Centka!!"
- A jak źle trafi za żabę pan zostaniesz to co wtedy??? Żaba w sweterku ze słonikiem?? - wytoczył najcięższy argument pan X.
- Zara, zara, jaka żaba?? - zapytał z niepokojem U, któremu fragment konwersacji umknął z powodu intensywnego pochłaniania ulubionego „Szału”.
(Ewa) - A uważaj pan - rzekł profesor - bo a nóż widelec trafi niechcący w lewą nóżkę, to w świnkę wietnamską się pan zmienisz. A wtedy to już żadna z pana aparycja będzie !
- Jaka aparycja, panie, ja chłopem chce być nadal! - odkrzyknął wystraszony pan U. - Lewo nóżkie cofne przy kopaniu, żeb Matylda nie trafiła niechcąco ! Panie profesorze, chyćmy sie za rence, i niech Matylda czyni powinność. Matylda kopaj! Profesorze czym sie pan mnie, czym! Za jednym kopem w takich ogierów sie zmienim, jakich świat nie widział !
 - Centusiu, drżyj! - zakrzyknął profesor. - Urodą i kształtami nie będziemy gorsi. Matyldo, proszę, kopnij. Tylko delikatnie !
- No, dobrze, ustawcie się ! - Matylda też miała w tym przeobrażeniu swój chytry plan. Widząc, że pani F swym bujnym, falującym biustem zauroczyła Centusia, pomyślała, że może rzeczywiście pan U, a jeszcze bardziej profesor przeobrażą się w rasowe centaury. Zamachnęła się kopytkiem by kopnąć pana U trzymającego kurczowo za rękę profesora, gdy nagle znienacka wyskoczyło przed nimi ogromne, rude kocisko.
- O mój boże Matyldo uważaj!- Krzyknął profesor, robiąc śrubę, i salto w jednym. Matylda nie zdołała jednak zatrzymać kopytka. Profesor jak w zwolnionym tempie widział uderzające kota Matyldowe kopytko, które później omsknęło się i zatrzymało na lewej nodze profesora. A ten nadal trzymał kurczowo dłoń pana U.
- Raaaanyyyyy juuuuuleeeeek! - wrzasnął pan U. - Prooooofeeeesoooorzeeee, coś pan zrobił! - już tylko zdążył wychrumkać.
- Ojojojojoj - odchrumnkął profesor, nadal trzymając kurczowo pana U, ale już nie za rękę, a za kopytko! A oczom ich wszystkich ukazał się przepięknej urody, rudogrzywy, z rozszerzonymi chrapami, parskający centaur. Nawet Centusia jego uroda przygniotła do ziemi.
- O maaaatko jedyno, jakiż on piękny! - jęknęła Matylda i zemdlona osunęła się we forsycje.
(Hana) - O matko, to ja jestem? - rudogrzywy centaur z niedowierzaniem macał się po członkach. - Ta grzywa to moja? I wszystko? Boszszsz, jaki jestem potężny, jakie mam mięśnie! A co to za konisko tu leży jak nieżywe?
Odys (bo on ci to był) pochylił się nad zemgloną Matyldą. Jej długie rzęsy rzucały cień na alabastrowe policzki, ust pąkowie nabiegło krwią, wyglądała jak krew z mlekiem. Odys zapragnął polizać jej liczko - instynkt w nim zagrał kiej echo. Pochylił się nad nią i musnął jej porcelanową cerę długimi wąsiskami.
- A poszedł won! Tfu! - Matylda zerwała się przecknięta na równe nogi. - Omatkozcórko, co to wszystko ma być? Co to za zoo???
(Mika) Jej spojrzenie padło na tłustawą świnkę wietnamską przyodzianą w różowy sweterek ze słonikiem.
- Oessu... jęknęła Matylda - Panie U, ja nie chciałam, naprawdę! I co teraz zrobić?!
- Chrumm, chrumm, prrrrrhi!!! - wydobyło się z wściekłego ryjka pana U. Pan X dołączył przeciągłym i jękliwym: - Chchchchrrrr... - i opuścił smętnie łeb.
W międzyczasie pani F ocknęła się z osłupienia i zapatrzona w rudego pięknisia i jego szmaragdowozielone oczy westchnęła cicho:
- Bierz mnie zaraz już i natychmiast....
- Słucham?? - zapytał nieco roztargniony Odys, zapatrzony w głębię oczu Matyldy.
Tego Centuś już nie zdzierżył. - Ihahahahaha!!!!!! - zakrzyknął na cały głos. - Poszedł precz, ty ruda przybłędo, jak cię zaraz skopię gdzie trzeba, to się w myszę zamienisz i dopiero będzie wstyd!!! Hi, hi, kot śledczy w postaci myszki!!! Wszyscy kumple z okolicy padną ze śmiechu!!!
(Hana) - Dobra, zara, spoko! - odparł Odys z lekka otumaniony całą sytuacją. Przed chwilą był zwykłym kotem, spotkał w krzakach trzy koniocośtam i dwóch facetów, zakochał się na zabój i od pierwszego wejrzenia w jednej tej, no, konisze? Kobyle? Wszystko jedno, miłość nie wybiera. Zakochał się w tym przepięknym stworzeniu, a w międzyczasie cała reszta pozamieniała się w świnki, żaby i hak wie w co jeszcze!
- Kurna, o co tu chodzi??? - zakrzyknął przestraszony nie na żarty. Lubił się w charakterze kota, dlaczego miałby to zmieniać? Chociaż końskie poczucie siły i wzrost były całkiem przyjemne... (Bacha) Odys, jak to kot śledczy, spróbował podejść do sytuacji analitycznie.
- Zamieniła mnie w to coś kopnięciem lewej nogi. To w co zamieniajom kopnięcia pozostałych trzech? I może to cudo dałoby się zmienić w kota? Co za para by z nas była - popatrzył z wysokości swojej wspaniałej postury na chrumkającego profesora, w jego lwim torsie wezbrało uczucie współczucia. - Jeszcze go udomowią jak złapią, albo hmm... coś gorszego. Taka tłuściutka świnka z takiego cherlaka się zrobiła. No to chyba najpierw muszę pozbyć się wąsów, mojej kociej dumy, ale Mati wyraźnie była zdegustowana kiedy ją pieszczotliwie dotknąłem. Tylko jak je kurna zgolić? Może pan U ma coś w swoim wózku, nie zawsze chodzi z takom szczecinom.
Nagle przez głowę zaczęły mu przelatywać czyjeś myśli .... och niech pan tego nie robi (Walkiria)... kot bez wąsów hihihih (Centuś)...  phi i tak nic Ci nie pomoże, ja jako kotka. Ty normalny nie jesteś (Mati)...
- Odysku może na spokojnie zastanówmy się co zrobić - to już zachrumkał profesor.
- O żesz ty, to tu wszyscy czytają nawzajem swoje myśli???????
Przecież to koszmar, profesorku, pan uczony, niech pan wymyśli jako by tu blokade zastosować na tą telepatię.
- Ale ja mam teraz świński móżdżek - odchrumkał profesor. - Matylda, da się mnie odkopać do ludzkiej postaci?
- Nie wiem - z prawdziwymi łzami w oczach szepnęła Matylda - za każdym razem może wyjść coś innego, tak mi przykro.
(Tempo) Odys wyraźnie posmutniał, zapadł się w sobie, potoczył wokół tępym, jednak bez wątpienia ciągle jeszcze kocim wzrokiem, jeszcze bardziej zapadł się w sobie, i powlókł, kopyto za kopytem w pobliskie krzaczory. Reszta towarzystwa trwała w milczącym bezruchu. I trwałaby tak nie wiadomo jak długo, gdyby nagle zza owych krzaczorów nie dobiegł ich gwałtowny, pierwotny wrzask, a ich przymglonych zwojów mózgowych nie przecięła błyskawica nieoczekiwanej myśli.
(Ninka) Spojrzeli po sobie w nagłym olśnieniu i jakby kierowani jedną wolą rzucili się w stronę krzaków. Centuś dopadł krzaków pierwszy i rozgarnął gałęzie silnymi (co mimochodem zdołała zauważyć pani F) ramionami. Widok, który ukazał się ich oczom, był wręcz paraliżujący.
- O, nie! O, nie! - powtarzał Centuś cofnąwszy się o krok.
Pani F i Matylda zapiszczały unisono, a profesor i pan U, którzy dopiero teraz przepchnęli się do przodu, aż rozdziawili swoje krótkie ryjki.
Na kawałeczku wolnej od krzaków przestrzeni stał Odys otoczony dziwnym pulsującym światłem i zmieniał się zgodnie z jego rytmem: kot - centaur, kot - centaur i znowu kot, i centaur. - Co się porobiło? - zakwiczał pan U. - Profesorku, zrób pan cuś!
- Chyba przedobrzyłam! - pomyślała Matylda. - Ale to znaczy, że kopnęłam za mocno, czy za słabo?
(Tempo) - Odys, stój i ani drgnij - krzyknął telepatycznie profesor, albowiem w głowie zaświtała mu pewna myśl. U, tknięty tą samą myślą, aż zatoczył się z wrażenia.
- Łapiem sie wszyscy za łapki! Natentychmiast!
- I za rączki, i za rączki - ochoczo dodała pani F, falując piersią wezbraną gwałtownym przypływem chuci…
Matylda ocknęła się z odrętwienia, w które popadła rozważając potencjalne skutki kopnięcia swoimi poszczególnymi kończynami.
- Chyba za racice! - burknęła pod nosem. (Ninka) I widząc po swojej lewej stronie panią F, czym prędzej wepchnęła się między wietnamskie świnki. - Nawet wolę - mruknęła jeszcze, patrząc na F niechętnie.
(Hana) - Rączki, pazury, kopytka, racice - nie da się za to złapać przecież! I trzymać! - zawyła rozpaczliwie Pani F. - I które są czyje, bo się pogubiłam! Profesorze, miał pan jakiś pomysł! Bo zaczynam mieć tego dosyć. A jeśli ja się wścieknę... Auuuu! - zapiszczała nagle i przenikliwie. Przez jej ciało przeleciał dreszcz, który był nie tyle nieprzyjemny, co zaskakujący. (Tempo) Dreszcz, przeleciawszy z niejakim trudem przez bujne kształty pani F, zbłądził na chwilę w meandrach nadszarpniętych winem „Szał” trzewi U i wyprysnął w stronę niesłychanie podekscytowanego profesora. (Ninka) Aby do niego dotrzeć musiał jeszcze przewinąć się przez urocze ciało Matyldy, która aż jęknęła, odrzucając do tyłu głowę. Dreszcz równocześnie podążył w drugą stronę i elektryzując po drodze Centusia, też dotarł do profesora. Wstrząśnięty podwójnie, ale wcale nie zmieszany, profesor X doznał przypływu geniuszu.
- Łapcie się za Odysa! - wrzasnął.
(Tempo) Tymczasem Odys, usłyszawszy zmysłowy jęk Matyldy, zastrzygł uszami, znieruchomiał i na chwilę przestał migotać.
- O matko, za chwilę będzie za późno! Wszyscy za mną! - profesor złapał najbliższe mu kończyny i rzucił się w stronę Odysa. Na jego twarzy malowała się rozpacz. (Hana) Najbliższymi kończynami okazał się biust Pani F. Zaaferowany Profesor nawet nie poczuł różnicy - ważne, że było za co złapać. Gnał na oślep ciągnąć za sobą biust Pani F, która czerwona na twarzy z oburzenia gnała zaraz za biustem.
(Mika) - To tylko ten moment, ta sekunda!!! Tylko teraz możemy być tym kim chcemy!!! Jesteśmy w czakramie, ośrodku mocy kosmicznej, niech każdy pomyśli, kim NAPRAWDĘ chce być!!! Zaraz moc i ten moment minie!!!! - krzyczał w myślach profesor X. Zielone światło ogarnęło cały krąg dziwnych postaci w zaroślach, a szum kosmicznego wiatru poniósł się echem po całym miasteczku...
Gdy wiatr ucichł, a światło znikło, w zaroślach stali... (Hana) Ogromny, różowy Słoń Trąbalski, Profesor Kleks z rozwianą brodą, Konik Garbusek, Mała Syrenka i... pani F jako pani F w kapelutku z woalką... (Mika) A w środku kręgu stał rudy, zielonooki kot Odys.
- Jak to??? - miauknął nerwowo. To tylko ja chcę być sobą??? Tylko mnie było dobrze we własnym ciele??? Dziwni ci ludzie, nigdy nie są zadowoleni z tego co mają... A, przepraszam, pani F też lubi być sobą:)))) Dobrze, że profesor chociaż trochę do ludzi podobny, nie chciałbym mieć za pana świnki wietnamskiej... - kot podszedł do oszołomionego Pana Kleksa i owinął mu się wokół nóg, mrucząc radośnie: - Miauuuu, chodźmy już do domu...
Reszta towarzystwa rozejrzała się niepewnie po sobie.
- No fajnie, marzenia spełnione, ale jak tu z tym żyć w normalnym świecie??? - zapytał Konik Garbusek. - Przecież nas do ZOO zamkną...
(Ewa2) - Środowiska się nam nie zgadzają, zamieszkać razem w postaci komuny nie możemy. Może jednak ZOO. Syrenka będzie pływać z fokami, Garbusek wozić dzieci, Trąbalski wąchać kwiatki. (Hana) A Pani F będzie nam przynosić banany - wzmiankowana z godnością poprawiła kapelusz, podniosła stratowaną parasolkę i rzekła do Odysa:
- Taaa, nigdy nie byłam zbyt bystra. Nie zdążyłam nawet pomyśleć kim chciałabym być.
Słoń Trąbalski natomiast nerwowo i bezskutecznie trąbą przeszukiwał zarośla.
- Professssorze, zacharczał trąbą nosowo, to nie był dobry pomysł. Pić się chce, a tu szału ni ma. Odkręć pan to! - (Kalipso) - Trza wszystko odkręcić - zakrzyknął  jeszcze, bo uświadomił sobie nagle, że trąbą trudno mu będzie pić z butelki.
(Hana) Profesor Kleks, primo voto X, podrapał się w zamyśleniu po głowie. - Po prawdzie to nie miał być Kleks, tylko Einstein, coś nie wyszło. Prąd za słaby, czy co? Możliwe, że grawitacja nie zadziałała. Coś może wykombinuję, ale to będzie powrót do naszych poprzednich wcieleń. Na takie dictum Pani F zaróżowiła się na twarzy i zmysłowo zwilżyła wargi językiem. Tamto wcielenie wcale nie było jej niemiłe, no i ten Centuś z taką wyrzeźbioną klatą... (Ewa2) Klata klatą, ale co z resztą? Garbusek wolałby zostać milutkim konikiem bez apetytów Pani F, Syrenka machnęła łuskowatym ogonem, ona wolałaby jednak powrót, przecież nie lubi wody.
(Kalipso) Na samo wspomnienie Centusia Pani F zrobiło się słabo. Zaczęła szukać go wzrokiem i wtedy spostrzegła... Garbuska. (Hana) Spojrzała na niego z obrzydzeniem. - Oesssu, co za pokurcz - pomyślała. Czy aby na pewno w tym nikczemnym ciele tkwi tamten piękny mężczyzna, by nie rzec – ogier?
(Kalipso) - To ty, Centusiu?!
- Nie, to ja, Matylda. - rzekł z płaczem Garbusek. - Chciałam być konikiem Pony, tym z bajki... Aaaaaa.... - Matylda zaczęła szlochać.
- To gdzie jest Centuś?!!! - zdenerwowała się pani F. (Hana) - No tak - krew nabiegła jej do twarzy. Jakaś pomniejsza żyłka pulsowała na jej skroni. - Ten Profesorek z bożej łaski Einstein kompletnie wszystko pofyrtał. Zdaje się, że muszę wziąć sprawy w swoje ręce, jeśli chcę odzyskać Centusia. Ale zaraz - jeśli Garbusek to Matylda, znaczy Pony, to gdzie jest Centuś? - nagła i niespodziewana myśl prawie przyprawiła ją o wylew (żyłka na skroni). - Nie! Tylko nie to! To nie może być prawda! - łkała rozpaczliwie. - To znaczy, że Centuś to Mała Syrenka! Zapałałam do ogiera, nie do ryby!
(Tempo) - Ja tylko chciałe..łam już nigdy więcej nie mieć kopyt. I móc czasem dobrać lakier do szminki - piersią Małej Syrenki wstrząsnął niemy szloch, a policzki pokrył rumieniec.
(Kalipso) - Centusiu... - jęknęła Matylda, lecz nagle jej oczy pociemniały. - To ty ukradłeś moje perłowe kolczyki i kokardkę, którą sobie w ogon wplatałam!!!
- Nie dość, że ryba, to jeszcze jakiś gender go opętał - parsknęła z widoczną odrazą Pani F. (Hana) A tfu! - splunęła z rozmachem pod nogi. Już ja załatwię tego profesorka. Tylko gdzie on się podział?
(Kalipso) Profesor tymczasem zjadał swoje piegi i czochrał atramentową brodę. (Tempo) Mała Syrenka ruszyła na niego z impetem. To znaczy, ruszyłaby, gdyby miała nogi.
- Niech diabli wezmą ten ogon! Profesorku, jak zaraz czegoś nie wymyślisz, to cię tak nim chlasnę, że ci reszta piegów pospada!
(Bacha) Profesor, czując na sobie spojrzenia wszystkich pełne wyrzutów i rozpaczy, zaczął włączać swoje szare komórki. Co tu zrobić jeżeli nikt już nie ma kopyt? Garbusek się nie liczy, bo wszyscy moglibyśmy zostać garbuskami. Pole przestało działać. Ale kto kopnął Centusia i Mati, że w takie piękne stworzenia zamienił ich poprzednio? Wdrażam śledztwo. Jak to wszystko działa?? Może własna silna wola i to pole magnetyczne to jeszcze za mało???
(Hana) Dumał tak bezowocnie, gdy wtem przed jego obliczem zmaterializowała się wzburzona do granic Pani F. Biust falował jej na wszystkie strony, zwłaszcza z lewa na prawo. Podniosła woalkę, z oczu jej strzeliły dwa pioruny.
- A pan co, profesorku? - wycharczała zmysłowo. - Namieszało się i w nogi, tak? O nie, ja tak tego nie zostawię. Albo odzyskam Centusia w całej ogierzej krasie, albo jutro będziesz pan mój!
(Tempo) - Rany boskie, co robić? Co robić?! - profesorowi pociemniało w oczach. (Hana) Przed oczami stanęła mu wizja pożycia z Panią F. Na tak silną motywację nie mógł pozostać obojętny. Krople potu zaperliły się na jego czole jak rosa, na plecach poczuł zimny dreszcz strachu. Nagły przypływ adrenaliny wyzwolił wreszcie jego uśpiony geniusz.
- Wiem! - zerwał się na równe nogi. - Już wiem! (Kalipso) - Wiem!!! Parasolka nieboszczki matki! Tylko ona pomoże! Chociaż sam nie wiem, w jaki sposób... Ale mam silne przeczucie, jakem Kleks! Gdzie ona jest... - Kleks zaczął gorączkowo przeszukiwać pobliskie krzaki. - Wziąłem ją przecież do parku... Słoniu! Słoniu Trąbalski!
- Cyrk na kółkach...- westchnęła pani F.
Syrenka zaczęła podskakiwać nerwowo na ogonie, a Garbusek skubał trawę. Wreszcie Kleks znalazł Słonia w pobliskiej piaskownicy. Zagrzebał się w piasek i chrapał. Nad nim stał mały chłopiec i płakał.
- Idź do mamusi - powiedział do niego pan Kleks, szarpiąc słonia za różową trąbę.
Ja go obudzę! - stanowczo rzekła pani F,
- Wstawaj, nierobie!!! - wrzasnęła wprost do słoniowego ucha.
Słoń, któremu śniła się właśnie alabastrowa pierś Matyldy, skoczył na równe nogi.
- Pani F - szepnął.
- Ja, a kogoś chciał zobaczyć?! Idziemy!!! - wrzasnęła, na co słoń potulnie podreptał za nią w krzaki.
(Mariolka) Tuż za piaskownicą i krzakami pokrytymi pierwszymi, delikatnymi listkami znajdowała się niewielka, zamulona lekko po zimie sadzawka. Ujrzawszy ją Słoń wyrwał się z zaborczych rąk pani F. Dopadł do owego, wątpliwej jakości, zwierciadła i włożył swe wielkie ucho w mętną toń.
- Czyś ty zdurniał do reszty! Co ty robisz ?
Słoń miał minę wskazującą na ewidentne wniebowzięcie. Despotyczna F pociągnęła go niedelikatnie za trąbę i równie niedelikatnie trzepnęła po drugim uchu.
- Co robisz głupku!Zawołała jeszcze raz. Słoń spojrzał na nią z rozmarzeniem, a jego oczy błyszczały niczym gwiazdy
- Jak to co? Bajora słucham!
(Hana) Reszta towarzystwa przetrząsnęła w tym czasie wszystko, piasek w piaskownicy został przesiany przez woalkę Pani F, wózeczek Pana U wywrócony do góry nogami, a parasolki ani śladu. Zamiast tego na dnie wózeczka, pod starymi gazetami spokojnie spoczywała pękata, litrowa butelka „Szału”. I co najważniejsze - pełna.
Słoń Trąbalski, którego Pani F siłą przyciągnęła za ucho znad sadzawki, runął w jej kierunku jak grom z jasnego nieba, z pewnym trudem podważył kłem nakrętkę i manewrując niezdarnie trąbą wlał sobie zawartość do paszczy. Reszta malowniczej grupy zastygła w niemym podziwie. Słoń wypuścił butelkę z błogim "aaaaaaaa", na co Mała Syrenka balansująca nieruchomo na czubku swego ogona podskoczyła, jakby ktoś dźgnął ją szpilą w ogoni zadek. Nagle słoń zaczął się marszczyć, kurczyć, filcować, aż przybrał postać zgruchmanionego sweterka na żylastym torsie Pana U, który potoczył wokół zamglonym spojrzeniem. Oczy zaokrągliły mu się nieco i wybałuszyły.
- O rany, ale menażeria...
- Łapcie butelkę! - zakrzyknął profesor primo voto X. To nie parasolka mamusi, to „Szał”!
Pierwsza dopadła butelki Pani F. Przyssała się i wysączyła z niej resztkę w nadziei odzyskania lśniącego zadu i umięśnionych nóg. Czknęła, odrzuciła pustą butelkę, a zamiast umięśnionych kończyn tylnych, na swym zadzie ujrzała długi, koński ogon. Na tym zakończyła się jej metamorfoza.
- Hrehrehrehrehrehre - zarechotał mściwie profesor, ale zaraz zamilkł zgromiony zabójczym spojrzeniem pani F.
(Mika) - Rzeczywiście, menażeria!!! Szkoda żeś pan siebie jako Trąbalskiego różowego nie widział?!!! - parsknęła pani F, aż jej woalka na oczy spadła.
- Zara, zara , jaki znowusz Trombalski?? - zaniepokoił się pan U. Zdrzemłem sie troszkie na piaseczku, a wy mnie tu jakieś bajdy wciskacie!!!
- Żadne bajdy, najgorzej z nas żeś pan wyglądał! - warknął Garbusek. - Dopiero jakżeś pan tego „Szała” wyduldał, toś pan do swojej postaci wrócił! Nie masz pan zapasu jakiego??
- Niech sczezne, nic żem nie skitrał, ten ostatni był!!! Ale czekajże Garbaty, do sklepiku przy parku dostawa miała być o drugiej!!! Która jest??
- Druga piętnaście i pół - odrzekł precyzyjnie pan Kleks.
Wszyscy zerwali się z miejsc.
- Dzieee????? - ryknął U. - Chcecie, żeby nas wszystkich zamkli od razu???
- Powiemy, że teatrzyk dla dzieci robiemy... - powiedziała nieśmiało Syrenka.
- Akurat!!! To was wsadzą za tą, no demokr... demobi... demoralizacje nieletnich, o!! Ja ide, karte stałego klienta tam mam to jeszcze zniżka bedzie. Składke mnie tu robić zaraz już!
Okazało się jednak, że tylko pani F i pan X mieli kieszenie, w których coś brzęczało.
- Niech już będzie, założę za was, ale do zwrotu!! - powiedziała pani F, która w istocie serce miała dobre...
(Hana) Sięgnęła do torebki, wyjęła portmonetkę i dała ją panu U. Ogonem trzepnęła się po uszach płosząc muchy i nieco podłamana usiadła na kamieniu ogon wdzięcznie rozłożywszy z tyłu, jak wachlarz.
- Leć już pan po te ambrozje - rzekła zrezygnowanym głosem do pana U.
(Mika) Pan U wziąwszy swój rozklekotany wózeczek ruszył żwawo ku sklepikowi. Reszta siedziała w milczeniu...
- Ale czy nam też to pomoże? - wyraziła wątpliwość Syrenka. - I kim będziemy tak naprawdę??? Ja już się zgubiłem, nie wiem kim jestem i kim chciałbym być...
- Jak się nie wie, kim się jest, to zawsze warto być przyzwoitym czło... eeee... stworzeniem - rzekła pedagogicznie pani F.
- Myślę, że byłem przyzwoitym centaurem... I na cholerę było mi się zmieniać??? - powiedział z żalem Centuś.
(Hana) Siedzieli tak i czekali, czas płynął, Mała Syrenka z nudów zaplatała ogon pani F w cienkie warkoczyki, a pan U nie wracał... (Mika) ...ranki i wieczory, we łzach go czekali i trwodze...
(Hana) - Nie daje mi spokoju ten paskudny sweterek ze słonikiem - w zadumie wymamrotał profesor. Jeśli nie parasolka, to tu może być pies, znaczy słoń, pogrzebany. Bo żeby dorosły chłop z uporem maniaka nosił na sobie coś takiego... - kontynuował. (Mika) Ale zaraz przypomniał sobie, że podczas kryminalnej przygody w listopadzie pan U coś napomknął o jakiejś romantycznej historii.
- Może jakaś ukochana mu udziergała? - powiedział sam do siebie.
- Ukochana??? - Zastrzygła uchem pani F. - A któż by takiego lumpa chciał???
- Nie wiadomo, może w młodości był całkiem przystojny??? - zastanawiał się profesor.
(Bacha) Zaczynało się zmierzchać. Pan U nadal nie wracał. Pani F zaczęła w myślach przeliczać zawartość portmonetki, którą mu dała.
- Oessu, jeszcze wszystko wyda na ten „Szał”. No, byłby głupi jakby nie wydał, ale może trzeba było profesora z nim wysłać?
- Eeee, powiedział Garbusek-Matylda, to już chyba wolałbym zaczekać tutaj. W razie czego wiem, gdzie się schować, a w miasteczku... Matyldzie znowu łzy stanęły w oczach.
(Kalipso) - Poczekajmy zatem - rzekła Syrenka. - Mati ma rację.
- Jakie czekajmy?! Zaraz tu tego łajdusa przyprowadzę! Tylko ogon schowam pod spódnicę! - zakrzyknęła dziarsko pani F. i ruszyła w ślady U.
Nie minęło pół godziny, kiedy krzaki poruszyły się. Pani F, wracała ciągnąc pana U. za kołnierz. U. mamrotał coś pod nosem, coś jakby „Szał, szał... Jeszcze szału! Bo jak wpadnę w szał...”
- Cicho, kreaturo! - uciszała go F. - Prawie wszystko wyciumkał. Alem uratowała prawie całą butelczynę. Dla każdego po łyczku. Masz, Syrenka! Tylko nie wypij wszystkiego.
Syrenka wzięła z rąk zasapanej pani F. butelkę i pociągnęła potężnego łyka. Natychmiast przemieniła się w Centusia. Centuś podał butelkę Garbuskowi, a ten łapczywie zaczął pić. Na szczęście Kleks zdążył mu ją wyrwać. Kleks cichutko siorbnął. Po chwili zamiast Kleksa i Garbuska w krzakach stał profesor X i Matylda. Pani F i U równocześnie skoczyli w stronę butelki. Złapali ją w tym samym momencie. Ich ciała zwarły się w walce, a usta zbliżyły niebezpiecznie. Usta obojga spragnione były Szału.
Profesor zadumał się na chwilę i nagle zaświtała mu myśl ... - Zaraz, zaraz a gdzie podział się Odys? (Ewa) Profesor nawołując Odysa, zaczął przeszukiwać krzaki i zarośla.
- Odysku, Odysku, chodź do mnie, polędwiczkę wołową mam! Oooodyyys Oooodyyyys ! - wołał. - Gdzież to kocisko się ukryło? Teraz, jak wrócił do swojej postaci kotowej, to znów będzie problem z tym łazęgą - mamrotał pod nosem profesor. Wtem usłyszał trzeszczenie gałązek. - Odyyyskuuu, to ty ? Chodź kotku, polędwiczka świeżutka - mówił profesor podążając w stronę, skąd dochodziły odgłosy. Teraz też usłyszał profesor popiskiwania, jakby ćwierkania. Prąd mu przeszedł przez mózg. - OOODYYYS ZOSTAW !!!!! - zaczął biec w stronę odgłosów. Gałęzie smagały go boleśnie po twarzy. Profesor, nie zważając na to, biegł. Czuł, że dzieje się coś niedobrego. Dobiegł wreszcie do miejsca, gdzie w krzakach się kotłowało. Oczom profesora ukazał się cały dramat i tragizm sytuacji. Odys najeżony, ze wzrokiem dzikiego zwierzęcia łapą z wbitymi pazurami przytrzymywał szamoczącego się ptaka. Ten też nie pozostawał mu dłużny, i dziobem tłukł w głowę kota.
- ODYS ZOSTAW, ODYS ! W tym też czasie dobiegli do profesora pan U i pani F Wszyscy zaczęli krzyczeć na kota, by zostawił w spokoju biednego , choć nie całkiem bezbronnego ptaka.
- Ojojojojoj, profesorze, weź pan tę krwiożerczą bestię od biednego stworzenia - krzyczał pan U. Weź pan!
- Ja tu zaraz zrobię porządek - krzyczała pani F. - Gdzie ta moja parasolka?! Jak zdzielę tego sierściucha, to mnie popamięta. Zapomniała już, jak namiętnie, z żądzą patrzyła na Odysa – rudogrzywego centaura.
- Profesorze, ratuj ptaka, ratuj - krzyczał pan U. - On nie może zginąć, Ten ptak nie może zginąć, nie może zginąć, nie może zginąć - powtarzał bez końca . A szara jego cera nagle nabrała koloru rumieńca dziewczęcego!
- Czyżby ???? Czyżby ????? To niemożliwe - obrazy w głowie pana U przelatywały z prędkością świata, przypominając historie z jego nie aż tak dawnej młodości durnej i chmurnej. W historii tej była też pięknooka, długonoga piękność Rosława. - Dlaczegóż to ten ptak piękny przywiódł mi przed oczy największą miłość życia mego ? W tak dramatycznej sytuacji!
- Rosławo moja najdroższa, Rosławo, miłości moja! - stękał pan U. - Profesorze, Rosławo, Rosławo - powtarzał, i pokrzykiwał zdawałoby się bez sensu. Już wiedział ! Te oczy zranionego ptaka były óczmi jego Rosławy.
- PROOOOOOFEEEEEESOOOOOORZE - zaryczał jak ranne zwierzę pan U.  - ROOOOOSŁAAAAWOOOOOOO ????!!!!! Rosławę „Szałem” trza napoić! - krzyczał U. (Ewa) - Gdzie „Szał”, gdzie, wychlaliście wszystko !!!!
- Jakie wychlaliście ? Sam pan wychlałeś, panie U. Darła się pani F. Profesorze masz pan dyszkę, i leć pan po flaszkę. Albo weź pan dwie, na wszelki wypadek.
Profesor się obruszył: - Jak to, jak mam lecieć ???
- Profesorze, nie czas na dąsy ! - ryczała pani U. - Leć pan, szyyyybko ! I szybko wracaj.
 A to ci historia. Ten zraniony ptak też jej kogoś przypominał. Przypomniał historię sprzed lat. Historię o zaginionej pięknej dziewczynie i rozpaczy pewnego młodego mądrego i wykształconego człowieka. Nie sposób było tego zapomnieć, gdyż ów młodzian był z rodziny jej niegdysiejszego narzeczonego.
(Kalipso) Profesor, ponaglany brutalnie łokciem przez panią F, pobiegł po następną flaszkę. Wrócił rozweselony, bo udało mu się kupić dwie w promocji i jedną po drodze wyduldał. „Szał” tak mu posmakował, że nawet rozpoczął drugą butelkę.
- No masz ci los! I ten się alkoholizuje! - wrzasnęła F. - Dawajże tę butelkę, profesorku!
Pani F, wydarłszy wcześniej ptaszynę Odysowi, napoiła ją „Szałem” prosto z butelki. A ptaszyna piła, piła i piła... Jakby wprawę w tym miała.
- No dosyć już! - orzekła F i postawiła chwiejącego się ptaka na trawie.
Nagle ziemia zadrżała, ptak zaczął rosnąć, gubić pióra i  wśród błysków pojawiła się postać pięknej kobiety.
(Mika) - Rosława...........- wyszeptał w osłupieniu pan U. - Jedyna moja...
Rosława okazała się być kobietą o dużej byłej urodzie, jednakowoż nieco nadszarpniętej zębem czasu i umiłowaniem do „Szału”. Ale włos miała bujny i uśmiech uroczy, chociaż widoczne były pewne braki w uzębieniu.
- Damazy!!!- krzyknęła radośnie - Wiedziałam, wiedziałam, że mnie w końcu odnajdziesz!!!
- Damazy??? - Jaki znowu Damazy???? - fuknęła pani F.
- No , niby żesz ja... - mruknął pan U. - Nigdym tego imienia nie używał, rodzice znaleźli jakiś stary kalendarz na śmietniku i tatuś wycelował akurat na Damazego...
- Damuś, słońce ty moje!!! Ty ten sfeterek jeszcze masz, com ci na robótkach ręcznych w podstawówce udziergała!! - rozczuliła się Rosława.
- A no wisz, jakoś tak, sętymęt miałem... - wykręcał się zapłoniony pan U.
- Pani mu nie wierzy, on taki skromny tylko - wtrącił się profesor. - Jak w szpitalu był po przygodzie kreminalnej tożem musiał mu przysionc, że sfeterek przechowam, o niczym innym nie mówił! (profesor nadużył nieco „Szału” i na zasadzie empatii językowej przejął po trosze sposób wysławiania się pana U).
(Kalipso) - Sławciu ma, czemuś ty miała ptasią postać? Jam cię szukał w ciemnych spelunkach, a sweterka żem nie zdejmował - rozczulił się U.
- Zawszem ci śpiewała "Gdyby ci ja miała skrzydełka jak gąska..." Po „Szale” razem śpiewalim...
- Ale czemuś ty ptakiem do mnie leciała?
- Pamiętasz, jak rozstaliśmy się po urodzinach szwagra mego? Poszłam ja ścieżką przez park. Aż tu nagle patrzę... Dwoi mi się w oczach, czy co? Koń przez park pędzi? Nie, to do połowy tylko był koń. Od góry to był chłop prawdziwy. Piękny jak Ibisz albo taki jeden Maślak... Zapatrzyłam się. A tu zza krzaka wypadła kobyła jakaś rozczochrana i tak mnie kopła... Tak kopła, że film mi się urwał. A jakem się obudziła, to już tylko skrzydłeczkami mogłam machać i ćwirkać: ćwir, ćwirr, ćwirrr - Rosława zaćwierkała żałośnie.
- Sławciu - ze zbolałą mina zapytał U. - A skąd ty tego Maślaka znasz?
- W świecie bywałam - z wyższością odparła Rosława. - Z celebryckich stołów pijałam, bom „Szału” była spragniona. Nie jestem już żadną Sławcią. Mówcie do mnie Rosa, Kejt Rosa!
Towarzystwo przysłuchujące się rozmowie byłych kochanków stało osłupiałe.
- We łbie jej się pomieszało - stwierdziła pani F.
Rosa tymczasem robiła dziwne miny i przybierała różne pozy, niczym celebrytka na ściance. Nagle dostrzegła Matyldę.
- Ty żeś to była, maupo!
Mati przestraszona nie na żarty schowała się za Centusia, krzycząc zza jego pleców: - To nie ja, to moja mamusia!
Wtedy Rosa zawiesiła wzrok na Centusiu.
- Wow! - rzekła. - Pięknyś!
Ale pani F w tej chwili zasłoniła centaura własną piersią.
- A spróbuj tylko go tknąć, celebrytko od siedmiu boleści!
- Gdzieżeśta, Kury!!! - krzyknął rozpaczliwie U. - Co dalej z moją historią?!!!!
- I ten zbzikował - orzekła niezawodna pani F.
A profesor myślał, myślał...
- Kim był tajemniczy centaur, którego na ścieżce ujrzała Rosa? - zwrócił się z pytaniem do Centusia.
- To był nasz król. Kiedy ujrzał Rosławę, od razu się w niej zakochał. Kiedy mamusia Matyldy niespodziewanie kopła, tzn, kopnęła, Rosę i ta poleciała gdzieś w krzaki, król wpadł w rozpacz. Nazwał ją Królową Chaszczy i kazał szukać jej ciała. Niestety, nikt się nie domyślił, że zamieniła się w ptaka. A my jesteśmy wysłannikami króla. Szukaliśmy siedem lat śladów Rosławy. Teraz już możemy wracać do domu. Rosa, jedziesz z nami, żeby zostać królową Centusiowa?
- Ja mam być królową koni?! - prychnęła pogardliwie Rosława. - Wolę być królową seriali! A tak wogle zostaję z Damazym - to mówiąc, przytuliła się do sfeterka pana U.
- Kury! Gdzieśta się podziały? - krzyknął U.
- Damazy, już ja cię doprowadzę do porządku! - obiecała Rosława.
(Tempo) Nagle, z zarośli, wprost pod nogi pana U. wypadła złotopióra kurka, odbiła się od jego butów, intensywnie zaznaczających swą obecność aromatem, przewróciła na grzbiet, zabulgotała, podniosła, otrzepała pióra i gdacząc: - Nie mam czasu, nie mam czasu... - pospiesznie zniknęła w krzakach po drugiej stronie alejki. Pan U. potrząsnął głową z niedowierzaniem i zerknął na pozostałych. Nikt poza nim nie zauważył kury.
- Za dużo „Szału” w „Szale”, czy co? - ta ewentualność bardzo mu się nie spodobała. (Ninka) Spojrzał na krzaki jeszcze raz, a tu z nich, jedna za drugą, wymaszerowały trzy kolejne kury; jedna niosła naręcze książek, druga, trzymając pod skrzydłem wałek, prowadziła na smyczy płowego psiaka o wesołym spojrzeniu, a trzecia miała na szyi bajecznie kolorowy szal. Panu U. opadła szczęka: - Widzicie to?- wyszeptał odprowadzając je wzrokiem.
- Co takiego?- nieuważnie zapytał profesor zajęty dedukcją.
- Były sobie kurki trzy... - zanucił cichutko pan U.
- Damazy!!! Czyś ty już zupełnie zwariował?! - głos Rosławy był jak świst bata. - My tu omawiamy poważne sprawy, a ten o jakichś kurach!
- Ja już, już, zara! - pan U. podszedł bliżej, ale wciąż niepewnie zerkał na krzaki. (Mariolka) - Jedna pazurem grzebała... - Nucił coraz głośniej. Druga dziób w chmurach schowała, trzecia na grilla się wybrała, a czwarta się jeszcze nie wysiedziała... Lalalala...
(Ninka) Kiedy z krzaków wychynął kolejny kurzy dziób, pan U. wzdrygnął się lekko, ale nic nie powiedział. Nie pisnął też nawet słówka, kiedy ujrzał rządek maszerujących w poprzek ścieżki kur z notatnikami, karteczkami, długopisami, i kiedy jedna z nich zmierzyła go uważnym wzrokiem od stóp do głów.
- Na co ty się tak gapisz, Damazy? - Rosa odwróciła głowę i
przyjrzała się zaroślom. Ale nie zobaczyła nic, bo kurza kawalkada już zniknęła w krzakach.
- Dziwne… Ale właściwie... powiedz mi, Damazy, co się z tobą działo przez te wszystkie lata?
Pan U westchnął i z jego ust nieoczekiwanie popłynęła czysta literacka polszczyzna.
- Wiesz - powiedział - kiedy tak nagle zniknęłaś, wszystko straciło sens. Na cóż mi była kariera, stabilizacja, dla kogo miałem się starać? Wziąłem pieniądze z firmowej kasy. Chciałem wszystko przeznaczyć na poszukiwania, ale szybko mnie złapali. Trafiłem za kratki. A potem - sama widzisz; wózeczek, szemrane towarzystwo... Przy życiu trzymał mnie tylko „Szał”... Rosławo kochana, czy po tym wszystkim jeszcze mnie zechcesz?
Cisza, która zapadła po tej niezwyklej dla pana U wypowiedzi, aż dzwoniła w uszach. Wszyscy zamarli zdumieni i z napięciem czekali na odpowiedz Rosławy.
- Ach, zechcę, zechcę! - zakrzyknęła ze wzruszeniem i rzuciła się w ramiona Damazego.
(Ewa) Damazy patrzył w dal, zamyślony. - Echchch, może w końcu zażyję godnego, szczęśliwego żywota - myślał rzewnie, miętoląc z błogością sweterek ze słonikiem, i jednocześnie obejmując czule swą odzyskaną Rosławę. Wszyscy w dziwnym zamyśleniu stali patrząc w dal. Jeno z oddali zza krzaków świeciły trzy torebusie, i nioslo się pianie koguta.(Mika) Damazy był jednak trochę wytrącony z równowagi widokiem tylu dziwacznych kur, ale złożył to na zbyt dużą ilość wypitego „Szału”.
- Sławcia, a co z nami tera bedzie? Zamieszkasz ty u mię? - zapytał niepewnie
- U ciebie??? W tej rozwalającej komórce???? Bez wody?? Ja, celebrytka Rosława?? No chyba żartujesz!!! - prychnęła wzgardliwie.
Pan U poczuł się głęboko dotknięty i upokorzony publicznie. Jego wieloletnie uczucie zostało wzgardzone, zdeptane i zniszczone. Poczuł głęboki żal nad samym sobą a następnie krew go zalała, nagła i ciemnoczerwona.
- To tak??? To po to jażem tyle lat ten sfeterek hołubił jak relikwie jakom??? Po to żem czekał na ciebie i po wszystkich melinach szukał??? To tak moje świente uczucia tłamsisz i olewasz????
Pan U rozbił w szale butelkę po „Szale” i trzymając w dłoni ubitą szyjkę od butelki (w niektórych kręgach zwaną tulipanem) rzucił się ku Rosławie.
(Ewa2) Wtedy nagle z pobliskich krzaków rozległo się groźne chóralne gdakanie: - Tylko bez rozlewu krwi!! Parasolki poszukaj i obejrzyj się na Matyldę.
(Tempo) Tymczasem w krzakach nieopodal trwała gorączkowa narada.
- Widziałyście go?
- Kokokogo?
- Tego w kretyńskim sweterku? Ja go skądś znam! On mi się źle kokojarzy!
- Mnie też, mnie też!
- Nie możemy dopuścić do kokokolejnego rozlewu krwi.
- Jak to kokolejnego?
- No nie wiem. Tak mi się jakoś powiedziało.
- To co robimy? Przecież nie można tego tak zostawić. Widziałyście, co on trzyma w ręce?
- Właśnie!
- To ja zostanę na czatach, a wy lećcie po pomoc.
- Tylko zdejmij ten szal, bo cię z daleka widać!
- Dobrze, dobrze, tylko już lećcie kukurogalopkiem, kochane!
(Mika) - Nie ma czasu lecieć po pomoc, same musimy!!! - krzyknęła Złotopiórka - Przypomnijcie sobie jak się lata i desant!!! - Tu Złotopiórka delikatnie dmuchnęła każdej kurze w pierze i wszystkie poderwały się do lotu w ordynku bojowym.
Z szumem i bojowymi okrzykami: - Ko boju, Ko boju, Ko boju Wi-seł-ka!!!! wyleciały z zarośli.
- Łojesu!!!!!!!!! - wrzasnął pan U. - To nie zwidy, to Kury bojowe!!!!
(Hana) Kura będąca na przedzie (z czerwoną torebusią) zaatakowała Damazego lotem nurkującym, wytrącając mu szyjkę butelki z ręki za pomocą rzeczonej torebusi. Pozostałe kury osłaniały ją robiąc mnóstwo szumu i gdakania. Rosława upadła na ziemię zemdlona, a reszta towarzystwa stała jak osłupiała, z rozdziawionymi na całą szerokość paszczami. Nawet pani F, choć zdarzyło jej się to chyba drugi raz w życiu (pierwszy raz to było, gdy pierwszy mąż , obecnie nieboszczyk , oświadczył się o jej rękę). Potem przywykła.
Damazy wymachiwał rękami, bo zdawało mu się, że kury są wytworem jego wyobraźni, bądź efektem nadużywania. Serce w piersi waliło mu jak oszalałe. Wymachując rękami jak wiatrak padł na twarz i znieruchomiał tuż obok zemdlonej Rosławy.
Kury jak nagle się pojawiły, tak nagle zniknęły. Reszta towarzystwa tkwiła w stuporze i tkwiłaby tak po dziś dzień, gdyby nie słodki dźwięk, jakby tysiące dzwoneczków trącanych przez wiatr wydawało dźwięki podobne ptasim trelom. Niebo na wschodzie pojaśniało, przybrało złoty odcień, a na horyzoncie ukazała się tęcza. Pod nią, jak pod łukiem triumfalnym stała cudownej urody złotopióra kura. Piórka na niej lśniły najczystszym złotem, światło księżyca odbijało się w złocistym logo na torebusi, a wirujące wokół niej kolorowe motyle poiły ją nektarem zebranym z pobliskiego pola rzepaku. Wokół kury - matki, pojawiły się inne kurki - mniejsze, brązowawe, z zielonymi nogami i zwyczajnym upierzeniem. Po ich bojowym rynsztunku nie było śladu. Pląsały teraz wokół mateczki rozsypując płatki róż i zamiatając złoty pył, po którym stąpała. Cudowna postać jakby płynęła w obłoku tiulu, wreszcie zbliżyła się do zemdlonego U. oraz Rosławy takoż leżącej bez czucia. Pogładziła ich czoła złotym piórem i rzekła:
- Wstańcie dziatki i pójdźcie za mną do Kurnika Szczęśliwości. A wy - zwróciła się do reszty towarzystwa - porzućcie swary i kłótnie, bo ja tu wrócę…
I po księżycowej kładce odeszła w świetlistość nocy. Za nią, trzymając za rękę piękną Rosławę podążał Pan U. Jego różowy sweterek ze słoniem migotał w blasku księżyca.
Wiatr, ciepły i łagodny jak tchnienie rusałki, uniósł Centusia i Matyldę w stronę tęczy. Wkrótce byli już tylko maleńkim punkcikiem na jej szczycie.
Profesor i Pani F spojrzeli sobie głęboko w oczy, a ich dusze porozumiały się bez słów. Odeszli w cichą noc. Towarzyszyło im kląskanie słowików i Odys liczący na to, że któryś z nich w zapamiętaniu straci czujność.
                                      
                                        KONIEC.


***


Wiosenny kryminał (niedokończony)

Mika
Wiosna to najpiękniejsza pora roku w Krakowie. Kwitną forsycje, drzewa owocowe, trawniki upstrzone żółtymi mleczami... Starsi panowie wylegli na Planty z szachownicami, nic tak dobrze nie robi na głowę jak partyjka szachów wśród drzew. Dziewczyny wyciągnęły z szaf kolorowe sukienki, wyglądają jak barwne papużki wśród zieleni. W radio było słychać "Pod papugami, jest szeroko niklowany bar..."

Alicja szła szybko Plantami. W pięknej, kolorowej , rozkloszowanej spódnicy i czarnych balerinkach wyglądała jak hiszpańska tancerka. Praktycznie każdy facet, niezależnie od wieku, patrzył na nią z podziwem. Czuła te spojrzenia i sprawiały jej przyjemność. Uśmiechała się do siebie leciutko, wchodząc do legendarnego baru kawowego "Rio" przy ulicy Św. Jana. Umówiła się tu ze swoją przyjaciółką Anką. Rozglądała się po zadymionym wnętrzu, szukając Anki wzrokiem. Ale koleżanki jeszcze nie było. Zamówiła dużą kawę i zapaliła Marlboro, otrzymanego w paczce ze Stanów. Minęło dobre pół godziny, a Anki dalej nie było.

"Co jest?" zdenerwowała się Alicja. "Przecież ona nigdy się nie spóźnia, najwyżej 10 minut... Może coś się stało?" zaniepokoiła się. Postanowiła się przejść i zajrzeć do Anki. Przyjaciółka mieszkała w starej kamienicy niedaleko Rynku. Gdy Alicja weszła do bramy, ogarnął ją lekki półmrok i chłód. Nie wiadomo dlaczego poczuła nieokreślony niepokój. Weszła na pierwsze piętro i zadzwoniła do drzwi. Nikt nie otwierał. Zobaczyła, że drzwi były lekko uchylone. "Ania??" zapytała niepewnie. Popchnęła drzwi i weszła do ciemnego korytarza. "Aniu, jesteś???" Z pokoju na prawo dochodziło światło. Alicja otwarła drzwi i w blasku zapalonej lampy zobaczyła leżącą na podłodze postać. "O Boże, Ania!!!!!!!!!!!! Żyjesz???" krzyknęła przerażona. Postać jęknęła, ale to nie była Ania. Alicja rozpoznała panią Agatę, kobietę, która przychodziła czasem z cielęciną do sprzedania. "On, on... ją zabrał..." wyszeptała pani Agata. Alicja dostrzegła krwawiącą ranę na jej głowie. "Niech pani nic nie mówi, już dzwonię po pogotowie!!!" krzyknęła . Na szczęście w mieszkaniu Ani był telefon. Drżącymi rękami wykręciła 999, a potem 997. Pogotowie i milicja przyjechały prawie równocześnie.
Major Adam Andrzejewski rozejrzał się po mieszkaniu. Pogotowie zabrało już panią Agatę, nie pozwalając na żadne rozmowy. Na fotelu siedziała roztrzęsiona Alicja. "Jak pani tu weszła?" zapytał major. "Jjjja, umówiłam się z koleżanką, ona nie przyszła, więc pomyślałam, że zajrzę do niej, czy coś się nie stało... Drzwi były uchylone , to weszłam i znalazłam panią Agatę, to wszystko."
"Taaak... Czy ta pani była przytomna, jak pani weszła? " zapytał. "Tak... I powiedziała coś dziwnego, że on ją zabrał..." Major spojrzał uważnie. "Kogo?" "Nnnie wiem, chyba Anię..." Tu Alicja nie wytrzymała i rozpłakała się żałośnie.

A to część druga napisana głównie przez Owcę Rogatą i Sonic przy współudziale kilku Kur.

Hana
Major skrzywił się z powątpiewaniem. "Zabrał? To dziwne. Zabrać można walizkę" myślał głośno. "Człowieka się porywa, albo uprowadza. Zabiera się dziewczynę do kina, ot co" dywagował w myślach. "Musi tu chodzić o coś innego" myślał skrycie.
Torebka i siatki pani Agaty leżały na podłodze w przedpokoju. Major teraz dopiero zwrócił uwagę na fakt, że wszystko było zakrwawione. "Czyżby chodziło o mafijne porachunki?" pomyślał. "Kto, kogo i dokąd zabrał?”
Skąd ta krew?" W tym momencie mózg majora przeszyła iskra zrozumienia. "O kurde" pomyślał. "Przecież w ubiegły wtorek dochodzeniówka ze śródmieścia rozbiła gang handlarzy cielęciną! On zabrał cielecinę! Ale co ma do tego dziewczyna o imieniu Ania i co to za on?" major bił się z wątpliwościami, które nachodziły go ze wszystkich stron.

Ewa
Major zostawił płaczącą Alicję, i zaczął rozglądać się po mieszkaniu. Szukał, czy jest w nim telefon. Jego krótkofalówka przestała działać, a chciał wezwać speców od odcisków palców. Znalazł aparat telefoniczny, i zdziwiony go obejrzał. Zamiast okrągłej tarczy była na nim klawiaturka z numerami do wyciskania. No, takiego cudu techniki to jeszcze nie widział. No, no, no, ktoś tu ma kogoś za granicą, bo taki aparat, to tylko mógł być od zagranicznych gości. Nawet w Pewexie takich nie widziałem - mruczał pod nosem. Podejrzana cała ta sprawa. ... W pokoju obok Alicja nadal płakała, i to jeszcze bardziej żałośnie, gdyż panią Agatę, która traciła przytomność, pogotowie zabrało do szpitala. Alicji udało się tylko usłyszeć cichy szept pani Agaty : dziecko, zanim poczułam uderzenie w głowę, to stałam przy oknie, i widziałam odjeżdżający z piskiem opon długi, czarny samochód. Jakby Wołga to była. Pierwsza litera rejestracji, to było K, a ostatnia cyfra, to 7. Pani Agata zemdlała, a sanitariusze wynieśli ją na noszach do karetki .

Hana"Chłopaki zabezpieczyły wtedy takie same siatki, tak samo zakrwawione!" Andrzejewski napawał się swoją przenikliwością oraz zdolnością kojarzenia faktów. "I wszystkie miały ten sam zielony nadruk! Ojacie, to były siatki z..."
"No nie, co ja gadam?" cichutko pomyślał Andrzejewski. "Jakie siatki? Jaki nadruk? Wszystko przez te skandynawskie kryminały. Za dużo się tego naczytałem i mieszam realia" major otrząsnął się jakby chciał zrzucić z barków niewidzialny ciężar, zatarł ręce, wyjął z kieszeni notes, poogryzany ołówek. "No dobrze" mruknął do siebie. "Zreasumujmy".

sonic
Póki co, nie wiedział za wiele- krew na siatkach z zielonym nadrukiem, ranna gosposia w szpitalu, mamrocząca coś o "zabraniu jej" i brak właścicielki mieszkania.
No tak- mieszkanie! - muszę przyjrzeć mu się bliżej, może tu znajdę jakiś trop.
Rozglądanie się po eleganckim M-4 zaczął od salonu. Pokój wskazywał, ze jego młoda mieszkanka raczej jest majętna, mało tego, musi być raczej szlachetnie urodzona, bo niemal każda ściana, każdy kąt udekorowane były stylowymi bibelotami, starymi pamiątkami, pięknymi obrazami, które na pierwszy rzut oka wydawały się dość kosztownymi. Stylowe meble, w tym przepiękna biblioteka zwróciły jego szczególną uwagę. Na półkach znajdowały się grube wolumeny, z których większość miała łacińskie tytuły. Księgi stały równiutko, jedna obok drugiej, ale na trzeciej półce od góry widac było jakby brak jednej księgi, a sąsiadujące z nią były wychylone tak, jakby zraz miały wypaść na podłogę, tak jakby ktoś tę brakującą pozycję wyrwał w pośpiechu. Zaczął się rozglądać, ale nigdzie nie widział żadnego brakującego tomu. Zauważył jednak coś innego- nad biurkiem pod oknem ledwo, ale jednak odznaczał się jaśniejszy punkt, ewidentnie po usuniętym dopiero co obrazie.
Zaczyna być ciekawie- pomyślał major- brak księgi i brak obrazu. Tylko dlaczego inne, widać że kosztowne dzieła wiszą?
Jego wzrok padł na malutką sofę pod oknem, znajdującą się tuż obok biurka, spod której jakby coś wyzierało. Pochylił się i zobaczył starą księgę. Była ciężka i ewidentnie bardzo stara. Podszedł z nią do biblioteczki. Tak, to jej brakowało w rządku innych pozycji.
Dlaczego leżała pod sofą? Na pewno nie z niechlujstwa p. Anny. Czyżby umieściła ją tam celowo, w pośpiechu przed kimś ją schowała? - zastanawiał się prawie już głośno Andrzejewski.
Księga zawierała jakieś mapy, dziwne ryciny i dość przerażające ryciny przedstawiajace ewidentnie

Hana
Na jednej z nich zobaczył przerażające, zniekształcone, dwugłowe cielę o dzikim wejrzeniu. Tajemnicza księga sama otwierała się na tej właśnie stronie. Jakby ktoś często do niej wracał... "Ki czort?" zadumał się major.
ilustr. Hana

sonic
Co ciekawe, figurka tego samego przerażającego cielca stała na biurku. Był to przycisk do papieru, ale jego wiek mógł być liczony w setkach lat. Był ciężki, wykonany z drewna hebanowego, a pod spodem miał jakiś ciąg liczb, pomiędzy którymi były lekko starte litery.
Zaraz, zaraz- niemal krzyknął major- środkowe litery tworzyły ciąg słowa- ANNA !
A ostatnie cyfry układały się w datę- 13.06.1966
To dzisiaj! Teraz naprawdę major poczuł rosnace w nim zaciekawienie!
Po chwili jego oczy zrobiły się jeszcze bardziej okrągłe, niż miał, bo jego oczy rzeczywiście dość mocno się rzucały w oczy innych . Były same w sobie okrągłe i dość wyłupiaste. Tego wytrzeszczu dostał kiedyś, gdy zastał w domu żonę z inspektorem Maliniakiem, też Andrzejem, w dość nie dającej wątpliwości scence. Po tej historii wytrzeszcz już mu pozostał, żona nie. Ale tym razem powodem jeszcze większego wytrzeszczu były literki obok daty- one ewidentnie ułożyły się w napis PEWEX

sonic
Słowo PEWEX pojawiło się w jego życiu tuż po akcji z Maliniakiem.Usłyszał jej od starej Kupichy, Cyganki mieszkającej w przybudówce obok jego kamienicy, kiedy to w pijanym zwidzie, udręczony zdradą żony poszedł do niej, by postawiła mu kabałę, naiwnie wierząc, że zobaczy w kartach, że niewierna z podkulonym ogonem wróci do niego błagając na kolanach o wybaczenie. Niestety, zamiast tego staruch przepowiedziała mu, że kiedyś w przyszłości, gdy przejdzie na milicyjną emeryturę, będzie dyrektorem firmy, w której ludzie będą płacić zakazaną walutą. Co będą kupować i co to za waluta wróżka powiedzieć nie umiała, ale wróżyła mu bogactwo. Powiedziała jeszcze, że drogę do tej kariery otworzy mu jakiś cielec..

Rogata Owca
A Wy, Andrzejewski, co się tak guzdrzecie? Na komisariacie juz czeka siedmiu świadków i cieć. Macie ich osobiście przesłuchać. Polecenie z centrali, od samego Pietrzaka. Jakaś smierdzaca sprawa.
Major Andrzejewski nie lubił tego typka z Zarzadu Polityczno Wychowawczego Nazarewicza, ale niewiele miał do powiedzenia.

sonic
Tak, z tego Nazarewicza była szczególna menda, tym bardziej, że razem z Maliniakiem i kapitanem Żebro tworzyli klikę i tylko czyhali, by złapać go na jakimś proceduralnym błędzie i zdegradować wysyłając na jakieś zadupie. Trzymał w dłoni cielca i doszedł do wniosku, że go nie pokaże nikomu, bo czuł, że w pewien sposób może być wplątany w to tajemnicze zniknięcie pani Anny. Intuicja mu mówiła, że to wyryte słowo PEWEX i dzisiejsza data to działanie przeznaczenia, że to właśnie on miał się tu dzisiaj pojawić. To nie mógł być przypadek.

Hana
Zapomniał z tego pomieszania, że ekipa nie pobrała jeszcze odcisków palców. Wyjął więc z kieszeni przybrudzoną chusteczkę i starannie wytarł figurkę. Gdzieś z tyłu głowy zabrzęczało mu: "Błąd, Andrzejewski, błąd!", jednak było już za późno. Ekipa techniczna właśnie rozkładała sprzęt.

Rogata Owca
W Komendzie Wojewódkiej, w gabinecie szefa czekali na niego juz obaj zastepcy, ds. bezpieczeństwa i ds. milicji. Zanosiło sie na niezły pasztet. I to na krótko przed emeryturą. Niech to szlag trafi!

Hana
Cholera, muszę coś wykombinować! Nie dam satysfakcji temu, temu, temu Żebrze, ćwokowi spod ciemnej gwiazdy! Chwilowo jednak nic nie przychodziło mu do głowy. Zostawił techników w wytwornym mieszkaniu Anny i - jak na ścięcie - udał sie do komendy.

Rogata Owca
No nareszcie jestescie! Stary już trzy razy dzwonił w sprawie tej smarkatej z Waryńskiego 23, co to niby porwana została i wywieziona czarna wołgą.
Czarną wołgą? Zdziwił się Andrzejewski, nic nie wiem o czarnej wołdze.
Wy w ogóle niewiele wiecie. Ale już się przyzwyczailiśmy. Myślicie, że dali Wam te sprawę, boście jaki Sherlok Holmes? Stary chce, byście sie tym zajęli po cichu, jakaś grubsza sprawa, chodzi o jakies dokumenty Abwehry z czasów wojny.
Abwehry? Zdziwił sie major.
A to nie wiecie, że w tej kamienicy znajdowała sie siedziba Abwehry i gdzieś mają być ukryte jakieś tajne akta?
Ustaliliście coś na miejscu? Kim jest ta ranna? Co za jedna ta Alicja?

sonic
Na czole pojawiły mu się kropelki potu, a twarz była cała czerwona, uszy go paliły, bał się, że cielec wypycha mu kieszeń na tyle widocznie, że zaliczy wpadkę.
Jednak milicjanci nie przyglądali mu się zbytnio, wyglądali na bardzo poruszonych. Okazało się, że zaginiona Anna, to córka znanego archeologa, brata teścia I Sekretarza Biura Centralnego Partii ! Co prawda , archeolog był czarną owcą w rodzinie, bo sympatyzował z wrogami klasy robotniczej, ale dzięki bratu wyjeżdzał często za granicę i kto wie, jakie miał kontakty.

Rogata Owca
Abwehra, I sekretarz, teść, jego brat, archeologia, cielec, czarna wołga...Majorowi zakręciło sie w głowie, poczuł ból za mostkiem i padł jak długi na podłogę. Po godzinie leżał już w szpitalu, ale bez świadomości.
Majora Andrzejewskiego nie ma i nie bedzie piskliwym głosikiem oznajmiła przez telefon sekretarka momendanta Sabina Brzakała. Miał zawał.
Alicja tymczasem została zawieziona na komendę i przesłuchana, co niewiele wniosło do sprawy, ale mogła wreszcie udać sie do domu. Była zdruzgotana.

Hana
Bolała ją głowa i poza tym, że była zdruzgotana, niewiele ją to wszystko obchodziło. Zniknęła cielęcina i to był prawdziwy problem.

Rogata Owca
Anna miała jej odstapić kawałek, jak zwykle przed szabasem. A teraz ani Anny, ani jedzenia.
Alicję na samą myśl, że będzie musiała przyrządzic okonia, przeszedł
dreszcz. "Okoń trudny jest do obłuskania, trzeba go jedna reką trzymać za
głowę, a drugą skrobać nożem łuskę, zaczynając od ogona, wnetrzności
wyciaga się przez uszy, przez co ikra lub mleczko i tłuszcz zostaja
wewnatątrz".

sonic
Z drugiej strony zależało jej na tym mleczku, które było naturalnym środkiem na ujędrnienie i porost (?) piersi. Nie ważne, że śmierdziała później jak jasna cholera, ale jej kolega ze studiów uwielbiał laski z dużym biustem , a ona uwielbiała tego Bazyla i skrycie o nim marzyła.

Rogata Owca
Alicja usiadła w fotelu i zasnęła. Dzwiek dzwonka i pukanie w rytm Eine kleine Nachtmusik wyrwały ją z drzemki. Tak zawsze pukała Anna. Podeszła do drzwi ostrożnie i spojrzała przez judasza. Po drugiej stronie drzwi stała Anna.
Anna? Co ty tu robisz? Nie zabrali Cię? pytała Alicja wciagając anne do środka i szybko zamykajac drzwi.
Kto? Dokad miał mnie zabierać? Co się tu wyprawia? Dlaczego masz zapuchniete oczy?
Byłas w domu? zapytała Alicja.
Jeszcze nie.
To nie wiesz, że szuka cie cała krakowska milicja, że Agate ktos u was w domu napadł i cos zabrał, no cielęcina tez zniknęła.

sonic
Agata, zaraz po opatrzeniu ran postanowiła pobiec do domu Anny, ale w hallu pogotowia natknęła się na nosze z majorem. Andrzejewski był przytomny, ale wyglądał dość kiepsko. Gosposia przywarła do noszy całym swoim cielskiem i na cały głos zakrzyknęła:
-Majorze, czy w domu była krowa ?!!!
Major poczuł, że zaraz zaliczy zejście, krew odpłynęła mu ponownie aż do czubków palców i chyba by upadł, gdyby nie leżał. Skad ta baba się domyśliła???
- Nie, nie widziałem, żadnej krowy! A skąd w mieście krowa?- udawał durnia
Oj, majorze, taka figurka na biurku czy była ? Takie bydle o dwóch łbach. Qrfa, jak mnie boli łeb- niemal jednym tchem wyrzuciła z siebie Agata

Rogata Owca
"Ich steh mit einem Fuß im Grabe|" przebiegło mu przez myśl zanim film mu sie znów urwał.

Hana
I szlus! dodała Agata i pogalopowała do domu Anny.

sonic
Wpadła jak burza i dużo nie brakowało, by znów wylądowała na pogotowiu, bo potknęła się o próg i jak długa przeleciała przez cały długi salon zatrzymując się głową na nodze biurka. Zamroczona skierowała swój wzrok na blat, ale z podłogi nie widziała nic. Wstała i tak jak przypuszczała- cielca nie było !

Rogata Owca
Po jakiego grzyba wyciagałam tego cielca ze skrytki? myślała Agata. Może i dobrze, że zniknął, bo by wiedzieli, że myszkuje po mieszkaniu pod ich nieobecność.
Agata weszła do kuchni i podniosła swój żakiet leżacy na podłodze. W kieszeni miała parę groszy. Postanowiła pójść na jednego głębszego idąc po jaja na Józefa 13.
Nie zaszła daleko. Na klatce schodowej dostała ktoś zepchnął ją ze schodów.
Lekarz stwierdził zgon. Pęknięcie podstawy czaszki stało potem w post
mortem.

sonic
Dwie godziny później do szpitalnego pokoju majora wszedł lekarz.
-Co za pieprzony dzień- mruknął do siebie pod nosem, wczytując się w kartę pacjenta.
-A co pan, doktorze, tak narzeka? Ja to mam dziś popieprzony dzień- zagaił zmiętolonym głosem major.
-Tak? A to ciekawe, bo ja po dyżurze w pogotowiu mam dzisiaj tutaj nockę, a jestem ledwo żywy, bo własnie wróciłem ze zgłoszenia do wypadku, ale moja pomoc polegała tylko na tym, że zrobiłem wstępne oględziny zwłok z Waryńskiego. Jakaś starsza baba postanowiła rozwalić potylicą kamienną posadzkę.
- Na Warńskiego??? A pod którym numerem? - zapytał Adam, przeczuwając, że adres będzie mu znany
- Pod 6- tką, a co ? Mieszka tam pan?
Andrzejewiczowi zawirował sufit przed oczami. To nie może być zbieg okoliczności, to nie może być zbieg okoliczności- ta myśl powodowała, żr zrobiło mu się znów duszno. Jeszcze jedna taka wiadomość i zejdę, ku uciesze kliki !

sonic
-Zaraz, zaraz, nie pod 6-tką! Pod 23 numerem- poprawił się lekarz.
-Major nabrał powietrza i zaczął po cichu liczyć- 1, 2, 3 , 4... Do czego to wszystko ma mnie doprowadzić ? Zaginięcie pani Anny, zniknięcie obrazu, a może jakiejść mapy ze ściany i cielec, którego ukradł z domu, a który miał skierowaną do niego jakąś tajemniczą wiadomość- Anna, PEWEX i dzisiejszą datę. Teraz śmierć gosposi, jedynego swiadka.
Muszę się stąd wydostać, ale jak to zrobić- intensywnie myślał ten niby w sile wieku mężczyzna, któremu dzisiejszy splot zdarzeń niemal zniszczył serce.
Był pewien, że to gosposia, bo widział z jaką miną wybiegła hallu Izby Przyjęć.
Co teraz, co teraz? Jak stąd wyjść?Przecież mam na sobie szpitalną koszulę z rozcięciem z tyłu i całą dupą na wierzchu. Te koszule to jakiś dziwny wymysł, rozumiem, ze w psychiatryku, ale tutaj? - major zmiął przekleństwo w myślach. Postanowił przywołać salową i za drobną łapóweczkę odzyskać swoje ciuchy. Nie martwił się stanem zdrowia. Trudno, najwyżej szlag mnie trafi, i tak nie mam po co żyć, odkąd była żona z tym bydlakiem Maliniakiem obnosi się pod rękę, ba, nawet przychodzi na komendę, co powoduje złośliwe szepty kolegów. Sam przed sobą nie chciał się przyznać, że jego myśli zawładneła przepowiednia Cyganki i tego bogactwa.

Rogata Owca
Dwugłowy cielec z hebanowego drewna spoczywał natomiast niewidoczny dla nikogo pod szafą z aktami w gabinecie komendanta komendy wojewódzkiej.

Nie było wielkich szans na jego rychłe odnalezienie, bowiem sprzatająca gabinety Felicja Zapotoczna nie była pedantką, a i komendant nie przejmował się kurzem ani brudną podłogą. Miał ważniejsze sprawy na głowie.
U zastępcy Komendanta Wojewódzkiego Milicji Obywatelskiej ds. Służby Milicji, w biurze Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego na tajnej naradzie podjeto decyzję o odesłaniu Andrzejewskiego w stan spoczynku z powodów zdrowotnych.

Hana
Tymczasem major Andrzejewski biegł przez Planty w stroju nieco niekompletnym. Salowa okazała się nieprzekupna, znalazł więc w dyżurce jakieś białe, lekarskie spodnie. Biegł przez Planty, a za nim powieiwała szpitalna koszula w niebieskie ciapki. Gdyby mógł go teraz zobaczyć komendant, mógłby zwątpić w swoje zdrowe zmysły.
Zdyszany, przysiadł na moment na jakiejś ławce. Starszy pan na spacerze z psem, zaniepokojony jego wyglądem zapytał z troską, czy nie potrzebuje pomocy?
Odejdź pan - wydyszał major. To nic, mam zawał, zaraz mi przejdzie.

sonic
Jego emocjom dodawałą świadomość, że cielec jest na komendzie, Dopóki nie znajdzie się ktoś , kto o niego się upomni jest bezpieczny. Musi natychmiast zabrac dowód własnego przestępstwa w domu

Hana
Odsapnął chwilę i pognał dalej.
- Boszszsz, oby nie było za późno - przemknęło mu przez głowę. Miał wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi i pogna na Waryńskiego bez niego.
- Przecież tam musi coś być, jakiś ślad, punkt zaczepienia, cokolwiek! - kołatało mu się po udręczonej głowie. Wypadł za krzaków na Plantach na wysokości numeru 23 i stanął jak wryty. Pod bramą stała milicyjna warszawa z kogutem na dachu. Niedbale oparci o drzwi stali komendant i jego zastępca.
- No to już po mnie - zatrwożył się major.

sonic
Tym czasem Anna zaczęła przedstawiać swoją relację wydarzeń Alicji, która z otwartymi ustami słuchała przyjaciółki. Anna otrzepywała swoją elegancką bluzkę z resztek liści i trawy, skutków wylądowania w jakimś rowie nad Wisłą.
-Wiesz, szkoda mi dywanu, lubiłam go bardzo. Ponoć właśnie na nim zostałam poczęta w Wigilię 1945 roku, gdy ojciec z dziadkiem i jego bratem wrócili z Niemiec do domu.
-Anka! Co ty mi tu o dywanie gadasz?!!! Mów co się stało!
- Dobrze, dobrze, moja kochana, ale ten dywan był taki piękny i obiecałam sobie, że kiedyś, gdy umrę, zostanie razem ze mną złożony w trumnie- Anna rozpłakała się rzewnie.

ilustr. Hana

Hana
Przecież o mało w nim nie umarłaś, więc o co ci chodzi, zeźliła się Alicja! To powinno ci wystarczyć. Do rzeczy!

Rogata Owca
Anna z Alicja siedziały po ciemku. Nie wiedziały co wydarzyło sie w kamienicy przy Waryńskiego, że Agata leży w prosektorium, major Andrzejewski po zawale uciekł ze szpitala i biega po Plantach w szpitalnym odzieniu, cielęcinę duszoną z warzywami pałaszują Lichoccy spod dwójki, a komendant główny Milicji Obywatelskiej uczestniczy w naradzie w gabinecie I sekretarza KC PZPR, a przedmiotem narady jest odzyskanie tajnych dokumentów na temat akcji o kryptonimie Anna, prowadzonej przez agenta o pseudonimie PEwex, ktore zniknęły w niewyjaśnionych okolicznościach z sejfu w piwnicach Komendy Głównej.

sonic
- Wiesz, Alicjo, muszę natychmiast znaleźć się w domu, ale boję się tam iść sama. Obawiam się, że nie tylko dywan utraciłam. Zresztą po dywan mogę jeszcze wrócić nad Wisłe, chociaż obawiam się, czy siedzący tam żule go nie zabiorą, bo patrzyli na niego głodnym wzrokiem.
-Anka! Czy powiesz mi wreszcie co się stało ?
-Alicjo, nie wiem, serio. Byłam w domu, kąpałam się w wannie, gdy nagle jakiś zamaskowany facet otworzył drzwi łazienki i psiknąl mi w twarz jakimś gazem. Niemal się nie udusiłam! Wyskoczyłam naga z wody, wyobrażasz sobie co za wstyd? Ja naga i jakiś zbir!

Mika
Oj tam, naga czy ubrana, przecież nie masz się czego wstydzić! - powiedziała z lekką zazdrością Alicja, chociaż i jej niczego nie brakowało.
- No tak, ale, on był całkiem obcy!- zawołała Anka - I nie miał żadnego prawa taką mnie oglądać!
- Ty to głupia ze szczętem jesteś, czy jak?? Myślisz, że zbiry to się jakimiś prawami kierują?? Miał cię porwać to i porwał, a że saute, to już trudno, tak wyszło! - podsumowala Alicja

sonic
I nic ci nie zrobił?? Nie zgwałcił cię? -niby zaniepokojona, ale z lekkim rozmarzeniem demaskującym jej perwersyjną naturę głosem zapytała Alicja

Hana
Ojtam, zaraz tam wstyd! Myslisz, że zbir gołej baby nie widział? Chociaż po prawdzie, to Czartoryskiej może i nie - zamyśliła się Alicja.

sonic
Alicjo? - co oznacza ten ton twojego pytania???
Och nic, nic- przyjaciółka poczerwieniała
- A tak właściwie, to dlaczego ty tak cuchniesz, Alicjo? I czemu masz taki tłuste plamy na bluzce, coś ci się wylało na biust??- Anna z odrazą odsunęła się od przyjaciółki
( narrator poleca cofnąć się kilka wersów w górę, by dowiedzie się co Alicja zrobiła :P )

Rogata Owca
To tylko slady po sprawianiu okonia według zaleceń Rebekki Wolf z domu heinemann.

sonic
Ależ Anno, ty jesteś nim wysmarowana!
-Daj spokój, nie pytaj mnie co zrobiłam- Alicja nie chciała zdradzić koleżance przepisu na duże cycki, zresztą Anna miała swój naturalnie duży, więc nie miała skrupułów nie dzieląc się ta wiedzą.- ochlapałam się z nerwów!
Dziewczyny udały się w kierunku domu Anny, jednak niedaleko bramy wejściowej zobaczyły coś zadziwiajacego. Przystojny, około 40 letni mężczyzna, ubrany w białe, jakby szpitalne spodnie i koszulę z rozcięciem na plecach, ewidentnie ukrywał się przed kimś - kucał raz za jednym raz za drugim samochodem wyzierając co chwilę zza nich. Gdy podeszły bliżej ich oczom ukazał się milicyjny samochód i kilku funkcjonariuszy stojących obok.
ilustr. Hana


Hana
Mężczyzna w dziwacznym odzieniu dawał im jakieś rozpaczliwe znaki. Alicja nie rozpoznała w nim majora - wszak w mundurze wyglądał całkiem inaczej.
Ani chybi jakiś czubek - Annę ten widok nieco przestraszył po ostatnich przejściach.
- Ty, o co mu chodzi? Ruchem kieruje, czy jak? - zapytała retorycznie.

sonic
Być może nie rozpoznała go natychmiast, bo jej wzrok zaczęly przyciągać jędrne pośladki co rusz wyłaniające się spod białych spodni. W końcu były na tyle blisko, że usłyszały jego ciche syknięcie.
-Pani Alicjo, kim jest pani towarzyszka= zapytał z nutą zaniepokojenia w głosie
- To Anna, panie majorze- odpowiedziała oczarowana widokiem Alicja
-Anna??!- Andrzejewicz nie ukrywał absolutnego zaskoczenia

sonic
Życie nie szczędziło mu dzisiaj mocnych wrażeń, nie wiedział jeszcze, że klika już go usunęła z pracy i kto wie, jak potoczyłyby się kolejne wypadki , gdyby tę wiedzę posiadał w tym momencie.
Pani Anno, skąd pani się tu wzięła? Dlaczego pani gosposia, która nie żyje, powiedziała, że ktoś panią zabrał? - spytał cicho major
- O Jezu! Jak to nie żyje? Zamordowali ją ? - dziewczyna ledwo to wypowiedziała i osunęła się zemdlona na ziemię. Dobrze, ze upadając głową upadła na kolana majora, ale i tak hałas wzbudził zaniepokojenie pilnujących wejścia do domu milicjantów.
Alicja zaczęła lekko poklepywać po policzkach koleżankę- Anka, Anka, na miłość boską, ocuć się!- szeptała cicho przerażona.
Anna otworzyła powieki, ale wolałaby ich nie otwierać i uważać, że ta cała dzisiejsza historia to tylko sen.
Andrzejewski obmyślał w myślach plan , jak pozbyć się milicji.
-Pani Anno, co pani wie? Kto panią porwał i gdzie ? Jak się pani uwolniła.
- Nie wiem kto, ale wiem, że niesiono mnie gdzieś nad Wisłę, z rozmów zrozumiałam, że do jakieś meliny, ale nagle grupa młodych ludzi chcących spędzić wagary nad wodą spłoszyła porywaczy i ci mnie porzucili.
-Ale co z Agatą? Dlaczego nie żyje ?
- Nie wiem dlaczego, wiem jedynie od lekarza, który potwierdził zgon, że rozwaliła głowę o posadzkę na klatce schodowej. Czy to był wypadek, czy ktoś jej w tym pomógł, tego nie wiem.
Ponoć miała dość zmasakrowaną tę głowę, jakby uderzona była różnymi narzędziami. Więcj dowiem się z Zakładu Medycyny Sądowej, ale nie teraz i nie w tych ciuchach.
Zaiste, pomyslała Anna. W takim przyodziewku sam mógłbyś trafić do prosektorium.

Hana
Major Andrzejewski snuł w głowie gorączkowe śledztwo. Dlaczego Agata? Dlaczego zginęła? Za pięć kilo cielęciny? Wprawdzie historia zna takie przypadki, ale jednak... nieee... to niemożliwe. Musiała coś wiedzieć!
I po cholerę wynieśli w dywanie Annę? To wszystko mi wygląda na działania jakichś amatorów, którym akcja wymknęła się z rąk, albo to jakaś grubsza sprawa - kombinował major.
Nie potrafił mysleć dwutorowo, toteż nadal nie miał pojęcia jak pozbyć się gliniarzy spod bramy numer 23. Mógłby zadzwonić i powiedzieć, że w komendzie jest bomba, ale budka telefoniczna znajdowała sie po drugiej stronie ulicy. Musiałby przedefilować pod nosem komendanta i jego zastępcy. A takiej satysfakcji nie miał zamiaru im dać. Na półgołym tyłku poczuł, że jest mu zimno.

Margolcia
Andrzejewski siedząc w kucki i trzymając na kolanach głowę ledwo przytomnej Anny poczuł nagle, w miejscu, gdzie skradzione ze szpitalnego magazynu spodnie niezupełnie zdołały okryć jędrne pośladki, zimny, wilgotny dotyk. Zamarł początkowo, po czym powoli odwrócił głowę. Za nim stał pies. Średniej wielkości, czarny, kędzierzawy kundelek przymilnie patrzył w oczy i merdał ogonem. Major już miał syknąć: a pójdziesz stąd, gdy nagle coś zauważył. Piesek miał włożoną za obrożę zwiniętą kartkę papieru. Major Andrzejewski sięgnął po nią ostrożnie, rozwinął a jego oczom ukazał się napis "Cielec, cielęcina, poprowadzi cię ta psina". Major westchnął głęboko i byłby upadł, gdyby nie to, że już siedział.

Hana
Od kucania ścierpły mu nogi. Próbował podnieść się nieco. W tym celu złapał klamkę syrenki w kolorze yellow bahama, za którą się ukrywał. Drzwi samochodu ustąpiły i major z ulgą osunął sie na siedzenie. Już miał się przeciągnąć i rozprostować trochę kości, gdy czyjaś ręka złapała go od tyłu za głowę i zatkała mu usta.
- Cicho bądź - wysyczała, a nic ci się nie stanie. To ja, Sabina Brząkała.

Hana
Kędzierzawy kundelek grzecznie czekał przy samochodzie.

Katarzyna S
Zlapal opadajce gatki w garsc i pobiegl za kundlem. Choc slowo pobiegl, bylo nieco na wyrost. Potykajac sie o wlasne nogi, i wystajace plyty chodnikowe, probowal kundla nie stracic z oczu.

Margolcia
Czyj to pies, zapytała szeptem Alicja. Anna podnosząc głowę z kolan majora Andrzejewskiego spojrzała za jego plecy. Aaa, to pies baby, która przynosiła cielęcinę. Nagle cała trójka usłyszała przeciągły gwizd i wołanie: Murzyn, Murzyn do nogi! Pies poderwał się ochoczo. Wszyscy spojrzeli w kierunku, w którym pogalopował. Po przeciwległej stronie trawnika nad psem pochylała się ...Agata.

kalipso
Alicja nie wiedziała, co bardziej wyprowadziło ją z równowagi - pośladki majora mrugające do niej podczas biegu, czy widok Agaty. Wzięła się w garść i skupiła się na tym drugim widoku. Głowa handlarki cielęciną nie wyglądała na rozłupaną na posadzce. Wprost przeciwnie. Na głowie tej pyszniła się całkiem świeża ondulacja. Agata miała na sobie kolorowe dzwony, zupełnie nie w jej stylu.

sonic
Czy Agata nie ma przypadkiem siostry bliźniaczki? To wyjaśniałoby wiele, albo to jakaś zjawa!
Tym czasem major wrócił, bo psa dogonić nie sposób w tych spodniach. Ewidentnie ten pies był na usługach kontrabandy szmuglującej cielęcinę z Czechosłowackiej Republiki Ludowej, słowo cielec to po czechosłowacku "tajna sprzedaż" Domyslił się, że przy okazji napadu w domu Anny trafił na ślad przemytników mięsa, a to go nie obchodziło zbytnio.

ilustr. Ewa2


Hana
Omatkożtymoja! - zakrzyknął major i drugi raz tego dnia pad bez ducha na chodnik.
Alicja i Anna zostawiły zemdlonego majora i w ślad za psem pognały na drugą stronę ulicy, do domniemanej Agaty.
- Agata!!! Ty żyjesz??? Kobieta w dziwnych spodniach podniosła głowę. Spojrzała zdziwione na dwie rozchełstane do granic możliwości dziewczyny i z godnościom odrzekła. Żyć, żyję, ale Jacek jestem. Czy ja wyglądam na Agatę? - zapytał(-a) oburzona (-y).

sonic
Tak, to nie była bliźniaczka, a brat bliźniak Agaty, znany krakowski transwestyta, dorabiający na tajnych alkoholowych libacjach rozpasanych przedstawicieli Komitetu Centralnego Partii.
Pożyczał od Agaty ciuchy, bo gabaryty mieli takie same.

kalipso
ALicja i Anna zbaraniały, a major, który odzyskał nagle odzyskał przytomność, chciał znowu omdleć na te słowa. Nagle jednak coś mu w głowie zaświtało i nie omdlał. Wstał czym prędzej i zaczął targać Jacka za ondulację.

sonic
No tak, na szczęście to jednak on, Jacek Transik, znany Andrzejewskiemu doskonale, ponoć umilał czas temu znienawidzonemu Żebro. To była doskonała okazja, by wykorzystać tego zboka, by unieszkodliwić jakimś szantażem tego Żebro! Kontra banda wyjdzie na jaw, albo Jacek skompromituje Żebro, a życie majora trochę będzie lżejsze, w każdym razie na komendzie

sonic
No tak, kręcimy się w kółko, a w mieszkaniu cholera co się dzieje.
Odczekali aż milicjanci odjadą spod domu Anny i razem z Jackiem wkroczyli do mieszkania.
- Gęba na kłódkę, zboku, nic nie widziałeś, nic nie słyszałeś, pamiętaj, albo będziesz miał odtąd darmowe orgietki w więźniu! Teraz nie mam czasu, ale pogadamy sobie o Żebrze, oj pogadamy. Teraz mów nam tu, co wiesz o swojej siostrze, miała wrogów, ktoś mógł ją zabić dla cielęciny, czy z jakiegoś innego powodu ?
Jacek zzieleniał ze strachu, co w sumie wyglądało całkiem nieźle, zielony kolor skóry komponował się seksownie z rudymi lokami peruki.
Nie wiem, chyba nie miała wrogów, ale kto wie, może ci sąsiedzi spod 2 ją ukatrupili, oni strasznie lubią cielęcinę, a groszem nie śmierdzą- wybełkotał pokichany ze strachu Transik

sonic
Przez to całe zamieszanie okazało się, ze wszyscy nie zauważyli gdzie jest Sabina i kiedy się ulotniła ta żmija, wredna donosicielka Nazarewicza. Majorowi zrobiło się słabo.A co będzie, gdy odnajdą cielca? - pomyślał biedaczysko.
No tak, trzeba zapytać o to Annę, ale nim zdążył otworzyć usta, usłyszał jej krzyk
- Gdzie El Mariaczi ??? Gdzie mój przycisk do papieru? Co ja zrobię, co ja teraz zrobię?- dziewczyna darła się jak opętana.
Od tego krzyku majorowi aż gatki opadły, co Alicja skwitowała promiennym uśmiechem. Jacek też lubieżnie oblizał spierzchnięte ze strachu usta.
Jedną ręką przytrzymywał spodnie, drugą machał w kierunku dziewczyny gestem uciszając ją.
- Anno, mam twojego cielca, cicho proszę, bo się tu zaraz sąsiedzi zlecą. Powiedz mi dlaczego jest taki dla ciebie ważny?

Hana
Major sięgnął do szafy Anny, jakby był u siebie. Na podłogę wysypała się streta ubrań. Wybrał jakieś lśniące, zielone spodnie i fioletowy golf z cekinami.
_ Aaaa... zacharczał z zadowoleniem. Nareszcie ciepło w tyłek. Jacek, Anna i Alicja stały jak zamurowane. Major wyglądał bowiem jak starszy brat bliźniak Jacka.

Katarzyna
A tymczasem na Plantach, dwaj szachisci, pochyleni ku sobie szeptali.
-Ty, a pamietaz te dziewoje w kolorowej spodnicy i wielkimi oczami?
-Masz, sie takich nie zapomina.
-Sluchaj, ona znalazla trupa...
-Co???
-trupa Agaty, wiesz tej flamy wielkiego S.
-rany boskie!
-wiesz, ze ona handlowala cielecina, a jej gach, przemycla ruble w Polish Ham.
-Ty, ale co ma cielecina do ham??
-baaaaa
Zamyslili sie obaj nad szachownica.

sonic
Zaduma szachistów nie trwała długo, bo gnająca przez Planty Sabina Brząkała, zahaczyła swoimi wydatnymi biodrami o jednego z mężczyzn tak mocno, że ten potrącony padł twarzą w szachownicę i cały misternie prowadzony plan pokonania przeciwnika słynną partią "Rotlevi-Rubinsteina" legł w gruzach, a konkretnie na alejkę i trawnik.
Sabina wbiegła do Komendy Wojewódzkiej, ostatkiem sił pokonując schody na 4 piętro i rozmachem otworzyła drzwi do gabinetu Nazarewicza.
-Szefie- wydyszała- szefie, Andrzejewski oszalał! Spotkałam go siedzącego w kucki za nową wypasioną Syrenką 105, wie pan, tą bryką badylarza Zenona Kaczorowskiego, co to ją kupił ledwie w 1o lat pracy, a uczciwy człowiek, taki jak ja całe życie haruje i se nie kupi. No więc kucał za nią i wychylał łeb jak jaki gryzoń z norki i ja go chciałam do szpitala zabrać, bo przecież człowiek po zawale, jeszcze w ciuchach szpitalnych, widać, ze uciekł, a ten jak szalony zerwał się i mrugając pośladkami pognał za jakimś psem!
- Sabina! Co ty wygadujesz, jakie mrugające pośladki, jaki pies, jaka syrenka ?- oniemiały Nazarewicz nie mógł nic zrozumieć z tego potoku słów.
-Szefie, no, niech szef się skupi, bo ja ledwo tech mogę złapać i nie będę powtarzać dwa razy.
- A gdzie to miało miejsce?
- To jest, szefie, też bardzo dziwne, bo on tak z tą gołą dupą czaił się w okolicy domu tej porwanej Anny i zamordowanej Agaty.
Nazarewicz aż podskoczył na starym taborecie, który służył nie tylko jako siedzisko do biurka, ale również jako narzędzie tortur podczas przesłuchań
-No tak, w sumie mnie to nie dziwi, ten Andrzejewski nigdy nie wzbudzał mojego zaufania, zresztą jak można mieć zaufanie do rogacza- milicjant zachichotał złośliwie- Ciekawe co on tam robił, musiał mieć poważny powód, skoro zaraz po zawale zwiał ze szpitala. Dzwonił do mnie ordynator, nasz lojalny obywatel, który zawsze ma oczy i uszy otwarte. Kieszenie też, ale lojalny jest jak pies.

Rogata Owca
W Warszawie tajna narada zakonczyła sie tęgą popijawą. Wszysstkich prócz podpułkownika Samborskiego trzeba bylo odwozic do domu. Akcji o kryptonimie Anna nadano najwyzszy priorytet. Chodziło o sprawy bezpieczeństwa panstwa, o walkę ze zdrajcami. Samborski dostał zadanie udania sie do Krakowa. Sprawa bowiem wymkneła się spod kontroli, ze szpitala psychiatrycznego uciekł major Andrzejewski, który zupełnie stracił głowę i przytomność podczas rutynowego sledztwa w sprawie napadu na dochodzaca pomoc domową Agatę Maciejewską, dorabiającą sobie drobnym handlem jajami i cieleciną. Agata, po nakryciu ja z kochanką w sytuacji jednoznacznej, została tajną współpracownicą SB i była pod opieką Ernesta Abramka z Wydziału "B" Komendy Wojewodzkiej. Sprawa się jeszcze bardziej skomplikowała, gdy Agata odkryła zaginięcie hebanowego przycisku do papieru, ktory był prawdopodobnie kluczem do zdobycia kodu skrytki. Agata nie zdażyła spisac ciagu cyfr i liter, ugodzona tepym narzedziem w głowę straciła na chwilę świadomość, gdy ja odyzskała zarejestrowała najpierw brak kiełbasy podwawelskiej i cieleciny, Przysięgała Nazarewiczowi, że figurka jeszcze była w mieszkaniu. Cała sprawa pewnie by sie szybko zakonczyła, w koncu Agata wreszcie znalazła tęgo cielca, ale....wtedy pojawiła się ta siksa Alicja i zrobiła afere o porwaniu. A żadnego porwania nie było. Anny w domu tez nie było, bo zajmował sie nią nasz delegowany Bodo z Zakopanego. Wyladowali w Niepołomicach, wróciłi dopiero pod wieczór. W miedzyczasie Andrzejewski zdazył uciec ze szpitala, a Agate ktoś spuscił ze schodów. Figurka znikneła. Anna postanowiła wykorzystać cała sytuację, licząc na artykuły w gazetach i zaczęła rozpowiadać o porwaniu w dywanie. Tak dalej nie mogło być! Qrwa mać! ryczał komendant Pietrzak podczas narady, zanim wypił pare głębszych.
Samborski siedział w pociagu z Warszawy do Krakowa. Był przystojny, młody i miał udawac doktoranta archeologii, ktory przyjechał po jakis nieopublikowany artykuł ojca Anny, znanego Profesora Rafała Estereicha. Miał się zajkrecic koło Anny i Alicji i wyeliminowac obie. Teraz potrzebny był spokój.
W Krakowie natomiast, w psychiatryku, do ktorego zdazono na szczeście juz dostarczyć Andrzejewskiego, wykrzykującego cos o cekinach, sobowtorach, psach, Sabinie, sekretarce szefa miejscowej policji. Nie było go tylko pare godzin, ale cały Kraków juz huczał od plotek i domysłów. Przypieto Andrzejewskiego pasami do łózka i czekano na decyzje ordynatora w sprawie elektrowstrzasów. Ordynator czekał na telefon od szefa Wydziału.
Poranna odprawa nie była takim horrorem, jakiego sie spodziewał Nazarewicz. Obyczajówka zgarnęła nad ranem z ulicy spiewajace i tańczące dziewczyny. Była to Anna Estereich i Alicja Somerduft. Obie odpoczywają na komisariacie Krowodrza. Po spisaniu i ytrzeźwieniu maja zostac odesłane do domów.
Samborski wysiadł z pociagu na Dworcu Głównym i wciągnął w płuca wilgotne krakowskie powietrze, jak sadził, ale była to tylko para z parowozu. Spacerem udał się na umówione spotkanie z kimś z wydziału B, ktory miał go poinstruowac, co dalej i zaprowadzic na kwaterę przy ul. Miodowej, róg Halickiej.

sonic
Andrzejewski jeszcze nigdy nie był w tak chusteczkowej sytuacji jak teraz.
Związany pasami w sali Akademickiego Szpitala Psychiatrycznego im. Stalina zastanawiał się jak uwolnić się przed czekającymi go elektrowstrząsami. Przypomniał sobie, że powinien tu pracować jego tajny współpracownik W sumie współpracownik to dużo powiedziane, to zwykły oblech i dewiant, który lubił obnażać się na krakowskich Plantach i przyłapany kiedyś przez niego w " akcji" w zamian za bezkarność donosił majorowi kto się pojawiał w psychiatryku, a ten zbierał kwity na wszelki wypadek, zawsze ta wiedza mogła być użyteczna.
Andrzejewskiego do psychiatryka wysłał Nazarewicz, raz na zawsze chciał się pozbyć rywala, który mógłby kiedyś stracić go z ciepłej posadki, tym bardziej, że obawiał się iż Andrzejewski wie o jego orgiach z Transikiem
Nie wiedział gdzie jest Anna i Alicja. Tej pierwszej przyznał się do kradzieży cielca.
Dziewczyna twierdziła, że cielca kazał jej pilnowac jak oka w głowie jej ojciec, ale mimo, że brunetka, to mentalną blondi była ( pardonisk od narratora w stronę wszystkich BlondiKur ;P ) i nie wiedziała o co chodzi z tą w sumie obrzydliwą figurką. Postanowił przywołać sanitariusza, udajac, ze natychmiast potrzebuje kaczki.

Rogata Owca
Tak naprawde nie wiedział już zupełnie nic. Leki zaczeły działac. Stracił poczucie rzeczywistości. Nie wiedział czy w ogole był w tej kamienicy na Gertrudy, która dzis miesci sie przy Warynskiego, czy cielec tam był, czon go zabrał. Zabrać dowoód byc może w sprawie z miejsca przestepstwa? Dla śledczego porażka i koniec kariery.
"Ich steh mit einem Fuß im Grabe". Symfonia z tej kantaty Bacha grała mu w głowie juz od wielu tygodni. Czy to poczatek choroby? Poczatek końca?

sonic
Tym czasem Anna siedząca w Izbie Wytrzeżwień gorzko żałowała sfingowanego napadu. Zastanawiała się czy kolega, który zawinął ją w dywan i zdzielił w łeb Agatę, nie z zrobił tego zbyt solidnie. Czy to on zabił Agatę? Obosześfinty, mam Agatę na sumieniu i to tylko za kilka chwil sławy ??- dziewczyna zaczęła szlochać.
Tak, zawsze chciałam być sławna, tak jak ojciec, ale czy to moja wina, że jestem piękna i ta uroda od zawsze mi przeszkadzała?Czy to moja wina, że zamiast nauki wolałam imprezki z kolegami. Inne dziewczyny poszły na studia aktorskie, na dziennikarstwo, a ja biedna chodziłam na dancingi, szukajac jakiego sławnego reżysera, ale ci głównie spędzali ze mną jedną noc i uciekali nad ranem. Co za niesprawiedliwość- szloch coraz bardziej wstrząsał wydatnymi DD skacowanej Anny.
W tym momencie do sali wszedł milicjant.

Rogata Owca
W towarzystwie Bodo z Zakopanego. Bodo wcale nie nazywał się Bodo, tylko Staszek Jakimowicz, ale przystojny był jak Eugeniusz. Staszek był oczywiście tajniakiem, pracownikiem Wydziału III Komendy Wojewódzkiej.
To z nim spędziła upojne popołudnie w dzien smierci Agaty. W dywanie, czy bez dywanu. A co za różnica. Agata nie żyje, mama nie zyje, tata na wyprawie badawczej nad Morzem Czarnym, ona ma kaca i siedzi w komisariacie. Dobrze, że chociaz Staszek ja znalazł.

Margolcia
Do wysiadającego z pociągu Samborskiego podeszła nieznana mu kobieta z czarnym pieskiem i znienacka wcisnęła mu coś do ręki i szybko się oddaliła. "Coś" okazało się karteczką z napisem "Kryptonim cielęcina". Do zdziwionego Samborskiego dotarło właśnie, że kobieta miała coś jakby zarost na twarzy. Tymczasem w mieszkaniu Agaty...

Rogata Owca
Na poddaszu narożnej kamienicy nr 8 przy Estery i Miodowej ktoś w pospiechu przeszukiwał szuflady komody w sypialni. Poza bluzkami i majtkami w sporym rozmiarze nie znalazł nic, a przeciez gdzies musiała te weksle i zdjęcia schować. Nazarewiczowi robiło sie na przemian zimno i gorąco. Jak to wszystko znajdą, jest skończony. Nawet Sabina nie pomoże. Ona pierwsza go załatwi, jak zobaczy co wyprawiali z Jackiem. Nazarewicz uwodził Sabine, aby trzymać ręke na pulsie i zawczasu unieszkodliwić Andrzejewskiego. Andrzejewski póki co jest nieszkodliwy, ale jak przyjedzie ten goguś z Warszawy i zacznie węszyć do spółki z Abramkiem, kto wie, co sie wydarzy. Gdzie ta pinda to schowała? Postanowił zajrzeć do pawlacza. Gdy byl na drabinie, ktoś z impetem otworzył drzwi. Nazarewicz nie zdążył nawet krzyknąć.
Zadowolony z siebie Jacek postanowił dłużej, niż zwykle pospacerowac z psem. Z Nazarewiczem miał sie spotkać dopiero za dwie godziny. To na jego polecenie czatował na tego wymuskanego elegancika ze stolicy. Karteczka z kryptonimem „cielęcina” miała skierowac jego uwagę w stronę nielegalnego handlu mięsem i inne tego typu geszefty. Nazarewicz nie wiedział, po co przysyłają tego dupka z Warszawy, chciał zyskać na czasie. Jacek nie wiedział, że czas dla Nazarewicza nie ma juz w tej chwili żadnego znaczenia.

Rogata Owca
Nie wiedział tez, że i jemu bije dzwon. Gdy przechodził przez ulicę uderzyła w niego rozpedzona warszawa. Pies wraz ze smyczą zdażył uciec. Karetka przyjechała i odjechała. Nie była potrzebna. a Jacek w trupiarce udał się w ostatnią swa podróż. Do prosektorium.

Rogata Owca
„.Największą grupę stanowią zabytki pochodzące z rozległego obszaru kultury antycznej (Grecja, Italia, Cypr, Azja Mniejsza, Afryka Północna, wybrzeża Morza Czarnego) od epoki brązu po późny antyk”_ czytał bez większego zainteresowaania Samborski tekst pióra Estereicha. „Cywilizacje starożytnego Wschodu reprezentują głównie pochodzący z Egiptu sarkofag wraz z mumią, figurki uszebti, drobna plastyka, naczynia kamienne, amulety i skarabeusze, fragmenty tkanin koptyjskich. Cywilizację Mezopotamii zaś akadyjska pieczęć cylindryczna. Znajduje się też w naszym zbiorze niezwykły obiekt nieznanego pochodzenia z zielonego hebanu, przedstawiający dwugłowego cielca. Figurkę przekazał w moje ręce nieznany darczyńca wraz z "kamieniem z muru Serwiusza Tulliusza w Rzymie, kawałkami lawy z Wezuwiusza, "stoąa marmurowego posągu", "palec figury bronzowej" i "kostkami mozaikowymi z Pompei". Samborski próbował zapamietac te wszystkie informacje, pijąc podłą kawę w oczekiwaniu na spotkanie. Jest tu w końcu w charakterze mlodego naukowca.
Był zmęczony, chciał sie troche odswiezyć i poznać szczegóły operacji. Jego kontakt jednak się spóźniał. Dziwna kobieta z pieskiem nie dawała mu spokoju. I ta karteczka z kryptonimem... Czy to część planu? Co ma jednak do tego wszystkiego „cielecina” zachodził w głowe. Chociaz, może jednak to nie takie głupie. Cielec, cielecina...Ech, ci madrale z Krakowa...Jak już oni coś wymyślą...

Katarzyna S
Pchnięte z impetem drzwi, podcieły drabinę na której balansował Nazarewicz. Spadając , łapał się czego popadnie, rypnął na parkiet z jakąś skórzaną teczką w ręku.

sonic
W prosektorium Szpitala Wojewódzkiego od rana kręciła grupa studentów pierwszego roku Akademii Medycznej im. Armii Czerwonej. Wśród nich stała śliczna blondynka o szafirowych oczach. Dziewczę wyglądało na zabiedzoną i niezwykle wychudzoną, przez co jej oczy na tle szczupłej twarzy wydawały się jeszcze większe. Lukrecja, bo tak miała na imię, rano nie była wstanie przełknąć śniadania, bo świadomość tego, jakie zajęcia ją dzisiaj czekają, w dodatku pierwszy raz, powodowały, że żołądek wywracał się jej do góry nogami. W tej hałaśliwej grupce prym prowadził Jędrzej, młodzian o kwadratowej, chłopskiej twarzy i dość silnej posturze, który zasypywał kolegów opowieściami jak to on u ojca na wsi od dziecka łby świniom i krowom siekierką rozłupywał bez żadnych skrupułów i sekcja jakiegoś umarlaka to dla niego pestka, ba! on się jej od miesiąca juz nie mógł doczekać.
Pośrodku sali na metalowym łóżku z okalającą je rynienką na spływające płyny ustrojowe leżał mężczyzna o pięknych rudych lokach. Jego twarz wyrażała błogi spokój, ale to co trochę zdziwiło studentów to wydepilowane brwi denata i długie rzęsy oraz zawadiacki czarny pieprzyk tuż nad umalowanymi ustami. Widok był co najmniej zaskakujący i gdyby nie wydatne męskie atrybuty, można by się pomylić co do płci.
W sali było zimno, ale Lukrecji robiło się coraz duszniej. W końcu do prosektorium wszedł, a raczej wtoczył się gruby patomorfolog.
- Co tu dzisiaj mamy, cielaczki? - wesoło powitał młodzież
- Witamy pana psora. Mamy dzisiaj z panem psorem zajęcia z jakimś kosmitą - zarechotał Jędrek
Profesor spojrzał groźnie na studenta, nie lubił żartów ze zmarłych, szacunek im się należy, w końcu każdy z nas na tej tacy się znajdzie prędzej czy później i profesor ścierpł na myśl o tym, że jakiś taki Jędrek będzie kiedyś nad nim drwił. Postanowił przycisnąć wesołka.
-O widzę, ze kolega ma dobry humor, dobrze, dobrze, to się koledze przyda- rzekł tajemniczo- to co kolega zacznie ?
-Chętnie, panie profesorze- tym razem Jędrek wypowiedział tytuł naukowy patomorfologa dokładnie, czuł, że chyba ma lekko przechlapane, a smród łaskoczący jego nozdrza, pochodzący od denata zaczynał go mdlić. Czym ten zbok śmierdzi- zastanawiał się chłopak- normalnie jak wysypisko śmieci z gnojówką!
- To zapraszam, kolego. Bierzemy skalpelek i do roboty. Zaczynamy od ściągnięcia skalpu.
Jędrzej podszedł do Transika na lekko już miękkich nogach, a Lukrecja zbladła tak, że szafirowe oczy wydawały się niemal granatowe na tle twarzy. Student dokładnie ułożył w dłoniach skalpel i złapał denata za włosy u ich nasady. Zachwiał się i omal nie upadł, bo użył zbyt wiele siły na jak się okazało perukę, która została mu w dłoni.
-Och!- po sali przeszedł szmer zaskoczenia, gdy oczom studentów ukazała się łysa glaca Jacka.
- No kolego, takie sytuacje się zdarzają, proszę zaczynać.
Jędrzej jeszcze raz ułożył skalpel w trzęsącej się w tym momencie dłoni i zatopił skalpel na czole trupa i jednym ruchem przeciągnął go od lewej do prawej strony. Trysnęła krew. To była fonntanna krwi, która opryskała nie tylko Jędrka, ale i Lukrecję i kilka innych osób
OJezuuuuuuuuuuuu! - ryknął na cały głos oszalały z bólu Jacek, który wyskoczył z zimnego łoża prosto w objęcia Lukrecji
OJezuuuuuuuu - ryczał jak lew denat, który denatem nie był- ałaaaaaaaaa, o kuuuuuurwaaaaa, co jest, o kuuurrrwaaaaaaaa, ałłłaaaaa
Lukrecja stała nieruchomo jak manekin, Jędrek tak pieprznął ze strachu na betonową posadzkę, że polała się krew, a profesor zemdlał .
Ratunku, pomocy- darli się wszyscy zgoromadzeni w sali studenci, i kto miał siły ten na oślep uciekał w stronę drzwi. Tylko Lukrecja nie mogła się poruszyć, tylko puściła pawia prosto w twarz Transika.
Otępiony bólem Jacek z zakrwawioną i obrzyganą twarzą również zaczął uciekać na oślep w kierunku drzwi. Na oślep podwójnie, bo krew zalewała mu oczy. Nie zauważył nawet tego, że jest nagi, nie wiedział gdzie jest i dlaczego ktoś próbował go zabic, odcinając czoło. Gonił przed siebie, ale przerażenie studenci byli przekonani, że goni własnie ich, więc darli się wniebogłosy. Widok był makabryczny- grupa zakrwawionych drących się studentów, a za nimi nagi, gruby, łysy facet bez czoła,za to z umalowanymi ustami i lejącą się po twarz krwią, jakby chciał w swym bólu dorwać ich i zakatrupić.
Patomorfolog najpierw ogarnął sytuację- przywołał pielęgniarkę z Oddziału Neurologii, by zajęła się Lukrecją, która była w ewidentnym szoku, potem osobiście zszył ranę na głowie Jędrzeja. Nie starał się zbytnio, by chłopaka nie bolało, niech popamięta na przyszłość- pomyślał mściwie.
Ktoś za to beknie, ktoś za to nieźle beknie. Jak mogło do tego dojść? -zastanawiał się profesor.
Ci na pogotowiu to jednak konowały są, to nie pierwszy raz, taka pomyłka, kurwa mać. Ciekawe ile osób żywcem pogrzebano przez nich? Jezu, a co, jak mnie tak załatwią ? - profesor oblał się potem.
Wszedłszy do swojego gabinetu załapał za telefon i połączył się z Komendą Wojewódzką.
Witam, panie Żebro. Muszę panu donieść, że doszło u mnie na oddziale do wyjątkowo nieprzyjemnego zdarzenia. Te konowały z pogotowia stwierdziły zgon u mężczyzny z wypadku, ten wylądował u mnie w prosektorium i o mało naprawdę byśmy go nie ukatrupili. Studenci są w szoku, ten, który przeprowadzał wstępne nacięcie ma rozwaloną potylicę, a jedna ze studentek popadła w takie odrętwienie, że nie możemy jej z tego stanu wyciągnąć- jednym tchem recytował lekarz
-Witam, profesorze, witam, straszne rzeczy pan opowiada. A jak się denat nazywa, o kurcze, nie denat, a ofiara?
- To jakiś trans i nie pamiętam z tych nerwów jak się nazywa, ale chwilkę, chwileczkę chyba Jacek, zaraz sprawdzę nazwisko. Tak Jacek Maciejewski.
Po drugiej stronie zaległa cisza, no może gdyby profesor miał lepszy słuch, to usłyszałby przyspieszony oddech Żebra
_Hallo, jest tam pan ?
- Tak jestem- odpowiedział blado trupi Żebro- zaraz tam do pana kogoś wyślę. Albo nie, sam zaraz przyjadę. A gdzie denat, tfu, gdzie ten Maciejewski ?
- No własnie, tu jest problem, nie ma go! uciekł nagi ze szpitala, ale wyglądał tak przerażająco, ze nikt nie odważył się go zatrzymać.
Żebro odłożył słuchawkę. Teraz miał tylko jeden cel- dorwać Transika, nim puści parę z ust, bo kto wie, czy nie poznał kierowcę warszawy.

ilustr. Ewa2


Rogata Owca
Tym razem Jacek juz sie nie wywinął smierci. Gdy przerażon, nagi z krwawiacą glowa wybiegł ze szpitala wpadł pod koła jadącej na sygnale karetki. Tej samej, której załoga stwiedziła jego zgon pod BagatelA" parę godzin wczesniej.
Do prosektorium w Zakładzie Medycyny Sądowej na stół połozono ciało Nazarewicza, obok leżał już Jacek. Zebro mógł odetcgnac z ulgą.

Rogata Owca
Samborskiego powiadomiono, ze ma się ulokować na Miodowej 51 pod 4. Miał czas do jutra, aby odpocząć i przygotowac się do pracy. Szefostwo ustaliło, że Anne bałamucic będzie dalej Bodo, czyli Staszek, a Samborski zajmie się Alicją, przed Anną udając młodego adepta archeologii, piszacego doktorat i pragnącego skorzystac z zasobów bibliotecznych jej ojca.
Dwugłowy cielec z hebanowego drewna spoczywał nadal pod szafą z aktami w gabinecie komendanta komendy wojewódzkiej. Jednakże niezbyt dokładnie sprzatająca gabinety Felicja Zapotoczna własnie dostała skierowanie do sanatorium w Lądku Zdroju i poszukiwano zastępstwa, bowiem druga sprzatająca komendę Maria Nawałka miała już swoje lata.

sonic
Bodo w porozumieniu z Samborskim umówił się z dziewczynami na wieczór, pod pozorem zorganizowania małej bibki. Przyszli nieco spóźnieni, bo pod kamienicą ustalali jeszcze szczegóły operacji. Wiedzieli, że muszą zdobyć cielca, który był kluczem do rozwiązania zagadki, ale nie tylko on. Potrzebna była i mapa. Mężczyźni przynieśli butelkę wina, nie jedną nawet, a Bodo postarał się nawet o kilka płyt.
Dziewczyny były wystrojone, zwłaszcza Alicja długo się szykowała, brała kilka kąpieli, by zmyć z siebie zapach ikry i mleczka z okonia. Annie podobał się Samborski , był mądry, przystojny, jedyne co ją martwiło, to to że jest naukowcem i to w dodatku archeologiem, a ci wydawali się Annie wyjątkowo nudni, nie raz, nie dwa mogła się o tym przekonać, gdy była uczestniczką imprez organizowanych przez jej sławnego ojca. Milicjanci z uznaniem oglądali mieszkanie gospodyni, przyglądali się wyjątkowo drobiazgowo wszystkim przedmiotom, ale nie na tyle bezczelnie, by dziewczyna się zorientowała o co chodzi.
Samborski chwalił obrazy, ale jego wprawnemu oku nie umknęło to, że jednego brak na ścianie.
-A co tu wisiało, Anno ?- zapytał niby obojętnym tonem
Dziewczyna spojrzała w kierunku ściany i z wrażenia upuściła butelkę, która naszczęście się nie stłukła.
-Ojacie, to też zginęło ?? No normalnie ojciec mnie zabije! Czy ja śnię?- krzyknęła Anna
- Jak to też? Czy coś jeszcze ci zginęło ?- zapytał Samborski
- Tak, zginęła mi jedna figurka, tzn nie zginęła...- w tym momencie Anna zaczęła się zastanawiać co się dzieje z majorem. Rozstali się wczoraj w dość zaskakujacych okolicznościach, ale zdążył jej powiedzieć, że ma jej cielca, ale nie może o tym nikomu powiedzieć.
Alicja starała się zwrócić uwagę mężczyzn na siebie. Kurde, no znów Anna wszystkich bałamuci tymi swoimi cyckami i wypasioną chatą.
- Panowie, napijmy się, jakoś mnie suszy po wczorajszej imprezie, boję sie, że wytrzeźwieję i będzie jeszcze gorzej- upomniała się Alicja.
Ok, Alicjo, ale że tak zapytam, to co tu wisiało, Anno? - nie przestawał dociekliwie dochodzić faktów tym razem Bodo
-Wisiała tu stara mapa, na której był też ten cielec, ponoć tato kupił to w komplecie na targu staroci
Anna pogrążyła się na chwilę w myślach, gdy nagle z tej zadumy wyrwał ją dźwięk dzwonka u drzwi.
To syn sąsiadów spod 2-ki przyniósł jej kopertę zwiniętą w rulon, ale nie potrafił powiedzieć, kto kazał mu ją przekazać, tyle tylko, ze to jakiś pan w płaszczu, chyba nic pod nim nie miał, bo wystawały mu gołe nogi odziane w skarpety i sandały.
W kopercie była krótka wiadomość- Szpital Psychiatryczny, elektrowstrząsy, chcą mnie zabić- A.A

sonic
Anna zbladła. Co robić?- zaczęła gorączkowo myśleć nad tym jak pomóc majorowi i jak pozbyć się gości. Była jednak dumna z siebie, że nie wygadała się, tak jak major zalecał, i nie powiedziała co to za figurka i skłamała, że pochodzi ona z jakiegoś targu staroci.
Anna wróciła do gości i by ukryć zmieszanie złapała za butelkę wina i z gwinta wypiła jednym duszkiem niemal połowę, czym zaskarbiła sobie podziw Alicji.
-Kochani, poczekajcie na mnie chwilkę, muszę skoczyć obok do baru " U grubej Mańki" po zimne nóżki, bo nie mam w domu nic do jedzenia. Miałabym pieczeń cielęcą, ale i ją mi skradziono.- i nie zważając na protesty gości szybko wybiegła z domu.

Owca Rogata
Podpułkownik Ernest Abramek był niepocieszony. stracic takiego TW jak Agata, to prawdziwe nieszczęście. Działała na dwa, a nawet na cztery fronty. Dlatego była tak cennym informatorem. I nie wzbudzała niczyich podejrzeń. Ani stara, ani ładna, ani za bardzo rozgarnieta. Tam kiełbasa, tu cielecina, dolary i funty, a ileprzy okazji kontaktów. Wiedział, że pracowała tez dla Nazarewicza, ze wzgledu na Jacka zapewne, ale póki Nazar nie wchodził mu w droge, tolerował tę nielojalność.

Hana
Ale teraz? Już nic nie mogło go powstrzymać, nie miał nic do stracenia. Bez agenta Agaty był zerem i wiedział o tym. Dochrapał się stanowiska wyłącznie dzięki układom i korupcji - tego też był świadom, bowiem nie był aż tak głupi. Był tylko leniwy, chciwy i mściwy.

Sonic
Tymczasem Andrzejewski był szykowany do zabiegu elektrowstrząsami. Przypięty pasami nie miał szans się uwolnić, ale przywołany donosiciel nie tylko poluzował skórzane pasy na nadgarstkach i kostkach, to jeszcze zaniósł liścik do Anny i obiecał pomoc . Andrzejewski spoglądał na wiszący na ścianie zegar z kukułką, którego minutnik odmierzał czas chyba z jakiegoś innego wymiaru czasoprzestrzeni, bo minuty wlokły się jak flaki z olejem.
-Zegar z kukułką tutaj? Chyba, żeby doprowadzić pacjenta do szału i mieć usprawiedliwienie dla wykonania tego bolesnego i nieludzkiego zabiegu.- mamrotał pod nosem- Kiedy przybędzie pomoc, Anna, ktokolwiek, kurza twarz !
Do sali wszedł lekarz. Podszedł do niego, spojrzał mu w oczy, uniósł dość brutalnym ruchem powieki i zaświecił w źrenice latarką, raz w jedną, raz w drugą
-I jak, cielaczku, boimy się ? - zapytał raczej retorycznie
Andrzejewski zaczął rzucać sie na łóżku, wierzgać, szarpać i drzeć na głos
O cielaczku, tak nie można, cielaczek będzie grzeczny, to zrobimy mały wstrząsik, a jak cielaczek będzie niegrzeczny, to cielaczkowi tak dopieprzymy prądeczkiem, że iskierki z główki polecą, jak zimne ognie na Wigilię. to co, cielaczku, grzeczny będziesz?
Major uspokoił się na chwilę.Dlaczego wszędzie słyszę coś o cielęcinie, cielcach i nawet ten typ zwraca się do mnie per cielaczku ?- pomyślał. W głosie psychiatry usłyszał niepokojący ton, był pewien , że facet jest sadystą.
-Doktorze, przepraszam, będę spokojny, ale mam prośbę. Proszę o przyniesienie mi moich ciuchów, w nich czuję się bezpiecznie i ładnie, obiecuję, że będę w nich spokojny- błagalnym tonem wyszeptał major. Łudził się, że ten wybieg da mu trochę czasu i może w końcu Anna przybędzie z odsieczą.
- Dobrze cielaczku, możemy to zrobić, ale tylko dlatego, że dawno nie widziałem takiego cudaka, a przyda mi się dzisiaj trochę rozrywki, bo własnie ugotował mi się jeden pacjent, tuż przed tobą, cielaczku.
Qrfa, jak ten psychol jeszcze raz nazwie mnie cielaczkiem, to go zagryzę- Adam zacisnął zęby tak mocno, jakby już dostał dawkę prądu.
Do sali wszedł sanitariusz i rzucił ciuchy na majora, odpial go z pasów i z pałką w jednej dłoni pilnował, by ten nie robił głupstw. Milicjant powoli zakładał kolorowe spodnie i fioletowy golf z cekinami.
Kurcze, w sumie jest mi w tym rzeczywiście nieźle- z uznaniem sam siebie ocenił milicjant
W tym momencie sanitariusz, TEN sanitariusz, znany onanista z Plant jednym ruchem podrzucił pałkę do majora, a ten zdzielił sadystę w łeb i rzucił się do ucieczki.

Hana
Gnał przed siebie na oślep, byle dalej. Wypadł z psychiatryka na ulicę, wskoczył do tramwaju i tyle go widzieli. Tramwaj zgrzycząc i piszcząc na szynach powoli oddalał sie od miejsca kaźni. Major otarł spocone czoło i już miał odetchnąć, gdy wtem poczuł na ramieniu czyjąś ciężką rękę.
- Co, koleś, dokąd ci tak spieszno?
Major znał ten głos, ale w tych okolicznościach nijak nie mógł go przypasować do konkretnej osoby. Odwrócił się powoli i aż go zatchło. Za nim stał Nazarewicz we własnej osobie.
- Ccco, towarzysz tu robi? z trudem wyjąkał zaskoczony major.
- A na bazar jadę! Po cielęcinę! - Nazar wyszczerzył wilcze zęby.
Oesssu, przemknęło przez skołatną głowę Andrzejewskiego. Jeśli jeszcze raz usłyszę słowo cielęcina, to... to... kurna, to nie wiem!

Sonic
- Po cielęcinę? - wyjąkał blady ze strachu major
- Tak, majorze, mówi panu coś słowo cielęcina?- wzrok bazyliszka świdrował Adama na wskroś
- No mówi aż za dużo, ponoć zginęła z domu porwanej Anny
- Taaak? Tylko tyle panu mówi to słowo?- głos Nazarewicza byl coraz groźniejszy
- A co ma mi jeszcze mówić?- pytaniem na pytanie odpowiedział major, co jak wiedział zawsze zbijało z pantałyku adwersarza
- No nie wiem, nie wiem...A coś pan tak wystroił , jak dziwka na odpust, majorze?- Nazarewicz mało nie parsknął mówiąc te słowa.
Andrzejewicz nie miał pomysłu jak wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji. Wiedział, że to Nazarewicz umieścił go w szpitalu celem pozbycia się go raz na zawsze. Teraz obaj robili dobrą minę do złej gry.
Komendant nie wiedział kto mógł pomóc Andrzejewskiemu w ucieczce, czyżby "góra" czuwała nad nim, a to jego chcą wykiwać ze śledztwa? Może komuś podpadłem? A może ten cwany archeolog ma jakieś wtyki w Biurze Centralnym PZPR i Andrzejewski z nim współpracuje? Nazarewicz postanowił rżnąć głupa.
Kolego, wpadnijcie do biura, jak się doprowadzicie do porządku- ale ledwo wypowiedział te słowa, a major odsalutował i wyskoczył z tramwaju.
Okazało się, że na przystanku zobaczył Annę.

Hana
Szła ze spuszczoną głową, powoli...

Sonic
W czasie nieobecności gospodyni goscie bawili się całkiem dobrze. To znaczy Alicja bawiła się świetnie, brak koleżanki zaowocował tym, że to ona była najładniejsza w towarzystwie. Kokietowała raz jednego raz drugiego przystojniaka. Panowie polewali jej szczodrze, sami nie wylewali za kołnierz , jednak cały czas przeszukiwali mniej lub bardziej dokładnie mieszkanie. Nieobecność Anny była im bardzo na rękę, a głupiutka Alicja zbyt była zajęta kieliszkiem i tancem w rytm puszczanych piosenek z gramofonu, by zorientować się, co tak naprawdę sprowadziło do tego domu obu mężczyzn.
W pewnym momencie Bodo zauważył księgę, która wysunięta było nieznacznie , co wyróżniało ją na tle równiutkiego rzędu innych tomów. Wyciągnął ją delikatnie, bo widział jak bardzo jest delikatna jej stara okładka. Niemal się rozsypywała. Zaskoczyło go, ze księga otworzyła się na stronie, która przedstawiała szukanego przez nich cielca!

Margolcia
Alicja zmęczona pląsami opadła z wdziękiem na fotel na wprost włączonego telewizora. Na ekranie, na tle Sfinksa i jakiejś kupy kamieni wypowiadał się przystojny, starszy pan. Czoło miał zroszone potem a oczy pełne zachwytu. W dłoni trzymał, prezentując do kamery, figurkę cielca, identyczną jak ta, która zginęła z mieszkania Anny, i ta w księdze trzymanej przez Bodo! Ściszcie gramofon! Co on mówi? Daj głośniej telewizor! Zaczęli się nawzajem przekrzykiwać... Zanim Alicja runęła w stronę pokręteł telewizora, relacja z wykopalisk archeologicznych dobiegła końca. Wszyscy zamarli w bezruchu spoglądając po sobie niepewnie. Wtem ciszę, jaka zapadła rozdarł znienacka przeraźliwy dźwięk dzwonka telefonu. Wszyscy równocześnie podskoczyli z przestrachem, każdemu wyrwał się z ust okrzyk innej treści poczynając od nabożnego "oesu!" do zdrożnego "qrrrwa!". W końcu Alicja drżącą ręką podniosła słuchawkę: rozmowa zamiejscowa, łączę z Kairem" usłyszała. Z czym? Chciała zapytać, bo niezbyt dobrze zrozumiała treść komunikatu. Ale w tej właśnie chwili, poprzez szumy i trzaski rozległ się w słuchawce męski głos mówiący czystą angielszczyzną: codenamed veal. Alicja zanim upadła, zdążyła wywrócić na wierzch białka swych ócz i posuwistym ruchem zjechać po ścianie która znajdując się szczęśliwie tuż za nią przyszła jej nieoczekiwanie na ratunek.
ilustr. Ewa2


Margolcia
Tymczasem na Placu Szczepańskim podejrzany gość o konsystencji alfonsa przechadzał się wolno, stawiając długie, bocianie kroki i za każdym razem zostawiając w tyle raz jedną, raz drugą nogę na przemian. Mruczał pod nosem mantrę o treści: funty, marki, dolary, funty, marki, dolary, złoto. Przechodnie popatrywali na niego z lekkim niepokojem dając wyrazem twarzy do zrozumienia, że słyszą lecz nie pojmują. Wtem ktoś klepnął go w ramię, gość o bocianim kroku obejrzał się gwałtownie. Przed nim stał Ktoś wyglądający na szefa wszystkich szefów a już na szefa alfonsów z pewnością. Ooo, pan Cielęcina, szacuneczek, czym mogę służyć? Ciii Władek, kretynie, zamknij ryja, syknął "pan Cielęcina". Ptaszek wyfrunął nam z klatki i próbuje nawiązać niekorzystne dla nas kontakty. Władek Cinkciarz pobladł anemicznie i bezwiednie dociągając pozostałą z tyłu nogę stanął nieomalże na baczność. Tymczasem Alicja wracała do mieszkania z zakupów, wymachując napełnioną u rzeźnika siatką.

Owca Rogata
W siatce były co prawda tylko podroby wołowe, ale Alicja była zadowolona. Śmierć aprowizatorki w osobie Agaty była wielką stratą dla zwykłych zjadaczy cielęciny i wołowiny oraz kiełbas wieprzowych z podkrakowskich Liszek.
Pan Cielęcina był czlowiekiem interesu na wielka skalę. Pracował dla Niemców, Ruskich, Amerykanów i SB. Znał wszystkich, których znać powinien, był znany tym, którzy byli dla niego cenni z róznych wzgledów i wiedział co w trawie piszczy. I nie tylko w trawie. A przede wszystkim miał informacje, o jakie nikt go nawet nie podejrzewał, że może je mieć.
Przesiadywał w Betelu przy placu Szczepańskim naprzeciw teatru codziennie z wyjątkiem wtorku. Betel należał do jego znajomego, był miejscem spotkań indywiduów różnego autoramentu. Od aktorów, profesorów na dziwkach i alfonsach kończąc. Tam można było umówic się na audiencje u Pana C., który ja sie łatwo domyslić nazywał się zupełnie inaczej.

1 Księga Królewska rozdział 12 wersy od 26 do 32:
„Wtedy przyszło Jeroboamowi na myśl: Łatwo teraz może wrócić władza królewska do domu Dawidowego. Jeżeli bowiem lud ten będzie chodził składać ofiary do domu Pańskiego do Jeruzalemu, przylgnie z powrotem serce tego ludu do ich pana, Rechabeama, króla judzkiego, i wtedy, zabiwszy mnie, powrócą do Rechabeama, króla judzkiego. Naradziwszy się tedy, kazał król sporządzić dwa cielce ze złota i ogłosić ludowi: Dosyć już napielgrzymowaliście się do Jeruzalemu; oto bogowie twoi, Izraelu, którzy cię wyprowadzili z ziemi egipskiej. I kazał jednego ustawić w Betelu, a drugiego ustawił w Dan. Rzecz ta stała się pobudką do grzechu, lud bowiem pielgrzymował albo do tego w Betelu albo do tego w Dan. Pobudował świątynie na wzgórzach i ustanowił kapłanami pierwszych lepszych z ludu, którzy nie należeli do domu Lewiego. Nadto ustanowił Jeroboam w ósmym miesiącu, piętnastego dnia tegoż miesiąca, święto na wzór tego w Judzie, i składał ofiary na ołtarz.

Sonic
Profesor Esterich siedział w wagonie WARS-u w pociągu relacji Warszawa- Kraków .Pił mocną kawę, która wydawała się rozkoszą dla ust po wątpliwej świeżości flakach i czerstwej bułce, ale co się dziwić, była niedziela, a zapasy restauracji pewnie pochodziły z poniedziałku. Zresztą na ogół nie narzekał na WARS, bo można tu było dostać produkty niedostępne często w zwykłych sklepach. Kupił dla Anny czekoladę Wedla i kamyczki, które uwielbiała. No właśnie- Anna- twarz profesora wyrażała duże zatroskanie. Nie dość, że dziewczyna nie chciała studiować, to żyła jak niebieski ptak, kręcąc się po modnych kawiarniach i dancingach z różnymi fircykami. Ale to co go niepokoiło w tym momencie to ich wczorajsza rozmowa telefoniczna. Córka przyznała się, że wydarzyło się kilka dziwnych wypadków, coś zginęło z domu, a dochodząca Agata została zamordowana. Anna nie chciała wszystkiego powiedzieć, mimo stanowczych próśb ojca. No i ten telefon do niego z zagranicy w sprawie cielca, to było najbardziej niepokojące i profesor postanowił zaraz przyjeździe do domu ukryć go bardzo dobrze!
Wysoka szklanka z kawą cichutko pobrzękiwała na szklanym spodeczku, na którym profesor przezornie umieścił cienką serwetkę. Esterich wpatrywał się w nią nieobecnym wzrokiem
-Cielec...taaaak, to wszystko, te wszystkie niepodziewane zwroty sytuacji w jego życiu, kariera,, wyjazdy zagraniczne to wszystko sprawka tego dwugłowego cielca.

Hana
Mam dosyć tego głupiego bydlaka - pomyślał Estereich. Same nieszczęścia przez niego. Fatum jakieś, czy co?
Niby nie wierzył w podobne bzdury, ale jednak czuł nieokreślony niepokój. A co, jeśli ciąży na nim klątwa któregoś pofyrtanego faraona? Albo - co gorsza - jakieś zasuszone bakterie?
Trzeba się go wreszcie pozbyć! Profesor pomyślał, że przydałaby się czystka w Komendzie Wojewódzkiej MO, bo takiego bagna jak tam w życiu nie widział.

Sonic
No tak, czystki w KWMO przydałyby się, bo wiedział, że od lat ma tam swoją teczkę i powstała specjalna grupa śledcza, która deptała mu po piętach. Swoją wolność zawdzięczał temu, że do dzisiaj nie udało mu się do końca rozwiązać zagadkę, a bez tego nie był do końca użyteczny, wiedział, ze jest tak długo bezpieczny, jak długo nie wie wszystkiego Ba, kilka razy uratowano mu życie, był tego pewien, że ma swojego "anioła stróża", który pilnuje, by profesor zagadkę rozwiązał. To była taka gra- profesor udawał, że nie wie, że jest śledzony, oni udawali, że go nie śledzą. Jednak były takie momenty, że profesor musiał zniknąć tak, by milicjanci nie wiedzieli o sprawie wiecej niż on chciał, by wiedzieli i wówczas z pomocą przychodził mu Cięlęcina.
Cielęcina, był synem dozorcy kamienicy, w której profesor kiedyś mieszkał, z małego zahukanego chłopca wyrósł niezły opryszek, ale swój honor i kindersztubę wyćwiczoną rózgą ojca miał.
Z cinkciarzem łączyła profesora właśnie okazjonalna sprzedaż waluty, którą Estereich przywoził z zagranicy, a Cielęcina chętnie z zyskiem później odsprzedawał dalej.

Owca Rogata
A wszystko zaczęło sie dawno temu, kiedy prof. Estereich zaraz po studiach zaczął pracę w Muzeum Starozytności na Sławkowskiej 17. Katalogował od nowa zbiory zabytków egipskich pochodzące m.in. z wykopalisk w el-Gamhud prowadzonych w latach 1907-1908 przez Tadeusza Smoleńskiego. Tam natknąłsie na dokumentację dotyczącą złotego cielca, ale cielca nigdzie nie było.
Pierwszy nagły zgon pracownika magazynu muzeum nikogo nie zaniepokoił. Gdy zmarli następni, Estereich postanowił przenieść się na UJ, gdzie zaproponowano mu asystenturę.

Sonic
To wtedy poznał starego prof. Kormanna z Tybingi, który przyjechał na krakowską uczelnię szukając informacji dotyczących pewnej figurki pochodzącej z czasów jeszcze przedchrystusowych. Kormann długo nie chciał pomocy od młodego wówczas doktoranta, jakby chronił wielką tajemnicę przed niepowołanymi osobami. Kormann był bardzo pobożnym Żydem i wydawało się, że jego praca to tak naprawdę służba, a może nawet dług jaki chciał spłacić Bogu. Dlaczego i o co chodziło, Estereich miał się dowiedzieć nie tak szybko.

Bacha
Dziewczyny postanowiły powetować sobie stracony poprzedni wieczór i zaproponowały koncert w Piwnicy Pod Baranami. Mili śpiewać Ewa D. i Mieio Ś. Po kilku drin kach w Kolorowej wesołe towarzystwo znalazło się w Piwnicy, obie miały karty stałych bywalców.
Po mniej więcej pól godzinie barman odziągnął Alicję na bo i sykną, czy wam się baby mózg zlasował, kogo wyście tu przyptowadziłu, przecież to kilometr śm...dzi glinami. Franek się nigdy nie mylił. Zmykajcie stąd, zajmiemy się nimi, nic groźnego, zawieziemy ich do Matysiaków. Zaczął się koncert. Dziwczyny wyszły dyskretnie do to w Pałacu i już nie wróciły. Anna pochlipywała, czy ja muszę mieć takiego pecha, nie dość ze udawał archeologa to jeszcze gliniarz. Ala chodź, śpij dziś u mnie bo wyżłopię cały alkohol a tak to pójdzie na dwie. Zbliżały się do mieszkania. We wszystkich oknach paliły się światła. Oesse jęknęła Anna zbliża się sądny dzień. Papcio wrócił, Alicja chciał zawrocić, ani się waż syknęła Anna, papcio cię lubi, będzie lżej.
Weszły do mieszkania. Tatuśku, Anna rzuciła się Ojcu na szyję, lekko pociągnął nosem. No tak znowu pod Baranami, czuję tytoń z fajek, w Jaszczurach to raczej te obrzydliwe papierochy. Ojejku już się kąpię i zrzucam te cuchnące ciuchy. Czy Alicja może dziś zostać, okropne przezycia miałyśmy i będzie mi łatwiej opowiadać. Wiesz, ża Alicja zawsze może u Ciebie nocować.No dobrze musimy się wszyscy dobrze wyspać a jutro przy śniadaniu wszystko mi dokładnie opowiecie.
Tymczasem Andrzejewski dostał zgodę na powrót do pracy. Drżał z niepokoju czy ktoś mu cielca spod szafy nie wymiótł, musiał poczekać jeszcze 12 godzin zanim będzie mógł sprawdzić. Żeby tylko drugiego zawału nie dostać pomyślał zasypiając z wizją wrednego Maliniaka pod powiekami i mamrocząc coś wrodzaju, uduszę, zakatrupię i to oboje

Sonic
Andrzejewski wkroczył dziarsko do swojego pokoju, nie zwracając uwagi na zdumione spojrzenia kolegów,a zwłaszcza koleżanek. Fioletowy golf z cekinami wydatnie eksponował jego umięśniony tors.
No cóż, Adam miał jakieś wewnętrzne przekonanie, że przyniósł mu szczęscie i na wszelki wypadek nie ściągnął go, w końcu cielca jeszcze nie miał w dłoni.
Cielec leżał na swoim miejscu, tak jak go tam pozostawił, ale Andrzejewski zauważył, że jego kolor znacznie się zmienił. Teraz z ciemnej zieleni przeszedł w delikatny szafir.
Muszę go natychmiast odnieść na miejsce. Jakoś wybrnę z tego, dlaczego go zabrałem, a przy okazji przycisnę Annę, może coś o nim wie- pomyślał major.
W tym czasie w domu Estereichów panowała niezła awanturka. Profesor, zawsze spokojny i wyważony, dał upust swoim emocjom. Nie mógł darować Annie, że przez jej chęć zdobycia wątpliwej sławy upozorowała swoje porwanie, przez co zostawiła mieszkanie bez nadzoru, czego efektem było zniknięcie cielca i mapy ze ściany. Anna płakała rzewnymi łzami, trochę ze wstydu, trochę z żalu, że niedoszły absztyfikant okazał się milicjantem i dała się tak wkręcić.
W tym momencie do drzwi zadzwonił dzwonek.
Profesor zobaczył w progu stanął Andrzejewskiego.
-Witam, panie profesorze.Mam coś co do pana należy. Przepraszam, ze go zabrałem, ale po przyjrzeniu się figurce, zrozumiałem, że może być cenna, a pani Anny w tym czasie nie było, cholera wie, w czyje ręce by trafiła.
Profesor wyrwał cielca z dłoni milicjanta i ucałował go siarczyście. Usiadł na chwilę w fotelu, bo z emocji nie mógł stać na nogach.
Tyle lat poszukiwań, tyle pracy, tak blisko już jestem od rozwiązania zagadki i wszystko diabli by wzięli- profesor nie posiadał się ze szczęścia- Ale gdzie mapa? Bez niej ani rusz. Co prawda mam jej zarys w głowie, od lat się w nią wpatrywałem, ale były na niej takie elementy, które muszą być kompatybilne z jej drugą częścią, które teraz przywiozłem- myśli jak błuskawice przebiegały mu przez głowę.
W tym momencie rozległ się kolejny dzwonek u drzwi. Wszyscy czworo spojrzeli po sobie zaskoczeni
Tym razem to Alicja otworzyła i zaskoczona zobaczyła wczorajszego sponsora zabawy w "Piwnicy pod baranami" To Cielęcina we własnej osobie!
Witam, profesorku- protekcjonalnie uśmiechnął się cinkciarz- Mam coś dla pana, chyba pan tego szuka. Cielęcina wyciągnął dłoń, w której trzymał mapę oprawioną w ramę.
Profesor się nie gniewa, ale to Zenek, syn sąsiadów spod 2, który zawsze pomagał Agacie nosić siaty z cielęciną, wykorzystał jej nie uwagę i ukradł ten obrazek i zwiał. Przyszedł z tym do mnie, bo wie, że ja handluję wszystkim i ze wszystkimi, ale źle trafił tym razem. Jak mi powiedział, że to od profesorka, to natarłem uszu smarkowi i pogoniłem, gdzie pieprz rośnie.
Estereich nie mógł się połapać w tym wszystkim, ale to było nieważne, grunt, że w pięć minut odzyskał i mapę i cielca.

Rogata Owca
Cielęcina bowiem pracował dla spadkobierców prof. Kormanna, znał właściwy fragment biblii ze wskazówkami, wiedział o mapie i zależało mu za rychłym rozwiązaniu całej sprawy, ze względów czysto finansowych, choć sprawa wciągneła go zdecydowanie bardziej, niż inne biznesy, ku zdiwieniu jego samego.

Sonic
Cwaniaczek wiedział jedno, ktoś cały czas depcze mu po piętach, ten ktoś działa jak duch i zawsze jest dwa kroki przed nim. Czuł że stoi on za śmiercią Agaty, która była wtyką Cielęciny, jej brata Jacka Transika. Przeczucie mu mówiło, że nie był to nikt z milicji, bo doszły go słuchy, że Nazarewiczowi ktoś pomógł z tej drabiny spaść. Więc kto? Żebro nie, bo razem imprezowali z Nazarewiczem i Transikiem. Tak, to musiał być ktoś spoza milicji, to ktoś z kręgu naukowców UJ lub muzeum, czyli ktoś kto był z blisko profesora.
Andrzejewski, Cielecina i profesor zamknęli się razem w gabinecie i ci dwaj pierwsi opowiedzieli Estereichowi wszystko co wiedzieli, nie żądając w zamian tego samego. Szanowali profesora i wiedzieli, że sprawa jest na tyle poważna, że on sam w razie czego poprosi ich o pomoc.

Rogata Owca
Prof. Estereich nie mógł zebrać mysli z tych emocji, ale odzyskanie cielca i mapy wróciło mu wiarę w rozwiązanie tej łamigłówki, w która swego czasu wplatał go Kormann i jego mistrz Smoleński. Pozostało odnaleźć drugiego cielca z reszta szyfru.
Estereich nie wiedział o telefonie Pollarda z British Museum, był bowiem wtedy w podrózy powrotnej do kraju, między Odessą a Warszawą. Anna o telefonie nie wiedziała, Alicja zaś zupełnie o nim zapomniała. Czy cielec Pollarda to ten, którego szukają od lat? Czy może cielców było więcej? W מלכים א mamy tylko dwa, tego w Betel, czyli u Estereicha, i w Dan. Ale gdzie jest Dan? Co to jest Dan?

Bacha
To nie był Dan tylko El Dan, stanowisko archeologiczne w Izraelu, na którym pracował Pollard. Puzzle zaczynały do siebie pasować. Do przyjazdu Pollarda mieszkanie profesora było pod stałym nadzorem Andrzejewskiego. 

3 dni później.
Profesor Pollard w towarzystwie oczywiście przystojnego asystenta zjawił się wreszcie u prof. Estreicha i z nieziemskim zachwytem wpatrywał się w parę cielców stojacych na biurku. Z niesmakiem popatrzył na napis PEWEX i jakąś datę (urodzenia Anny zresztą). Coś ty tu nakleił. Oczyścił denko cielca, miało małe wgłębienie, drugi miał minimalny sztyft. Przyłożył oba do siebie, usłyszeli lekki trzask, przekręcił w prawo, kolejny trzask, rozdzielił cielce, z jednego wystawał koniuszek pergaminu, oessu druga część mapy. Zafascynowani profesorowie patrzyli na mapę. Organizujemy wyprawę wyszeptali prawie jednocześnie. Przyjazdu prof. Pollarda nie dało się ukryć, archeologiczne kręgi szumiały od podejrzeń. Ale Pollard wyjechał po dwóch dniach i wszystko ucichło. Wyprawę w okolice El Dan organizowali Brytyjczycy, prof. Estreicher został zaproszony jako główny ekspert. Po raz pierwszy zaczęły się problemy z paszportem. Zgodę na wyjazd miał wydać Żebro. Wiedział, od Agaty, że Kormann polował na coś do czego dostęp miał tylko profesor, wyciągnął z niej wszystkie informacje dotyczące KOrmanna, przestała być potrzebna, podejrzewający go Transik i Nazarewicz też musieli oddać ducha. Teraz on sie podawał za spadkobiercę Kormanna. Albo weźmie mnie pan profesorze do ekipy albo nici z wyjazdu. Nie było wyjścia.
Wykopaliska zaczęły się miesiąc później pod ścisłym nadzorem miejscowych władz. Po tygodniu dokładnie w miejscu jak na mapie zobaczono pierwszy błysk, potem odkopywanie odbywało się już już ręcznie.

To było wprost nieprawdopodobne, bibilijne dwa cielce!Sensacja jak odkrycie grobu Tutenhamona.ę
Żebro musiał coś z tego wycisnąć dla siebie. W wywiadzie dla miejscowej telewizji przekazał informacje jakie miał od prof. Kormanna (znaczy się Agaty) o piśmie jakie profesor odkrył z którego odcyfrował tekst aby na zawsze zostały tam gdzie je znaleziono, bez względu na to czy będzie to kraj jego przodków czy nie (zostało wybudowane w tym miejscu muzeum).
Zebro po powrocie do kraju został za samowolne postępowanie przesunięty w stan spoczynku.
W związku z wprowadzeniem kantorów cichy nadzór nad nimi otrzymał Andrzejewski, cinkciarze zaczęli prowadzić kantory.
Alicja wprowadziła sie do mieszkania Anny.
Profesor wyjechał na kolejne wykopaliska do Mongolii
A Anna, na osttnim zdjęciu z Londynu, które dostała Alicja stoi w objęciach asystenta prof. Pollarda, którego poznał w czasie jego krótkiej wizyty w Krakowie, acha w ślubnej sukni. Do zdjęcia dołączone były klucze do mieszkania. Miaszkaj na razie jak długo chcesz. My też jedziemy na wykopaliska.
Profesor Estereich zaniemówił. Druga część mapy??? Przecież to powinna być ta, którą ze sobą przywiozłem. Pochylili się nad 3-ma częściami mapy. Prof. Pollard aż zagwizdał (całkiem nie po angielsku). Popatrz ta twoja część pasuje ale jak ją przyłożysz bokiem i nie ma niej dokładnego miejsca, gdzie trzeba szukać. Ta z cielca musi być nałożona na tą, którą masz od lat, a teraz popatrz na nią pod światło, och na Tutenhamona! wyrwało się asystentowi, to miejsce błyszczy jak złoty pył. I tak jak było wyżej:organizujemy wyprawę...

8 komentarzy:

  1. Bardzo intrygujące i co najważniejsze, wciągające. Mam nadzieję, że M nie odnajdzie się w piecu na babeczki :-) Tak czy siak, dopinguję autorkę i będę wypatrywać ciągu dalszego. Pasjami uwielbiam kryminały, tylko czas mnie ogranicza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że przeczytałaś i jeszcze na dodatek się wciągnęłaś:))

      Usuń
  2. Świetnie Miko! Przeczytałam wszystko od początku teraz, na spokojnie. Profesor coś jak moje alter ego. Czekam na dalszy ciąg z niecierpliwością. Bardzo mi się podoba też klimat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Owieczko! Dobrze, że w końcu dałaś głos, bardzo mi brakowało twoich komentarzy:)) Dalej taka zajęta ?

      Usuń
    2. Jeszcze trochę. Teraz sprawozdania z niw, karty pracy, różne cuda i warsztaty dodatkowe, i znów komisje konkursowe, monitoringi w dwóch województwach i jeszcze za tydzień dwudniowa konferencja niedaleko Inkwizycji i Agniechy, ale bez szans na spotkanie. Nie wiem jak to się dzieje, że ja mam tyle zajęć każdego roku. Wydawało mi się, że ten rok będzie spokojniejszy, a jest więcej, niż w poprzednim. Jestem już zmęczona.
      Ale wieczorem będę malowała drewniane koniki i serca na prezenty i może wreszcie udekoruję adwentowo dom. Serdecznie pozdrawiam

      Usuń
  3. Brawo! Po zakończeniu muszę stwierdzić, że to bardzo udany kryminał w starym stylu. Takie mi się najbardziej podobają :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są tacy, co się czepiają, że logiki brak w zakończeniu... Przyznaję, zakończenie pisałam nieco na chybcika, może jeszcze jakieś poprawki zrobię:)))
      Ale cieszę się, że jakiejś przyjemności ci dostarczyłam:))))

      Usuń
    2. E, kurna, Riannon, teraz dopiero zobaczyłam, że ja epilogu nie wkleiłam, to ty jeszcze nie wiesz wszystkiego!!! Zaraz dokleję!

      Usuń