piątek, 15 kwietnia 2016

Wiosenny kryminał cz. II

Pisanie wiosennego kryminału tak dobrze nam (a właściwie Wam) idzie, że grzechem byłoby przerwać twórczość zanim na dobre sie zaczęła. Zebrałam wszystko i teraz to dopiero potoczyście się czyta!

Oto część pierwsza napisana wczoraj przez Mikę:



zdjęcie stąd: http://www.franciszkanska3.pl/Wiosna-w-Krakowie,m,19879

Wiosna to najpiękniejsza pora roku w Krakowie. Kwitną forsycje, drzewa owocowe, trawniki upstrzone żółtymi mleczami... Starsi panowie wylegli na Planty z szachownicami, nic tak dobrze nie robi na głowę jak partyjka szachów wśród drzew. Dziewczyny wyciągnęły z szaf kolorowe sukienki, wyglądają jak barwne papużki wśród zieleni. W radio było słychać "Pod papugami, jest szeroko niklowany bar..."

Alicja szła szybko Plantami. W pięknej, kolorowej , rozkloszowanej spódnicy i czarnych balerinkach wyglądała jak hiszpańska tancerka. Praktycznie każdy facet, niezależnie od wieku, patrzył na nią z podziwem. Czuła te spojrzenia i sprawiały jej przyjemność. Uśmiechała się do siebie leciutko, wchodząc do legendarnego baru kawowego "Rio" przy ulicy Św. Jana. Umówiła się tu ze swoją przyjaciółką Anką. Rozglądała się po zadymionym wnętrzu, szukając Anki wzrokiem. Ale koleżanki jeszcze nie było. Zamówiła dużą kawę i zapaliła Marlboro, otrzymanego w paczce ze Stanów. Minęło dobre pół godziny, a Anki dalej nie było.

"Co jest?" zdenerwowała się Alicja. "Przecież ona nigdy się nie spóźnia, najwyżej 10 minut... Może coś się stało?" zaniepokoiła się. Postanowiła się przejść i zajrzeć do Anki. Przyjaciółka mieszkała w starej kamienicy niedaleko Rynku. Gdy Alicja weszła do bramy, ogarnął ją lekki półmrok i chłód. Nie wiadomo dlaczego poczuła nieokreślony niepokój. Weszła na pierwsze piętro i zadzwoniła do drzwi. Nikt nie otwierał. Zobaczyła, że drzwi były lekko uchylone. "Ania??" zapytała niepewnie. Popchnęła drzwi i weszła do ciemnego korytarza. "Aniu, jesteś???" Z pokoju na prawo dochodziło światło. Alicja otwarła drzwi i w blasku zapalonej lampy zobaczyła leżącą na podłodze postać. "O Boże, Ania!!!!!!!!!!!! Żyjesz???" krzyknęła przerażona. Postać jęknęła, ale to nie była Ania. Alicja rozpoznała panią Agatę, kobietę, która przychodziła czasem z cielęciną do sprzedania. "On, on... ją zabrał..." wyszeptała pani Agata. Alicja dostrzegła krwawiącą ranę na jej głowie. "Niech pani nic nie mówi, już dzwonię po pogotowie!!!" krzyknęła . Na szczęście w mieszkaniu Ani był telefon. Drżącymi rękami wykręciła 999, a potem 997. Pogotowie i milicja przyjechały prawie równocześnie.
Major Adam Andrzejewski rozejrzał się po mieszkaniu. Pogotowie zabrało już panią Agatę, nie pozwalając na żadne rozmowy. Na fotelu siedziała roztrzęsiona Alicja. "Jak pani tu weszła?" zapytał major. "Jjjja, umówiłam się z koleżanką, ona nie przyszła, więc pomyślałam, że zajrzę do niej, czy coś się nie stało... Drzwi były uchylone , to weszłam i znalazłam panią Agatę, to wszystko."
"Taaak... Czy ta pani była przytomna, jak pani weszła? " zapytał. "Tak... I powiedziała coś dziwnego, że on ją zabrał..." Major spojrzał uważnie. "Kogo?" "Nnnie wiem, chyba Anię..." Tu Alicja nie wytrzymała i rozpłakała się żałośnie.

A to część druga napisana głównie przez Owcę Rogatą i Sonic przy współudziale kilku Kur.

Hana
Major skrzywił się z powątpiewaniem. "Zabrał? To dziwne. Zabrać można walizkę" myślał głośno. "Człowieka się porywa, albo uprowadza. Zabiera się dziewczynę do kina, ot co" dywagował w myślach. "Musi tu chodzić o coś innego" myślał skrycie.
Torebka i siatki pani Agaty leżały na podłodze w przedpokoju. Major teraz dopiero zwrócił uwagę na fakt, że wszystko było zakrwawione. "Czyżby chodziło o mafijne porachunki?" pomyślał. "Kto, kogo i dokąd zabrał?”
Skąd ta krew?" W tym momencie mózg majora przeszyła iskra zrozumienia. "O kurde" pomyślał. "Przecież w ubiegły wtorek dochodzeniówka ze śródmieścia rozbiła gang handlarzy cielęciną! On zabrał cielecinę! Ale co ma do tego dziewczyna o imieniu Ania i co to za on?" major bił się z wątpliwościami, które nachodziły go ze wszystkich stron.

Ewa
Major zostawił płaczącą Alicję, i zaczął rozglądać się po mieszkaniu. Szukał, czy jest w nim telefon. Jego krótkofalówka przestała działać, a chciał wezwać speców od odcisków palców. Znalazł aparat telefoniczny, i zdziwiony go obejrzał. Zamiast okrągłej tarczy była na nim klawiaturka z numerami do wyciskania. No, takiego cudu techniki to jeszcze nie widział. No, no, no, ktoś tu ma kogoś za granicą, bo taki aparat, to tylko mógł być od zagranicznych gości. Nawet w Pewexie takich nie widziałem - mruczał pod nosem. Podejrzana cała ta sprawa. ... W pokoju obok Alicja nadal płakała, i to jeszcze bardziej żałośnie, gdyż panią Agatę, która traciła przytomność, pogotowie zabrało do szpitala. Alicji udało się tylko usłyszeć cichy szept pani Agaty : dziecko, zanim poczułam uderzenie w głowę, to stałam przy oknie, i widziałam odjeżdżający z piskiem opon długi, czarny samochód. Jakby Wołga to była. Pierwsza litera rejestracji, to było K, a ostatnia cyfra, to 7. Pani Agata zemdlała, a sanitariusze wynieśli ją na noszach do karetki .

Hana"Chłopaki zabezpieczyły wtedy takie same siatki, tak samo zakrwawione!" Andrzejewski napawał się swoją przenikliwością oraz zdolnością kojarzenia faktów. "I wszystkie miały ten sam zielony nadruk! Ojacie, to były siatki z..."
"No nie, co ja gadam?" cichutko pomyślał Andrzejewski. "Jakie siatki? Jaki nadruk? Wszystko przez te skandynawskie kryminały. Za dużo się tego naczytałem i mieszam realia" major otrząsnął się jakby chciał zrzucić z barków niewidzialny ciężar, zatarł ręce, wyjął z kieszeni notes, poogryzany ołówek. "No dobrze" mruknął do siebie. "Zreasumujmy".

sonic
Póki co, nie wiedział za wiele- krew na siatkach z zielonym nadrukiem, ranna gosposia w szpitalu, mamrocząca coś o "zabraniu jej" i brak właścicielki mieszkania.
No tak- mieszkanie! - muszę przyjrzeć mu się bliżej, może tu znajdę jakiś trop.
Rozglądanie się po eleganckim M-4 zaczął od salonu. Pokój wskazywał, ze jego młoda mieszkanka raczej jest majętna, mało tego, musi być raczej szlachetnie urodzona, bo niemal każda ściana, każdy kąt udekorowane były stylowymi bibelotami, starymi pamiątkami, pięknymi obrazami, które na pierwszy rzut oka wydawały się dość kosztownymi. Stylowe meble, w tym przepiękna biblioteka zwróciły jego szczególną uwagę. Na półkach znajdowały się grube wolumeny, z których większość miała łacińskie tytuły. Księgi stały równiutko, jedna obok drugiej, ale na trzeciej półce od góry widac było jakby brak jednej księgi, a sąsiadujące z nią były wychylone tak, jakby zraz miały wypaść na podłogę, tak jakby ktoś tę brakującą pozycję wyrwał w pośpiechu. Zaczął się rozglądać, ale nigdzie nie widział żadnego brakującego tomu. Zauważył jednak coś innego- nad biurkiem pod oknem ledwo, ale jednak odznaczał się jaśniejszy punkt, ewidentnie po usuniętym dopiero co obrazie.
Zaczyna być ciekawie- pomyślał major- brak księgi i brak obrazu. Tylko dlaczego inne, widać że kosztowne dzieła wiszą?
Jego wzrok padł na malutką sofę pod oknem, znajdującą się tuż obok biurka, spod której jakby coś wyzierało. Pochylił się i zobaczył starą księgę. Była ciężka i ewidentnie bardzo stara. Podszedł z nią do biblioteczki. Tak, to jej brakowało w rządku innych pozycji.
Dlaczego leżała pod sofą? Na pewno nie z niechlujstwa p. Anny. Czyżby umieściła ją tam celowo, w pośpiechu przed kimś ją schowała? - zastanawiał się prawie już głośno Andrzejewski.
Księga zawierała jakieś mapy, dziwne ryciny i dość przerażające ryciny przedstawiajace ewidentnie

Hana
Na jednej z nich zobaczył przerażające, zniekształcone, dwugłowe cielę o dzikim wejrzeniu. Tajemnicza księga sama otwierała się na tej właśnie stronie. Jakby ktoś często do niej wracał... "Ki czort?" zadumał się major.
ilustr. Hana

sonic
Co ciekawe, figurka tego samego przerażającego cielca stała na biurku. Był to przycisk do papieru, ale jego wiek mógł być liczony w setkach lat. Był ciężki, wykonany z drewna hebanowego, a pod spodem miał jakiś ciąg liczb, pomiędzy którymi były lekko starte litery.
Zaraz, zaraz- niemal krzyknął major- środkowe litery tworzyły ciąg słowa- ANNA !
A ostatnie cyfry układały się w datę- 13.06.1966
To dzisiaj! Teraz naprawdę major poczuł rosnace w nim zaciekawienie!
Po chwili jego oczy zrobiły się jeszcze bardziej okrągłe, niż miał, bo jego oczy rzeczywiście dość mocno się rzucały w oczy innych . Były same w sobie okrągłe i dość wyłupiaste. Tego wytrzeszczu dostał kiedyś, gdy zastał w domu żonę z inspektorem Maliniakiem, też Andrzejem, w dość nie dającej wątpliwości scence. Po tej historii wytrzeszcz już mu pozostał, żona nie. Ale tym razem powodem jeszcze większego wytrzeszczu były literki obok daty- one ewidentnie ułożyły się w napis PEWEX

sonic
Słowo PEWEX pojawiło się w jego życiu tuż po akcji z Maliniakiem.Usłyszał jej od starej Kupichy, Cyganki mieszkającej w przybudówce obok jego kamienicy, kiedy to w pijanym zwidzie, udręczony zdradą żony poszedł do niej, by postawiła mu kabałę, naiwnie wierząc, że zobaczy w kartach, że niewierna z podkulonym ogonem wróci do niego błagając na kolanach o wybaczenie. Niestety, zamiast tego staruch przepowiedziała mu, że kiedyś w przyszłości, gdy przejdzie na milicyjną emeryturę, będzie dyrektorem firmy, w której ludzie będą płacić zakazaną walutą. Co będą kupować i co to za waluta wróżka powiedzieć nie umiała, ale wróżyła mu bogactwo. Powiedziała jeszcze, że drogę do tej kariery otworzy mu jakiś cielec..

Rogata Owca
A Wy, Andrzejewski, co się tak guzdrzecie? Na komisariacie juz czeka siedmiu świadków i cieć. Macie ich osobiście przesłuchać. Polecenie z centrali, od samego Pietrzaka. Jakaś smierdzaca sprawa.
Major Andrzejewski nie lubił tego typka z Zarzadu Polityczno Wychowawczego Nazarewicza, ale niewiele miał do powiedzenia.

sonic
Tak, z tego Nazarewicza była szczególna menda, tym bardziej, że razem z Maliniakiem i kapitanem Żebro tworzyli klikę i tylko czyhali, by złapać go na jakimś proceduralnym błędzie i zdegradować wysyłając na jakieś zadupie. Trzymał w dłoni cielca i doszedł do wniosku, że go nie pokaże nikomu, bo czuł, że w pewien sposób może być wplątany w to tajemnicze zniknięcie pani Anny. Intuicja mu mówiła, że to wyryte słowo PEWEX i dzisiejsza data to działanie przeznaczenia, że to właśnie on miał się tu dzisiaj pojawić. To nie mógł być przypadek.

Hana
Zapomniał z tego pomieszania, że ekipa nie pobrała jeszcze odcisków palców. Wyjął więc z kieszeni przybrudzoną chusteczkę i starannie wytarł figurkę. Gdzieś z tyłu głowy zabrzęczało mu: "Błąd, Andrzejewski, błąd!", jednak było już za późno. Ekipa techniczna właśnie rozkładała sprzęt.

Rogata Owca
W Komendzie Wojewódkiej, w gabinecie szefa czekali na niego juz obaj zastepcy, ds. bezpieczeństwa i ds. milicji. Zanosiło sie na niezły pasztet. I to na krótko przed emeryturą. Niech to szlag trafi!

Hana
Cholera, muszę coś wykombinować! Nie dam satysfakcji temu, temu, temu Żebrze, ćwokowi spod ciemnej gwiazdy! Chwilowo jednak nic nie przychodziło mu do głowy. Zostawił techników w wytwornym mieszkaniu Anny i - jak na ścięcie - udał sie do komendy.

Rogata Owca
No nareszcie jestescie! Stary już trzy razy dzwonił w sprawie tej smarkatej z Waryńskiego 23, co to niby porwana została i wywieziona czarna wołgą.
Czarną wołgą? Zdziwił się Andrzejewski, nic nie wiem o czarnej wołdze.
Wy w ogóle niewiele wiecie. Ale już się przyzwyczailiśmy. Myślicie, że dali Wam te sprawę, boście jaki Sherlok Holmes? Stary chce, byście sie tym zajęli po cichu, jakaś grubsza sprawa, chodzi o jakies dokumenty Abwehry z czasów wojny.
Abwehry? Zdziwił sie major.
A to nie wiecie, że w tej kamienicy znajdowała sie siedziba Abwehry i gdzieś mają być ukryte jakieś tajne akta?
Ustaliliście coś na miejscu? Kim jest ta ranna? Co za jedna ta Alicja?

sonic
Na czole pojawiły mu się kropelki potu, a twarz była cała czerwona, uszy go paliły, bał się, że cielec wypycha mu kieszeń na tyle widocznie, że zaliczy wpadkę.
Jednak milicjanci nie przyglądali mu się zbytnio, wyglądali na bardzo poruszonych. Okazało się, że zaginiona Anna, to córka znanego archeologa, brata teścia I Sekretarza Biura Centralnego Partii ! Co prawda , archeolog był czarną owcą w rodzinie, bo sympatyzował z wrogami klasy robotniczej, ale dzięki bratu wyjeżdzał często za granicę i kto wie, jakie miał kontakty.

Rogata Owca
Abwehra, I sekretarz, teść, jego brat, archeologia, cielec, czarna wołga...Majorowi zakręciło sie w głowie, poczuł ból za mostkiem i padł jak długi na podłogę. Po godzinie leżał już w szpitalu, ale bez świadomości.
Majora Andrzejewskiego nie ma i nie bedzie piskliwym głosikiem oznajmiła przez telefon sekretarka momendanta Sabina Brzakała. Miał zawał.
Alicja tymczasem została zawieziona na komendę i przesłuchana, co niewiele wniosło do sprawy, ale mogła wreszcie udać sie do domu. Była zdruzgotana.

Hana
Bolała ją głowa i poza tym, że była zdruzgotana, niewiele ją to wszystko obchodziło. Zniknęła cielęcina i to był prawdziwy problem.

Rogata Owca
Anna miała jej odstapić kawałek, jak zwykle przed szabasem. A teraz ani Anny, ani jedzenia.
Alicję na samą myśl, że będzie musiała przyrządzic okonia, przeszedł
dreszcz. "Okoń trudny jest do obłuskania, trzeba go jedna reką trzymać za
głowę, a drugą skrobać nożem łuskę, zaczynając od ogona, wnetrzności
wyciaga się przez uszy, przez co ikra lub mleczko i tłuszcz zostaja
wewnatątrz".

sonic
Z drugiej strony zależało jej na tym mleczku, które było naturalnym środkiem na ujędrnienie i porost (?) piersi. Nie ważne, że śmierdziała później jak jasna cholera, ale jej kolega ze studiów uwielbiał laski z dużym biustem , a ona uwielbiała tego Bazyla i skrycie o nim marzyła.

Rogata Owca
Alicja usiadła w fotelu i zasnęła. Dzwiek dzwonka i pukanie w rytm Eine kleine Nachtmusik wyrwały ją z drzemki. Tak zawsze pukała Anna. Podeszła do drzwi ostrożnie i spojrzała przez judasza. Po drugiej stronie drzwi stała Anna.
Anna? Co ty tu robisz? Nie zabrali Cię? pytała Alicja wciagając anne do środka i szybko zamykajac drzwi.
Kto? Dokad miał mnie zabierać? Co się tu wyprawia? Dlaczego masz zapuchniete oczy?
Byłas w domu? zapytała Alicja.
Jeszcze nie.
To nie wiesz, że szuka cie cała krakowska milicja, że Agate ktos u was w domu napadł i cos zabrał, no cielęcina tez zniknęła.

sonic
Agata, zaraz po opatrzeniu ran postanowiła pobiec do domu Anny, ale w hallu pogotowia natknęła się na nosze z majorem. Andrzejewski był przytomny, ale wyglądał dość kiepsko. Gosposia przywarła do noszy całym swoim cielskiem i na cały głos zakrzyknęła:
-Majorze, czy w domu była krowa ?!!!
Major poczuł, że zaraz zaliczy zejście, krew odpłynęła mu ponownie aż do czubków palców i chyba by upadł, gdyby nie leżał. Skad ta baba się domyśliła???
- Nie, nie widziałem, żadnej krowy! A skąd w mieście krowa?- udawał durnia
Oj, majorze, taka figurka na biurku czy była ? Takie bydle o dwóch łbach. Qrfa, jak mnie boli łeb- niemal jednym tchem wyrzuciła z siebie Agata

Rogata Owca
"Ich steh mit einem Fuß im Grabe|" przebiegło mu przez myśl zanim film mu sie znów urwał.

Hana
I szlus! dodała Agata i pogalopowała do domu Anny.

sonic
Wpadła jak burza i dużo nie brakowało, by znów wylądowała na pogotowiu, bo potknęła się o próg i jak długa przeleciała przez cały długi salon zatrzymując się głową na nodze biurka. Zamroczona skierowała swój wzrok na blat, ale z podłogi nie widziała nic. Wstała i tak jak przypuszczała- cielca nie było !

Rogata Owca
Po jakiego grzyba wyciagałam tego cielca ze skrytki? myślała Agata. Może i dobrze, że zniknął, bo by wiedzieli, że myszkuje po mieszkaniu pod ich nieobecność.
Agata weszła do kuchni i podniosła swój żakiet leżacy na podłodze. W kieszeni miała parę groszy. Postanowiła pójść na jednego głębszego idąc po jaja na Józefa 13.
Nie zaszła daleko. Na klatce schodowej dostała ktoś zepchnął ją ze schodów.
Lekarz stwierdził zgon. Pęknięcie podstawy czaszki stało potem w post
mortem.

sonic
Dwie godziny później do szpitalnego pokoju majora wszedł lekarz.
-Co za pieprzony dzień- mruknął do siebie pod nosem, wczytując się w kartę pacjenta.
-A co pan, doktorze, tak narzeka? Ja to mam dziś popieprzony dzień- zagaił zmiętolonym głosem major.
-Tak? A to ciekawe, bo ja po dyżurze w pogotowiu mam dzisiaj tutaj nockę, a jestem ledwo żywy, bo własnie wróciłem ze zgłoszenia do wypadku, ale moja pomoc polegała tylko na tym, że zrobiłem wstępne oględziny zwłok z Waryńskiego. Jakaś starsza baba postanowiła rozwalić potylicą kamienną posadzkę.
- Na Warńskiego??? A pod którym numerem? - zapytał Adam, przeczuwając, że adres będzie mu znany
- Pod 6- tką, a co ? Mieszka tam pan?
Andrzejewiczowi zawirował sufit przed oczami. To nie może być zbieg okoliczności, to nie może być zbieg okoliczności- ta myśl powodowała, żr zrobiło mu się znów duszno. Jeszcze jedna taka wiadomość i zejdę, ku uciesze kliki !

sonic
-Zaraz, zaraz, nie pod 6-tką! Pod 23 numerem- poprawił się lekarz.
-Major nabrał powietrza i zaczął po cichu liczyć- 1, 2, 3 , 4... Do czego to wszystko ma mnie doprowadzić ? Zaginięcie pani Anny, zniknięcie obrazu, a może jakiejść mapy ze ściany i cielec, którego ukradł z domu, a który miał skierowaną do niego jakąś tajemniczą wiadomość- Anna, PEWEX i dzisiejszą datę. Teraz śmierć gosposi, jedynego swiadka.
Muszę się stąd wydostać, ale jak to zrobić- intensywnie myślał ten niby w sile wieku mężczyzna, któremu dzisiejszy splot zdarzeń niemal zniszczył serce.
Był pewien, że to gosposia, bo widział z jaką miną wybiegła hallu Izby Przyjęć.
Co teraz, co teraz? Jak stąd wyjść?Przecież mam na sobie szpitalną koszulę z rozcięciem z tyłu i całą dupą na wierzchu. Te koszule to jakiś dziwny wymysł, rozumiem, ze w psychiatryku, ale tutaj? - major zmiął przekleństwo w myślach. Postanowił przywołać salową i za drobną łapóweczkę odzyskać swoje ciuchy. Nie martwił się stanem zdrowia. Trudno, najwyżej szlag mnie trafi, i tak nie mam po co żyć, odkąd była żona z tym bydlakiem Maliniakiem obnosi się pod rękę, ba, nawet przychodzi na komendę, co powoduje złośliwe szepty kolegów. Sam przed sobą nie chciał się przyznać, że jego myśli zawładneła przepowiednia Cyganki i tego bogactwa.

Rogata Owca
Dwugłowy cielec z hebanowego drewna spoczywał natomiast niewidoczny dla nikogo pod szafą z aktami w gabinecie komendanta komendy wojewódzkiej.

Nie było wielkich szans na jego rychłe odnalezienie, bowiem sprzatająca gabinety Felicja Zapotoczna nie była pedantką, a i komendant nie przejmował się kurzem ani brudną podłogą. Miał ważniejsze sprawy na głowie.
U zastępcy Komendanta Wojewódzkiego Milicji Obywatelskiej ds. Służby Milicji, w biurze Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego na tajnej naradzie podjeto decyzję o odesłaniu Andrzejewskiego w stan spoczynku z powodów zdrowotnych.

Hana
Tymczasem major Andrzejewski biegł przez Planty w stroju nieco niekompletnym. Salowa okazała się nieprzekupna, znalazł więc w dyżurce jakieś białe, lekarskie spodnie. Biegł przez Planty, a za nim powieiwała szpitalna koszula w niebieskie ciapki. Gdyby mógł go teraz zobaczyć komendant, mógłby zwątpić w swoje zdrowe zmysły.
Zdyszany, przysiadł na moment na jakiejś ławce. Starszy pan na spacerze z psem, zaniepokojony jego wyglądem zapytał z troską, czy nie potrzebuje pomocy?
Odejdź pan - wydyszał major. To nic, mam zawał, zaraz mi przejdzie.

sonic
Jego emocjom dodawałą świadomość, że cielec jest na komendzie, Dopóki nie znajdzie się ktoś , kto o niego się upomni jest bezpieczny. Musi natychmiast zabrac dowód własnego przestępstwa w domu

Hana
Odsapnął chwilę i pognał dalej.
- Boszszsz, oby nie było za późno - przemknęło mu przez głowę. Miał wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi i pogna na Waryńskiego bez niego.
- Przecież tam musi coś być, jakiś ślad, punkt zaczepienia, cokolwiek! - kołatało mu się po udręczonej głowie. Wypadł za krzaków na Plantach na wysokości numeru 23 i stanął jak wryty. Pod bramą stała milicyjna warszawa z kogutem na dachu. Niedbale oparci o drzwi stali komendant i jego zastępca.
- No to już po mnie - zatrwożył się major.

sonic
Tym czasem Anna zaczęła przedstawiać swoją relację wydarzeń Alicji, która z otwartymi ustami słuchała przyjaciółki. Anna otrzepywała swoją elegancką bluzkę z resztek liści i trawy, skutków wylądowania w jakimś rowie nad Wisłą.
-Wiesz, szkoda mi dywanu, lubiłam go bardzo. Ponoć właśnie na nim zostałam poczęta w Wigilię 1945 roku, gdy ojciec z dziadkiem i jego bratem wrócili z Niemiec do domu.
-Anka! Co ty mi tu o dywanie gadasz?!!! Mów co się stało!
- Dobrze, dobrze, moja kochana, ale ten dywan był taki piękny i obiecałam sobie, że kiedyś, gdy umrę, zostanie razem ze mną złożony w trumnie- Anna rozpłakała się rzewnie.

ilustr. Hana

Hana
Przecież o mało w nim nie umarłaś, więc o co ci chodzi, zeźliła się Alicja! To powinno ci wystarczyć. Do rzeczy!

Rogata Owca
Anna z Alicja siedziały po ciemku. Nie wiedziały co wydarzyło sie w kamienicy przy Waryńskiego, że Agata leży w prosektorium, major Andrzejewski po zawale uciekł ze szpitala i biega po Plantach w szpitalnym odzieniu, cielęcinę duszoną z warzywami pałaszują Lichoccy spod dwójki, a komendant główny Milicji Obywatelskiej uczestniczy w naradzie w gabinecie I sekretarza KC PZPR, a przedmiotem narady jest odzyskanie tajnych dokumentów na temat akcji o kryptonimie Anna, prowadzonej przez agenta o pseudonimie PEwex, ktore zniknęły w niewyjaśnionych okolicznościach z sejfu w piwnicach Komendy Głównej.

sonic
- Wiesz, Alicjo, muszę natychmiast znaleźć się w domu, ale boję się tam iść sama. Obawiam się, że nie tylko dywan utraciłam. Zresztą po dywan mogę jeszcze wrócić nad Wisłe, chociaż obawiam się, czy siedzący tam żule go nie zabiorą, bo patrzyli na niego głodnym wzrokiem.
-Anka! Czy powiesz mi wreszcie co się stało ?
-Alicjo, nie wiem, serio. Byłam w domu, kąpałam się w wannie, gdy nagle jakiś zamaskowany facet otworzył drzwi łazienki i psiknąl mi w twarz jakimś gazem. Niemal się nie udusiłam! Wyskoczyłam naga z wody, wyobrażasz sobie co za wstyd? Ja naga i jakiś zbir!

Mika
Oj tam, naga czy ubrana, przecież nie masz się czego wstydzić! - powiedziała z lekką zazdrością Alicja, chociaż i jej niczego nie brakowało.
- No tak, ale, on był całkiem obcy!- zawołała Anka - I nie miał żadnego prawa taką mnie oglądać!
- Ty to głupia ze szczętem jesteś, czy jak?? Myślisz, że zbiry to się jakimiś prawami kierują?? Miał cię porwać to i porwał, a że saute, to już trudno, tak wyszło! - podsumowala Alicja

sonic
I nic ci nie zrobił?? Nie zgwałcił cię? -niby zaniepokojona, ale z lekkim rozmarzeniem demaskującym jej perwersyjną naturę głosem zapytała Alicja

Hana
Ojtam, zaraz tam wstyd! Myslisz, że zbir gołej baby nie widział? Chociaż po prawdzie, to Czartoryskiej może i nie - zamyśliła się Alicja.

sonic
Alicjo? - co oznacza ten ton twojego pytania???
Och nic, nic- przyjaciółka poczerwieniała
- A tak właściwie, to dlaczego ty tak cuchniesz, Alicjo? I czemu masz taki tłuste plamy na bluzce, coś ci się wylało na biust??- Anna z odrazą odsunęła się od przyjaciółki
( narrator poleca cofnąć się kilka wersów w górę, by dowiedzie się co Alicja zrobiła :P )

Rogata Owca
To tylko slady po sprawianiu okonia według zaleceń Rebekki Wolf z domu heinemann.

sonic
Ależ Anno, ty jesteś nim wysmarowana!
-Daj spokój, nie pytaj mnie co zrobiłam- Alicja nie chciała zdradzić koleżance przepisu na duże cycki, zresztą Anna miała swój naturalnie duży, więc nie miała skrupułów nie dzieląc się ta wiedzą.- ochlapałam się z nerwów!
Dziewczyny udały się w kierunku domu Anny, jednak niedaleko bramy wejściowej zobaczyły coś zadziwiajacego. Przystojny, około 40 letni mężczyzna, ubrany w białe, jakby szpitalne spodnie i koszulę z rozcięciem na plecach, ewidentnie ukrywał się przed kimś - kucał raz za jednym raz za drugim samochodem wyzierając co chwilę zza nich. Gdy podeszły bliżej ich oczom ukazał się milicyjny samochód i kilku funkcjonariuszy stojących obok.
ilustr. Hana


Hana
Mężczyzna w dziwacznym odzieniu dawał im jakieś rozpaczliwe znaki. Alicja nie rozpoznała w nim majora - wszak w mundurze wyglądał całkiem inaczej.
Ani chybi jakiś czubek - Annę ten widok nieco przestraszył po ostatnich przejściach.
- Ty, o co mu chodzi? Ruchem kieruje, czy jak? - zapytała retorycznie.

sonic
Być może nie rozpoznała go natychmiast, bo jej wzrok zaczęly przyciągać jędrne pośladki co rusz wyłaniające się spod białych spodni. W końcu były na tyle blisko, że usłyszały jego ciche syknięcie.
-Pani Alicjo, kim jest pani towarzyszka= zapytał z nutą zaniepokojenia w głosie
- To Anna, panie majorze- odpowiedziała oczarowana widokiem Alicja
-Anna??!- Andrzejewicz nie ukrywał absolutnego zaskoczenia

sonic
Życie nie szczędziło mu dzisiaj mocnych wrażeń, nie wiedział jeszcze, że klika już go usunęła z pracy i kto wie, jak potoczyłyby się kolejne wypadki , gdyby tę wiedzę posiadał w tym momencie.
Pani Anno, skąd pani się tu wzięła? Dlaczego pani gosposia, która nie żyje, powiedziała, że ktoś panią zabrał? - spytał cicho major
- O Jezu! Jak to nie żyje? Zamordowali ją ? - dziewczyna ledwo to wypowiedziała i osunęła się zemdlona na ziemię. Dobrze, ze upadając głową upadła na kolana majora, ale i tak hałas wzbudził zaniepokojenie pilnujących wejścia do domu milicjantów.
Alicja zaczęła lekko poklepywać po policzkach koleżankę- Anka, Anka, na miłość boską, ocuć się!- szeptała cicho przerażona.
Anna otworzyła powieki, ale wolałaby ich nie otwierać i uważać, że ta cała dzisiejsza historia to tylko sen.
Andrzejewski obmyślał w myślach plan , jak pozbyć się milicji.
-Pani Anno, co pani wie? Kto panią porwał i gdzie ? Jak się pani uwolniła.
- Nie wiem kto, ale wiem, że niesiono mnie gdzieś nad Wisłę, z rozmów zrozumiałam, że do jakieś meliny, ale nagle grupa młodych ludzi chcących spędzić wagary nad wodą spłoszyła porywaczy i ci mnie porzucili.
-Ale co z Agatą? Dlaczego nie żyje ?
- Nie wiem dlaczego, wiem jedynie od lekarza, który potwierdził zgon, że rozwaliła głowę o posadzkę na klatce schodowej. Czy to był wypadek, czy ktoś jej w tym pomógł, tego nie wiem.
Ponoć miała dość zmasakrowaną tę głowę, jakby uderzona była różnymi narzędziami. Więcj dowiem się z Zakładu Medycyny Sądowej, ale nie teraz i nie w tych ciuchach.
Zaiste, pomyslała Anna. W takim przyodziewku sam mógłbyś trafić do prosektorium.

Hana
Major Andrzejewski snuł w głowie gorączkowe śledztwo. Dlaczego Agata? Dlaczego zginęła? Za pięć kilo cielęciny? Wprawdzie historia zna takie przypadki, ale jednak... nieee... to niemożliwe. Musiała coś wiedzieć!
I po cholerę wynieśli w dywanie Annę? To wszystko mi wygląda na działania jakichś amatorów, którym akcja wymknęła się z rąk, albo to jakaś grubsza sprawa - kombinował major.
Nie potrafił mysleć dwutorowo, toteż nadal nie miał pojęcia jak pozbyć się gliniarzy spod bramy numer 23. Mógłby zadzwonić i powiedzieć, że w komendzie jest bomba, ale budka telefoniczna znajdowała sie po drugiej stronie ulicy. Musiałby przedefilować pod nosem komendanta i jego zastępcy. A takiej satysfakcji nie miał zamiaru im dać. Na półgołym tyłku poczuł, że jest mu zimno.

Margolcia
Andrzejewski siedząc w kucki i trzymając na kolanach głowę ledwo przytomnej Anny poczuł nagle, w miejscu, gdzie skradzione ze szpitalnego magazynu spodnie niezupełnie zdołały okryć jędrne pośladki, zimny, wilgotny dotyk. Zamarł początkowo, po czym powoli odwrócił głowę. Za nim stał pies. Średniej wielkości, czarny, kędzierzawy kundelek przymilnie patrzył w oczy i merdał ogonem. Major już miał syknąć: a pójdziesz stąd, gdy nagle coś zauważył. Piesek miał włożoną za obrożę zwiniętą kartkę papieru. Major Andrzejewski sięgnął po nią ostrożnie, rozwinął a jego oczom ukazał się napis "Cielec, cielęcina, poprowadzi cię ta psina". Major westchnął głęboko i byłby upadł, gdyby nie to, że już siedział.

Hana
Od kucania ścierpły mu nogi. Próbował podnieść się nieco. W tym celu złapał klamkę syrenki w kolorze yellow bahama, za którą się ukrywał. Drzwi samochodu ustąpiły i major z ulgą osunął sie na siedzenie. Już miał się przeciągnąć i rozprostować trochę kości, gdy czyjaś ręka złapała go od tyłu za głowę i zatkała mu usta.
- Cicho bądź - wysyczała, a nic ci się nie stanie. To ja, Sabina Brząkała.

Hana
Kędzierzawy kundelek grzecznie czekał przy samochodzie.

Katarzyna S
Zlapal opadajce gatki w garsc i pobiegl za kundlem. Choc slowo pobiegl, bylo nieco na wyrost. Potykajac sie o wlasne nogi, i wystajace plyty chodnikowe, probowal kundla nie stracic z oczu.

Margolcia
Czyj to pies, zapytała szeptem Alicja. Anna podnosząc głowę z kolan majora Andrzejewskiego spojrzała za jego plecy. Aaa, to pies baby, która przynosiła cielęcinę. Nagle cała trójka usłyszała przeciągły gwizd i wołanie: Murzyn, Murzyn do nogi! Pies poderwał się ochoczo. Wszyscy spojrzeli w kierunku, w którym pogalopował. Po przeciwległej stronie trawnika nad psem pochylała się ...Agata.

kalipso
Alicja nie wiedziała, co bardziej wyprowadziło ją z równowagi - pośladki majora mrugające do niej podczas biegu, czy widok Agaty. Wzięła się w garść i skupiła się na tym drugim widoku. Głowa handlarki cielęciną nie wyglądała na rozłupaną na posadzce. Wprost przeciwnie. Na głowie tej pyszniła się całkiem świeża ondulacja. Agata miała na sobie kolorowe dzwony, zupełnie nie w jej stylu.

sonic
Czy Agata nie ma przypadkiem siostry bliźniaczki? To wyjaśniałoby wiele, albo to jakaś zjawa!
Tym czasem major wrócił, bo psa dogonić nie sposób w tych spodniach. Ewidentnie ten pies był na usługach kontrabandy szmuglującej cielęcinę z Czechosłowackiej Republiki Ludowej, słowo cielec to po czechosłowacku "tajna sprzedaż" Domyslił się, że przy okazji napadu w domu Anny trafił na ślad przemytników mięsa, a to go nie obchodziło zbytnio.

ilustr. Ewa2


Hana
Omatkożtymoja! - zakrzyknął major i drugi raz tego dnia pad bez ducha na chodnik.
Alicja i Anna zostawiły zemdlonego majora i w ślad za psem pognały na drugą stronę ulicy, do domniemanej Agaty.
- Agata!!! Ty żyjesz??? Kobieta w dziwnych spodniach podniosła głowę. Spojrzała zdziwione na dwie rozchełstane do granic możliwości dziewczyny i z godnościom odrzekła. Żyć, żyję, ale Jacek jestem. Czy ja wyglądam na Agatę? - zapytał(-a) oburzona (-y).

sonic
Tak, to nie była bliźniaczka, a brat bliźniak Agaty, znany krakowski transwestyta, dorabiający na tajnych alkoholowych libacjach rozpasanych przedstawicieli Komitetu Centralnego Partii.
Pożyczał od Agaty ciuchy, bo gabaryty mieli takie same.

kalipso
ALicja i Anna zbaraniały, a major, który odzyskał nagle odzyskał przytomność, chciał znowu omdleć na te słowa. Nagle jednak coś mu w głowie zaświtało i nie omdlał. Wstał czym prędzej i zaczął targać Jacka za ondulację.

sonic
No tak, na szczęście to jednak on, Jacek Transik, znany Andrzejewskiemu doskonale, ponoć umilał czas temu znienawidzonemu Żebro. To była doskonała okazja, by wykorzystać tego zboka, by unieszkodliwić jakimś szantażem tego Żebro! Kontra banda wyjdzie na jaw, albo Jacek skompromituje Żebro, a życie majora trochę będzie lżejsze, w każdym razie na komendzie

sonic
No tak, kręcimy się w kółko, a w mieszkaniu cholera co się dzieje.
Odczekali aż milicjanci odjadą spod domu Anny i razem z Jackiem wkroczyli do mieszkania.
- Gęba na kłódkę, zboku, nic nie widziałeś, nic nie słyszałeś, pamiętaj, albo będziesz miał odtąd darmowe orgietki w więźniu! Teraz nie mam czasu, ale pogadamy sobie o Żebrze, oj pogadamy. Teraz mów nam tu, co wiesz o swojej siostrze, miała wrogów, ktoś mógł ją zabić dla cielęciny, czy z jakiegoś innego powodu ?
Jacek zzieleniał ze strachu, co w sumie wyglądało całkiem nieźle, zielony kolor skóry komponował się seksownie z rudymi lokami peruki.
Nie wiem, chyba nie miała wrogów, ale kto wie, może ci sąsiedzi spod 2 ją ukatrupili, oni strasznie lubią cielęcinę, a groszem nie śmierdzą- wybełkotał pokichany ze strachu Transik

sonic
Przez to całe zamieszanie okazało się, ze wszyscy nie zauważyli gdzie jest Sabina i kiedy się ulotniła ta żmija, wredna donosicielka Nazarewicza. Majorowi zrobiło się słabo.A co będzie, gdy odnajdą cielca? - pomyślał biedaczysko.
No tak, trzeba zapytać o to Annę, ale nim zdążył otworzyć usta, usłyszał jej krzyk
- Gdzie El Mariaczi ??? Gdzie mój przycisk do papieru? Co ja zrobię, co ja teraz zrobię?- dziewczyna darła się jak opętana.
Od tego krzyku majorowi aż gatki opadły, co Alicja skwitowała promiennym uśmiechem. Jacek też lubieżnie oblizał spierzchnięte ze strachu usta.
Jedną ręką przytrzymywał spodnie, drugą machał w kierunku dziewczyny gestem uciszając ją.
- Anno, mam twojego cielca, cicho proszę, bo się tu zaraz sąsiedzi zlecą. Powiedz mi dlaczego jest taki dla ciebie ważny?

Hana
Major sięgnął do szafy Anny, jakby był u siebie. Na podłogę wysypała się streta ubrań. Wybrał jakieś lśniące, zielone spodnie i fioletowy golf z cekinami.
_ Aaaa... zacharczał z zadowoleniem. Nareszcie ciepło w tyłek. Jacek, Anna i Alicja stały jak zamurowane. Major wyglądał bowiem jak starszy brat bliźniak Jacka.

Katarzyna
A tymczasem na Plantach, dwaj szachisci, pochyleni ku sobie szeptali.
-Ty, a pamietaz te dziewoje w kolorowej spodnicy i wielkimi oczami?
-Masz, sie takich nie zapomina.
-Sluchaj, ona znalazla trupa...
-Co???
-trupa Agaty, wiesz tej flamy wielkiego S.
-rany boskie!
-wiesz, ze ona handlowala cielecina, a jej gach, przemycla ruble w Polish Ham.
-Ty, ale co ma cielecina do ham??
-baaaaa
Zamyslili sie obaj nad szachownica.

sonic
Zaduma szachistów nie trwała długo, bo gnająca przez Planty Sabina Brząkała, zahaczyła swoimi wydatnymi biodrami o jednego z mężczyzn tak mocno, że ten potrącony padł twarzą w szachownicę i cały misternie prowadzony plan pokonania przeciwnika słynną partią "Rotlevi-Rubinsteina" legł w gruzach, a konkretnie na alejkę i trawnik.
Sabina wbiegła do Komendy Wojewódzkiej, ostatkiem sił pokonując schody na 4 piętro i rozmachem otworzyła drzwi do gabinetu Nazarewicza.
-Szefie- wydyszała- szefie, Andrzejewski oszalał! Spotkałam go siedzącego w kucki za nową wypasioną Syrenką 105, wie pan, tą bryką badylarza Zenona Kaczorowskiego, co to ją kupił ledwie w 1o lat pracy, a uczciwy człowiek, taki jak ja całe życie haruje i se nie kupi. No więc kucał za nią i wychylał łeb jak jaki gryzoń z norki i ja go chciałam do szpitala zabrać, bo przecież człowiek po zawale, jeszcze w ciuchach szpitalnych, widać, ze uciekł, a ten jak szalony zerwał się i mrugając pośladkami pognał za jakimś psem!
- Sabina! Co ty wygadujesz, jakie mrugające pośladki, jaki pies, jaka syrenka ?- oniemiały Nazarewicz nie mógł nic zrozumieć z tego potoku słów.
-Szefie, no, niech szef się skupi, bo ja ledwo tech mogę złapać i nie będę powtarzać dwa razy.
- A gdzie to miało miejsce?
- To jest, szefie, też bardzo dziwne, bo on tak z tą gołą dupą czaił się w okolicy domu tej porwanej Anny i zamordowanej Agaty.
Nazarewicz aż podskoczył na starym taborecie, który służył nie tylko jako siedzisko do biurka, ale również jako narzędzie tortur podczas przesłuchań
-No tak, w sumie mnie to nie dziwi, ten Andrzejewski nigdy nie wzbudzał mojego zaufania, zresztą jak można mieć zaufanie do rogacza- milicjant zachichotał złośliwie- Ciekawe co on tam robił, musiał mieć poważny powód, skoro zaraz po zawale zwiał ze szpitala. Dzwonił do mnie ordynator, nasz lojalny obywatel, który zawsze ma oczy i uszy otwarte. Kieszenie też, ale lojalny jest jak pies.

Rogata Owca
W Warszawie tajna narada zakonczyła sie tęgą popijawą. Wszysstkich prócz podpułkownika Samborskiego trzeba bylo odwozic do domu. Akcji o kryptonimie Anna nadano najwyzszy priorytet. Chodziło o sprawy bezpieczeństwa panstwa, o walkę ze zdrajcami. Samborski dostał zadanie udania sie do Krakowa. Sprawa bowiem wymkneła się spod kontroli, ze szpitala psychiatrycznego uciekł major Andrzejewski, który zupełnie stracił głowę i przytomność podczas rutynowego sledztwa w sprawie napadu na dochodzaca pomoc domową Agatę Maciejewską, dorabiającą sobie drobnym handlem jajami i cieleciną. Agata, po nakryciu ja z kochanką w sytuacji jednoznacznej, została tajną współpracownicą SB i była pod opieką Ernesta Abramka z Wydziału "B" Komendy Wojewodzkiej. Sprawa się jeszcze bardziej skomplikowała, gdy Agata odkryła zaginięcie hebanowego przycisku do papieru, ktory był prawdopodobnie kluczem do zdobycia kodu skrytki. Agata nie zdażyła spisac ciagu cyfr i liter, ugodzona tepym narzedziem w głowę straciła na chwilę świadomość, gdy ja odyzskała zarejestrowała najpierw brak kiełbasy podwawelskiej i cieleciny, Przysięgała Nazarewiczowi, że figurka jeszcze była w mieszkaniu. Cała sprawa pewnie by sie szybko zakonczyła, w koncu Agata wreszcie znalazła tęgo cielca, ale....wtedy pojawiła się ta siksa Alicja i zrobiła afere o porwaniu. A żadnego porwania nie było. Anny w domu tez nie było, bo zajmował sie nią nasz delegowany Bodo z Zakopanego. Wyladowali w Niepołomicach, wróciłi dopiero pod wieczór. W miedzyczasie Andrzejewski zdazył uciec ze szpitala, a Agate ktoś spuscił ze schodów. Figurka znikneła. Anna postanowiła wykorzystać cała sytuację, licząc na artykuły w gazetach i zaczęła rozpowiadać o porwaniu w dywanie. Tak dalej nie mogło być! Qrwa mać! ryczał komendant Pietrzak podczas narady, zanim wypił pare głębszych.
Samborski siedział w pociagu z Warszawy do Krakowa. Był przystojny, młody i miał udawac doktoranta archeologii, ktory przyjechał po jakis nieopublikowany artykuł ojca Anny, znanego Profesora Rafała Estereicha. Miał się zajkrecic koło Anny i Alicji i wyeliminowac obie. Teraz potrzebny był spokój.
W Krakowie natomiast, w psychiatryku, do ktorego zdazono na szczeście juz dostarczyć Andrzejewskiego, wykrzykującego cos o cekinach, sobowtorach, psach, Sabinie, sekretarce szefa miejscowej policji. Nie było go tylko pare godzin, ale cały Kraków juz huczał od plotek i domysłów. Przypieto Andrzejewskiego pasami do łózka i czekano na decyzje ordynatora w sprawie elektrowstrzasów. Ordynator czekał na telefon od szefa Wydziału.
Poranna odprawa nie była takim horrorem, jakiego sie spodziewał Nazarewicz. Obyczajówka zgarnęła nad ranem z ulicy spiewajace i tańczące dziewczyny. Była to Anna Estereich i Alicja Somerduft. Obie odpoczywają na komisariacie Krowodrza. Po spisaniu i ytrzeźwieniu maja zostac odesłane do domów.
Samborski wysiadł z pociagu na Dworcu Głównym i wciągnął w płuca wilgotne krakowskie powietrze, jak sadził, ale była to tylko para z parowozu. Spacerem udał się na umówione spotkanie z kimś z wydziału B, ktory miał go poinstruowac, co dalej i zaprowadzic na kwaterę przy ul. Miodowej, róg Halickiej.

sonic
Andrzejewski jeszcze nigdy nie był w tak chusteczkowej sytuacji jak teraz.
Związany pasami w sali Akademickiego Szpitala Psychiatrycznego im. Stalina zastanawiał się jak uwolnić się przed czekającymi go elektrowstrząsami. Przypomniał sobie, że powinien tu pracować jego tajny współpracownik W sumie współpracownik to dużo powiedziane, to zwykły oblech i dewiant, który lubił obnażać się na krakowskich Plantach i przyłapany kiedyś przez niego w " akcji" w zamian za bezkarność donosił majorowi kto się pojawiał w psychiatryku, a ten zbierał kwity na wszelki wypadek, zawsze ta wiedza mogła być użyteczna.
Andrzejewskiego do psychiatryka wysłał Nazarewicz, raz na zawsze chciał się pozbyć rywala, który mógłby kiedyś stracić go z ciepłej posadki, tym bardziej, że obawiał się iż Andrzejewski wie o jego orgiach z Transikiem
Nie wiedział gdzie jest Anna i Alicja. Tej pierwszej przyznał się do kradzieży cielca.
Dziewczyna twierdziła, że cielca kazał jej pilnowac jak oka w głowie jej ojciec, ale mimo, że brunetka, to mentalną blondi była ( pardonisk od narratora w stronę wszystkich BlondiKur ;P ) i nie wiedziała o co chodzi z tą w sumie obrzydliwą figurką. Postanowił przywołać sanitariusza, udajac, ze natychmiast potrzebuje kaczki.

Rogata Owca
Tak naprawde nie wiedział już zupełnie nic. Leki zaczeły działac. Stracił poczucie rzeczywistości. Nie wiedział czy w ogole był w tej kamienicy na Gertrudy, która dzis miesci sie przy Warynskiego, czy cielec tam był, czon go zabrał. Zabrać dowoód byc może w sprawie z miejsca przestepstwa? Dla śledczego porażka i koniec kariery.
"Ich steh mit einem Fuß im Grabe". Symfonia z tej kantaty Bacha grała mu w głowie juz od wielu tygodni. Czy to poczatek choroby? Poczatek końca?

sonic
Tym czasem Anna siedząca w Izbie Wytrzeżwień gorzko żałowała sfingowanego napadu. Zastanawiała się czy kolega, który zawinął ją w dywan i zdzielił w łeb Agatę, nie z zrobił tego zbyt solidnie. Czy to on zabił Agatę? Obosześfinty, mam Agatę na sumieniu i to tylko za kilka chwil sławy ??- dziewczyna zaczęła szlochać.
Tak, zawsze chciałam być sławna, tak jak ojciec, ale czy to moja wina, że jestem piękna i ta uroda od zawsze mi przeszkadzała?Czy to moja wina, że zamiast nauki wolałam imprezki z kolegami. Inne dziewczyny poszły na studia aktorskie, na dziennikarstwo, a ja biedna chodziłam na dancingi, szukajac jakiego sławnego reżysera, ale ci głównie spędzali ze mną jedną noc i uciekali nad ranem. Co za niesprawiedliwość- szloch coraz bardziej wstrząsał wydatnymi DD skacowanej Anny.
W tym momencie do sali wszedł milicjant.

Rogata Owca
W towarzystwie Bodo z Zakopanego. Bodo wcale nie nazywał się Bodo, tylko Staszek Jakimowicz, ale przystojny był jak Eugeniusz. Staszek był oczywiście tajniakiem, pracownikiem Wydziału III Komendy Wojewódzkiej.
To z nim spędziła upojne popołudnie w dzien smierci Agaty. W dywanie, czy bez dywanu. A co za różnica. Agata nie żyje, mama nie zyje, tata na wyprawie badawczej nad Morzem Czarnym, ona ma kaca i siedzi w komisariacie. Dobrze, że chociaz Staszek ja znalazł.

Margolcia
Do wysiadającego z pociągu Samborskiego podeszła nieznana mu kobieta z czarnym pieskiem i znienacka wcisnęła mu coś do ręki i szybko się oddaliła. "Coś" okazało się karteczką z napisem "Kryptonim cielęcina". Do zdziwionego Samborskiego dotarło właśnie, że kobieta miała coś jakby zarost na twarzy. Tymczasem w mieszkaniu Agaty...

Rogata Owca
Na poddaszu narożnej kamienicy nr 8 przy Estery i Miodowej ktoś w pospiechu przeszukiwał szuflady komody w sypialni. Poza bluzkami i majtkami w sporym rozmiarze nie znalazł nic, a przeciez gdzies musiała te weksle i zdjęcia schować. Nazarewiczowi robiło sie na przemian zimno i gorąco. Jak to wszystko znajdą, jest skończony. Nawet Sabina nie pomoże. Ona pierwsza go załatwi, jak zobaczy co wyprawiali z Jackiem. Nazarewicz uwodził Sabine, aby trzymać ręke na pulsie i zawczasu unieszkodliwić Andrzejewskiego. Andrzejewski póki co jest nieszkodliwy, ale jak przyjedzie ten goguś z Warszawy i zacznie węszyć do spółki z Abramkiem, kto wie, co sie wydarzy. Gdzie ta pinda to schowała? Postanowił zajrzeć do pawlacza. Gdy byl na drabinie, ktoś z impetem otworzył drzwi. Nazarewicz nie zdążył nawet krzyknąć.
Zadowolony z siebie Jacek postanowił dłużej, niż zwykle pospacerowac z psem. Z Nazarewiczem miał sie spotkać dopiero za dwie godziny. To na jego polecenie czatował na tego wymuskanego elegancika ze stolicy. Karteczka z kryptonimem „cielęcina” miała skierowac jego uwagę w stronę nielegalnego handlu mięsem i inne tego typu geszefty. Nazarewicz nie wiedział, po co przysyłają tego dupka z Warszawy, chciał zyskać na czasie. Jacek nie wiedział, że czas dla Nazarewicza nie ma juz w tej chwili żadnego znaczenia.

Rogata Owca
Nie wiedział tez, że i jemu bije dzwon. Gdy przechodził przez ulicę uderzyła w niego rozpedzona warszawa. Pies wraz ze smyczą zdażył uciec. Karetka przyjechała i odjechała. Nie była potrzebna. a Jacek w trupiarce udał się w ostatnią swa podróż. Do prosektorium.

Rogata Owca
„.Największą grupę stanowią zabytki pochodzące z rozległego obszaru kultury antycznej (Grecja, Italia, Cypr, Azja Mniejsza, Afryka Północna, wybrzeża Morza Czarnego) od epoki brązu po późny antyk”_ czytał bez większego zainteresowaania Samborski tekst pióra Estereicha. „Cywilizacje starożytnego Wschodu reprezentują głównie pochodzący z Egiptu sarkofag wraz z mumią, figurki uszebti, drobna plastyka, naczynia kamienne, amulety i skarabeusze, fragmenty tkanin koptyjskich. Cywilizację Mezopotamii zaś akadyjska pieczęć cylindryczna. Znajduje się też w naszym zbiorze niezwykły obiekt nieznanego pochodzenia z zielonego hebanu, przedstawiający dwugłowego cielca. Figurkę przekazał w moje ręce nieznany darczyńca wraz z "kamieniem z muru Serwiusza Tulliusza w Rzymie, kawałkami lawy z Wezuwiusza, "stoąa marmurowego posągu", "palec figury bronzowej" i "kostkami mozaikowymi z Pompei". Samborski próbował zapamietac te wszystkie informacje, pijąc podłą kawę w oczekiwaniu na spotkanie. Jest tu w końcu w charakterze mlodego naukowca.
Był zmęczony, chciał sie troche odswiezyć i poznać szczegóły operacji. Jego kontakt jednak się spóźniał. Dziwna kobieta z pieskiem nie dawała mu spokoju. I ta karteczka z kryptonimem... Czy to część planu? Co ma jednak do tego wszystkiego „cielecina” zachodził w głowe. Chociaz, może jednak to nie takie głupie. Cielec, cielecina...Ech, ci madrale z Krakowa...Jak już oni coś wymyślą...

Katarzyna S
Pchnięte z impetem drzwi, podcieły drabinę na której balansował Nazarewicz. Spadając , łapał się czego popadnie, rypnął na parkiet z jakąś skórzaną teczką w ręku.

sonic
W prosektorium Szpitala Wojewódzkiego od rana kręciła grupa studentów pierwszego roku Akademii Medycznej im. Armii Czerwonej. Wśród nich stała śliczna blondynka o szafirowych oczach. Dziewczę wyglądało na zabiedzoną i niezwykle wychudzoną, przez co jej oczy na tle szczupłej twarzy wydawały się jeszcze większe. Lukrecja, bo tak miała na imię, rano nie była wstanie przełknąć śniadania, bo świadomość tego, jakie zajęcia ją dzisiaj czekają, w dodatku pierwszy raz, powodowały, że żołądek wywracał się jej do góry nogami. W tej hałaśliwej grupce prym prowadził Jędrzej, młodzian o kwadratowej, chłopskiej twarzy i dość silnej posturze, który zasypywał kolegów opowieściami jak to on u ojca na wsi od dziecka łby świniom i krowom siekierką rozłupywał bez żadnych skrupułów i sekcja jakiegoś umarlaka to dla niego pestka, ba! on się jej od miesiąca juz nie mógł doczekać.
Pośrodku sali na metalowym łóżku z okalającą je rynienką na spływające płyny ustrojowe leżał mężczyzna o pięknych rudych lokach. Jego twarz wyrażała błogi spokój, ale to co trochę zdziwiło studentów to wydepilowane brwi denata i długie rzęsy oraz zawadiacki czarny pieprzyk tuż nad umalowanymi ustami. Widok był co najmniej zaskakujący i gdyby nie wydatne męskie atrybuty, można by się pomylić co do płci.
W sali było zimno, ale Lukrecji robiło się coraz duszniej. W końcu do prosektorium wszedł, a raczej wtoczył się gruby patomorfolog.
- Co tu dzisiaj mamy, cielaczki? - wesoło powitał młodzież
- Witamy pana psora. Mamy dzisiaj z panem psorem zajęcia z jakimś kosmitą - zarechotał Jędrek
Profesor spojrzał groźnie na studenta, nie lubił żartów ze zmarłych, szacunek im się należy, w końcu każdy z nas na tej tacy się znajdzie prędzej czy później i profesor ścierpł na myśl o tym, że jakiś taki Jędrek będzie kiedyś nad nim drwił. Postanowił przycisnąć wesołka.
-O widzę, ze kolega ma dobry humor, dobrze, dobrze, to się koledze przyda- rzekł tajemniczo- to co kolega zacznie ?
-Chętnie, panie profesorze- tym razem Jędrek wypowiedział tytuł naukowy patomorfologa dokładnie, czuł, że chyba ma lekko przechlapane, a smród łaskoczący jego nozdrza, pochodzący od denata zaczynał go mdlić. Czym ten zbok śmierdzi- zastanawiał się chłopak- normalnie jak wysypisko śmieci z gnojówką!
- To zapraszam, kolego. Bierzemy skalpelek i do roboty. Zaczynamy od ściągnięcia skalpu.
Jędrzej podszedł do Transika na lekko już miękkich nogach, a Lukrecja zbladła tak, że szafirowe oczy wydawały się niemal granatowe na tle twarzy. Student dokładnie ułożył w dłoniach skalpel i złapał denata za włosy u ich nasady. Zachwiał się i omal nie upadł, bo użył zbyt wiele siły na jak się okazało perukę, która została mu w dłoni.
-Och!- po sali przeszedł szmer zaskoczenia, gdy oczom studentów ukazała się łysa glaca Jacka.
- No kolego, takie sytuacje się zdarzają, proszę zaczynać.
Jędrzej jeszcze raz ułożył skalpel w trzęsącej się w tym momencie dłoni i zatopił skalpel na czole trupa i jednym ruchem przeciągnął go od lewej do prawej strony. Trysnęła krew. To była fonntanna krwi, która opryskała nie tylko Jędrka, ale i Lukrecję i kilka innych osób
OJezuuuuuuuuuuuu! - ryknął na cały głos oszalały z bólu Jacek, który wyskoczył z zimnego łoża prosto w objęcia Lukrecji
OJezuuuuuuuu - ryczał jak lew denat, który denatem nie był- ałaaaaaaaaa, o kuuuuuurwaaaaa, co jest, o kuuurrrwaaaaaaaa, ałłłaaaaa
Lukrecja stała nieruchomo jak manekin, Jędrek tak pieprznął ze strachu na betonową posadzkę, że polała się krew, a profesor zemdlał .
Ratunku, pomocy- darli się wszyscy zgoromadzeni w sali studenci, i kto miał siły ten na oślep uciekał w stronę drzwi. Tylko Lukrecja nie mogła się poruszyć, tylko puściła pawia prosto w twarz Transika.
Otępiony bólem Jacek z zakrwawioną i obrzyganą twarzą również zaczął uciekać na oślep w kierunku drzwi. Na oślep podwójnie, bo krew zalewała mu oczy. Nie zauważył nawet tego, że jest nagi, nie wiedział gdzie jest i dlaczego ktoś próbował go zabic, odcinając czoło. Gonił przed siebie, ale przerażenie studenci byli przekonani, że goni własnie ich, więc darli się wniebogłosy. Widok był makabryczny- grupa zakrwawionych drących się studentów, a za nimi nagi, gruby, łysy facet bez czoła,za to z umalowanymi ustami i lejącą się po twarz krwią, jakby chciał w swym bólu dorwać ich i zakatrupić.
Patomorfolog najpierw ogarnął sytuację- przywołał pielęgniarkę z Oddziału Neurologii, by zajęła się Lukrecją, która była w ewidentnym szoku, potem osobiście zszył ranę na głowie Jędrzeja. Nie starał się zbytnio, by chłopaka nie bolało, niech popamięta na przyszłość- pomyślał mściwie.
Ktoś za to beknie, ktoś za to nieźle beknie. Jak mogło do tego dojść? -zastanawiał się profesor.
Ci na pogotowiu to jednak konowały są, to nie pierwszy raz, taka pomyłka, kurwa mać. Ciekawe ile osób żywcem pogrzebano przez nich? Jezu, a co, jak mnie tak załatwią ? - profesor oblał się potem.
Wszedłszy do swojego gabinetu załapał za telefon i połączył się z Komendą Wojewódzką.
Witam, panie Żebro. Muszę panu donieść, że doszło u mnie na oddziale do wyjątkowo nieprzyjemnego zdarzenia. Te konowały z pogotowia stwierdziły zgon u mężczyzny z wypadku, ten wylądował u mnie w prosektorium i o mało naprawdę byśmy go nie ukatrupili. Studenci są w szoku, ten, który przeprowadzał wstępne nacięcie ma rozwaloną potylicę, a jedna ze studentek popadła w takie odrętwienie, że nie możemy jej z tego stanu wyciągnąć- jednym tchem recytował lekarz
-Witam, profesorze, witam, straszne rzeczy pan opowiada. A jak się denat nazywa, o kurcze, nie denat, a ofiara?
- To jakiś trans i nie pamiętam z tych nerwów jak się nazywa, ale chwilkę, chwileczkę chyba Jacek, zaraz sprawdzę nazwisko. Tak Jacek Maciejewski.
Po drugiej stronie zaległa cisza, no może gdyby profesor miał lepszy słuch, to usłyszałby przyspieszony oddech Żebra
_Hallo, jest tam pan ?
- Tak jestem- odpowiedział blado trupi Żebro- zaraz tam do pana kogoś wyślę. Albo nie, sam zaraz przyjadę. A gdzie denat, tfu, gdzie ten Maciejewski ?
- No własnie, tu jest problem, nie ma go! uciekł nagi ze szpitala, ale wyglądał tak przerażająco, ze nikt nie odważył się go zatrzymać.
Żebro odłożył słuchawkę. Teraz miał tylko jeden cel- dorwać Transika, nim puści parę z ust, bo kto wie, czy nie poznał kierowcę warszawy.

ilustr. Ewa2


Rogata Owca
Tym razem Jacek juz sie nie wywinął smierci. Gdy przerażon, nagi z krwawiacą glowa wybiegł ze szpitala wpadł pod koła jadącej na sygnale karetki. Tej samej, której załoga stwiedziła jego zgon pod BagatelA" parę godzin wczesniej.
Do prosektorium w Zakładzie Medycyny Sądowej na stół połozono ciało Nazarewicza, obok leżał już Jacek. Zebro mógł odetcgnac z ulgą.

Rogata Owca
Samborskiego powiadomiono, ze ma się ulokować na Miodowej 51 pod 4. Miał czas do jutra, aby odpocząć i przygotowac się do pracy. Szefostwo ustaliło, że Anne bałamucic będzie dalej Bodo, czyli Staszek, a Samborski zajmie się Alicją, przed Anną udając młodego adepta archeologii, piszacego doktorat i pragnącego skorzystac z zasobów bibliotecznych jej ojca.
Dwugłowy cielec z hebanowego drewna spoczywał nadal pod szafą z aktami w gabinecie komendanta komendy wojewódzkiej. Jednakże niezbyt dokładnie sprzatająca gabinety Felicja Zapotoczna własnie dostała skierowanie do sanatorium w Lądku Zdroju i poszukiwano zastępstwa, bowiem druga sprzatająca komendę Maria Nawałka miała już swoje lata.

sonic
Bodo w porozumieniu z Samborskim umówił się z dziewczynami na wieczór, pod pozorem zorganizowania małej bibki. Przyszli nieco spóźnieni, bo pod kamienicą ustalali jeszcze szczegóły operacji. Wiedzieli, że muszą zdobyć cielca, który był kluczem do rozwiązania zagadki, ale nie tylko on. Potrzebna była i mapa. Mężczyźni przynieśli butelkę wina, nie jedną nawet, a Bodo postarał się nawet o kilka płyt.
Dziewczyny były wystrojone, zwłaszcza Alicja długo się szykowała, brała kilka kąpieli, by zmyć z siebie zapach ikry i mleczka z okonia. Annie podobał się Samborski , był mądry, przystojny, jedyne co ją martwiło, to to że jest naukowcem i to w dodatku archeologiem, a ci wydawali się Annie wyjątkowo nudni, nie raz, nie dwa mogła się o tym przekonać, gdy była uczestniczką imprez organizowanych przez jej sławnego ojca. Milicjanci z uznaniem oglądali mieszkanie gospodyni, przyglądali się wyjątkowo drobiazgowo wszystkim przedmiotom, ale nie na tyle bezczelnie, by dziewczyna się zorientowała o co chodzi.
Samborski chwalił obrazy, ale jego wprawnemu oku nie umknęło to, że jednego brak na ścianie.
-A co tu wisiało, Anno ?- zapytał niby obojętnym tonem
Dziewczyna spojrzała w kierunku ściany i z wrażenia upuściła butelkę, która naszczęście się nie stłukła.
-Ojacie, to też zginęło ?? No normalnie ojciec mnie zabije! Czy ja śnię?- krzyknęła Anna
- Jak to też? Czy coś jeszcze ci zginęło ?- zapytał Samborski
- Tak, zginęła mi jedna figurka, tzn nie zginęła...- w tym momencie Anna zaczęła się zastanawiać co się dzieje z majorem. Rozstali się wczoraj w dość zaskakujacych okolicznościach, ale zdążył jej powiedzieć, że ma jej cielca, ale nie może o tym nikomu powiedzieć.
Alicja starała się zwrócić uwagę mężczyzn na siebie. Kurde, no znów Anna wszystkich bałamuci tymi swoimi cyckami i wypasioną chatą.
- Panowie, napijmy się, jakoś mnie suszy po wczorajszej imprezie, boję sie, że wytrzeźwieję i będzie jeszcze gorzej- upomniała się Alicja.
Ok, Alicjo, ale że tak zapytam, to co tu wisiało, Anno? - nie przestawał dociekliwie dochodzić faktów tym razem Bodo
-Wisiała tu stara mapa, na której był też ten cielec, ponoć tato kupił to w komplecie na targu staroci
Anna pogrążyła się na chwilę w myślach, gdy nagle z tej zadumy wyrwał ją dźwięk dzwonka u drzwi.
To syn sąsiadów spod 2-ki przyniósł jej kopertę zwiniętą w rulon, ale nie potrafił powiedzieć, kto kazał mu ją przekazać, tyle tylko, ze to jakiś pan w płaszczu, chyba nic pod nim nie miał, bo wystawały mu gołe nogi odziane w skarpety i sandały.
W kopercie była krótka wiadomość- Szpital Psychiatryczny, elektrowstrząsy, chcą mnie zabić- A.A

sonic
Anna zbladła. Co robić?- zaczęła gorączkowo myśleć nad tym jak pomóc majorowi i jak pozbyć się gości. Była jednak dumna z siebie, że nie wygadała się, tak jak major zalecał, i nie powiedziała co to za figurka i skłamała, że pochodzi ona z jakiegoś targu staroci.
Anna wróciła do gości i by ukryć zmieszanie złapała za butelkę wina i z gwinta wypiła jednym duszkiem niemal połowę, czym zaskarbiła sobie podziw Alicji.
-Kochani, poczekajcie na mnie chwilkę, muszę skoczyć obok do baru " U grubej Mańki" po zimne nóżki, bo nie mam w domu nic do jedzenia. Miałabym pieczeń cielęcą, ale i ją mi skradziono.- i nie zważając na protesty gości szybko wybiegła z domu.

Owca Rogata
Podpułkownik Ernest Abramek był niepocieszony. stracic takiego TW jak Agata, to prawdziwe nieszczęście. Działała na dwa, a nawet na cztery fronty. Dlatego była tak cennym informatorem. I nie wzbudzała niczyich podejrzeń. Ani stara, ani ładna, ani za bardzo rozgarnieta. Tam kiełbasa, tu cielecina, dolary i funty, a ileprzy okazji kontaktów. Wiedział, że pracowała tez dla Nazarewicza, ze wzgledu na Jacka zapewne, ale póki Nazar nie wchodził mu w droge, tolerował tę nielojalność.

Hana
Ale teraz? Już nic nie mogło go powstrzymać, nie miał nic do stracenia. Bez agenta Agaty był zerem i wiedział o tym. Dochrapał się stanowiska wyłącznie dzięki układom i korupcji - tego też był świadom, bowiem nie był aż tak głupi. Był tylko leniwy, chciwy i mściwy.

Sonic
Tymczasem Andrzejewski był szykowany do zabiegu elektrowstrząsami. Przypięty pasami nie miał szans się uwolnić, ale przywołany donosiciel nie tylko poluzował skórzane pasy na nadgarstkach i kostkach, to jeszcze zaniósł liścik do Anny i obiecał pomoc . Andrzejewski spoglądał na wiszący na ścianie zegar z kukułką, którego minutnik odmierzał czas chyba z jakiegoś innego wymiaru czasoprzestrzeni, bo minuty wlokły się jak flaki z olejem.
-Zegar z kukułką tutaj? Chyba, żeby doprowadzić pacjenta do szału i mieć usprawiedliwienie dla wykonania tego bolesnego i nieludzkiego zabiegu.- mamrotał pod nosem- Kiedy przybędzie pomoc, Anna, ktokolwiek, kurza twarz !
Do sali wszedł lekarz. Podszedł do niego, spojrzał mu w oczy, uniósł dość brutalnym ruchem powieki i zaświecił w źrenice latarką, raz w jedną, raz w drugą
-I jak, cielaczku, boimy się ? - zapytał raczej retorycznie
Andrzejewski zaczął rzucać sie na łóżku, wierzgać, szarpać i drzeć na głos
O cielaczku, tak nie można, cielaczek będzie grzeczny, to zrobimy mały wstrząsik, a jak cielaczek będzie niegrzeczny, to cielaczkowi tak dopieprzymy prądeczkiem, że iskierki z główki polecą, jak zimne ognie na Wigilię. to co, cielaczku, grzeczny będziesz?
Major uspokoił się na chwilę.Dlaczego wszędzie słyszę coś o cielęcinie, cielcach i nawet ten typ zwraca się do mnie per cielaczku ?- pomyślał. W głosie psychiatry usłyszał niepokojący ton, był pewien , że facet jest sadystą.
-Doktorze, przepraszam, będę spokojny, ale mam prośbę. Proszę o przyniesienie mi moich ciuchów, w nich czuję się bezpiecznie i ładnie, obiecuję, że będę w nich spokojny- błagalnym tonem wyszeptał major. Łudził się, że ten wybieg da mu trochę czasu i może w końcu Anna przybędzie z odsieczą.
- Dobrze cielaczku, możemy to zrobić, ale tylko dlatego, że dawno nie widziałem takiego cudaka, a przyda mi się dzisiaj trochę rozrywki, bo własnie ugotował mi się jeden pacjent, tuż przed tobą, cielaczku.
Qrfa, jak ten psychol jeszcze raz nazwie mnie cielaczkiem, to go zagryzę- Adam zacisnął zęby tak mocno, jakby już dostał dawkę prądu.
Do sali wszedł sanitariusz i rzucił ciuchy na majora, odpial go z pasów i z pałką w jednej dłoni pilnował, by ten nie robił głupstw. Milicjant powoli zakładał kolorowe spodnie i fioletowy golf z cekinami.
Kurcze, w sumie jest mi w tym rzeczywiście nieźle- z uznaniem sam siebie ocenił milicjant
W tym momencie sanitariusz, TEN sanitariusz, znany onanista z Plant jednym ruchem podrzucił pałkę do majora, a ten zdzielił sadystę w łeb i rzucił się do ucieczki.

Hana
Gnał przed siebie na oślep, byle dalej. Wypadł z psychiatryka na ulicę, wskoczył do tramwaju i tyle go widzieli. Tramwaj zgrzycząc i piszcząc na szynach powoli oddalał sie od miejsca kaźni. Major otarł spocone czoło i już miał odetchnąć, gdy wtem poczuł na ramieniu czyjąś ciężką rękę.
- Co, koleś, dokąd ci tak spieszno?
Major znał ten głos, ale w tych okolicznościach nijak nie mógł go przypasować do konkretnej osoby. Odwrócił się powoli i aż go zatchło. Za nim stał Nazarewicz we własnej osobie.
- Ccco, towarzysz tu robi? z trudem wyjąkał zaskoczony major.
- A na bazar jadę! Po cielęcinę! - Nazar wyszczerzył wilcze zęby.
Oesssu, przemknęło przez skołatną głowę Andrzejewskiego. Jeśli jeszcze raz usłyszę słowo cielęcina, to... to... kurna, to nie wiem!

Sonic
- Po cielęcinę? - wyjąkał blady ze strachu major
- Tak, majorze, mówi panu coś słowo cielęcina?- wzrok bazyliszka świdrował Adama na wskroś
- No mówi aż za dużo, ponoć zginęła z domu porwanej Anny
- Taaak? Tylko tyle panu mówi to słowo?- głos Nazarewicza byl coraz groźniejszy
- A co ma mi jeszcze mówić?- pytaniem na pytanie odpowiedział major, co jak wiedział zawsze zbijało z pantałyku adwersarza
- No nie wiem, nie wiem...A coś pan tak wystroił , jak dziwka na odpust, majorze?- Nazarewicz mało nie parsknął mówiąc te słowa.
Andrzejewicz nie miał pomysłu jak wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji. Wiedział, że to Nazarewicz umieścił go w szpitalu celem pozbycia się go raz na zawsze. Teraz obaj robili dobrą minę do złej gry.
Komendant nie wiedział kto mógł pomóc Andrzejewskiemu w ucieczce, czyżby "góra" czuwała nad nim, a to jego chcą wykiwać ze śledztwa? Może komuś podpadłem? A może ten cwany archeolog ma jakieś wtyki w Biurze Centralnym PZPR i Andrzejewski z nim współpracuje? Nazarewicz postanowił rżnąć głupa.
Kolego, wpadnijcie do biura, jak się doprowadzicie do porządku- ale ledwo wypowiedział te słowa, a major odsalutował i wyskoczył z tramwaju.
Okazało się, że na przystanku zobaczył Annę.

Hana
Szła ze spuszczoną głową, powoli...

Sonic
W czasie nieobecności gospodyni goscie bawili się całkiem dobrze. To znaczy Alicja bawiła się świetnie, brak koleżanki zaowocował tym, że to ona była najładniejsza w towarzystwie. Kokietowała raz jednego raz drugiego przystojniaka. Panowie polewali jej szczodrze, sami nie wylewali za kołnierz , jednak cały czas przeszukiwali mniej lub bardziej dokładnie mieszkanie. Nieobecność Anny była im bardzo na rękę, a głupiutka Alicja zbyt była zajęta kieliszkiem i tancem w rytm puszczanych piosenek z gramofonu, by zorientować się, co tak naprawdę sprowadziło do tego domu obu mężczyzn.
W pewnym momencie Bodo zauważył księgę, która wysunięta było nieznacznie , co wyróżniało ją na tle równiutkiego rzędu innych tomów. Wyciągnął ją delikatnie, bo widział jak bardzo jest delikatna jej stara okładka. Niemal się rozsypywała. Zaskoczyło go, ze księga otworzyła się na stronie, która przedstawiała szukanego przez nich cielca!

Margolcia
Alicja zmęczona pląsami opadła z wdziękiem na fotel na wprost włączonego telewizora. Na ekranie, na tle Sfinksa i jakiejś kupy kamieni wypowiadał się przystojny, starszy pan. Czoło miał zroszone potem a oczy pełne zachwytu. W dłoni trzymał, prezentując do kamery, figurkę cielca, identyczną jak ta, która zginęła z mieszkania Anny, i ta w księdze trzymanej przez Bodo! Ściszcie gramofon! Co on mówi? Daj głośniej telewizor! Zaczęli się nawzajem przekrzykiwać... Zanim Alicja runęła w stronę pokręteł telewizora, relacja z wykopalisk archeologicznych dobiegła końca. Wszyscy zamarli w bezruchu spoglądając po sobie niepewnie. Wtem ciszę, jaka zapadła rozdarł znienacka przeraźliwy dźwięk dzwonka telefonu. Wszyscy równocześnie podskoczyli z przestrachem, każdemu wyrwał się z ust okrzyk innej treści poczynając od nabożnego "oesu!" do zdrożnego "qrrrwa!". W końcu Alicja drżącą ręką podniosła słuchawkę: rozmowa zamiejscowa, łączę z Kairem" usłyszała. Z czym? Chciała zapytać, bo niezbyt dobrze zrozumiała treść komunikatu. Ale w tej właśnie chwili, poprzez szumy i trzaski rozległ się w słuchawce męski głos mówiący czystą angielszczyzną: codenamed veal. Alicja zanim upadła, zdążyła wywrócić na wierzch białka swych ócz i posuwistym ruchem zjechać po ścianie która znajdując się szczęśliwie tuż za nią przyszła jej nieoczekiwanie na ratunek.
ilustr. Ewa2


Margolcia
Tymczasem na Placu Szczepańskim podejrzany gość o konsystencji alfonsa przechadzał się wolno, stawiając długie, bocianie kroki i za każdym razem zostawiając w tyle raz jedną, raz drugą nogę na przemian. Mruczał pod nosem mantrę o treści: funty, marki, dolary, funty, marki, dolary, złoto. Przechodnie popatrywali na niego z lekkim niepokojem dając wyrazem twarzy do zrozumienia, że słyszą lecz nie pojmują. Wtem ktoś klepnął go w ramię, gość o bocianim kroku obejrzał się gwałtownie. Przed nim stał Ktoś wyglądający na szefa wszystkich szefów a już na szefa alfonsów z pewnością. Ooo, pan Cielęcina, szacuneczek, czym mogę służyć? Ciii Władek, kretynie, zamknij ryja, syknął "pan Cielęcina". Ptaszek wyfrunął nam z klatki i próbuje nawiązać niekorzystne dla nas kontakty. Władek Cinkciarz pobladł anemicznie i bezwiednie dociągając pozostałą z tyłu nogę stanął nieomalże na baczność. Tymczasem Alicja wracała do mieszkania z zakupów, wymachując napełnioną u rzeźnika siatką.

Owca Rogata
W siatce były co prawda tylko podroby wołowe, ale Alicja była zadowolona. Śmierć aprowizatorki w osobie Agaty była wielką stratą dla zwykłych zjadaczy cielęciny i wołowiny oraz kiełbas wieprzowych z podkrakowskich Liszek.
Pan Cielęcina był czlowiekiem interesu na wielka skalę. Pracował dla Niemców, Ruskich, Amerykanów i SB. Znał wszystkich, których znać powinien, był znany tym, którzy byli dla niego cenni z róznych wzgledów i wiedział co w trawie piszczy. I nie tylko w trawie. A przede wszystkim miał informacje, o jakie nikt go nawet nie podejrzewał, że może je mieć.
Przesiadywał w Betelu przy placu Szczepańskim naprzeciw teatru codziennie z wyjątkiem wtorku. Betel należał do jego znajomego, był miejscem spotkań indywiduów różnego autoramentu. Od aktorów, profesorów na dziwkach i alfonsach kończąc. Tam można było umówic się na audiencje u Pana C., który ja sie łatwo domyslić nazywał się zupełnie inaczej.

1 Księga Królewska rozdział 12 wersy od 26 do 32:
„Wtedy przyszło Jeroboamowi na myśl: Łatwo teraz może wrócić władza królewska do domu Dawidowego. Jeżeli bowiem lud ten będzie chodził składać ofiary do domu Pańskiego do Jeruzalemu, przylgnie z powrotem serce tego ludu do ich pana, Rechabeama, króla judzkiego, i wtedy, zabiwszy mnie, powrócą do Rechabeama, króla judzkiego. Naradziwszy się tedy, kazał król sporządzić dwa cielce ze złota i ogłosić ludowi: Dosyć już napielgrzymowaliście się do Jeruzalemu; oto bogowie twoi, Izraelu, którzy cię wyprowadzili z ziemi egipskiej. I kazał jednego ustawić w Betelu, a drugiego ustawił w Dan. Rzecz ta stała się pobudką do grzechu, lud bowiem pielgrzymował albo do tego w Betelu albo do tego w Dan. Pobudował świątynie na wzgórzach i ustanowił kapłanami pierwszych lepszych z ludu, którzy nie należeli do domu Lewiego. Nadto ustanowił Jeroboam w ósmym miesiącu, piętnastego dnia tegoż miesiąca, święto na wzór tego w Judzie, i składał ofiary na ołtarz.

Sonic
Profesor Esterich siedział w wagonie WARS-u w pociągu relacji Warszawa- Kraków .Pił mocną kawę, która wydawała się rozkoszą dla ust po wątpliwej świeżości flakach i czerstwej bułce, ale co się dziwić, była niedziela, a zapasy restauracji pewnie pochodziły z poniedziałku. Zresztą na ogół nie narzekał na WARS, bo można tu było dostać produkty niedostępne często w zwykłych sklepach. Kupił dla Anny czekoladę Wedla i kamyczki, które uwielbiała. No właśnie- Anna- twarz profesora wyrażała duże zatroskanie. Nie dość, że dziewczyna nie chciała studiować, to żyła jak niebieski ptak, kręcąc się po modnych kawiarniach i dancingach z różnymi fircykami. Ale to co go niepokoiło w tym momencie to ich wczorajsza rozmowa telefoniczna. Córka przyznała się, że wydarzyło się kilka dziwnych wypadków, coś zginęło z domu, a dochodząca Agata została zamordowana. Anna nie chciała wszystkiego powiedzieć, mimo stanowczych próśb ojca. No i ten telefon do niego z zagranicy w sprawie cielca, to było najbardziej niepokojące i profesor postanowił zaraz przyjeździe do domu ukryć go bardzo dobrze!
Wysoka szklanka z kawą cichutko pobrzękiwała na szklanym spodeczku, na którym profesor przezornie umieścił cienką serwetkę. Esterich wpatrywał się w nią nieobecnym wzrokiem
-Cielec...taaaak, to wszystko, te wszystkie niepodziewane zwroty sytuacji w jego życiu, kariera,, wyjazdy zagraniczne to wszystko sprawka tego dwugłowego cielca.

Hana
Mam dosyć tego głupiego bydlaka - pomyślał Estereich. Same nieszczęścia przez niego. Fatum jakieś, czy co?
Niby nie wierzył w podobne bzdury, ale jednak czuł nieokreślony niepokój. A co, jeśli ciąży na nim klątwa któregoś pofyrtanego faraona? Albo - co gorsza - jakieś zasuszone bakterie?
Trzeba się go wreszcie pozbyć! Profesor pomyślał, że przydałaby się czystka w Komendzie Wojewódzkiej MO, bo takiego bagna jak tam w życiu nie widział.

Sonic
No tak, czystki w KWMO przydałyby się, bo wiedział, że od lat ma tam swoją teczkę i powstała specjalna grupa śledcza, która deptała mu po piętach. Swoją wolność zawdzięczał temu, że do dzisiaj nie udało mu się do końca rozwiązać zagadkę, a bez tego nie był do końca użyteczny, wiedział, ze jest tak długo bezpieczny, jak długo nie wie wszystkiego Ba, kilka razy uratowano mu życie, był tego pewien, że ma swojego "anioła stróża", który pilnuje, by profesor zagadkę rozwiązał. To była taka gra- profesor udawał, że nie wie, że jest śledzony, oni udawali, że go nie śledzą. Jednak były takie momenty, że profesor musiał zniknąć tak, by milicjanci nie wiedzieli o sprawie wiecej niż on chciał, by wiedzieli i wówczas z pomocą przychodził mu Cięlęcina.
Cielęcina, był synem dozorcy kamienicy, w której profesor kiedyś mieszkał, z małego zahukanego chłopca wyrósł niezły opryszek, ale swój honor i kindersztubę wyćwiczoną rózgą ojca miał.
Z cinkciarzem łączyła profesora właśnie okazjonalna sprzedaż waluty, którą Estereich przywoził z zagranicy, a Cielęcina chętnie z zyskiem później odsprzedawał dalej.

Owca Rogata
A wszystko zaczęło sie dawno temu, kiedy prof. Estereich zaraz po studiach zaczął pracę w Muzeum Starozytności na Sławkowskiej 17. Katalogował od nowa zbiory zabytków egipskich pochodzące m.in. z wykopalisk w el-Gamhud prowadzonych w latach 1907-1908 przez Tadeusza Smoleńskiego. Tam natknąłsie na dokumentację dotyczącą złotego cielca, ale cielca nigdzie nie było.
Pierwszy nagły zgon pracownika magazynu muzeum nikogo nie zaniepokoił. Gdy zmarli następni, Estereich postanowił przenieść się na UJ, gdzie zaproponowano mu asystenturę.

Sonic
To wtedy poznał starego prof. Kormanna z Tybingi, który przyjechał na krakowską uczelnię szukając informacji dotyczących pewnej figurki pochodzącej z czasów jeszcze przedchrystusowych. Kormann długo nie chciał pomocy od młodego wówczas doktoranta, jakby chronił wielką tajemnicę przed niepowołanymi osobami. Kormann był bardzo pobożnym Żydem i wydawało się, że jego praca to tak naprawdę służba, a może nawet dług jaki chciał spłacić Bogu. Dlaczego i o co chodziło, Estereich miał się dowiedzieć nie tak szybko.

Bacha
Dziewczyny postanowiły powetować sobie stracony poprzedni wieczór i zaproponowały koncert w Piwnicy Pod Baranami. Mili śpiewać Ewa D. i Mieio Ś. Po kilku drin kach w Kolorowej wesołe towarzystwo znalazło się w Piwnicy, obie miały karty stałych bywalców.
Po mniej więcej pól godzinie barman odziągnął Alicję na bo i sykną, czy wam się baby mózg zlasował, kogo wyście tu przyptowadziłu, przecież to kilometr śm...dzi glinami. Franek się nigdy nie mylił. Zmykajcie stąd, zajmiemy się nimi, nic groźnego, zawieziemy ich do Matysiaków. Zaczął się koncert. Dziwczyny wyszły dyskretnie do to w Pałacu i już nie wróciły. Anna pochlipywała, czy ja muszę mieć takiego pecha, nie dość ze udawał archeologa to jeszcze gliniarz. Ala chodź, śpij dziś u mnie bo wyżłopię cały alkohol a tak to pójdzie na dwie. Zbliżały się do mieszkania. We wszystkich oknach paliły się światła. Oesse jęknęła Anna zbliża się sądny dzień. Papcio wrócił, Alicja chciał zawrocić, ani się waż syknęła Anna, papcio cię lubi, będzie lżej.
Weszły do mieszkania. Tatuśku, Anna rzuciła się Ojcu na szyję, lekko pociągnął nosem. No tak znowu pod Baranami, czuję tytoń z fajek, w Jaszczurach to raczej te obrzydliwe papierochy. Ojejku już się kąpię i zrzucam te cuchnące ciuchy. Czy Alicja może dziś zostać, okropne przezycia miałyśmy i będzie mi łatwiej opowiadać. Wiesz, ża Alicja zawsze może u Ciebie nocować.No dobrze musimy się wszyscy dobrze wyspać a jutro przy śniadaniu wszystko mi dokładnie opowiecie.
Tymczasem Andrzejewski dostał zgodę na powrót do pracy. Drżał z niepokoju czy ktoś mu cielca spod szafy nie wymiótł, musiał poczekać jeszcze 12 godzin zanim będzie mógł sprawdzić. Żeby tylko drugiego zawału nie dostać pomyślał zasypiając z wizją wrednego Maliniaka pod powiekami i mamrocząc coś wrodzaju, uduszę, zakatrupię i to oboje

Sonic
Andrzejewski wkroczył dziarsko do swojego pokoju, nie zwracając uwagi na zdumione spojrzenia kolegów,a zwłaszcza koleżanek. Fioletowy golf z cekinami wydatnie eksponował jego umięśniony tors.
No cóż, Adam miał jakieś wewnętrzne przekonanie, że przyniósł mu szczęscie i na wszelki wypadek nie ściągnął go, w końcu cielca jeszcze nie miał w dłoni.
Cielec leżał na swoim miejscu, tak jak go tam pozostawił, ale Andrzejewski zauważył, że jego kolor znacznie się zmienił. Teraz z ciemnej zieleni przeszedł w delikatny szafir.
Muszę go natychmiast odnieść na miejsce. Jakoś wybrnę z tego, dlaczego go zabrałem, a przy okazji przycisnę Annę, może coś o nim wie- pomyślał major.
W tym czasie w domu Estereichów panowała niezła awanturka. Profesor, zawsze spokojny i wyważony, dał upust swoim emocjom. Nie mógł darować Annie, że przez jej chęć zdobycia wątpliwej sławy upozorowała swoje porwanie, przez co zostawiła mieszkanie bez nadzoru, czego efektem było zniknięcie cielca i mapy ze ściany. Anna płakała rzewnymi łzami, trochę ze wstydu, trochę z żalu, że niedoszły absztyfikant okazał się milicjantem i dała się tak wkręcić.
W tym momencie do drzwi zadzwonił dzwonek.
Profesor zobaczył w progu stanął Andrzejewskiego.
-Witam, panie profesorze.Mam coś co do pana należy. Przepraszam, ze go zabrałem, ale po przyjrzeniu się figurce, zrozumiałem, że może być cenna, a pani Anny w tym czasie nie było, cholera wie, w czyje ręce by trafiła.
Profesor wyrwał cielca z dłoni milicjanta i ucałował go siarczyście. Usiadł na chwilę w fotelu, bo z emocji nie mógł stać na nogach.
Tyle lat poszukiwań, tyle pracy, tak blisko już jestem od rozwiązania zagadki i wszystko diabli by wzięli- profesor nie posiadał się ze szczęścia- Ale gdzie mapa? Bez niej ani rusz. Co prawda mam jej zarys w głowie, od lat się w nią wpatrywałem, ale były na niej takie elementy, które muszą być kompatybilne z jej drugą częścią, które teraz przywiozłem- myśli jak błuskawice przebiegały mu przez głowę.
W tym momencie rozległ się kolejny dzwonek u drzwi. Wszyscy czworo spojrzeli po sobie zaskoczeni
Tym razem to Alicja otworzyła i zaskoczona zobaczyła wczorajszego sponsora zabawy w "Piwnicy pod baranami" To Cielęcina we własnej osobie!
Witam, profesorku- protekcjonalnie uśmiechnął się cinkciarz- Mam coś dla pana, chyba pan tego szuka. Cielęcina wyciągnął dłoń, w której trzymał mapę oprawioną w ramę.
Profesor się nie gniewa, ale to Zenek, syn sąsiadów spod 2, który zawsze pomagał Agacie nosić siaty z cielęciną, wykorzystał jej nie uwagę i ukradł ten obrazek i zwiał. Przyszedł z tym do mnie, bo wie, że ja handluję wszystkim i ze wszystkimi, ale źle trafił tym razem. Jak mi powiedział, że to od profesorka, to natarłem uszu smarkowi i pogoniłem, gdzie pieprz rośnie.
Estereich nie mógł się połapać w tym wszystkim, ale to było nieważne, grunt, że w pięć minut odzyskał i mapę i cielca.

Rogata Owca
Cielęcina bowiem pracował dla spadkobierców prof. Kormanna, znał właściwy fragment biblii ze wskazówkami, wiedział o mapie i zależało mu za rychłym rozwiązaniu całej sprawy, ze względów czysto finansowych, choć sprawa wciągneła go zdecydowanie bardziej, niż inne biznesy, ku zdiwieniu jego samego.

Sonic
Cwaniaczek wiedział jedno, ktoś cały czas depcze mu po piętach, ten ktoś działa jak duch i zawsze jest dwa kroki przed nim. Czuł że stoi on za śmiercią Agaty, która była wtyką Cielęciny, jej brata Jacka Transika. Przeczucie mu mówiło, że nie był to nikt z milicji, bo doszły go słuchy, że Nazarewiczowi ktoś pomógł z tej drabiny spaść. Więc kto? Żebro nie, bo razem imprezowali z Nazarewiczem i Transikiem. Tak, to musiał być ktoś spoza milicji, to ktoś z kręgu naukowców UJ lub muzeum, czyli ktoś kto był z blisko profesora.
Andrzejewski, Cielecina i profesor zamknęli się razem w gabinecie i ci dwaj pierwsi opowiedzieli Estereichowi wszystko co wiedzieli, nie żądając w zamian tego samego. Szanowali profesora i wiedzieli, że sprawa jest na tyle poważna, że on sam w razie czego poprosi ich o pomoc.

Rogata Owca
Prof. Estereich nie mógł zebrać mysli z tych emocji, ale odzyskanie cielca i mapy wróciło mu wiarę w rozwiązanie tej łamigłówki, w która swego czasu wplatał go Kormann i jego mistrz Smoleński. Pozostało odnaleźć drugiego cielca z reszta szyfru.
Estereich nie wiedział o telefonie Pollarda z British Museum, był bowiem wtedy w podrózy powrotnej do kraju, między Odessą a Warszawą. Anna o telefonie nie wiedziała, Alicja zaś zupełnie o nim zapomniała. Czy cielec Pollarda to ten, którego szukają od lat? Czy może cielców było więcej? W מלכים א mamy tylko dwa, tego w Betel, czyli u Estereicha, i w Dan. Ale gdzie jest Dan? Co to jest Dan?

czwartek, 14 kwietnia 2016

KRYMINAŁ WIOSENNY

Wiosna się rozszalała , w głowach pusto i tematów do pisania brak, bo rzeczywistość nieciekawa. Jakoś tak nie najlepsze wydarzenia się spiętrzają wokół i bliżej i dalej, pora więc trochę się od tej rzeczywistości oderwać. A że głowa pusta, więc trzeba zaprząc do roboty wszystkie kurze móżdżki i coś stworzyć wspólnymi siłami. Większość z nas lubi kryminały , więc postanowiłam rozwinąć opowieść kryminalną , dziejącą się z wiosną... Może w czasach dawniejszych, latach 60-tych... Może to nieznana powieść Chmielewskiej... Albo słynnej Heleny Sekuły...


zdjęcie stąd: http://www.franciszkanska3.pl/Wiosna-w-Krakowie,m,19879

Wiosna to najpiękniejsza pora roku w Krakowie. Kwitną forsycje, drzewa owocowe, trawniki upstrzone żółtymi mleczami... Starsi panowie wylegli na Planty z szachownicami, nic tak dobrze nie robi na głowę jak partyjka szachów wśród drzew. Dziewczyny wyciągnęły z szaf kolorowe sukienki, wyglądają jak barwne papużki wśród zieleni. W radio było słychać "Pod papugami, jest szeroko niklowany bar..."

Alicja szła szybko Plantami. W pięknej, kolorowej , rozkloszowanej spódnicy i czarnych balerinkach wyglądała jak hiszpańska tancerka. Praktycznie każdy facet, niezależnie od wieku, patrzył na nią z podziwem. Czuła te spojrzenia i sprawiały jej przyjemność. Uśmiechała się do siebie leciutko, wchodząc do legendarnego baru kawowego "Rio" przy ulicy Św. Jana. Umówiła się tu ze swoją przyjaciółką Anką. Rozglądała się po zadymionym wnętrzu, szukając Anki wzrokiem. Ale koleżanki jeszcze nie było. Zamówiła dużą kawę i zapaliła Marlboro, otrzymanego w paczce ze Stanów. Minęło dobre pół godziny, a Anki dalej nie było.
"Co jest?" zdenerwowała się Alicja. "Przecież ona nigdy się nie spóźnia, najwyżej 10 minut... Może coś się stało?" zaniepokoiła się. Postanowiła się przejść i zajrzeć do Anki. Przyjaciółka mieszkała w starej kamienicy niedaleko Rynku. Gdy Alicja weszła do bramy, ogarnął ją lekki półmrok i chłód. Nie wiadomo dlaczego poczuła nieokreślony niepokój. Weszła na pierwsze piętro i zadzwoniła do drzwi. Nikt nie otwierał. Zobaczyła, że drzwi były lekko uchylone. "Ania??" zapytała niepewnie. Popchnęła drzwi i weszła do ciemnego korytarza. "Aniu, jesteś???" Z pokoju na prawo dochodziło światło. Alicja otwarła drzwi i w blasku zapalonej lampy zobaczyła leżącą na podłodze postać. "O Boże, Ania!!!!!!!!!!!! Żyjesz???" krzyknęła przerażona.  Postać jęknęła, ale to nie była Ania. Alicja rozpoznała panią Agatę, kobietę, która przychodziła czasem z cielęciną do sprzedania. "On, on... ją zabrał..." wyszeptała pani Agata. Alicja dostrzegła krwawiącą ranę na jej głowie. "Niech pani nic nie mówi, już dzwonię po pogotowie!!!" krzyknęła . Na szczęście w mieszkaniu Ani był telefon. Drżącymi rękami wykręciła 999, a potem 997. Pogotowie i milicja przyjechały prawie równocześnie.

Major Adam Andrzejewski rozejrzał się po mieszkaniu. Pogotowie zabrało już panią Agatę, nie pozwalając na żadne rozmowy. Na fotelu siedziała roztrzęsiona Alicja. "Jak pani tu weszła?" zapytał major. "Jjjja, umówiłam się z koleżanką, ona nie przyszła, więc pomyślałam, że zajrzę do niej, czy coś się nie stało... Drzwi były uchylone , to weszłam i znalazłam panią Agatę, to wszystko."
"Taaak... Czy ta pani była przytomna, jak pani weszła? " zapytał. "Tak... I powiedziała coś dziwnego, że on ją zabrał..."   Major spojrzał uważnie. "Kogo?" "Nnnie wiem, chyba Anię..." Tu Alicja nie wytrzymała i rozpłakała się żałośnie.


No i bardzo proszę koleżanki Kury o rozwinięcie opowieści:)))

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

W poszukiwaniu złotego pociągu

Niczego szczególnego nie mam do powiedzenia, niestety, ale ile można błyskotliwym być, prawdaż? Znów wybieg się zapchał, a bez wybiegu ni ma życia. Dla usprawiedliwienia bąknę, że urobiłam się po pachi i w zasadzie nie mam siły na nic. Jednak myślę o Was i jestem w pogotowiu ja oraz aparat. Mam dla Was kolejny film fabularny pt. Poszukiwacze złotego pociągu. Osobiście uśmiałam się też po pachi, bo poszukiwacze robią to z takim zaangażowaniem, że trudno się nie śmiać. Zwłaszcza Frodo się przykłada. Zauważcie - jest podział obowiązków - Wałek robi za forpocztę, Frodo czeka i w międzyczasie wykonuje pracę koncepcyjną. Wkracza poniekąd na finał i zgarnia pulę. Tak mi pomagają! Podobnych, albo i większych dziur na gumnie pełno, widocznie złoty pociąg bez przerwy się przemieszcza, jak to pociąg. Ale tym razem ich przyłapałam. Normalnie dziura objawia się przeważnie wtedy, gdy któreś z nas w nią wpada. Albo Ognio wpada z kosiarką, wtedy jest jeszcze śmieszniej...
Uwaga, film jest długi, ale warto wytrwać.


sobota, 9 kwietnia 2016

Animal planet z Tick City

Cóż, miałam szerokie plany na dzisiaj, ale pokrzyżował je deszcz. Pociągnęłam wprawdzie parę metrów bruku, ale do końca jeszcze trochę:

Szykujemy ponadto poidełko, a właściwie poidło dla ptaków:

Wyjściowo był to basen dla Frodo, ale on nawet paznokcia nie chciał w nim zamoczyć, omijał go szerokim łukiem. Zrobiliśmy go swego czasu bardzo solidnie (głównie Ognio zrobił). Uzbroił i wybetonował dno, więc teraz musiał użyć młota pneumatycznego, żeby je rozpruć, basen ów stał się bowiem dla nas utrapieniem. Porastał glonami i nic, tylko go szorowałam, żeby choć ptakom nalać czystej wody. Teraz jest maniuni, z odpływem. Wykończy się go kamieniami i będzie poidło jak się patrzy. Ptastwo powinno być zadowolone, a i nogi można będzie pomoczyć. Dzisiaj piły wróble, pliszki (przyleciały!) i kopciuszki (też przyleciały). Skoro już o ptakach mowa - Stefan się nie pokazuje od dobrych kilku dni. Słyszę go tylko czasem gdzieś na polach, o ile to on. Ciekawe, czy wróci jesienią? Stefan, czekam!
Tak więc deszcz nas usprawiedliwia, toteż skwapliwie korzystamy z niespodziewanie wolnego popołudnia.
O, tak korzystamy:


Zgadnijcie, kto jest pod spodem?
Poniżej prawie komplet. Nie da się objąć całości:


Malinka nie ma jeszcze śmiałości tak w biały dzień, na oczach wszystkich. Przychodzi do łóżka po cichutku, pod osłoną nocy. Jest nieśmiałą, może nawet bojaźliwą koteczką, którą trochę przymuszam do pieszczot. Poza tym, że ciągle boi się jakiegokolwiek ruchu wykonanego w jej stronę (np. wyciągniętej ręki), poczyna sobie bardzo dobrze. Nie ma już mowy o spaniu w szafie, lub w szufladzie, bawi się czymkolwiek (najlepiej sitkiem ze zlewozmywaka w kuchni) i bez przerwy. Przymila się, ociera, ale wystarczy się do niej schylić, albo bukbroń wyciągnąć rękę - wieje. Biorę ją na ręce (o ile uda mi się zwabić ją jedzeniem), mruczy i odpręża się po chwili, ale nie na długo. Kiedy zaczyna się wyrywać, puszczam ją, nie chcę jej zrazić. Słodka jest do schrupania - subtelna i łagodna. Mam wrażenie, że bardzo chciałaby się miziać, ale zbyt boi się dotyku. O dziwo, pozwala się czesać i wtedy wygina śmiało ciało! I gada, śpiewa, pokrzykuje! Nie znałam dotąd tak gadatliwego kota. Apetyt ma nienasycony. Zjada wszystko tak łapczywie, że strach patrzeć i ciągle upomina się o jedzenie. Mam nadzieję, że to minie. Dotąd musiała sobie bidunia radzić sama, to i nie dziwota. Z Czajnikiem i resztą stada układa się wszystko bardzo dobrze, nie ma żadnych problemów. Wałek przestał się jej bać, a Frodo ma w pompce. Tak jak i Czajnika zresztą. Ten typ tak ma.
Skoro już tyle opowiedziałam, to co tam, idę na całość. Teraz będzie pierdylion zdjęć, dwa filmy fabularne i pilot serialu.










Film fabularny pt. Jedna ręka mnie nęka, druga ręka wymięka


Film fabularny pt. Daj mi ogon, daj mi ogon, daj mi ogon


Pilot serialu dwuodcinkowego pt. Myjcie się chłopaki, bo pójdziecie do paki

Odcinek I.


Odcinek II


Dla Bartoszka na dobranoc!



Elżbieto J. zadowolonaś?

Ciepłej niedzieli!

czwartek, 7 kwietnia 2016

SMERFNY DZIEŃ

Dzień był piękny, słoneczny, z lekkim wietrzykiem. Papa Smerf wyjrzał przez okno, przeciągnął się i powiedział do siebie: "Ale pięknie, ileż to rzeczy dzisiaj się uda zrobić!" Nawet biedny nie przypuszczał, jak te słowa się sprawdzą...



Nagle przez otwarte okno dobiegł go odgłos chrapania. "No masz, ależ ten Śpioch się rozhulał! Nic , tylko śpi i chrapie!" Ale przemknęło mu przez głowę, że to chrapanie coś za głośne, jak na Śpiocha. Wyszedł więc z domku cichutko, dzierżąc w dłoni stary parasol do obrony, jakby co. Podkradł się do krzewów, zza których dobiegał dziwny odgłos. Pierwszą  rzeczą, którą zobaczył, była STOPA. STOPA pisana dużymi literami, bo też spora była. Ale zgrabna, z pomalowanymi paznokciami, wyglądała na damską (albo genderową, trudno było powiedzieć). Stopa wyrastała z nogi, równie zgrabnej, tu już zdecydowanie damskiej. Papa Smerf pomalutku wyjrzał zza krzaków i ujrzał postać damską w całej swej urodzie, leżącą na łące i pochrapującą  nieco. "O no masz!!! znowu ktoś z innego świata do nas zabłądził!" - westchnął. Zdarzało się czasem, że różne światy przenikały się wzajemnie i do Smerfecji trafiali bardzo dziwni goście. Ta postać damska nie wyglądał jednak groźnie, więc Papa Smerf postanowił ją obudzić. "Hej, proszę pani!" zawołał i postukał delikatnie postać w kostkę u nogi za pomocą parasola.  "O matko, mrówki!!" - wrzasnęła osoba, budząc się natychmiast i zrywając na równe nogi. "Nie, nie, to ja tylko!" usiłował wytłumaczyć Papa, ale postać w ogóle go nie widziała. Papa rozłożył parasol i zaczął nim machać. licząc, że nie zostanie zdeptany, przez podskakującą, nie bójmy się tego określenia, kobietę. W końcu zauważyła  i usiadła na trawie. "Papa Smerf???" zapytała z niedowierzaniem. "To gdzie ja jestem???" "W Smerfecji", odrzekł Papa i zapytał: "A jak się nazywasz?" "Hana jestem." "I skąd do nas przybyłaś??" drążył dalej. "Z Blogolandii, w Kurniku tam mieszkam." "Ale przecież nie jesteś Kurą! Kury mają dziób i pióra i w ogóle, inne są. Nie wciskaj mi tu kitu!" zdenerwował się. "Jak rany, naprawdę, nie dość, że Kurą jestem, to jeszcze Dziką i to Prezeską Kurnika!" Brzmiało przekonująco, "No jak Dziką, to może..." poddał się.

W międzyczasie obudziły się pozostałe Smerfy i przyszły się przywitać. "Dzień dobry, dzień dobry, miło, że nas odwiedzasz!" wołały jeden przez drugiego. Tylko  Żarłok nic nie mówił, bo usta miał zapchane plackiem ze smerfojagodami.  Te kurtuazyjne rozmówki zostały przerwane przez nadbiegającego Jąkałę. " Ko, ko, ko!!!" wołał z daleka. "O matko, a ten co, też myśli, że jest Kurą??" powiedział cierpko Papa. Ale Jąkała wyglądał na bardzo przestraszonego. "Ko... Ko... Kot Klakier!!!!" wydusił w końcu z siebie. Smerfy zaczęły piszczeć i biegać nerwowo w kółko, Papa usiłował zapędzić je do domków, ale było już za późno.  Zza drzew dobiegło dzikie miauczenie: "Mrrrrau, mrrrrau, zaraz was wszystkie pożrę!!! "
"Ja się tym zajmę, wy za krzaki!" zakomenderowała Hana. Papa zagnał wszystkich za krzak jałowca. W tym momencie na polankę wpadł rozjuszony, krwiożerczy Klakier. "Oooo, kiciuś! " zawołała Hana przymilnie. "Tylko se nie kiciuś!" warknął wściekły Klakier "Kiciusiować mi tu będzie! A ktoś ty w ogóle??" "Hana jestem, z Blogolandii". "Nie znam!" prychnął ze złością. "Gdzie Smerfy???" "Jakie Smerfy? Tu nikogo nie było..." zełgała Hana. "A ty to się zgrzałeś, co? Spocony jesteś. jeszcze się przeziębisz..." powiedziała z troską. Tu Klakier się chwilę zastanowił, raz był przeziębiony i kaszlał okropnie i bardzo nie chciał tego powtórzyć. "Ekhm, no może trochę..." bąknął, zbity z tropu. "Chodź tu do mnie na kolanka, odpoczniesz sobie, poznamy się lepiej..." kusiła Hana. "No może tak na chwilę, odsapnę krzynkę..." uległ namowom. Udeptał kolana Hany i, zwijając się w kłębek, pomyślał, że strasznie dawno nie leżał u nikogo na kolanach. Jego pan, zły czarodziej, ani go nie głaskał, ani nie przytulał, tylko kazał polować na Smerfy. "Tak naprawdę, to w dupie mam te Smerfy... Ani się takim nie najesz, ani nie pobawisz..." myślał sennie. I tak jakoś na tych kolanach poczuł się miło i bezpiecznie, że samo mu się zaczęło mruczeć. "Mrrrrrr..." usłyszała Hana. "No widzisz, jak przyjemnie... Zaraz cię podrapię za uszkiem, albo pod szyją, gdzie lubisz?" "Za uszkiem może być, mrrrr..."  powiedział Klakier zasypiając rozkosznie. A trzeba dodać, że dorodnym, pięknym rudym kotem był ci on. "Szkoda go temu głupiemu czarodziejowi zostawiać, taki miły kot..."  pomyślała Hana.

Tymczasem Smerfy na paluszkach wyszły zza krzaków i pozamykały się w swoich domkach.
"Klakierek, mam dla ciebie propozycję..." zaczęła Hana. "Mrrrrr, jaką?" "Wiesz co, a nie pojechałbyś ty ze mną do mojej Blogolandii? Mam taki fajny dom, z ogrodem, i mam też dwa koty, miałbyś się z kim bawić... No psy też są, ale one lubią koty, przyzwyczajone są..."
Zostawić paskudnego czarodzieja??? Nie musieć polować na Smerfy?? Mieć kumpli do zabawy??? Klakier otworzył zielone oczy i spojrzał na Hanę. "Naprawdę?? Nie żartujesz??" "Nie, poważnie." "Ale będę mógł po ogrodzie biegać? Bo wiesz, ja w lesie wychowany, na swobodzie." "No dobrze, będziesz mógł, ale bez wychodzenia za płot, to niebezpieczne!" "To idę:)))" I tu uśmiechnął się od ucha do ucha, jak Kot z Cheshire. Widząc to, Smerfy wybiegły ze swoich domków, wiwatując i rzucając czapeczki w górę. "Niech żyje Hana!!! Niech żyje Klakier!!! Niech żyje Blogolandia!!!" Klakier nieco się speszył i starym zwyczajem wysunął nieco pazury z poduszeczek. "Klakierku..." pogroziła mu Hana. " Teraz już tak nie robimy..." "No sorry, będę musiał się odzwyczaić."

"To zapraszam wszystkich na ucztę!!" zawołał Papa Smerf. Zrobił się ruch, Smerfy biegały przygotowując wszystko w kolorze blue. Stoły zostały zasłane błękitnymi obrusami, z radia popłynęła Błękitna Rapsodia. Na stole pojawiło się mnóstwo pyszności, a głównym daniem było Gordon Bleu z indyka. Ale krewetki Blue Lagoon też były pyszne. Na deser podano placek z czarnymi jagodami, które właściwie są granatowe. "Takie rzeczy zdarzają się tylko once in a blue moon..." powiedział do siebie Smerf Tłumacz. "Do łezki łezka, aż będę niebieska, w smutnym kolorze blue..." zanuciła Smerfetka. "Przecież jesteś niebieska?" zauważył Smerf Malarz, "Oj, licentia poetica, nie czepiaj się. A co malujesz?" "Zacząłem właśnie swój okres niebieski, jak Picasso." "Ciekawe. A jak zatytułujesz obraz? " "Błękitny chłopiec" "Ale to już chyba Gainsborough namalował??" "Ale to jest inny chłopiec..."

"Patrzcie, patrzcie! " zawołał Smerf Obserwator "Helikopter nadlatuje!!! Błękitny Grom!!!"
"A, to po mnie." powiedziała  Hana. "Mój Ogniomistrz po mnie przyleciał. Lecimy ratować płetwale błękitne. Taka akcja światowa,  Błękitny atol się nazywa. Trzymajcie się ciepło, musimy lecieć. No, Klakierek, zbieraj się do nowego życia!"
Klakier trochę się bał warczącego helikoptera, ale gdy Hana wzięła go na ręce, wszystkie obawy minęły. "Do widzenia, Smerfy! Co złego to nie ja!!!" zawołał. "Żegnajcie, żegnajcie!!! I wróćcie do nas na Niebieskie Święto!!!" wołały Smerfy, machając rękami. Helikopter wystartował.

Hana poczuła coś mokrego i szorstkiego na twarzy. "Co jest??" mruknęła rozespana. "Miauuuu!" odpowiedział śliczny rudy kotek z zielonymi oczami siedzący na kołdrze. "Ach to ty! Klakierek , zaraz będzie śniadanie. Idź się pobaw na razie z Czajnikiem."

W tym momencie do pokoju zajrzał Ognio. "Fajny ten nowy kot, nie? I imię tak do niego pasuje... Wiesz co, znalazłem w stodole całą dużą puszkę niebieskiej farby, może byś ją jakoś zagospodarowała, co??"
Hana uśmiechnęła się do siebie. "Z przyjemnością..." powiedziała niewinnie. No i się zaczęło...

P.S. O ilustracje proszę Hanę:))))    


wtorek, 5 kwietnia 2016

Słaby szyk

Z wiosną zawsze tak mam. Jakoś nie potrafię siedzieć spokojnie na tyłku i na słoneczku pić sobie sokawkę, jak bogate ludzie. Muszę coś robić, taki mam wewnętrzny przymus. Tym razem padło na malowanie, którego nie znoszę. Wolę przysłowiowe kamienie przy drodze tłuc, niż machać pędzlem. Toteż konieczny remont w domu odwleka się w bliżej nieokreśloną przyszłość, bo tym razem padło na malowanie ogrodu. Nie, nie maluję trawy, ale prawie. Zimą jeszcze zainspirował mnie post Megi o Bretanii. Otóż zapragnęłam mieć niebieską furtkę. Stara się rozpada, więc nadejszła na nią pora. Nabyłam stosowną farbę, Ognio zrobił furtkę, ja ją pomalowałam. Kolor jest przepiękny, chociaż niezupełnie o to chodziło. Ale wiecie, jak to jest z farbami. Na puszce jedno, w życiu drugie. Kolorowi niczego zarzucić nie można, aczkolwiek, ekhm, wali po zwroku. Ten bretoński jest bardziej rozbielony. Przynajmniej nikt w gminie, powiecie, a nawet województwie nie ma takiej furtki! I nikt się nie pomyli jadąc do nas. Hasło "niebieska furtka" będzie lepsze, niż najlepszy gps. A poza tym niebieski odstrasza demony, wampiry i inne strzygi! A skoro już wzięłam ten pędzel do ręki, poszłam na całość za jednym papraniem. Jestem unurzana w niebieskiej farbie, która jest wszędzie - na kaloszkach, spodniach, majtkach, trykotce, we włosach, na okularach, a nawet na srajfonie. Tak mam. Ognio nie może tego pojąć - on może malowanie uskuteczniać w białej koszuli. No ale. Malowanie furtki jest gorsze, niż malowanie kaloryferów starego typu. Te listewki, poprzeczne i podłużne, ryflowane (takie w rowki) deski, które trzeba maniunim pędzelkiem w rowkach, oesssu, konia z rzędem temu, kto się nie upaprze! Skoro już się upaprałam od stóp do głów, poszłam na całość.
Poznajecie?
Białą świnkę może mieć każdy, ale niebieską? Żaden wampir się nie skusi!

A otóż i rzeczona furtka:

Na razie schnie. To białawe to nie jest brakoróbstwo, tylko bliki!



Słynna ławeczka pod sosnami dostała nowy image
Jeśli ktoś myśli, że to koniec, to nieee, myli się. Mam trzy krzesełka, które były kremowe, popielate, czerwone, teraz przyszła pora na niebieski:


Jest jeszcze klatka, która w kolorystycznych perygrynacjach towarzyszyła krzesłom:


Na stole leżał kamień, to też mu się dostało:


Dobrze, że Ognio w porę wrócił z Poznania i zdołał mnie powstrzymać z blue ekspansją.

Tak wygląda moja ręka aż do pachy, tylko trudno sobie zrobić stosowne zdjęcie:


A, i jeszcze taką kompozycję zrobiłam:


I ten bruk, bruczek w zasadzie. Nie jestem z niego zadowolona. Chyba będę poprawiać:


Nóżka umęczona:

Ale sokawka w przerwie, na przyzbie w eleganckiej filiżance:


Tak kocham tę filiżankę, że raz mi się śniło, że się zbiła:)))
Ponadto lęgnie mi się koncepcja, ale jeszcze się do końca nie ulęgła. Nie omieszkam Was powiadomić, jakby co.
Na takiej bazie mi się lęgnie. Na razie zgromadziłam podstawowy materiał:

To dla Marii:

Marija, czy takie szyszki przydadzą się do Twoich prac? Jeśli tak, pozbieram. Są dość duże, bo to jakaś bardziej taka egzotyczna sosna. Zapomniałam jaka.
No. To by było na tyle. Jutro mus wszystko przelecieć drugi raz, oesssu.  Ale to już pikuś, drugi raz pójdzie migusiem. A i tak znów się sponiewieram na niebiesko. I może coś jeszcze pomaluję, skoro już będę upaprana? Jakieś pomysły?

sobota, 2 kwietnia 2016

Stefan na niedzielę

Nie zastapię Miki w recenzowaniu książek, które ostatnio przeczytałam - na to jestem za mało systematyczna i za bardzo leniwa, chociaż czytam sporo. Muszę jednak podzielić się radością, jaką dała mi lektura książki Michała Rusinka "Nic zwyczajnego", o Wisławie Szymborskiej. Nie mogłam się od niej oderwać i jednocześnie dawkowałam sobie lekturę, aby na dłużej starczyło. Niestety, skończyła się za szybko, jak wszystkie fascynujące książki. Ale jestem już na tym etapie, że za niedługi czas do niej wrócę i będzie jak nowa. Poza tym na pewno coś przeoczyłam i czegoś nie zarejestrowałam.
Michał Rusinek pisze piękną, potoczystą polszczyzną, ale nie tylko za to zaczęłam go podziwiać. Przyszło mi do głowy, że mało kto oparłby się pokusie, aby nie wykorzystać sytuacji i nie zostać celebrytą. Pan Rusinek poniekąd się nim stał - poprzez sam fakt sekretarzowania noblistce. To oczywiste i nieuniknione. Jednak na tym poprzestał. Napisał o Szymborskiej z taktem, czułością, delikatnością, rzekłabym wręcz z miłością. Nie znajdziecie tam pikantnych szczegółów, złośliwości, niedyskrecji. Znajdziecie portret kobiety o niezwykłej osobowości, wielkim poczuciu humoru i pełnej dystansu wobec siebie, świata, a zwłaszcza wobec splendoru, jaki przypadł Jej w udziale. Nie mówię tu niczego nowego, a jednak ta książka jest dla mnie dopełnieniem tego, co dotąd wiedziałam o Wisławie Szymborskiej. Teraz wielbię Ją jeszcze bardziej.
Pełno tam angdotek, z których najbardziej rozśmieszyły mnie dwie z nich.
Szymborska nie znosiła całowania w rękę. Zwłaszcza na różnych pogrzebach panowie poczuwali się do tego jakoś bardziej. Któregoś razu nie wytrzymała i powiedziała komuś: "Całuj, póki ciepła..."
Druga historia mówi o Broniewskim, który dawno temu oczywiście, kompletnie pijany na jakimś przyjęciu, puścił pawia na Szymborską i zapytał" "Dlaczego pani taka smutna?"
Książka to nie same anegdoty oczywiście, one tylko ubarwiają ten przepiękny, ciepły portret. Trochę zazdroszczę Michałowi Rusinkowi, że mógł pracować dla Poetki...

A teraz filmowo. Dzisiaj na gumnie towarzyszył mi kto? Kto zgadł? Wszyscy zgadli! Stefan mi towarzyszył. Tym razem zrobiłam film przyrodniczy. Zwróćcie uwagę na dźwięki, jakie Stefan wydaje. Dotąd tego nie robił! To jest to jakby szczekanie w drugim planie, bo najgłośniej dro się wróble!

PS. W komentarzach pod poprzednim postem Gosianka złożyła podanie o tygodniowy urlop za ok. półtora tygodnia. Czy któraś znajoma Kura chciałaby mieć wolną chatę we Wrocku oraz przyjemność obcowania z kotami Gosianki?

Spójrzcie, co sąsiad Mnemo zrobił na Mazurach, płot w płot z Kaczorówką. Prawdopodobnie nielegalnie. Nie mogę uwierzyć w to, co widzę!

Basiny Błyskotek. Piękny! Ten ogon!


piątek, 1 kwietnia 2016

Kto przygarnie prosiaczka?

Wczoraj w godzinach popołudniowych znalazłam bezdomną, młoda świnkę. Pytałam we wsi, nikt nic nie wie, nikt się nie przyznaje. Możliwe, że ktoś wyrzucił ją z samochodu pod moją bramą. Zachodzę w głowę po co miałby to robić? Możliwe też, że komuś uciekła i zgubiła się. Nie ma żadnych znaków identyfikacyjnych, żadnego tatuażu w uchu, ani kolczyka tamże, co jest dosyć dziwne, ponieważ - o ile się orientuję - prosięta się kolczykuje. Nie wiem jakiej płci jest świnka/świnek, ponieważ nie bardzo znam się na tym, a to właściwie jest prosię, więc identyfikacja jest dość utrudniona. Mam dwa wyjścia - albo ktoś świnkę przygarnie, albo stanie się ona zaczątkiem hodowli - w końcu warunki mam. Wolałabym jednak, aby maleństwo zamieszkało u kogoś, kto się na tym zna. Oddam ją za darmo oczywiście i tylko komuś zaufanemu, bo wiadomo, jakie myśli budzi taka apetyczna świnka. Może ktoś z Was ma już niewielką hodowlę i jeszcze jedno prosię nie sprawi mu większego kłopotu? Chciałabym tylko, aby była dobrze traktowana i spędziła u kogoś resztę życia. W końcu swego czasu udało nam się znaleźć dom dla konia, trzech kóz i kilku kur, o psach i kotach nie wspomnę.
Stefan Bażant i świnka to trochę dla mnie za dużo. Baluś wprawdzie zapałał do niej niekłamaną sympatią, ale Martazezlotnik  - mimo uczucia, jakim darzy Balusia - absolutnie nie ma warunków, aby dać dom małej śwince, która przecież kiedyś urośnie...
Jak zawsze liczę na Was!
Teraz już zdjęcia, zobaczcie same, jakie to urocze stworzenie:



Mam na imię Wandzia