niedziela, 28 czerwca 2026

OPOWIEŚĆ O RAMIE LUSTRA MOWĄ WIĄZANĄ ZAPISANA

 

Ta oto rama, zrobiona w zeszłym roku zdolnymi rączkami Hany, bardzo mnie zainspirowała. 




Już kiedy ją po raz pierwszy zobaczyłam, zaczęłam pisać historię, która wtedy przyszła mi do głowy. Nie dokończyłam jej, bo mi się wyczerpały pomysły, ale potem jeszcze kilka razy do niej sięgałam, aż wreszcie wczoraj, dzięki upałowi, wczułam się w nastrój i skończyłam pisać. 

Oto ona. Ciekawa jestem, co myślicie.


                                                        Opowieść o ramie lustra

Kołysana w hamaku, soczyste jadła winogrona,
żeby ugasić ich chłodnym sokiem dręczące pragnienie.
Wachlarz z piór strusich lekkim powiewem chłodził jej ramiona,
czoło śniade, ciało namiętności palone płomieniem.
O kochanku myślała, o tym, który ją zawiódł niecnie,
sądząc, że ona o jego zdradzie nigdy się nie dowie.
Lecz w pałacu wielu jest szpiegów, a każdy doniesie,
by łaski zaskarbić sobie u wszechpotężnej królowej.

I przed tron jej zdrajcę przywlekli, rzucili na kolana.
Patrzyła - bicz na jasnej skórze zostawiał pręgi krwawe.
Nie odezwała się ni słowem, choć on o litość błagał.
Ona tylko jednego pragnęła - ukarać za zdradę.
Na mękę okrutną jednym gestem skazała kochanka.
Bez drgnienia powiek patrzyła, jak się w rękach kata wije.
Nienawidziła, jak przedtem z wielkiej miłości szalała,
Zapragnęła go zniszczyć; i ciało i duszę, i imię.
Lecz wciąż wrzała namiętnością dziką, burzliwą, gorącą,
dniem i nocą niezaspokojona gryzła ją tęsknota.
Z czystego, białego marmuru rzeźbić kazała posąg,
by patrzeć i nienawidzić, by wciąż nienawidząc, kochać.
W końcu w szał wpadła i w szale posąg kochanka rozbiła,
młotem waliła w kolumny, wszyscy w trwodze uciekali.
Bez tchu się na zimny, biały marmur podłogi  rzuciła,
przeklinając tego, co się ważył jej miłością  wzgardzić.

Niczego już nie chciała. Noc ciemna zalała jej myśli.
Gdy się podniosła, w lustro spojrzała w ramie turkusowej,
które z zamorskich krain posłowie w darze jej przywieźli,
które hołd jej wspaniałej urodzie  oddawało co dzień.
Patrzyła, nie rozumiejąc; w lustrze nie było odbicia!
Spojrzała na swoje ciało -  ciała nie było, i szaty,
a podłogę z jasnego kamienia czerwień krwi plamiła,
więc wezbrał w jej piersi krzyk potężny, nieskończenie straszny,
porwał w wir pałac i ogród, ptaki, owady, zwierzęta,
na ramę lustra rzucił, by po kres czasu tam zostały…

Piach zasypał pałace, pustynia ogrody wchłonęła.
                    Minęły wieki. A ludzie tylko ramę podziwiali.                   

wtorek, 23 czerwca 2026

WCIĄŻ SIĘ CZEGOŚ UCZĘ

    Jakoś tak się porobiło, że wciąż uczę się czegoś nowego. Na wykładach z historii sztuki, na zajęciach tanecznych, na sesjach muzyki irlandzkiej, na których zespół rozdaje teksty i zachęca do śpiewania. O, i powiem wam przy okazji, że zespół ma wreszcie nazwę - Mile Loch. Ja wiem, że pewnie się niektórym zaraz zabawnie skojarzy😉 ale mile to tysiąc, a loch oznacza jezioro po prostu. 

    Wracając do tematu; w lipcu nasza filia biblioteczna organizuje wycieczkę do Stawiska i Mira, moja znajoma bibliotekarka i kierowniczka filii, zaproponowała mi, żebym w ramach naszej "Kawki (nie całkiem) literackiej", poprowadziła prelekcję na temat Jarosława Iwaszkiewicza. Najpierw się zawahałam, bo dlaczego ja? Potem pomyślałam: a dlaczego nie? I chociaż Iwaszkiewicz był dla mnie papierową postacią, na której temat kołatało mi się w głowie zaledwie kilka informacji, stwierdziłam, że mogłabym to zrobić. Dodatkową motywacją stał się dla mnie fakt, że w zeszłym roku Andrzej na swoje 69 urodziny (w tym roku, jak już wiecie, obchodził 70) poprosił o wiersze Iwaszkiewicza. Doszłam wtedy do wniosku, że coś w tych wierszach musi być, skoro Andrzej się nimi zainteresował.


    Tak się o podejmowaniu decyzji rozpisuję, ale te wszystkie myśli przemknęły mi przez głowę w chwili krótkiego wstrzymania oddechu między pytaniem Miry a moją odpowiedzią. Zgodziłam się i klamka zapadła. Prelekcja to pikuś, musiałam poczytać, zrobić notatki, wybrać utwory albo ich fragmenty do przeczytania. Ale Mira powiedziała, że dobrze byłoby do tego stworzyć prezentację, a ja nie miałam o tym pojęcia. Ale od czego ma się córkę? 😉 Dorota pokazała mi prosty program do tworzenia prezentacji, który po różnych próbach udało mi się ogarnąć, choć z przeszkodami. Np. w pewnym momencie zaczęło mi się kopiować to samo zdjęcie i za cholerę nie mogłam sobie z tym poradzić, pomimo podejmowania wszystkich zalecanych działań. No to wkurzona na maksa wyłączyłam komputer i zajęłam się czym innym. Byłam zdenerwowana, bo prelekcja następnego dnia o jedenastej, a ja w lesie! A z Dorotą mogłam się skonsultować dopiero po dwudziestej. Jednak szkoda mi było czasu i po paru godzinach znów siadłam do komputera. Okazało się, że wszystko działa i prezentację dokończyłam w tempie błyskawicznym. Wieczorem tylko poprosiłam Dorotę, żeby sprawdziła, czy jest w porządku.


    To nie był koniec zabawy. Rano, w dniu prelekcji, uświadomiłam sobie, że ja tę prezentację robiłam online i ona tam, tzn. online, jest dostępna, co w domu nie jest problemem, a w bibliotece może być. No więc szybki telefon do Doroty, która całe szczęście odebrała i powiedziała mi, jak zrobić sobie dostęp offline. To nie zadziałało, niestety, ale olśniło mnie w pewnym momencie i skopiowałam całość jako PDF na mój laptop, uffff.


    Całej otoczki technicznej też musiałam się nauczyć; np. jak mieć prezentację jednocześnie na dwóch ekranach - no, nie będę się już rozpisywać, ale, oprócz przyswojenia dużej porcji wiedzy merytorycznej, na co miałam dość czasu, musiałam w krótkim czasie ogarnąć sporo techniki.

     No to teraz wiecie, czym byłam ostatnio tak zajęta, hrehrehre😁

     Prelekcja się udała, choć okazało się, że materiału miałam za dużo i nie wszystko się dało powiedzieć, a jedna z obecnych pań miała zastrzeżenia do treści, bo - jak stwierdziła - ona nie lubi tych wszystkich obnażających artystę szczegółów. No, cóż; skoro woli pomnik niż prawdziwego człowieka, to rzeczywiście, moje przedstawienie postaci Iwaszkiewicza mogło jej nie odpowiadać.


    Denerwowałam się cały czas, choć trzymałam tremę w ryzach. Publiczność (kilkanaście pań) była zadowolona, a ja dostałam podziękowanie i prezenty, kubek i zakładkę.


    I jeszcze wszystkie prezenty razem, już rozpakowane


     Na koniec powiem jeszcze, że Jarosław Iwaszkiewicz okazał się postacią fascynującą, o wszechstronnym, otwartym umyśle. Jego proza jest mistrzowska, a wiersze są niezwykle różnorodne formalnie i tematycznie. I bardzo poruszające.
    I jeszcze mały teścik: kojarzy wam się to z czymś?




Zdjęcia, oprócz dwóch ostatnich mojego autorstwa, pochodzą z bloga filii naszej biblioteki, publikuję je za zgodą autorki.




wtorek, 2 czerwca 2026

WCIĄŻ URODZINOWO

    No tak. Miałam pisać mniej, ale częściej. Jak na razie nic z tego nie wyszło, bo znów minął miesiąc i znów  bardzo zajęty. Córka przyjeżdżała niemal w każdy weekend, bo ciągle się tu coś w Olsztynie działo. Zrobiłam trzy kolejne kartki. Pierwsza komunijna, tym razem dla dziewczynki - marne zdjęcie, niestety.


Dwie następne z okazji siedemdziesiątych urodzin, bo mamy wysyp siedemdziesiątek w tym roku. Pierwsza dla mojego szwagra Andrzeja, poety, o którym już wspominałam. Kartka jest steampunkowa.  Przeryłam szuflady i udało mi się znaleźć różne drobiazgi (jeszcze mi trochę zostało, hrehrehre). Specjalnie je zbierałam, żeby właśnie coś takiego zrobić i wreszcie trafiłam na odpowiednią okazję. 

 

Do tej kartki napisałam wiersz. W końcu go nie użyłam, bo stwierdziłyśmy z córką, że jest trochę zbyt melancholijny, ale wam go pokażę:

Ile drobiazgów, ile szczegółów,
chwil rozrzuconych,
okruchów czasu, strzępów wydarzeń
dawno minionych.
Tak jak korale na jednym sznurze,
tuż obok siebie -
- jeden za drugim, w zgodnym kierunku
w dawny czas biegnie.
Zastygłe w chwili jak w lodzie zimy
listek uschnięty -
- widzisz go nagle, gdy twoja pamięć
przeszłość oświetli.
I nawet nie wiesz, czemu ten właśnie
moment wspominasz,
z jakich powodów ta smutna albo
szczęśliwa chwila,
obraz wyraźny, czy też przeszłości widoki mgliste.

Mocna kotwica. Daje odwagę,
by patrzeć w przyszłość.

Szwagier kartkę już dostał, w sobotę, bo wtedy odbyła się impreza. To było coś w rodzaju benefisu poprowadzonego przez Patricka, który trzy wiersze Andrzeja przetłumaczył na niemiecki. Nie pamiętam, gdzie je zamieszczono, ale - jak powiedział Patrick - dostały dużo pozytywnych opinii. Było czytanie życzeń, czytanie wierszy, śpiewanie wierszy (bo do kilku muzykę stworzyła dziewczyna Patricka). Mówiliśmy o poezji Andrzeja i o powiedzenie kilku słów na ten temat poproszono jego przyjaciela z Krakowa, również poetę, i...mnie.
Czego się kompletnie nie spodziewałam. 
Andrzej zażyczył sobie, żeby mu zagrać... "Marsz żałobny" Chopina. Był też tort, bardzo smaczny, który skojarzył się nam z płytą nagrobną. Może to przez ten "Marsz"? W sumie było dość sztywno, bo towarzystwo strasznie mieszane: rodzina, kilkoro dawnych znajomych, z którymi cały czas utrzymuje kontakt, kilkoro znajomych z pracy i kilkoro artystów. Ciągle starałam się jakoś rozluźnić atmosferę, ale nikt mi w tym nie pomagał. Jednak, jak się dowiedziałam następnego dnia, Andrzej był zadowolony.

Kartka poniżej jest dla wieloletniej przyjaciółki mojej siostry. Siostra powiedziała mi, że przyjaciółka lubi frezje, fiołki i konwalie. A ja na to: "No, kochana! Ciężko będzie" Ustaliłyśmy, że ma być po prostu kolorowa, no i jest 😃

    Zaliczyłam znów kolejne koncerty, wykłady i wydarzenia i udało mi się w końcu znaleźć odpowiadające mi zajęcia taneczne - Dance Fit Solo, dla kobiet 40+. Zajęcia miały ruszyć od kwietnie, ale zanim zebrała się grupa chętnych, już był maj i pierwsze zajęcia były jedenastego. W grupie są dziewczyny w różnym wieku, od czterdziestolatek, do takich na oko około sześćdziesiątki (myślę, że jestem najstarsza, ale nie widać 😉). W każdy poniedziałek tańczę sobie bachatę, salsę i inne tańce. Tzn. uczę się ich. Mamy fajną prowadzącą i już zapisałam się na zajęcia wakacyjne. Taniec daje mi takiego pozytywnego kopa, czuję się jak nowonarodzona, chociaż zmęczona, tak przyjemnie.

    Na dodatek zajmuję mnie jeszcze jedna sprawa, która bardzo absorbuje mój czas i o której napiszę, jak się sfinalizuje, bo wtedy będę już wiedziała, jak się udało 😁

    I jeszcze lipa sprzed naszego bloku. Rośnie tu już długo i jest wyższa od budynku, a od kiedy sąsiadująca z nami wspólnota zabroniła parkowania na należącym do niej trawniku, właściciele samochodów przestali się czepiać o odrosty i teraz drzewo wygląda przepięknie.