środa, 18 maja 2016

Na gumnie jak na gumnie...

Tak mnie strasznie prosicie, tak mnie błagacie, że byłoby nie w porządku trzymać Was w niepewności co do stanu pogłowia oraz roślinności na gumnie. Zwłaszcza że przed godzinką wróciłam z metropolii co mnie okropnie zmęczyło. Byłam tu i tam, a także owam, nic wielkiego Po całym dniu spędzonym na gumiennych robotach nie czuję się tak zmięta. Starość idzie, ot co. Zawsze tak jest. Wracam na gumno z taką ulgą, że normalnie nie macie pojęcia. Jeszcze w aucie odpinam te wszystkie miastowe akcesoria typu kolczyki, bransoletki i inne fidrygauki, bo nagle wszystko zaczyna mnie uwierać. Moja Siostra mawia w takich razach, że musi się "rozpuścić", tzn. rozpiąć w pierwszej kolejności upierdliwą część garderoby zwaną biustonoszem i wypuścić zawartość na wolność, zdjąć jeszcze bardziej uciążliwe rajtki, poodpinać tu i tam i wskoczyć w dresik. No więc jestem już rozpuszczona. I to jest niewysłowiona przyjemność:)))
Innym przyjemnościom oczywiście nie oparłam się i nabyłam: sześć begonii dragon, które w rozkwicie wyglądają tak:

Na zdjęciu są już wyraźnie podupadłe - to jest wrzesień/październik. I krzesełko jeszcze czerwone, hrehre! Tako miałam fazę w ub. roku.
Kocham je nad życie. Niczego się nie boją, ani zimna, ani ciepła, ani robali, niczego!
Ponadto nabyłam coś przecudnej urody, ale zapomniałam jak się nazywa:


I dwa powojniki. Jeden liliowy, drugi niebieski. Ognio jeszcze o tym nie wie, a ja nie wiem, gdzie je posadzę. Dowiem się jutro:

Jak się temu oprzeć, no jak???
Zdjęcia zrobiłam prawie po ciemku, dlatego nie bardzo widać, jakie są, a raczej będą, piękne. To tyle nowości, poza tym po staremu. Koteczki są zapracowane:


Malinka dyskutuje - robi to bez przerwy!
Przymglone spojrzenie Rudolfa Valentino...


Te dylematy: z którego boczku na który?
A na gumnie ruch:

Czosnek wyskoczył prawie z dnia na dzień
I jak?
Ogólnie nie najgorzej
Elżbieto J. czy Ty to widzisz?
Ten fragment ogrodu podlega aktualnie modyfikacjom. Mam wobec niego szerokie plany.:)
No i konwalie. Uwielbiam!
Tu też się zmienia. Na razie zrobiłam tyle, żeby już posadzić rojniki. Teraz będę aranżować dalej:) Większość kamieni to fundament starej stodoły, której dawno nie ma, a który to fundament odkryłam, odkopałam, coś tam dołożyłam i obsadziłam rojnikami głównie, bo tam ziemi na pół łopaty, reszta to gruz i śmieci różnej maści. Co grzebnę łopatą, to wykopuję jakieś "skarby".


Wisteria zakwitła po 6, czy 7 latach!


Proszę, do wypęku. Jeszcze ciepłe, sprzed paru minut:









I taki obrazek wylicytował dla mnie Ognio na aukcji dobroczynnej:



Uważajta Kureiry! Teraz pokażę Wam PRAWDZIWY ogród, a nie jakieś tam gumienko. Jest to ogród Rabarbary! Zjawiskowy! W tej konfrontacji wypadam blado... Takiego rozbuchania na gumnie to chyba nie doczekam:(






Poznajecie tego obwiesia?



No i to chyba tyle. O zmianach nie omieszkam Was zawiadomić! Wiecie co? Ogród jest jak narkotyk, albo inny hazard - nigdy nie wiesz, czy i co się przyjmie, a kasa wydana...
Podobno idzie lato, już od jutra, czego Wam i sobie życzę!
Będę się hazardować!

poniedziałek, 16 maja 2016

Ksanthippe na czerwonym dywanie

Ksanthippe, zwana Ksan! Jesteś gotowa? Wskakuj w suknię bez plyc, buciki na obcasach, bo czekamy! Wszystko gotowe. Kurnik drży z emocji, napięcie sięga zenitu. Nad widownią unosi się zapach wytwornych perfum, szeleszczą suknie pań, panowie nerwowo poprawiają muszki. Wreszcie przez tłum przemyka ni to szum, ni to szept, ni to pomruk: jest, jest, boszszsz, piękna, cudowna Ksan! Ksan-thi-ppe! Ksan-thi-ppe! Ksan-thi-ppe! Ksan! Ksan! Ksan! A Ona płynie w uniesieniu po czerwonym dywanie uśmiechając się promiennie.


Wchodzi lekko na scenę, w skupieniu i z błyszczącymi szczęściem oczami słucha mistrza ceremonii, który rzecze, co następuje (chociaż zwruszenie ściska mu gardło):

W konkursie na najlepszy rym do „Tater” ogłoszonym w Kurniku przez Damękier, za nader swobodne potraktowanie warunków konkursu, świadczące o umiłowaniu wolności oraz fantazji Autorki, pierwszą nagrodę otrzymuje Ksanthippe!
Tu, łamiącym się ze zwruszenia głosem mistrz ceremonii odczytuje nagrodzone dzieło:

Ten domek spod Tater
To Kurnicza Alma Mater.
Tam książki królują, teatr i
muzyka klasyka.

Jury w składzie:
przewodnicząca - Wrona
sekretarz - Szopek
członkowie - Franio, Karolek, Maniusia, Pan Czesio, Zima

protokolantka - Damakier

ma przyjemność wręczyć Jej to oto zdjęcie z osobistą dedykacją bohatera:


Ksan, gratulacje! Franio jest cały Twój!

sobota, 14 maja 2016

Prośba i przyjemność na koniec

Najpierw ważna prośba Opakowanej:

Gruba prośba dotyczy kolektywnej wiedzy Kurnika, to ważne. Mam bliską koleżankę.  Koleżanka ma psinę Sabę. No i Saba, starszawa troszkę, ma różne kłopoty zdrowotne. Teraz koleżanka pisze dość dramatycznie, wiec znając zbiorową wiedzę Kurnika, za jej przyzwoleniem, cytuję tu część tego, co napisała (bo druga cześć to wizyta u weta, gdzie działo się a działo...).

No to od razu idę do cytaty:

Takie życie... Saba jest prawie rezydentem u weterynarza ostatnio, bo jeździmy w kółko na badania i w kółko nowe kwiatki wychodzą. Zaczęło się jeszcze w W-wie od żołądka, potem okazało się, że zapalenie trzustki i niewydolność nerek, trzustkę ogarnęłyśmy, za to z nerkami gorzej. No i doszło wysokie ciśnienie. I kroplówki codziennie (staram się w domu, bo w lecznicy to jest hard core - mogę pojechać dopiero wieczorem, zazwyczaj kolejka no i to co się działo ostatnio to był horror lekki.
...
No i mam pytania: czy może któraś z Was ma może Azodyl - lek w USA (a może w UK też, nie wiem) na obniżenie mocznika. Bo Sabie by się przydał.
...
Ehhh, generalnie to mi źle bardzo, bo to już tak naprawdę to opieka paliatywna. W najlepszym razie zostaniemy z jedną kroplówką tygodniowo...
..
http://l.facebook.com/l.php?u=http%3A%2F%2Fwww.amazon.com%2FAzodyl-60-Capsules%2Fdp%2FB000MSVR66&h=bAQGqqPbJ
ten lek musi być w lodówce.
Jest ludzki, przelicznik jest zamiast 1 tabletki azodylu 3 x dziennie, muszę dawać 7 tabletek 3 x dziennie (czyli 21)

===============================================================

No więc czy któraś Kura może coś jak najszybciej doradzić?
Koleżanka  jest taka, ze przy przeprowadzce wybierała mieszkanie z minimalną ilością schodów/balkonem/windą, bo psie stawy były (i pewnie są) w marnej bardzo formie.

Liczę na Was, Kurki. Mika - czy to nie przypadkiem coś podobnego do dolegliwości Tropisia?
To mówiłam ja - Opakowana.

***

A teraz przyjemność: Pamiętacie konkurs, który ogłosiła Damakier przy okazji wierszyków imieninowych dla Miki? Był to konkurs na najlepszą ostatnią linijkę limeryku i najbardziej trafny rym do "Tater".

Mówi Damakier:
Słowo się rzekło, konkurs u płota. A oto sprawozdanie z posiedzenia konkursowego jury:

W dniu 5. maja 2016 roku, jury Konkursu na najlepszą ostatnią linijkę w limeryku:
Pewna Mika spod samiuśkich Tater,
Nie lubiła, gdy w górach dół wiater,
Narzekała – gdy duje,
Łamanie w kościach czuję
Oraz kicham bo od tego ma kater

w składzie:
przewodnicząca - Wrona
sekretarz - Szopek
członkowie - Franio, Karolek, Maniusia, Pan Czesio, Zima

stwierdziło, co następuje:
W konkursie udział wzięły:

CudArteńka:
oraz w dół wpadam wielki, jak krater

Ksanthippe:
Ten domek spod Tater
To Kurnicza Alma Mater.
Tam książki królują, teatr i
muzyka klasyka.

Hana:
telepanie plater / ...i strzyka mi ratater / ...udam się na Prater / ...i psuje się closed water

Gosianka:
aż się od tego pruje mój sweter (swater)

Po burzliwych obradach jury postanowiło:

Za nader swobodne potraktowanie warunków konkursu, świadczące o umiłowaniu wolności oraz fantazji Autorki, pierwszą nagrodę otrzymuje

Ksanthippe


Jury składa Zwyciężczyni serdeczne gratulacje oraz prosi o wybór zdjęcia, które po opatrzeniu stosowną dedykacją, uroczyście zostanie Jej przekazane.

Protokołowała: Damakier.

Oto zdjęcia do wyboru:












czwartek, 12 maja 2016

ZAPOMNIANE SŁOWA

Rozgardiasz domowy dziś zapanował z powodu wymiany kranu w kuchni oraz okoliczności nieprzewidzianych. Na przykład takich, że ktoś włożył do wężyka kranowego dwie uszczelki zamiast jednej i woda była wypychana z rzeczonego wężyka oraz przez godzinę trudno było dojść skąd cieknie. W owym rozgardiaszu miałam wykonać pewne czynności, które są dla mnie  niejakim wysiłkiem. Po szczęśliwym wykonaniu powiedziałam sama do siebie "Ale mi gracko poszło!"  I sam przyszedł temat posta... Czy ktoś używa jeszcze słowa "gracko"? I czy ktoś młodszy wiedziałby o co chodzi?

Język się zmienia, to naturalne, znikają stare rzeczy i pojawiają się nowe, które jakoś trzeba nazwać, postęp technologiczny wymaga swoistych określeń, ale jednak mi żal słów, które znikają i nikt już ich nie używa, albo robi to bardzo rzadko, a młodsze pokolenia kompletnie ich nie znają. To dla nich język obcy, tak jak dla mnie językiem obcym jest np język korporacyjny czy komputerowy. Rozumiem pojedyncze słowa, określenia, ale z sensem już gorzej. Słuchając np rozmowy dwóch informatyków czuję się, jakbym słuchała konwersacji w języku chińskim. Z drugiej strony zdarzają mi się sytuacje, gdy muszę na korepetycjach tłumaczyć młodym, co znaczy dane słowo w języku polskim (np ambiwalentny albo misterium). Mam wrażenie, że ich zasób słownictwa jest bardzo ograniczony, może przez braki w lekturze.

Ale wróćmy do słów czy powiedzeń zapomnianych bądź niepotrzebnych. Moja Mama używała określenia "Wyszedł na tym jak Zabłocki na mydle". Już dla mnie nie było ono do końca zrozumiałe, to znaczy kontekst tak, ale Zabłocki to był dla mnie szermierz, być może miał wypadek i pośliznął się na mydle:))) Oczywiście po wyjaśnieniu Mamy już wiedziałam o co chodzi, ale dla współczesnych młodych to wyrażenie kompletnie abstrakcyjne.
Są słowa uroczo staroświeckie, jak absztyfikant czy profitrolki. Nawiasem mówiąc , chyba w czasach licealnych straciłam mnóstwo czasu na to, żeby się dowiedzieć co to te profitrolki, o których wyczytałam w starej książce kucharskiej, którą namiętnie przeglądałam. W końcu się dowiedziałam, że to po prostu ptysie...  Moim ukochanym słówkiem są fintifluszki:) Są takie radosne i znaczeniowo pojemne! No i cudowny , niezastąpiony wihajster (bardziej mi się podoba przez ch, ale komputer mi poprawił:)) , germanizm dotyczący rzeczy, których właściwej nazwy nie pamiętamy (Wie heist er?).

Część słówek trzyma się mocno, np farfocle czy gamoń, ale z fidrygałkami już gorzej, a mereżki odchodzą pomału w zapomnienie.   O alkowie to już mało kto pamięta. Przypomnijmy sobie słowa ginące i odchodzące w niebyt, będzie im przyjemnie. Żegnajcie więc, pepegi z paltem na wyraju!

A na zakończenie piosenka mistrza języka polskiego, pana Jeremiego Przybory w dość nieoczekiwanym wykonaniu Macieja Maleńczuka:


sobota, 7 maja 2016

Jak Frytka chciała pożreć Frodo

Wiem, wiem, że wybieg już pełniutki, mnie też z trudem udało się tam wcisnąć. Nie mam wyjścia więc, a co gorsza, nie mam pomysłu. Będzie sprawozdanie z ostatnich dwóch dni. Wczoraj przyjechały roślinki (kolejne!) od Elżbiety. Miejsce przygotowane, czekamy:

Szybko okazało się, że miejsca jest duuużo mniej niż roślinek. Trzeba było sprawę przemyśleć, popatrzeć na wiklinowe serce i wesprzeć zwoje czekoladkami, które towarzyszyły roślinkom:


No i zakasać rękawy i wykarczować kawałek ugoru. Dałam radę, wszystko rośnie i ma się dobrze, chociaż z gumna zejszłam wczoraj już po ciemku. Teraz nie mogę się doczekać, aż rozbuchają sie liliowce we wszystkich możliwych kolorach. Obawiam się, że będę musiała poczekać do przyszłego lata. Cierpliwość nie jest moją mocną stroną, ale ogród jej uczy...
Elu Kochana, bardzo Ci dziękuję! Zmobilizowałaś mnie, gdyby nie Twój hojny dar, żadna siła nie zmusiłaby mnie do takiego wysiłku!
Dzisiaj z wizytą była Córuś ze Swoim oraz z przyszłą Teściową. I oczywiście pieski - Lama z Frytką. My, ludzie, oddawaliśmy się konwersacji, jedzeniu i piciu brudzia, a pieski, jak to pieski - szalały na gumnie. Frytka (jakieś 5 kilo żywej wagi) napadła na Frodka, który (w mniemaniu Frytki) znalazł się zbyt blisko najukochańszej pańci i na pewno chciał ją ukrzywdzić. Rzuciła się z zębami, pazurami, bulgotem i żądzą mordu. Frodo niestety odpowiedział tym samym i przez moment było gorąco. Na szczęście siedziałam obok. Złapałam dziada za szyję i udało mi się go powstrzymać, ale nadgarstek mnie boli. Ta szalona psina nie ma chyba instynktu samozachowawczego! Albo kocha zbyt mocno. To nie był jej pierwszy taki występ...
Przy pomocy perswazji i bodźców smakowych, Frodo udało się zwabić na salony. Kto go zna ten wie, że kiedy są goście (w ogrodzie), żadna siła nie zaciągnie go do domu. Nie chce chłopak niczego uronić i nie chodzi o jedzenie, bo nie karmimy piesków przy stole. Chodzi o uczucia i mizianie:)))
Reszta stada hasała aż miło:







Rzeczona, krwiożercza Frytka. Parę miesięcy temu bała się wszystkiego i można jej było policzyć wszystkie kosteczki. Dziś uważa się za rottweilera.
Lama

Frytka świństwem do góry
No daj już tę piłeczkę!

Proooszę!


Lama nie rozstaje się z piłeczką, a Frytka z gumowym kółkiem. Kiedy ma je w paszczy, żadnemu psu nic nie grozi. Tak więc nie puaczcie, po jakimś czasie Frodo opuścił salony, musieliśmy tylko pilnować, żeby Fryta miała paszczę zablokowaną kółkiem. Frodo zresztą rozłożył się w cieniu na trawie i w pompce miał krwiożercze zapędy bestii. A przed tym incydentem biegały wszystkie zgodnie po gumnie, przecież się znają i nikomu nie przyszło do głowy, że coś zaiskrzy. Ot, jeszcze jedno doświadczenie potwierdzające zasadę ograniczonego zaufania.

O, mniej więcej tak książę sobie polegiwał:

No i zakwitła grusza:


One tak zawsze - jak na filmie:)

Pięknej, ciepłej niedzieli!