niedziela, 4 września 2016

Czy NADAL chcesz o tym porozmawiać?

W odpowiedzi na liczne postulaty oraz niedosyt i nieobecność niektórych Kur, ponownie zapraszam na kozetkę.

*

Poczucie własnej wartości to sprawa szalenie skomplikowana. Jeśli jest zaniżone – źle. Jeśli zawyżone – jeszcze gorzej. W moim odczuciu „zawyżony” stoi w miejscu. Skoro wszystko jest idealne, to lepiej już być nie może. Po co więc szukać, drążyć, ulepszać? „Zaniżony” jest bardziej rozwojowy, bo jednak szuka i ulepsza. Byle nie przesadził, hrehrehre. Zapewne upraszczam, życie wszak nie jest czarno-białe. 

Lepiej nie będę się więcej wymądrzać, oddaję głos – było-nie-było - fachowcowi (który jeszcze nie wie, że jest na dyżurku).

Agniecha, a kozetka dzie??? (fot. Agniecha)


Teraz mówi MartaMarta. Rozbuchała się, co nie?

Dla ułatwienia i jasności troszku się powymądrzam. Mam nadzieję, że mi wybaczycie te mądrości, zapewne wszystko to jest dla Was oczywiste i Ameryki nie odkrywam.
Ale - moim zdaniem - zawsze warto sobie sprawy poukładać po porządku. Otóż z samooceną to jest tak:

- Bywa ona zazwyczaj parcjalna. Oceniamy się różnie pod różnymi względami. Tu jesteśmy głupie, tam trochę mądrzejsze, nogi wprawdzie dobre, ale te cycki… Gadać z ludźmi umiemy, ale czy mądrze? Mamy zdolności językowe, ale w ścisłych ani dudu... itd.
- Globalny charakter ma zaś poczucie własnej wartości. Powstaje najprawdopodobniej (jego zręby) w dzieciństwie i w okresie dorastania, a zależne jest przede wszystkim od prawidłowej, opartej na bezwarunkowej miłości więzi z rodzicami (zwłaszcza z matką). Wpływa ono na samoocenę, utrudnia bądź ułatwia powstawanie samooceny pozytywnej, a z drugiej strony może być przez nią całe życie modyfikowane.
Samoakceptacja jest kolejnym pojęciem związanym z obu powyższymi (samooceną i poczuciem własnej wartości). Bezwzględnie związana jest z poczuciem własnej wartości, ale z samooceną już nie tak bezwzględnie. Można więc nisko się oceniać w zakresie różnych umiejętności, cech, a jednocześnie się akceptować, ze wszystkimi swoimi słabościami, takim jakim się jest. I tutaj jest nam potrzebne wcześnie wbudowane rozwojowo poczucie własnej wartości.
Można też przyjąć, że poczucie własnej wartości i samoakceptacja są tożsame, będąc globalną, (co nie znaczy, że bezkrytyczną) akceptacją siebie jako jednostki – jedynej i niepowtarzalnej, cennej li tylko przez sam fakt istnienia, a nie dlatego, że zasłużyła sobie na to poprzez coś tam (bezwarunkowa miłość do samego siebie).
Wprawdzie psychoanalitycy twierdzą, że wszystko zależy od dzieciństwa (wczesnego), ale okazuje się, że możemy mieć na to wpływ i dużo później, włączając w to wiek dojrzały i nawet bardzo dojrzały. A psychologia humanistyczna uważa, że każdy człowiek rodzi się z potencjałem piękna i dobra, który nigdy nie umiera, choć czasami zagrzebany bywa pod różnymi gruzami. Ale jak się bardzo chce, to zawsze można go odgrzebać.
Pracę nad samoakceptacją, poczuciem własnej wartości i samooceną można zacząć od któregokolwiek końca, bo wszystko jest ze sobą - jak widać - ściśle związane.

Pierwszy krok to zdanie sobie sprawy z tego, jak to ze mną jest. Jakie są u mnie proporcje między tym, co widzę w sobie jako swój potencjał, a tym, co widzę jako słabość. I szukać, szukać, jeszcze raz szukać potencjału, jeśli naszym zdaniem jest go zbyt mało. Każdy ma w sobie coś, z czego bywa zadowolony, chociaż ciut. Chociażby to coś wydawało się banalne. Bo nigdy banalne nie jest, choć nam samym może się takie wydawać.
Proste ćwiczenie na początek to stworzenie listy cech, z których jestem dumna, które mi się podobają, czy z których jestem zadowolona. Ważne - JA, nie Inni!!! A najlepiej upublicznić te cechy w środowisku, w którym czuję się bezpiecznie, nie obawiam się pomniejszenia ich znaczenia, czy - nie daj Bóg - wyśmiania. Czyli – w Kurniku!

To mówiłam ja – MartaMarta

Teraz mówię ja – Hana:
Nasza „psychoterapia” jest oczywiście dobrowolna. Możecie ją potraktować żartobliwie, możecie podejść do sprawy poważnie, możecie gdakać o czym tylko Wam się zamarzy, albo wszystko naraz!
Agniecha, leć z kozetką na pastwisko! Konie chcą porozmawiać!

fot. Agniecha

sobota, 3 września 2016

Czy chcesz o tym porozmawiać?

Poczucie własnej wartości to sprawa szalenie skomplikowana. Jeśli jest zaniżone – źle. Jeśli zawyżone – jeszcze gorzej. W moim odczuciu „zawyżony” stoi w miejscu. Skoro wszystko jest idealne, to lepiej już być nie może. Po co więc szukać, drążyć, ulepszać? „Zaniżony” jest bardziej rozwojowy, bo jednak szuka i ulepsza. Byle nie przesadził, hrehrehre. Zapewne upraszczam, życie wszak nie jest czarno-białe. 
Lepiej nie będę się więcej wymądrzać, oddaję głos – było-nie-było - fachowcowi.
A jeśli psychoterapia, to odjechane zdjęcie:
Zawyżony z zaniżonym
Teraz mówi MartaMarta. Rozbuchała się, co nie?

Dla ułatwienia i jasności troszku się powymądrzam. Mam nadzieję, że mi wybaczycie te mądrości, zapewne wszystko to jest dla Was oczywiste i Ameryki nie odkrywam.
Ale - moim zdaniem - zawsze warto sobie sprawy poukładać po porządku. Otóż z samooceną to jest tak:

- Bywa ona zazwyczaj parcjalna. Oceniamy się różnie pod różnymi względami. Tu jesteśmy głupie, tam trochę mądrzejsze, nogi wprawdzie dobre, ale te cycki… Gadać z ludźmi umiemy, ale czy mądrze? Mamy zdolności językowe, ale w ścisłych ani dudu... itd.
- Globalny charakter ma zaś poczucie własnej wartości. Powstaje najprawdopodobniej (jego zręby) w dzieciństwie i w okresie dorastania, a zależne jest przede wszystkim od prawidłowej, opartej na bezwarunkowej miłości więzi z rodzicami (zwłaszcza z matką). Wpływa ono na samoocenę, utrudnia bądź ułatwia powstawanie samooceny pozytywnej, a z drugiej strony może być przez nią całe życie modyfikowane.
- Samoakceptacja jest kolejnym pojęciem związanym z obu powyższymi (samooceną i poczuciem własnej wartości). Bezwzględnie związana jest z poczuciem własnej wartości, ale z samooceną już nie tak bezwzględnie. Można więc nisko się oceniać w zakresie różnych umiejętności, cech, a jednocześnie się akceptować, ze wszystkimi swoimi słabościami, takim jakim się jest. I tutaj jest nam potrzebne wcześnie wbudowane rozwojowo poczucie własnej wartości.
Można też przyjąć, że poczucie własnej wartości i samoakceptacja są tożsame, będąc globalną, (co nie znaczy, że bezkrytyczną) akceptacją siebie jako jednostki – jedynej i niepowtarzalnej, cennej li tylko przez sam fakt istnienia, a nie dlatego, że zasłużyła sobie na to poprzez coś tam (bezwarunkowa miłość do samego siebie).
Wprawdzie psychoanalitycy twierdzą, że wszystko zależy od dzieciństwa (wczesnego), ale okazuje się, że możemy mieć na to wpływ i dużo później, włączając w to wiek dojrzały i nawet bardzo dojrzały. A psychologia humanistyczna uważa, że każdy człowiek rodzi się z potencjałem piękna i dobra, który nigdy nie umiera, choć czasami zagrzebany bywa pod różnymi gruzami. Ale jak się bardzo chce, to zawsze można go odgrzebać.
Pracę nad samoakceptacją, poczuciem własnej wartości i samooceną można zacząć od któregokolwiek końca, bo wszystko jest ze sobą - jak widać - ściśle związane.

Pierwszy krok to zdanie sobie sprawy z tego, jak to ze mną jest. Jakie są u mnie proporcje między tym, co widzę w sobie jako swój potencjał, a tym, co widzę jako słabość. I szukać, szukać, jeszcze raz szukać potencjału, jeśli naszym zdaniem jest go zbyt mało. Każdy ma w sobie coś, z czego bywa zadowolony, chociaż ciut. Chociażby to coś wydawało się banalne. Bo nigdy banalne nie jest, choć nam samym może się takie wydawać.
Proste ćwiczenie na początek to stworzenie listy cech, z których jestem dumna, które mi się podobają, czy z których jestem zadowolona. Ważne - JA, nie Inni!!! A najlepiej upublicznić te cechy w środowisku, w którym czuję się bezpiecznie, nie obawiam się pomniejszenia ich znaczenia, czy - nie daj Bóg - wyśmiania. Czyli – w Kurniku!

To mówiłam ja – MartaMarta

Teraz mówię ja – Hana:
Nasza „psychoterapia” jest oczywiście dobrowolna. Możecie ją potraktować żartobliwie, możecie podejść do sprawy poważnie, możecie gdakać o czym tylko Wam się zamarzy, albo wszystko naraz!

czwartek, 1 września 2016

Zazdrość niejedno ma imię

Lista oczekujących na senatorium zamknięta. Kto nie zdążył, będzie musiał uiścić łapówkę w postaci skalpu przynajmniej jednego zwyrodnialca, albo poczekać na wypadnięcie czegoś naprawdę spektakularnego i wówczas automatycznie znajdzie się na liście rezerwowej.
Świetlaną przyszłość mamy zapewnioną, dla wyciszenia emocji związanych z zapisami możemy spokojnie podyskutować o sprawach egzystencjalnych.

Mówi MartaMarta (MM):

Zazdrość to kolejne zjawisko z tych uniwersalnych, przynależnych każdemu z nas. Człowiek to istota z gruntu skłonna do tego, aby żyć w przekonaniu, że inni nie mają lepiej. A jeśli wydaje mu się że mają, to im zazdrości. Bo dlaczego to oni, a nie ja?
Mam wrażenie, że ideologia komunistyczna na zazdrości właśnie została zbudowana. Świat szczęśliwy to miał być świat, w którym wszyscy mają po równo. Słyszę nieraz ludzi, którzy mówią „ja to nikomu niczego nie zazdroszczę”. Wybaczcie, nie wierzę w takie deklaracje. Ale wierzę, że niektórzy z nas sami nie są świadomi faktu, że jednak zazdroszczą.
 Może być tak, że na płaszczyźnie świadomej nie zazdroszczę, ale dlaczego odczuwam coś na kształt satysfakcji jeśli takiemu jednemu z drugim szczęściarzowi powinie się noga? Otóż to. Doszłam do tego, co przede wszystkim chciałam powiedzieć, a mianowicie do odróżnienia zazdrości od zawiści. Słownikowe definicje sytuują zawiść wyżej od zazdrości. Według nich zawiść jest spotęgowaną zazdrością. A ja myślę, że między nimi jest zasadnicza różnica jakościowa. Kiedy bowiem zazdroszczę, to po prostu w konsekwencji żałuję, że nie mam tego samego. I na tym się kończy, choć to odczucie może być bardzo przykre i niewygodne. Jeśli zaś czuję zawiść, to życzę obiektowi tej zawiści źle. I niestety cieszę się, jeśli coś złego go spotka. A że nie lubimy myśleć źle o sobie, to nazywamy taki bieg wypadków sprawiedliwością. No, to się doczekał… W przypadku zawiści jestem nieco bardziej łagodna w ocenie człowieczego rodu. Myślę, że nie wszyscy jesteśmy zawistnikami.
Zastanawiam się, czy są rzeczy które nie mogą stać się przedmiotem zazdrości. Owszem, nieszczęścia, choroby – choć te ostatnie może nawet i mogą. Ktoś kto ma raka, może zazdrościć komuś, kto ma grypę, albo „tylko” niedowidzi lub niedosłyszy.
Specyficzną odmianą zazdrości jest zazdrość o uczucia innych osób: partnera, przyjaciela, dzieci i innych ludzi, z którymi jesteśmy emocjonalnie związani. Tu nie tyle chcemy mieć to, co mają inni, ale raczej nie chcemy dzielić się tym co mamy sami, z lęku że przy podziale coś stracimy.

A bardziej osobiście? Przyznaję się, że często zazdroszczę innym – różnych rzeczy: od pięknych włosów i zębów poczynając, a na pięknych i sprawnych mózgach kończąc. A im jestem starsza, tym więcej mam powodów do zazdrości. Dochodzi figura, sprawność ogólna itd., itp. A na tych osiedlowych biegaczy, których coraz więcej, to już patrzeć nie mogę…

To mówiłam ja - MartaMarta

Teraz mówię ja - Hana. Takie mam śliczne koteczki. Zazdrościcie mi?



PS. W zakładce "Bajki Białej Kury" jest nowa bajka na wrzesień - uprzejmie zapraszam.

środa, 31 sierpnia 2016

Sanatorium Szczaje-Zdrój. Nabór

Przyjmujemy zapisy


Zapisy będą przyjmowane po 1: według ilości wypadnięć, po 2: według wzrostu, po 3: według kolejności zgłoszeń.
Ilość miejsc ograniczona.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Damie wypada wszystko

A zwłaszcza włosy, zęby i dysk - jako rzekła Rucianka. 
Okazuje się, że jesteśmy bardziej jare, niż stare. Aby okiełznać nasze temperamenty, narodził się klub o nazwie "SZCZAJ" - Stare Zołzy Całkiem Zaburzone Ale Jare. Członkinie klubu to Szczajki. Prezesem z nadania została Ewa2. Ewo, gratulujemy!
Z porządku wczorajszych obrad wynika, że trzeba obniżyć zlewy, aby można w nich swobodnie myć nogi, co jest testem na młodość, aczkolwiek wygodniejszy do tego celu byłby bidet.
Jako Zaburzone Staruszki zrobimy porządek (radykalny i definitywny) ze zwyrodnialcami dręczącymi zwierzęta, ponieważ nie mamy nic do stracenia, a po uporządkowaniu świata wręcz chętnie i grupowo udamy się do więzienia w Rawiczu (nie szkodzi, że to męskie więzienie). W ten sposób załatwimy sobie opiekę na starość, darmowy wikt i opierunek. Stawka na więznia jest dużo wyższa, niż przeciętna emerytura. Rawicz jest niedaleko Tick City i Ognio będzie nam dowoził kontrabandę w postaci pomarańczy dla wszystkich i włóczki dla Opakowanej.
Pies w Swetrze trochę nas przestraszył perspektywą długiego procesu rozkładu powłok doczesnych ze względu na ilość chemii wchłoniętej z jedzeniem, ale zaraz poprawił nam nastrój wiadomością, że pewien znajomy profesor puszcza egzystencjalne bąki.
Sonic znalazła dla nas guru:
 
Follow
fot. instagram

Zachwyciły mnie buciki z urody i z przydatności - można by takim pantofelkiem kopnąć w doopę jakiegoś szczyla, który nie szanuje staruszek. Na to Ewa2 odrzekła:

Jak bym miała taką brylantową laseczkę to można by się pokusić o kopnięcie. Wszak dama nie może stracić równowagi przy wymachu takim butem, laseczka gwarantuje podporę.
Co zilustrowała stosownym rysunkiem:

PS. Tempo Giusto - zostałaś przyjęta do klubu. Test zaliczony.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Czego Jaś się nie nauczy...

Po poście o samotności naszło mnie na starość. Natchnął mnie tekst nad którym obecnie pracuję, a który dotyczy kultur plemion afrykańskich, mitów, obrzędów itp. Człowiek stary jest tam "tym, który posiadł mądrość" otaczany jest powszechnym szacunkiem i prawie czcią wynikającą z przeświadczenia współplemieńców, że z racji sędziwego wieku bliżej mu do tamtego świata i w związku z tym jest on najlepszym pośrednikiem między światem doczesnym, a światem nadprzyrodzonym.
Zaznaczam, że nie jestem afrykanistką i być może w innych kulturach sprawy mają się zgoła inaczej.
Starość nadejdzie bez względu na miejsce i kulturę i dotknie każdego, bez wyjątku. Pomijam przypadki tych, którzy - z różnych przyczyn -  starości nie doczekają. Tym bardziej nie rozumiem postawy młodszej części społeczeństwa wobec ludzi w wieku - powiedzmy - 60+. Nie wiem jak to wygląda w innych społeczeństwach, ale obawiam się, że podobnie. Jeśli spojrzeć (pobieżnie) na historię ludzkości, starość zawsze była problemem. Pozycja starego człowieka zależała od wielu czynników: kulturowych, religinych, społecznych itp. Mocno uogólniając, wyznacznikiem wartości człowieka było piękno ciała i siła fizyczna. Ze starcami "radzono sobie" różnie, a raczej nie radzono sobie wcale. Jeśli ktoś był bogaty, żył godnie - w sensie materialnym, w innych aspektach życia bywało różnie. Przeważająca większość klepała biedę i na starość lądowała w rynsztoku "na żebrach". O ile się nie mylę, pierwsze próby tworzenia systemów emerytalnych pojawiły się dopiero w XVIII wieku. Śmiem twierdzić, że obejmowały one tylko ludzi bogatych. Ogólnie rzecz biorąc, starzy ludzie zawsze byli kłopotem i tak też byli traktowani - jako coś, co przeszkadza, jest niepotrzebnym balastem, generuje koszty. I tak jest po dziś dzień. Kult młodości i piękna ma się dobrze. Tego właśnie nie rozumiem. Straciliśmy instynkt samozachowawczy? Jeśli starość czeka każdego, bez wyjątku, to dlaczego tak jest? Czy młody człowiek dziś nie boi się, że tak samo będzie traktowany jutro? Może to taka reakcja obronna, mechanizm wyparcia, czy jak to się tam w psychologii nazywa? Powinniśmy przecież mościć sobie starość w każdym aspekcie, z czystego egoizmu chociażby. Być miłym i pomocnym, a tak samo zrobią nasze dzieci (raczej). Nie chodzi mi o finanse, chociaż to bardzo ważne. Chodzi mi o postrzeganie ludzi starych, czy choćby tylko starszych, a w związku z tym o ich traktowanie. I nie mam na myśli żadnych drastycznych przypadków, chociaż i takich nie brakuje. Chodzi mi o pogardę, jakby starość była czymś zawinionym i wynikała np. z lenistwa, albo zaniedbania. Jasna sprawa, że trzeba dbać o zdrowie i kondycję, jednak nie zawsze dbałość wystarcza.
Strasznie mnie wkurza używane powszechnie określenie "babcia" i "dziadek" w odniesieniu do osób starszych, a niespokrewnionych z interlokutorem. Widzę i słyszę to na każdym kroku. A to, że babcia zasłabła na ulicy, a to że dziadek awanturuje się w sklepie. W doniesieniach prasowych, w internecie, na ulicy, u sąsiada za płotem. Nie tak dawno trafiłam na jakieś forum, gdzie wymieniały doświadczenia "opiekunki osób starszych". Innych określeń nie używały, tylko "dziadek" i "babcia", lub ogólnie i bezpłciowo "dziadki" - jeszcze gorzej, bo "dziadki" to jakiś taki bliżej nieokreślony twór bez twarzy i tożsamości. Dyskusja była przepojona okropnym cynizmem, wyprana z jakichkolwiek emocji (poza złością na opornych dziadków), panie jakby rozmawiały o martwych przedmiotach. Włos zjeżył mi się na głowie - nie chciałabym trafić w ręce takiej "opiekunki". Powiem więcej - ja też zostałam nazwana babcią, chociaż nią nie jestem, bo wnuków nie mam. Zmurszałą staruszką też nie jestem, aczkolwiek młodość to pieśń przeszłości. Otóż zawitał na gumno pewien młody człowiek ze swoimi małymi dziećmi, z którymi w żaden sposób nie jestem spokrewniona. I ten młody człowiek (nie jego dzieci) zwrócił się do mnie w ten sposób. Utoczyłam trochę piany z pyska i myślę, że lekcję zapamięta. Aczkolwiek pewnie tylko w stosunku do mnie, bo nie sądzę, żeby sobie uogólnił.
No i rozgadałam się, ale też temat jest jak rwąca rzeka. Rwąca rzeka, która z młodością ucieka. Taka to moja złota myśl na poniedziałek, hrehrehre.
I nie mam pomysłu na zdjęcie. Może rysunek?




piątek, 26 sierpnia 2016

O samotności

Autorkę poniższego postu trochę już znacie. Jest Kurą, chociażby z racji rodzinnych koneksji. Jest Kurą, bo czasem gdacze, no i przede wszystkim mentalnie jest Kurą!
Dzisiejszy tekst jest pierwszy, ale nie ostatni! Krótko mówiąc będę uprawiać nepotyzm. Oddaję łamy Marcie ze Złotnik zwanej MartaMarta. Dla niewtajemniczonych - mojej Siostrze!
*
Drogie Kury z Pastelowego! Jestem z Wami już dość długo, choć moja obecność nie jest tak bardzo widoczna – bardziej czytam niż piszę. Ale dzisiaj mam ochotę napisać do Was właśnie. A skąd ta ochota? Otóż z wpływu chwili, po prostu. A pisać chce mi się o samotności. Doświadcza jej przecież każda/y z nas niezależnie od statusu, że tak powiem matrymonialnego, niezależnie od statusu materialnego, niezależnie od tego czy mieszka w mieście, na wsi, w puszczy, czy też na bezludnej wyspie, pustyni czy w wielorodzinnym budynku. Wydaje mi się, że zjawisko samotności jest równie uniwersalne jak zjawisko śmierci. Nie wyobrażam sobie, że ktokolwiek z jako tako świadomych siebie i myślących ludzi, mógł go w ciągu swojego życia nie doświadczyć. A staje się ona (samotność) oczywiście szczególnie dojmująca w czasie kiedy zabraknie tego kogoś, kto był z nami przez lata. To moje nie tak dawne doświadczenie.

I teraz zaczęłam się zastanawiać od kiedy wiem o samotności? Kiedy ona pojawiła się w moim życiu? Teraz? Czy może już w dzieciństwie? Czy może jakoś pózniej, gdzieś się czaiła, czy może wcale jej nie było? 


Psychologia mówi o samotności i o poczuciu samotności. Mówi o samotności społecznej i emocjonalnej. Poczucie samotności to właśnie samotność emocjonalna. To ona jest najbardziej bolesna, choć i ta społeczna czasem boli, ale raczej odczuwamy ją jako brak, a czasem nawet jej szukamy.
Ludzie bardzo różnie radzą sobie z samotnością. Ja uciekam do ludzi i zwierząt. Może nawet bardziej do zwierząt…


To mówiłam ja - MartaMarta.

A teraz mówię ja - Hana: przez chwilę mnie nie będzie, ale zajrzę do Was wieczorkiem. Gdaczcie sobie:)

czwartek, 25 sierpnia 2016

Rzecz o głupocie - podsumowanie

Ech, Kureiry, my to jednak mądre jesteśmy! Wybieg zagospodarować w jeden wieczór i kawałek poranka to nie lada wyczyn. Postanowiłam więc dokonać podsumowania dyskusji o głupocie vs mądrości.
Na początek przemądre wytłumaczenie zasady działania octu jabłkowego na obolałe kości, autorstwa Psa w Swetrze ze ściśniętym umysłem (to cytat!), czym nam niesamowicie Pies zaimponował:

Opakowana, możesz ten ocet spokojnie pić bo to tak jakbyś jabłka jadła tylko w większej ilości. Kwas jabłkowy (4C) niby kwas, ale o właściwościach poniekąd zasadowych, tzn. bierze udział w buforowaniu i neutralizuje mocniejsze kwasy. Poza tym jest związkiem pośrednim w cyklu Krebsa, wiec wspomaga oddychanie komórkowe inaczej metabolizm komórkowy każdej komórki! I tworzy łatwe do usunięcia i/lub neutralizacji sole ze związkami, które np. mogłyby sie odkładać w naszych tkankach, w tym w stawach. Czyli ma działanie zupełnie odwrotne do octu spirytusowego (2C), a różnica to tylko dwa atomy węgla i jedna grupa hydroksylowa. Fascynujące :)

Wyszło nam w dyskusji, że przeważnie mądre jesteśmy, chociaż testom IQ niechętnie stawiłybyśmy czoła, gdyż są zle pomyślane - jakieś takie bardziej dla umysłów ściśniętych, a my przecież wręcz przeciwnie: nasze umysły są wolne i niczym nieograniczone!
Rucianka chciałaby być piękna, młoda, zdrowa, mądra i bogata, ale po krótkiej perswazji zdecydowała się odrzucić młodość i bogactwo, bo są upierdliwe. Martwi się też, czy (jeszcze większa?) mądrość w końcu nadejdzie pod właściwy adres.
CzeKo się wścieka (czemu absolutnie się nie dziwię), że mąż schudł 5 kilo przez 3 tygodnie, a ona sama nic a nic. CzeKo, to żadna pociecha, ale chłopy tak majo. Chudną ot tak...
Opakowanej co wieczór znika jedna noga (sprawę powinien załatwić ocet jabłkowy, ponieważ zawiera dużo kwarków, skwarków, atomów i kwantów), jednak to nie przeszkodziło jej przyjąć honorowej (bez pensji) funkcji kurniczego rzecznika prasowego, ponieważ - jak stwierdziła Hanna - w trzy minuty omota każdego dziennikarza.
No i co by było, gdyby Agniecha została leśniczą, lub ornitologą? Lub jedną i drugą?

Gupie zdjęcie:

środa, 24 sierpnia 2016

Rzecz o głupocie

Według Wikipedii głupota to niedostatek rozumu przejawiający się brakiem bystrości, nieumiejętnością rozpoznawania istoty rzeczy, związków przyczynowo-skutkowych, przewidywania i kojarzenia. Charakteryzuje się pychą, śmiałością, podejrzliwością, niskim lub nieistniejącym samokrytycyzmem, niezdolnością do zdziwienia, dążnością do ekspansji.
Termin używany jest w stosunku do osób o niższym, bądź niewystarczającym ilorazie inteligencji.

Głupota teoretyczna to przekonanie o posiadaniu wiedzy, której w rzeczywistości się nie posiada.

Głupota praktyczna to nieumiejętność odpowiedniego postępowania i zachowania.

Głupota społeczna to brak samodzielnego myślenia i działania grup społecznych mogąca być przyczyną powstawania fanatyzmu i łatwości ulegania manipulacji.


Tyle Wikipedia.
Jeśli o mnie idzie to nie to, żebym uważała się za mądralę, ale parę rzeczy mi się nie zgadza. Brak bystrości (czasem) posiadam, nieumiejętność rozpoznawania istoty rzeczy też się zdarza, związki przyczynowo-skutkowe na ogół rozkminiam. Nie charakteryzuję się pychą, ani nadmierną śmiałością. Ale podejrzliwością już tak. Za to samokrytycyzmem mogłabym obdarować kilka osób, podobnie zdolnością do zdziwienia. Ekspansję mam w pompce, jaki mam iloraz inteligencji nie wiem. Przekonanie o posiadaniu wiedzy poważnie mnie zaniepokoiło, bo może mam przekonanie, ale wiedzy nie mam tyle ile chciałabym mieć? Jak to sprawdzić??? Odpowiednie postępowanie i zachowanie to marzenie i ideał! Chciałabym zawsze i wszędzie być au courant, bon ton i savoir-vivre.
Przynależności do grup nie cierpię (jest jeden wyjątek), więc przynajmniej nie grozi mi popadnięcie w fanatyzm.
No i wydaje mi się, że głupota to sprawa subiektywna, niestety. I dlatego taka dolegliwa. Ach! Gdyby głupcy wiedzieli, że nimi są!
No to jak to jest? Głupiam, czy nie? Nie pytam kokieteryjnie oczekując zaprzeczenia. Tak się tylko
zastanawiam.

Z tego wszystkiego wyszło mi głupie zdjęcie:



piątek, 19 sierpnia 2016

TRUDNA SPRAWA INSPEKTORA TRENTA CZ. 7

Tropik powęszył chwilę przy drzwiach od pomieszczenia dla pokojówek, po czym wykonał nagły zwrot i wrócił do salonu, idąc jak po sznurku w stronę Petera Gordona. Dla porządku obwąchał raz jeszcze jego stopy, po czym szczeknął krótko i usiadł. 
"Czego on chce ode mnie??!!" krzyknął Gordon - "Przecież poszedł do kuchni, głupi pies!!!"
Trop warknął z cicha. "Tylko sobie nie głupi, dobra?? Jakbyś miał jedną dziesiątą mojej inteligencji, matole, to byś chociaż skarpetki zmienił, żeby gumą nie śmierdziały.."
Trent podszedł do Gordona. "Spokojnie, wszystko się wyjaśni. Czemu się pan tak denerwuje?" 
"Może dlatego, że chyba znał Susan wcześniej..." odezwała się złośliwie Pandora. Peter Gordon rzucił w jej stronę mordercze spojrzenie, które nie uszło uwagi inspektora. "Muggs, zaprowadź pana Gordona do gabinetu lorda i zostań tam z nim, a panią Pandorę proszę o złożenie wyjaśnień. Pozostałych państwa proszę o udanie się do swoich pokoi i pozostanie do mojej dyspozycji. "
Gdy wszyscy wyszli, Trent zapytał Pandorę. skąd wie o znajomości Petera Gordona z Susan.
"Byłam  na wernisażu wystawy w jednej z galerii. Obok była malutka kafejka, do której wstąpiłam czekając na taksówkę, gdyż padał ulewny deszcz. Stanęłam przy wejściu, żeby widzieć taksówkę i w lustrze zobaczyłam Petera siedzącego z Susan przy stoliku w rogu. Trzymali się za ręce i coś do siebie szeptali. To wszystko, zaraz przyjechała taksówka. Byłam zaskoczona, gdy zobaczyłam ją pomagającą w kuchni na przyjęciu urodzinowym, ale nie miałam okazji, żeby zapytać o to Petera na osobności, zamieszanie było zbyt duże."
"Kiedy widziała ich pani w kawiarni?" zapytał Trent
"Jakiś tydzień temu. Pomyślałam, że to jakaś przelotna znajomość, wiedziałam, że smali cholewki do Mirelli. "
"Ciekawe...." mruknął Trent. "Po co więc sprowadził tu Susan?"
"Nie mam pojęcia. Peter to playboy, lubi kobiety. Ostrzegałam przed nim Mirellę, ale tylko mnie wyśmiała." 
"No cóż, dziękuję za interesujące zeznania. Wrócimy jeszcze do tej rozmowy."
Inspektor nie powiedział Pandorze, że ma już wyniki przesłuchania pokojówki Jenny Stubbs, którą zastępowała Susan. Okazało się, że Jenny otrzymała okrągłą sumkę pieniędzy za udawanie chorej i przysłanie Susan na zastępstwo. Pieniądze otrzymała od Petera Gordona, który tłumaczył, że jego koleżanka dziennikarka pisze reportaż z życia wyższych sfer i potrzebny jej materiał do artykułu. 

                                                                               *

"No cóż, panie Gordon, czy złoży pan wyjaśnienia na temat pańskiej znajomości z Susan?" 
"Tak, oczywiście. Susan to moja znajoma z dawnych lat. Pracuje , pracowała, jako dziennikarka w jednym z kolorowych czasopism. Dowiedziała się o przyjęciu i błagała mnie, żebym jej umożliwił dostanie się do rezydencji i napisanie relacji z urodzin lady Winter. Nie podobał mi się ten pomysł za bardzo, ale obiecała, że podzieli się ze mną honorarium, a że mam ostatnio problemy finansowe, więc się zgodziłem... Gdybym wiedział, jak to się skończy..." Peter ukrył twarz w dłoniach. 
"Skąd miał pan pieniądze dla Jenny Stubbs?"
"Od Susan. Bardzo jej zależało , aby się dostać do domu Winterów, to miała być jej szansa zawodowa." 
"Nie czuł się pan nielojalny wobec państwa Winterów, wobec Mirelli??"
Gordon spuścił głowę. "Musiałem się zgodzić."
"Czyżby Susan pana szantażowała?"
Peter skinął głową z rezygnacją. "Swoimi sposobami dowiedziała się o moim romansie z Pandorą... Gdyby to wyszło na jaw, nici z małżeństwa z Mirellą i stanięcia na nogi, sam pan rozumie.."
Inspektor poczuł się nieco skołowany. "To pan nie miał romansu z Susan tylko z Pandorą?? No, no, to zmienia postać rzeczy... Miał pan motyw, żeby pozbyć się Susan. "
"Ale ja jej nie zabiłem!!! " krzyknął Gordon. "Owszem, byłem koło szopy w tych cholernych kaloszach, ale tylko pokłóciliśmy się, jak stamtąd odchodziłem, była żywa!" 
"O co się kłóciliście?" 
"Po śmierci lady Winter zrobiło mi się głupio wobec Mirelli i lorda Wintera, chciałem, żeby ujawniła całą sprawę , ale tylko się roześmiała  i powiedziała, że morderstwo jest jeszcze lepsze i że ma pewne dowody. Usłyszałem jakieś szelesty za szopą i uciekłem. To wszystko."
"Czy nie wie pan, dlaczego chciała otruć mojego psa?" 
"Nie mam pojęcia, chyba przyszła tu z innym planem niż mi powiedziała..."
"I ja tak myślę..." powiedział Trent z zadumą. 

                                                                               *

Ponieważ zrobiło się późno, inspektor zapowiedział, że rano będzie kontynuował przesłuchania i poprosił, aby wszyscy byli na miejscu. 
"Kłamią i kręcą, co piesku? "  powiedział do Tropika w samochodzie. Odpowiedzi nie było. Pies zmęczony trudami dnia zasnął smacznie na tylnym siedzeniu, pochrapując z cicha...