środa, 9 marca 2016

Nic nowego


Skoro o dzieciach mowa - misiaczki CzeKo. Ona sama pisze:



tak więc mój Miś na zdjęciu nr 11, jakoś sprzed tygodnia. Trochę męczony przez mamę, bo baaardzo nie lubi leżenia na brzuszku.
12 to przygotowanie do wyjścia w ostatnią niedzielę w gości na imieniny do chrzestnej córci. Prezentuje się, jak widać - prawdziwy dżentelmen.
13 cóż tu dużo mówić...raz na jakiś czas zdarza się chwila, kiedy obydwa absorbery drzemkują i wtedy to są te super grzeczne dzieci :-)
14 to już moja Misia, jak zwykle ma coś w kotki na sobie :-) i kotek maskotka do zabawy.
15 mała kobietka trzyma bukiecik, na miarę wieku ( lizakowy) od tatusia otrzymany w Dniu Kobiet. Nie zwracać uwagi na bałagan za modelką. W tle widać ptasiorka od naszej Lidzi:-)
16 kiedyś wspominałam o minie do zdjęć, to właśnie ta w całej krasie. Uchwycona podczas zabawy w chowanego w szafie. Bałagan ubraniowy zrozumiały:-)
17 jeszcze świerzynka, z dzisiaj :-)
18 w załączniku to efekty współpracy z naszą Bru.







Wybacz CzeKo, że zdjęcia nie idą po kolei. Blogger wstawia je jak chce, a ja nie mam czasu z nim się bić. Myślę, że Kureiry wszystko sobie ułożą jak trzeba.

Niespodzianka! Podrośnięte Krasnale Opakowanej!



Stoppery, czy nauszniki?

Nie będę Wam żałować tej odrobiny radości. Pierdylion to nie jest, ale świeżutkie i jeszcze ciepłe, sprzed chwilki:

















Pięknego popołudnia i wieczoru!

wtorek, 8 marca 2016

W Dniu Kobiet o trochę starszej kobiecości

Miało znów być o tych kotach, ale przecież dzisiaj Dzień Kobiet. Dla mnie osobiście zawsze będzie się kojarzył z komuną, goździkiem z rozdzielnika i z przymusem świętowania (coś jak Sylwester), dlatego ani tego święta nie lubię, ani nie poważam. Im jestem starsza, tym mniej. Kiedy mówi się o tzw. kobiecości, na ogół jednym tchem wymienia się różne cechy: subtelność, tajemniczość, zmysłowość, seksowność, delikatność... no i wygląd zewnętrzny, który w definiowaniu kobiecości ma ogromne znaczenie. Przez ostatnie kilka dekad na szczęście dużo się zmieniło, ale nadal mam nieodparte wrażenie, że stereotypy mają się dobrze. Kogo widzicie wymieniając cechy przypisywane kobiecej kobiecie? Ja widzę młodą, piękną, zdrową i bogatą - i nie ma w tym nic złego. Jednakże w miarę upływu czasu nawet najbardziej kobieca kobieta staje się przezroczysta dla otoczenia. Jeśli nie ma za sobą wybitnych, zawodowych osiągnięć, staje się po prostu "babcią" - w sensie bycia starą. Sądzę, że to jeden z czynników który sprawia, że tak trudno pogodzić się z upływem czasu, polubić i zaakceptować wynikające stąd zmiany, ponieważ wiążą się one w pewnym sensie ze społecznym ostracyzmem. Możemy być pogodzone i zachwycone sobą, ale to niczego nie zmieni w obszarze funkcjonowania na zewnątrz. Nic mnie tak nie denerwuje, jak uwagi w rodzaju: czerwone spodnie? W twoim wieku? To samo dotyczy mężczyzn, jednak śmiem twierdzić, że w dużo mniejszym stopniu. Ale to już inny, szerszy temat. I wcale nie trzeba mieć dziewięćdziesięciu lat, wystarczy czterdzieści pięć, a z pięćdziesiątką na karku to już tylko do trumienki sie kłaść.
Jestem w przezroczystym wieku i przyznaję, że nie pogrążam się w nim z pieśnią na ustach, aczkolwiek ma on wiele niezaprzeczalnych zalet. Można na przykład przechadzać się po mieście choćby w dresiku, bo i tak nikt nie zwróci na nas uwagi, mam makijaż, czy go nie mam, to bez różnicy, można przejść spokojnie przez plac budowy i nikt nie będzie gwizdał, ani pokrzykiwał. Słowem, odpada wiele spraw niekoniecznie przyjemnych i okropnie fatygujących. Ale z drugiej strony... no i tak w kółko. Temat jest szeroki i głęboki, kulturowo, mentalnie, obyczajowo. Za jakieś sto lat może będzie inaczej. W końcu pod koniec XIX wieku kobieta w wieku balzakowskim (czytaj: stara) miała ledwie trzydzieści lat.
Na koniec anegdota. Pewna moja koleżanka jechała autobusem (miała wtedy około czterdziestki). W autobusie był tłok, za nią grupa młodziaków, do których stała tyłem. Zaczepkom nie było końca. W pewnym momencie koleżanka odwróciła się i usłyszała: o kur...a!!!
Na drugi koniec, mimo wszystko, z okazji dzisiejszego dnia życzę Wam wiecznej kobiecości - i zewnętrznej, i wewnętrznej!
Na trzeci koniec jednak będzie o tych kotach. Udało mi się zrobić w locie kilka zdjęć, aczkolwiek nie oddają one tego, co tu się dzieje dwa, trzy razy dziennie. W międzyczasie śpią.

Uwaga, pierdylion zdjęć!




Tu się chowamy i wyskakujemy na Czajnika
Wałek ma w pompce i tylko patrzy. Istny Ludwik XIV!


Frodo lubi wiedzieć, ale bez przesady




Z dedykacją dla Gosianki

Kolejne, najświeższe zdjęcia dla nienasyconych. Malinka dołączyła do leżaczkowego klubu:




A skoro dziś Dzień Kobiet, to idę sprzątać!
Apdejt: Jednocześnie gaworząc z Wami (ma się tę podzielność uwagi) posprzątałam gruntownie kuchnię i łazienkę - jak powszechnie wiadomo, tam jest najwięcej sprzątania. Niektóre Kury wiedzą, że mam co sprzątać, zwłaszcza w kuchni. Jestem z siebie dość zadowolona. Powymywałam wszystkie durnostojki, pierdółki, a nawet umyłam powierzchnie niewidoczne dla oka i trudno dostępne dla ręki. Zrobiłam to za pomocą metalowej linijki.

Z ostatniej chwili. Spójrzcie, jak poczyna sobie Stefan. U dołu zdjęcia widać moją nadobną nóżkę, co ilustruje odległość:

I dla Gardenii na Dzień Kobiet oraz dla poprawy nastroju. Frodkowa facjata sprzed 5 minut. Za nim przynajmniej nie trzeba gonić z aparatem:


I dla CzeKo sprzed minutki na poprawę wszystkiego:


sobota, 5 marca 2016

KKK - SPOTKANIE TRZECIE CZYLI TERZANI

Trochę zapóźniony wpis Kurnikowego Klubu Książki, ale sytuacja na kocim froncie była napięta:))
Dziś będzie o Tiziano Terzanim, włoskim dziennikarzu i pisarzu, trochę w typie naszego Kapuścińskiego. 


zdjęcie: Wikipedia, autor Alfredo Lando

Terzaniego odkryłam dla siebie dopiero kilka lat temu, jakoś przypadkiem. Na starość polubiłam bardzo literaturę faktu i książki pokazujące inną perspektywę życiową. Zanim o pisarzu to garść refleksji , które mi się nasunęły, gdy zdecydowałam o czym pisać. (Nawiasem mówiąc, gdy już postanowiłam, że to będzie Terzani, weszłam sobie do Działu Kulturalnego mojej ulubionej gazety, a tu... Felieton o kim? No właśnie o panu T. Zabawne.)
Mogę chyba śmiało powiedzieć, że Terzani i jego książki otworzyły mi oczy na świat. Dały mi poczucie, że jestem cząstką świata, o którym nie mam zielonego pojęcia. Włoski dziennikarz był przez wiele lat korespondentem Spiegla na Dalekim Wschodzie i w Azji. To co się tam dzieje jest dla nas tak odległe na co dzień jak inna planeta. W wiadomościach wieści z dalekiego świata pojawiają się tylko wtedy, gdy dotyczą katastrof, zbrodni , bądź wojen. A że to daleko, to nawet nas to specjalnie nie obchodzi. Terzani starał się w swoich książkach obiektywnie przedstawić rzeczywistość krajów i miejsc odległych  od Europy, krajów, o których niejednokrotnie nic nie wiemy. Być może dlatego unikał historii pojedynczych osób, chciał pokazać mechanizmy polityki i walki. Ale pisał nie tylko o polityce. Gdy zachorował na raka , odbył podróże  po Ameryce, Chinach i Indiach, szukając ratunku w niekonwencjonalnych terapiach. Swoje doświadczenia opisał w książce "Nic nie zdarza się przypadkiem". To była pierwsza jego książka, jaką przeczytałam.

  Koniec jest moim początkiem - Terzani Tiziano

Moją ulubioną jest jednak "Koniec jest moim początkiem". To przeprowadzona niedługo przed śmiercią rozmowa z synem. To jest trochę jakby testament Terzaniego, chciał przekazać synowi wszystko, co uważał w życiu za ważne.  Wspomnienia rodzinne przeplatają się ze wspomnieniami reporterskimi, autor opowiada o najważniejszych momentach swojej pracy, o niezwykłych spotkaniach, o religiach, z którymi się stykał. Przejmująca jest jego świadomość odchodzenia, poczucie zbliżającej się śmierci i przygotowanie do niej. Chciał odejść wśród najbliższych, w spokoju ducha, wśród ulubionych przedmiotów, w pięknym krajobrazie. I to mu się udało w roku 2004. 

Pomimo świadomości końca nie jest to książka smutna, wspomnienia są niejednokrotnie zabawne i ciepłe. Ma w sobie taki spokój, który pewnie chciałabym mieć w sobie u schyłku życia. Czytałam ją podczas długiego pobytu w szpitalu i naprawdę bardzo mi pomogła przetrwać to trudne doświadczenie. 


Cieszę się bardzo, że odkryłam go dla siebie i wdzięczna jestem, że otworzył mi oczy na świat. 

czwartek, 3 marca 2016

Dziękuję, chociaż to za mało...

Po raz kolejny przekonałam się, że świat nie jest taki okropny, jak to wynika z tego, co dzieje się wokół. Po raz kolejny dławi mnie wzruszenie i wdzięczność - za Wasz odzew, zaangażowanie, serce, za wszystko! Za to, że jesteście na dobre i na złe, a przede wszystkim za ogromne zaufanie, którym obdarzacie i mnie, i Gosiankę. Bez Was i bez kredytu zaufania, jakim nas obdarzacie, nie udałoby się uratować tylu zwierząt, nakarmić i wyleczyć. Dziękuję za każde dobre słowo, Wasze wsparcie tam, gdzie jest potrzebne, za każdy grosik, za każde 5 złotych. Dajecie coś, co jest bezcenne i nie do kupienia - poczucie bezpieczeństwa nie tylko w tej najbardziej przyziemnej kwestii - finansowej  i pewność, że jakby co, damy radę!
Wczorajsza aukcyjka, bo przecież było tam raptem 6 przedmiotów, przyniosła aż 200 złotych! W sumie uzbierało się tyle, że możemy pomóc i Jednej z Nas i jeszcze komuś, choćby Walentemu, spuchniętemu biedakowi, który wraca do zdrowia, ale jego leczenie jest kosztowne. Nie wiem, co jeszcze mogłabym powiedzieć? Powiem po prostu dziękuję!
*
I trochę formalności: Li poproszę o adres do wysyłki, szczęśliwe posiadaczki książek Joanny Kupniewskiej i wisiorka z kotem skontaktuję mailowo.
*
Zapewne jesteście spragnione kocich wieści. Adaptacja Malinki przebiega nadzwyczajnie, nadspodziewanie dobrze. Koty bawią się tak, że oczu oderwać nie można, aczkolwiek ze zdjęciami już jest problem. Przemieszczają się bowiem z prędkością ponaddźwiękową. Ale staram się i w końcu je przyłapię. Koteczka poczyna sobie coraz śmielej, ciągle jeszcze jest płochliwa, ale coraz mniej. Nie była jeszcze na niczyich kolankach (na rękach tak, acz niechętnie), ale zaczekamy.
Zdjęcia mam tylko takie (plama na dywanie jest sprawką pawia eee, ten, Wałka znaczy):















Malinka pięknie się bawi piłką, Czajnik jakby nie wiedział, do czego ten przedmiot służy. Nie rusza go.

Nie uwierzycie, bo sama z trudem w to wierzę! Zajrzałam przed chwilą do mojej szafy, a tam! Tadam! Obydwa koty spały na tzw. kupie! O zdjęciu oczywiście nie ma mowy, bo Czajnik na mój widok zaraz wyszedł. Czy to nie piękne?