niedziela, 20 listopada 2016

Niedziela jak niedziela...

Bardzo żałuję, że kiedy byłam tydzień temu (to już tydzień?) w Warszawie, nie miałam jeszcze tej torebusi:


Wyobrażam sobie, jakie miałabym wejście na wiadomą imprezę. Takie prawdziwie kurze...
Torebusię jednakowoż nabyłam dopiero dzisiaj i to za całą dyszkę. Trudno. Będzie na następny raz.
Nabyłam ją w miasteczku na jarmarku połączonym z pchlim targiem. Po drodze, ledwo wyjechaliśmy za bramę spotkaliśmy ogromne stado żurawi:


Najwidoczniej lubią okolice Tick City, w innym miejscu nie widziałam ich tak dużo naraz.
Jarmark łba nie urywał, poza stoiskiem Kingi Lawendowej. No ale Kinga to instytucja sama w sobie, ma piórko w tym co wiecie, pałer wszędzie i kreatywność w małym paluszku:



 która robiła z dzieciakami takie śliczności:


 Poza tym było trochę takiej sobie ceramiki, mydło i powidło oraz już moja torebusia. I jeszcze coś, co mnie urzekło. Haftowane haftem płaskim poduchy. Urzekły mnie tym, że były inne, bo haft niczego nie udawał i nie odtwarzał. Ani Jana Pawła II, ani "Słoneczników" van Gogha, ani innej bitwy pod Grunwaldem. Były bajkowe i bajecznie kolorowe:





To jest okładka do konkretnej książki (jak widać) z szarego płótna
Poduchy urzekły mnie także dlatego, że sama kiedyś haftowałam bardzo zbliżone wzory i aż mnie naszła ochota, żeby znów pohaftować. Nigdy nie ciągnęły mnie precyzyjne szlaczki, serwetki, obrusy mychelieu, chociaż doceniam ich urodę i kunszt wykonania. Mam gdzieś w starym komputerze zdjęcia moich poduch, tutaj mam tylko jedno:

 
Którym zresztą się posługuję w awatarze. Inne - zdjęcie koguta - ma Mika. Kogut w charakterze poduszki pyszni się u MartyMarty na sofie. Kiedyś znalazłam w necie jakiś sklep internetowy, który w swoim banerze posługiwał się zdjęciem mojej poduszki pt. "Nocne koty", która to poduszka leży sobie spokojnie na tapczanie u Izuni. Po wymianie korespondencji sklep zdjęcie usunął, ale łatwo nie było. To ja musiałam udowadniać, że nie jestem wielbłądem! No ale co ja Wam będę mówić, wiecie, jak jest. Bezhołowie.
Wychodzi na to, że jeszcze nie byłam kurą, a już ciągnęło mnie do drobiu i kotów:) Oj, jakbym sobie jakieś ptastwo pohaftowała!
Poduchy na jarmarku były w różnych wielkościach. Największa, taka większa niż zwykły jasiek kosztowała 130 złotych. Ponieważ dobrze wiem ile to wymaga pracy, uważam, że to niedużo. O te mniejsze nie pytałam.
Poza tym popracowałam kapkę w zaciszu domowym i tak minęła słoneczna i ciepła listopadowa niedziela. Czego i Wam życzę.
Co nie zwalnia nikogo z zachłystywania się kalendarzami Biała Kura i Piękne Koty i Psy. Pewnie niektórym wydaje się, że nowy rok to jeszcze ho, ho! Otóż nie ho, ho, tylko dobry miesiąc i po ptokach oraz po kalendarzach. Będzie puacz i zgrzytanie zębów, a kalendarze będą tylko wspomnieniem...

piątek, 18 listopada 2016

Biała Kura 2017 w pełnej krasie

Białe Kury już nad Polską i światem fruwają, można więc przeciąć wstęgę i dokonać odsłonięcia. Jesteśmy dumne z naszego trzeciego już kalendarza, chociaż pewnie moglibyście kupić sobie o wiele piękniejszy, na lepszym papierze, z okienkami, kukułką, postumencikiem i fontanną. Jednak nie będzie on miał tego, co ma Biała Kura - duszy! Jest w niej bowiem kawałek duszy każdej(-go) z Was, bo bez Was nie byłoby niczego. Ani kalendarza, ani Skarpety, ani - nie bójmy się tego słowa - uratowanych dzięki niej zwierząt. Kalendarz i Skarpeta dają bezcenne poczucie, że nie jesteśmy kompletnie bezradni wobec dramatu zwierząt i często ich właścicieli. Dzięki Białej Kurze i Pięknym Kotom i Psom wiemy, że jesteście gotowi spieszyć z pomocą na skinienie, jeśli nie starcza środków ze Skarpety. Niech podsumowaniem będą słowa jednej z najwierniejszych fanek kalendarzy, Kurnika i ZMD: te kalendarze (mam i w domu i w pracy) i ta radość, że mogę brać udział w czymś tak dobrym, po prostu dobrym. To ja dziękuję, bo czuję się tak radośnie (...) oglądając je czuję dokładnie to samo co wtedy, gdy głaszczę moją kocicę a ona mruczy i się przytula :) Jesteście wielkie!!!
E. dziękuję! Za wszystko!
Tegoroczna Biała Kura zawiera rysunki trzech osób - jeśli ktoś jeszcze nie wie - Ewy2, Kjujewny i moje. Poszło nam śpiewająco, a inspiracją były prawdziwe, najprawdziwsze zdarzenia w wykonaniu Waszych zwierząt. Opowiedzieliście mi ich dużo, ale musiałam wybrać - z bólem - dwanaście. Niech mi będzie wybaczone, musiałam dokonać wyboru. Było ciężko, chociaż dostałam od Was wszelkie plenipotencje.
Przechodzę wreszcie do rzeczy i przecinam wstęgę. Tadammmmmmmmm! Biała Kura w pełnej krasie! Uprzedzam, że zdjęcia na blogu są słabe, ponieważ są to zwykłe fotki w formacie jpg. o niedużej rozdzielczości. W kalendarzu to jest żyleta!

STYCZEŃ
Inspiracją był Mopek, pies Mnemo:
Mopecek jest grzecznym psem, ale jak się zdarzy go nie upilnować, to w ciepłe dni napotykając kałużę, z lubością w nią włazi, kładzie się i tak oblepia tym błotkiem. Kiedyś wlazł do jakiegoś rowu na łące, a jak już wylazł wyglądał jakby był w czarnym, lateksowym kombinezonie... 


rys. Hana
Piękniś Mopek - styl i szyk, do bajora cichcem myk.
Na nic fryzjer, koafiura, lepiej w błotku taplać pióra (Hana)

LUTY
Opowieść Opakowanej:
Jednego roku nam sie udalo NIE klasc pod choinka psich prezentow przed rozpakowywaniem wszystkich innych, ale pies i tak poszedl pod choinke i poprobowal, no bo moze kielbasa bezwonna jakas jest....usiedlismy, juz z psimi prezentami na miejscu i mowimy do niej - idz! szukaj! szukaj! pies trafil jak nalezy. I kochana nasza Sally zaczela rozszarpywac papiery z wielka psia radoscia. Do tego stopnia, ze jak niezle szarpnela to papier poszedl w jedna strone, zabawka trafila w choinke a kielbasa poleciala za telewizor obok, rhehrehre
p.s. szukala tej kielbasy dlugo, az sie zlitowalismy i ktos wpelzl za telwizor z jakims drągiem i wydlubal jedzenie...
rys. Kjujewna Maja
Sally mądra i kochana,
prezentu szukała od rana.
rozpakowała go z taką radością,
że telewizor oberwał kością (Marta&Rucianka).

MARZEC
pod znakiem Błyskotka, koteczka Rabarbary.
           Błyskotek, rudzielec Rabarbary (pamiętacie ubiegłoroczną akcję pod kryptonimem "Zwierzaki Mamalinki"?) Barbara przygarnęła trzy koty, w tym Błyskotka - rozrabiakę jakich mało, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziała. Otóż Błyskotek wlazł był na słup i nie potrafił z niego zejść. Cóż było robić? 
                                              Barbara zakasała spódnicę i też wlazła na słup...                                                                                                                    
rys. Ewa2
                           
Żeby upolować łup,
po to polazł na ten słup.
Rabarbara dzielna była, sprytnie sobie poradziła
z łobuziakiem rozbrykanym, ale jakże ukochanym (Rucianka).


KWIECIEŃ
należy do Saby, prawie łyżwa Mariolki:

Saba uwielbia aportować- w końcu to pies myśliwski - prawie wyżeł, czyli łyżew.

Jej ulubiony sprzęt do aportowania to... buty.
Wielokrotnie najadłam się wstydu, kiedy wychodzący goście nie mogli znaleźć swojego sandała czy kozaka, a ja wyciągałam go (ten but znaczy) spod łóżka albo z psiego legowiska. Oblizany doszczętnie i wzbogacony o rude kłaki ;)))

rys. Hana
Pewna Saba od Mariolki,
zeżarła buty swojej idolki.
Ten sam los spotkał laczki sąsiada, 
chociaż wiedziała, że nie wypada (Rucianka).
                                            
                                                                              MAJ                                                                                                                                                                                                                                         
Historia Orki i Pandy:

Gdy wchodzimy do parku wita nas prawie zawsze jedna wrona, albo kilka wron.Tuptają za nami,czasami podfruwają,domagając się groszków/purina/. Są czasami tak bezczelne, że potrafią od pleców przefrunąć tuż nad głową uderzając mnie łapkami lub tuż koło ucha, muskając policzek skrzydłem.Tak odważniejsze wrony zwracają moja uwagę na ich obecność i należną im z tego tytułu garść groszków. Chleba nie biorą. Panda leżała sobie na środku trawnika i jadła  spomiędzy swoich łap wysypane groszki. Ta też codziennie rano preferuje śniadanie na trawie.Wokół nas kręciło się 12-14 wron czekających na swoje porcje. Kiedy rzucam, niektóre z nich łapią w dzioba po dwa, trzy groszki, odlatują parę metrów i pracowicie ukrywają je w trawie. Za chwilę przyfruwają po kolejne. I tak po parę razy.Wczoraj jedna była dość nerwowa i zawadiacko odważna. Panda spomiędzy przednich łap je groszki, a ja obserwuję jak wrona się skrada boczkiem do jej ogona. Jedna nóżka w przysiadzie, a druga wyciągnięta w kierunku ogona. Zrobiła kroczek, potem tak samo drugi i złapała w dziób końcówkę ogona Pandy, szarpnęła i w nogi na parę metrów. Panda obejrzała się do tyłu zdziwiona, że nikogo nie ma.Wstała i odeszła na parę kroków dalej.W tej samej chwili wrony dopadły groszków, których nie zdążyła zjeść...

(Zaznaczam, że dla lepszego efektu plastycznego wrony zamieniłyśmy na sroki - przyp. Hana)
rys. Kjujewna Maja
Pandę w ogrodzie sroki napadły,
zwłaszcza od Pandy strony zadniej.
Od moich chrupków wara lebiego,
lepiej ogona pilnuj swego! (Hana).

CZERWIEC
W czerwcu wymiata śliczna Bułeczka Pantery, a właściwie śliczna Miećka też. Obie wymiatają, albowiem wieczne z nimi utrapienie. Z tym, że z Bułką większe. To spiritus movens w Panterowym domu. Każdy dzień niesie niespodziankę...

rys. Hana
Lecz kiedy spojrzy w twarz przenikliwie,
ćwierknie cichutko, zmruży oczęta,
wtedy się sama sobie nie dziwię,
że o złych czynach już nie pamiętam (Pantera).

LIPIEC
Opowieść Ewy2 mrożąca krew w żyłach:
Wieczór, wybieram się spać, ciało moje obfite pod prysznicem sobie moczę, nagle gaśnie światło. Zanim pomyślałam co robić, zapaliło sie znowu, kontynuuję więc ablucje. Za chwilę gaśnie znowu, tym razem się nie zapala. Przez uchylone drzwi widzę, że jasno jest w pokoju, więc to nie awaria, a pewnie żarówka. Zakręcam wodę, sięgam po ręcznik i mam zamiar iść po świeczkę, wyłażę z kabinki, idę do drzwi, słyszę pstryk i światło się zapala. Mokre włosy stają mi dęba, JESTEM W DOMU SAMA!!! Wyglądam ostrożnie, a tu na szafce przy drzwiach stoi wyciągnięty na całą długość kot i bawi sie kontaktem!

rys. Ewa2
Gdy za długo kąpiesz się,
wówczas kotek nudzi się.
wtedy taki numer wytnie:
zgasi ci światełko sprytnie (Rucianka).

SIERPIEŃ
Sierpniem zarządza Beza, wirtualna siostra Czajnisia, o której mówi jej mama - Bezowa Ania:
Moja Beza jest bardzo grzeczna. Jest jednak jedna sytuacja, która może nadawałaby się do kalendarza i nawet popełniłam jedną zwrotkę wierszyka na tę okoliczność - Beza wszystko co się da, znosi w zębach do mojego łóżka. 
rys. Kjujewna Maja
Beza, cudna ta koteczka,
lubi znosić do łóżeczka
wszystkie lary i penaty
oraz garnki i krawaty (Marta).

WRZESIEŃ
wspomina Mika:

Mój poprzedni gończy zrobił z szynką takie czary, że po podłodze walała się jeno siateczka... I jeszcze wspiął się po kilku szczeblach po drabinie wiodącej na strych, bo tam się suszyła swojska kiełbaska, której pętko sobie ściągnął...


rys. Hana
Pewien gończy w Zakopanem,
poczuł straszny głód nad ranem.
A gdy głód tak psa przyciśnie,
to i na drabinie zwiśnie (Hana).

PAZDZIERNIK
należy do Ninki i Songo:
Mój Songo nie rozrabiał za bardzo, tylko raz zdarzyło mu się coś poważniejszego - zbił szybę w regale. A było to tak: w okresie bożonarodzeniowym przestawiam meble w pokoju, żeby zrobić miejsce na choinkę. Stół stoi wtedy przy wersalce, a jeden z foteli plecami do regału. Kot wtedy bardzo lubił leżeć na górze oparcia fotela, bo stamtąd miał na wszystko dobry widok. Lubił też bieg z przeszkodami - wersalka, stół, jeden fotel, drugi fotel, w różnej kolejności. I podczas takiego biegu skoczył na sam koniec oparcia tego fotela, który stał tyłem do regału, fotel stracił równowagę, pięknym łukiem poleciał do tyłu i rąbnął w szybę, która oczywiście się rozbiła. A kot prysnął z pokoju zanim zorientowałam się na dobre, co się właściwie stało...

rys. Ewa2
Kotek Songo tak świętował,
że w regale wylądował.
Ninka wszystko wybaczyła,
szkło zamiotła, odkurzyła (Rucianka).

LISTOPAD
to bardzo smakowita opowieść Gorzkiej Jagody:
Przez kilka dni nie wybierałam kurom jajek z kurnika. Kiedy więc je w końcu wybrałam, to zebrał się prawie cały kosz, około 30. Niosę ci ja ten kosz do domu, a tu mąż pilnie woła. Postawiłam go więc (kosz z jajcami, nie męża) na ławie na ganku i poszłam sobie. A że urwanie głowy było, to o jajkach zapomniałam. Wieczorkiem mąż pyta, po co ten kosz tak sobie stoi? To mu mówię, żeby przełożył jajka do spiżarni, a on na to:"Jakie jajka?" Lecę patrzeć, a tam jedno jedyne jajuszko smętnie sobie leży, poza tym ani śladu. Czysto, sucho i pusto. Tylko Luna podejrzanie się oblizuje i coś jakby skorupki kawałek pod brodą przyklejony ma... Wywlokła wszystkie jaja delikatnie, zeżarła dyskretnie, chyłkiem i milczkiem. Jedynie kilka odłamków skorupek zostało. Obawiałam się, że się rozchoruje, ale nic jej nie było. Tylko przez dwa dni bąki puszczała.


rys. Kjujewna Maja
Chcecie bajki? Oto bajka,
taka bajka o stu jajkach.
Jakich jajkach, zapytacie?
O tych, co w koszyku macie.
Jajek nie ma? Gwałtu! Rety!
Luna zjadła je, niestety (Kjujewna).


GRUDZIEŃ
to gwiazdkowa opowieść Marii:
Choinka u nas, miedzy innymi z powodu kota, zawędrowała na piec kaflowy, w którym się pali w zimie i dlatego kotek całą oktawę sypia pod choinką. Oczywiście od czasu do czasu zrzuca jakąś bombkę, ale to chyba niechcący...

rys. Ewa2
Myk to kocur nad kocury,
na zabawki patrzy z góry.
Śni o jednym cały rok,
by na bombki zrobić skok (Hana).

No i oczywiście okładka:

całość kalendarza komputerowo uładziła Marija
Jest ktoś jeszcze nieprzekonany? Może woli ktoś piękne koty? I psy? Gosianka rwała włosy z głowy, bo jej tymczaski to sama słodycz, wdzięk i bezpretensjonalność. I wybierz tu człowieku tylko dwanaście zdjęć! Jednak dała radę i oto jest - PKP, czyli Piękne Koty i Psy!
Gdyby ktoś, coś, spieszcie się. Niewielki dodruk właśnie się robi, a trzeciego raczej nie będzie. Tutaj (klik) znajdziecie szczegółowe wskazówki.
I jeszcze coś bardzo ważnego. Gosianka i ja dziękujemy Wam za zaufanie, zaangażowanie i całokształt. Zamawiacie kalendarze w ciemno - śmiem twierdzić, że to jedyna taka sytuacja w Europie, a może i na świecie:)
Ufacie nam, a to dla nas nie ma ceny.

DZIĘKUJEMY!


wtorek, 15 listopada 2016

Słit focie

Jakoś nie mogę wrócić do prozy życia po ekscesach w stolycy. To znaczy wróciłam, ale z trudem. Fajnie byłoby pławić się dłużej w życzliwym blasku Kur, ale rzeczywistość skrzeczy. Pogoda u nas obrzydliwa, a to mgła jak mleko, a to szadz i ślizgawka, a to deszcz jak z cebra. Zdążyłam trochę ogarnąć gumno, pochować te wszystkie durnostojki i donice, zgrabić liście tam gdzie powinny być zgrabione i zapadła mokra ciemność. Inwentarz całymi dniami przysypia wokół pieca, chętnie dołączyłabym do nich na resztę zimy. Nawet mieliśmy rano taki pomysł - żeby przespać cały dzień. Nic strasznego nie stałoby się z tego powodu, tylko małe opóznienie tu i tam. I ta pokusa w zasięgu ręki sprawiła, że jednak zwlekliśmy się i wyruszyliśmy na podbój dnia. Potem pomyślałam sobie, że bardzo chciałabym wyzwolić się z wewnętrznego przymusu wykonywania różnych powinności, które często wcale nimi nie są. Nie mam na myśli pracy, do której trzeba pójść, ani dzieci, które trzeba zaprowadzić do szkoły. My mamy pracę w domu i nikt mi premii nie obetnie, jeśli nie stawię się w biurze. Powiem więcej - nikt mi tej premii nie da! Dzieci do szkoły też już się naodprowadzałam, nie mówiąc o podpisywaniu listy obecności w hucie. Rano, w ciepłym łóżku, pokusa była wielka, ale już widzę, jak po 2-3 godzinach żarłyby mnie wyrzuty sumienia. Że te liście leżą, że donice stoją, że tłumaczenie czeka, okna brudne, w szafie bajzel, itd. itd... Kurczę, a kogo to obchodzi oprócz mnie? Co się stanie, jeśli liście poleżą do wiosny, a w szafie za tydzień znów będzie bajzel?
Takie to głębokie przemyślenia dzisiaj mnie naszły. Konkluzji nie mam, niestety. Jak mnie żarło, tak mnie żre. No ale to była dygresja - miały być słit focie i będą.

Czekamy na wiosnę:






Tak było rano:

fot. Ognio

Ten słynny płot bynajmniej nie jest ze sznurka (fot. Ognio)
fot. Ognio

A tak chciałabym aby było:


niedziela, 13 listopada 2016

Wszystko przez JolkęM.

Której należy serdecznie podziękować, co niniejszym czynię! JolkoM., dziękuję! Gdyby nie Ty, nie byłoby wielkiej mobilizacji. A było to tak. Jakiś czas temu zadzwoniła do mnie Tempo Giusto, że 12 listopada w stolycy będzie JolkaM. i może by tak... i wydarła ze mnie prawie obietnicę. Prawie, bo nie planuję z wielkim wyprzedzeniem ze względu na konfiguracje rodzinne i ich zmienność. Niestety, JolceM., też posypały się plany i nie przyjechała. Pewne kroki zostały jednak przedsięwzięte, warszawskie Kury skrzyknięte, Opakowana zaoferowała mi WŁASNY pokój z włóczkami, toteż spakowałam lary i penaty i jazda! Na samym wstępie gps nabrał wody w usta i przestał się do mnie odzywać, ale nie ze mną te numery. Tylko w w swoim lesie Opakowana robiła za gps przez telefon. Trochę gorzej poszło mi nazad przez ten sam las, no ale za przewodnika koniec języka - jak mawiał mój Tata. Dzisiaj śnieg nie padał, błoto spod tirów nie bryzgało i oto jestem!
Nie wiem od czego zacząć. Zacznę od piątkowego popołudnia i wieczoru w małym, białym domku Opakowanej, który  to wieczór przegdakałyśmy jak na Kury przystało. Opakowana, wcale mnie nie zagadałaś na śmierć, to raczej mnie się wydaje, że dziób mi się nie zamykał (no, może przy puddingu!). Krótko mówiąc, w tej dziedzinie idziemy łeb w łeb. A prawdziwy british pudding był pyszny!
Tak więc nedejszła sobota i udałyśmy się na miejsce zlotu. Hasło Stefan Bażant otwierało nam drzwi, przez które szły jak następuje (kolejność mogła mi się pofyrtać): KolKa (tak, TA KolKa z Gdańska), Elaja, Maszowa, Ewa z Antygony, Grażyna Wenezuelska, AniaM. MnemoMasza, Tempo Giusto i Kalipso, która dała mężowi i dzieckom na kino, żeby z nami pogdakać. Nie dojechała CzeKo, niestety. Szkoda, bo poza wszystkim razem z Kalipso zaniżyłyby nam średnią wieku:)
Poza hasłem miałyśmy na głowie szereg rotacyjnych znaków rozpoznawczych:


Marija, widzisz to? Maszowa jest wdzięczną modelką, co nie? Woalkę musiałam skrócić, bo trochę zasłaniała widok.

Diaboliczna Kalipso o czarnych oczach

A Mnemo to już w ogóle

Nie mówiąc oTempo G.

TG wręcza mi ślubny wianek na wypadek gdyby Ognio kiedyś się oświadczył. fot. (Elaja)

Pożyczyłabym, ale Opakowana już ma Ślubnego. To bez przesady.

Jednak co Kura, to Kura...

Kurom we wszystkim do dzioba

Ewie z Antygony się pomyliło

Nie mówiłam, że Kurom do dzioba?
Myślicie, że nie jesteśmy jeszcze spalone w stolycy? (fot. Elaja)
 Plany ogólne:





KolKa z Grażyną słuchają orędzia PrezesKury
I tak nam niepostrzeżenie minęło kilka godzin. W większości nie spotkałyśmy się nigdy dotąd, a jednak było tak, jakbyśmy znały się od dawna. Kiedy zaczynałam przygodę z blogiem nie miałam pojęcia, że zadzieją się takie cuda! Nie przestaje mnie to zadziwiać i cieszyć, bo takie spotkania dowodzą, że blogowanie ma sens. Inaczej nie spotkałabym Was przecież! Bez Was nie byłoby kalendarzy, kilka zwierzaków nie miałoby nigdy domu, nie nawiązałyby się przyjaznie i nie byłoby mnóstwa innych, niewymiernych korzyści.
Bardzo się cieszę, że zlocik doszedł do skutku, los był łaskawy i nie pokrzyżował nam nadmiernie planów (wyjąwszy oniemiały gps). To był pięknie spędzony dzień - było serdecznie i bardzo wesoło! Miód-malina, jako rzekła Elaja. Dziękuję!
To mówiłam ja - zwruszona PrezesKura.