niedziela, 7 stycznia 2024

CHOINKA


         Święto Trzech Króli kończy czas świąteczno-noworoczny; większość ludzi rozbiera choinki (u nas już jedna od wtorku stała pod śmietnikiem), ale moja nawet jeszcze nie zaczęła za bardzo opadać, więc niech sobie stoi. 
        Na Facebooku wciąż ostatnio trafiam na wspomnieniowe artykuły opisujące peerelowskie święta. O tym jakie były skromne i jak dziś się wszystko zmieniło. Rzeczywiście, wiele się zmieniło, a raczej chyba zmodyfikowało, ze względu choćby na łatwiejsze sprzątanie, gotowanie, zakupy.
        U mnie najmniej (pomijając ewolucję światełek od osadzonych w lichtarzach świeczek, do dzisiejszych lampek led) zmieniła się choinka. 

Zwykle jest żywa i niewiele na niej nowych ozdób, bo pieczołowicie przechowuję stare bombki i ozdoby - niektóre pamiętają moje dzieciństwo i mają przeszło sześćdziesiąt lat. Na pierwszych trzech zdjęciach poniżej są bombki kupowane jeszcze przez moja mamę. Mają około pięćdziesięciu lat. Mam ich więcej. Na czwartym zdjęciu ptaszek (bombka za ptaszkiem też z tych pięćdziesięcioletnich), który jeszcze pamięta nasze poprzednie mieszkanie, więc ma minimum sześćdziesiąt lat. Był bardzo zniszczony, ale odnowiłam go używając srebrzanki, lakieru do paznokci i nowych piórek. Mam jeszcze dwa takie ptaszki, ale niestety, straciły ogonki, co odkryłam podczas ubierania choinki i już nie miałam czasu ich naprawić.

       





        Robię też sama choinkowe ozdoby, tak jak moja babcia, która szyła krasnoludki wymyślone przez nią dawno temu, kiedy moja mama była małą dziewczynką (to krasnoludki z filmu o królewnie Śnieżce, z 1937 roku, na którym mama była z babcią w kinie jeszcze przed wojną). Szyła też z koronki sukieneczki małym, celuloidowym laleczkom.
Ja zrobiłam z koronki kilkanaście takich ozdób, jak na zdjęciu.
 

A to przeszło sześćdziesięcioletni dziadek wszystkich krasnali, na pierwszym zdjęciu widać, jaki jest zniszczony, ale nic w nim nie zmieniłam, traktuję go jak zabytek i drogą sercu pamiątkę.



        Mama pomagała babci przy krasnalach i robiła jeżyki z gładkiej bibułki, i gwiazdki z pasków białego papieru, a z moją siostrą i ze mną pawie oczka, łańcuchy z kolorowego papieru i pajace z wydmuszek.
        Kiedy miałam już własne dzieci, postanowiłam odtworzyć krasnale babci. Już nie było z nami ani babci, ani mojej mamy, ale doskonale pamiętałam - choć miałam tylko kilka lat - jak babcia je robiła, jak mama rysowała im oczy piórkiem kreślarskim i barwiła różem do twarzy policzki i nosy. Został mi ten jeden krasnal (ze zdjęć powyżej) robiony przez babcię i mamę, ale kiedy ja szyłam swoje, ten leżał w pudle z ozdobami. Nie pamiętałam, że jest taki malutki i moje wyszły dwa razy większe. Te krasnale mają już około 30 lat i tak ze cztery lata temu poddałam je liftingowi, hrehrehre, wymieniając na nowe brody, wąsy i "futerko" przy czapkach. 
                
    Tego krasnala zrobiliśmy kilka lat później razem z moim synem. Krasnal ma kombinezon i okrągłą buźkę bez wystającego nosa - tak sobie mój kilkuletni wówczas synek wymyślił.                 
                                             

        Wciąż chcę zrobić trochę nowych krasnoludków i inne ozdoby. Kupiłam też malutkie laleczki, choć nie z celuloidu, i chcę im uszyć koronkowe sukieneczki. Mam nadzieję, że kiedy w końcu moje oczy zostaną doprowadzone do możliwie dobrego stanu, będę mogła się tym zająć.
        Na zdjęciach jest czerwony łańcuch zrobiony z papierowego sznurka. Ma dobre kilkanaście lat i zawieszam go co roku. Mam więcej różnych łańcuchów, ale od kiedy zrobiłam ten, jakoś żaden inny mi nie pasuje.

P.S.1. Zdjęcia marne, bo z telefonu. Zrobiłam ich mnóstwo, ale te są najlepsze. Już nie miałam cierpliwości, żeby robić nowe.
P.S.2. Choinka bardzo nieostra, ale wybrałam po prostu ładne zdjęcie, nie patrząc na jakość.
P.S.3, Na pierwszym zdjęciu szopka, której główną konstrukcję zrobił Jacek. Ja dodałam ścianki z patyczków i korę na dachu, żłóbek z Jezuskiem robił ojciec mojej znajomej, a figurki do szopki (oprócz aniołka) kupiłam na starociach za grosze, bo brakuje pośród nich Józefa. Uznałam to za znak czasu, pełno teraz samotnych matek 😉


niedziela, 31 grudnia 2023

DOBREGO ROKU!

     

                              


 
                    

                W komentarzu pod świątecznym postem Agniecha napisała: "Przydałby się DOBRY rok." I naprawdę by się przydał. Dziś, w sylwestra, takiego właśnie roku wam życzę - solidnie dobrego, satysfakcjonującego. Bez fajerwerków, ale z sukcesami. Bez upadków, ale najwyżej z malutkimi potknięciami. Bez chorób i zdrowotnych powikłań. Pełnego spokoju, zadowolenia, łagodności. Niech trwa to, co dobre, niech się prostują kręte ścieżki, niech światło rozjaśnia ciemności - do siego roku!

                        Zaraz rok odejdzie stary, zaraz szampan się poleje,
                        zaraz noworoczny ranek nowe ześle nam nadzieje.
                        Znów będziemy prosić przyszłość, żeby lepsze dała karty,
                        niech więc będzie dla nas DOBRY nowy rok - dwudziesty czwarty.
                        Gdy świat coraz szybciej krąży w nieśmiertelnej karuzeli,
                        zatrzymajmy się na chwilę, żeby pięknie radość dzielić,
                        żeby w naszym ciągłym pędzie móc odetchnąć ze swobodą,
                        żeby poczuć nieodmiennie, że wciąż duszę mamy młodą,
                        że lat bagaż - większy, mniejszy - który nasze barki gniecie,
                        nic nie znaczy, póki miłość, przyjaźń, dobro są na świecie.
                        

P.S.
Dobrej zabawy sylwestrowej życzę 🙆

                                                    Ninka.

Teraz mówię ja, Hana.

Nie napiszę wiersza - jak Ninka, ale mogę życzyć Wam czasu najpiękniejszego w życiu, niech trwa wiecznie albo chociaż długo. Bądźmy zdrowi my, nasi bliscy, przyjaciele, zwierzęta. Niech - za naszą sprawą - odetchnie ten udręczony świat, niech sczeźnie i przepadnie zło, głupota, chciwość!

Ściskam Was - mimo wszystko - optymistycznie!

PS. Wałek wraca do pełni sił, goi się jak na przysłowiowym psie. Dreny zostały wyjęte, za kilka dni wyjmiemy szwy. Mam jazdę, bo rany są w takim miejscu, że niczym i za nic nie mogę mu tego schować, bo się drapie. Ostatnie dni spędziłam na wymyślaniu, szyciu i wiązaniu różnych wdzianek. Kicha. Zwykła bandana trochę pomaga. Muszę pilnować bez przerwy.

niedziela, 24 grudnia 2023

I JUŻ ŚWIĘTA!

 Nasza kochana PrezesKura, zajęta biednym Wałkiem, z pewnością nie ma czasu na pisanie postów, więc w jej i swoim imieniu życzę Wam wszystkim, Drogie Kury, i oczywiście zaglądającym tu ewentualnie Kogutom i Kurczaczkom, mile spędzonych Świąt, bez zgrzytów i zdenerwowania, a za to w dobrym towarzystwie. Życzę dużo zdrowia, radości, kaski wedle potrzeby, spełnienia marzeń, realizacji planów i dobrego samopoczucia. Niech przyszły rok będzie dla Was pomyślny i niech się rozwiążą światowe i krajowe (ciągle nas denerwujące), a przede wszystkim Wasze problemy. Całuję Was i ściskam serdecznie, wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku życząc💖


                                    


P.S. 
Na zdjęciu skarpetowy skrzat zrobiony już cztery lata temu. Miałam zrobić takich więcej w tym roku, ale nie wyszło.

wtorek, 19 grudnia 2023

TROCHĘ O MNIE - ciąg dalszy.

 


        To jeszcze rzutem na taśmę - przed świątecznym postem - dalszy ciąg historii mojej pisaniny 😁

        W tym samym mniej więcej czasie zaczęłam trafiać  na różne blogi, które najpierw czytałam tylko, a dopiero później zaczęłam komentować. Najpierw to były blogi kraftowe – robienie kwiatów, kartek, biżuterii, haft, druty, szydełko. Było na nich dużo różnych kursów i kursików i wiele się z nich nauczyłam. Zwykle na każdym z blogów były na bocznych paskach zalinkowane inne i tak, od rzemyczka do koniczka, trafiłam do GosiAnki (wtedy Anki Wrocławianki), do Dżungli Pantery i na wiele innych blogów, których wyliczenie zajęłoby mi bardzo dużo miejsca, a wreszcie do Kurnika. To właśnie na tych blogach zaczęłam brać udział w zabawach literackich (szczególnie u Pantery), a potem już sama, często zainspirowana tematami postów, pisałam jakiś krótszy lub dłuższy wiersz. Sporo było wierszyków „adopcyjnych” u GosiAnki, kalendarze (to były czasy!), ale za pierwsze moje poważne dokonanie uznaję tłumaczenie modlitwy „SLOW ME DOWN, LORD”.

Zatrzymaj mnie, Panie,
W moje serce spokój wlej,
Ciągle rozbiegane
myśli uspokoić chciej.
Mój codzienny pośpiech
Ukój majestatem gór,
Ciało, wciąż napięte,
Niech rozluźni rzeki nurt.
Dajże mi odpocząć
W śnie spokojnym całą noc,
Pokaż mi, jak umieć
Z piękna kwiatów czerpać moc,
Z rozmów z przyjacielem,
Z dobrej książki paru stron,
Z miękkiej sierści zwierząt,
Którą czuje moja dłoń.
Zatrzymaj mnie, Panie,
Bym swe wnętrze poznać mógł,
By moje marzenia
Rosły w świetle gwiezdnych dróg.

Pisałam ten wiersz wręcz w natchnieniu, chociaż nie znam angielskiego tak dobrze, jak powinnam, żeby się podejmować takich tłumaczeń.

    I tak się to toczyło. Moje wiersze były na ogół optymistyczne, aż do chwili, kiedy zaczęły odchodzić nasze blogowe koleżanki: DamaKier, Ela Merko, Ewa, Mika… Były też wiersze poświęcone odchodzącym zwierzętom, a jeden z nich napisałam dla córki, kiedy jej króliczka Fruzia przeniosła się za Tęczowy Most.

 

Gdzieś, hen, za Tęczowym Mostem
Są łąki pełne stokrotek
I w bujnej zielonej trawie
Lśnią mniszków słoneczka złote.
Tam, nad przejrzystym strumykiem,
Pod nieba kloszem chabrowym
Skaczą beztrosko króliki
szczęśliwe, wesołe, zdrowe.

Nocami, gdy srebrny księżyc
Odbija się w kroplach rosy,
Jedzą pachnące ziół pędy
I marszczą zabawnie nosy.
Gdy przyjdzie lato, bezkarnie
Łasują w winogron kiściach,
A kiedy nadejdzie jesień,
W suchych chowają się liściach.

A śnieg? Czy czasem tu pada
Z chmurek na niebie jasnym?
Czy królik może z rozpędu
W puszyste wskakiwać zaspy?
A potem w zacisznej norce,
Chrupiąc przepyszne źdźbła siana,
Pomyśleć sobie, że wiosna
Będzie już jutro, od rana!

I tylko czasem niektóre
Pośród najlepszej zabawy,
Skoków, harców, biegania,
Stanąwszy słupka wśród trawy,
Porozglądają się wkoło
Ruszając swym noskiem małym;
Patrzą, czy skądś nie nadchodzi
Ktoś dawno już niewidziany,
A potem skokiem zuchwałym
Wprost w niezachwianą pewność
Wpadają, niezłomnie wierząc,
Że przecież przyjdzie! Na pewno!

Gdzieś, hen, za Tęczowym Mostem
Są łąki pełne stokrotek
I w bujnej zielonej trawie
Lśnią mniszków słoneczka złote.
Tam, nad przejrzystym strumykiem,
Pod nieba kloszem chabrowym
Skaczą beztrosko króliki
szczęśliwe, wesołe i zdrowe.

     A kiedy zaczęło się w moim życiu robić źle, , kiedy zachorował Jacek, a ja zaczęłam mieć duże kłopoty ze wzrokiem, kiedy stres zaczął rządzić moim życiem i sprawiał, że koncentrowałam się niemal wyłącznie na teraźniejszości, napisałam taki wiersz: 

Gdzie są rojenia me dziecięce,
naiwne, barwne marzeń tęcze?
Trwają gdzieś w czasie, niespełnione,
jak owad w bursztyn zatopione,
cudowne, jasne sny dziecięce…

Gdzie są dziewczęce me marzenia,
zamków na lodzie drżące lśnienia?
W mgle westchnień smutnych się rozwiały,
w przestrzeń minioną uleciały,
magiczne serca przyspieszenia…

Gdzież są kobiece me fantazje,
piętrowe gmachy wyobraźni?
choć chcę - przywołać ich nie mogę,
jakoś zgubiłam do nich drogę,
do moich wszystkich pięknych marzeń…

W klepsydrze czasu uwięzione,
piaskiem wydarzeń przysypane,
ostrzami smutku poranione,
w umysłu głębiach pochowane,
wrócić nie mogą, nie umieją
uchronić mnie przed beznadzieją.

Marzenia moje - zapomniane…

To było w 2019 roku.

     Zaraz potem przyszła pandemia i śmierć mojego męża. Wtedy powstał cały cykl wierszy poświęcony Jackowi. Pisanie tych utworów pomogło mi uporać się z żałobą i smutkiem. Publikowałam wiersze w Rzonach na Facebooku. Kiedy napisałam pierwszy, nie wiedziałam jeszcze, że co miesiąc stworzę i opublikuję kolejny.

Niefejsbukowe Kurki nie mogły ich czytać, więc dla nich jeden tu opublikuję (wszystkie zajęłyby zbyt dużo miejsca).

***

Twojego ciała jasny kryształ
z rąk moich nieporadnych wypadł
i na kawałki się rozpryskał.

Tak bardzo chciałam go utrzymać,
ale w maleńkich okruszynach
przez palce piaskiem się przesypał.

Z nieodróżnialnych, nienazwanych,
wokół stóp moich rozsypanych
drobinek skleić go próbuję…

Lecz już ich nie potrafię złożyć,
żadne staranie nie pomoże,
już je wiatr czasu rozdmuchuje…

     Różne moje wiersze można znaleźć tu, w Kurniku, sporo na blogach „Za moimi drzwiami” i „Świat to dżungla”, są też u Mariji i sama już nie wiem, gdzie jeszcze, hrehrehre. Namawiacie mnie, żeby je wydać… będę próbować, zobaczymy, co z tego wyjdzie.

P.S.
A na zdjęciu zima
choć na razie ni ma 😉


poniedziałek, 4 grudnia 2023

Łatka pozdrawia Kurnik!

To mówię ja, Hana. 

Kto pamięta historię Łatki, malutkiej suni porzuconej w stajni przez "ludzi", którzy się przeprowadzili i "zapomnieli" zabrać psa? Łatkę ogłosiła na swoim blogu Dama Kier, moja córka zobaczyła zdjęcie i bum! Strzała Amora przeszyła jej serce i już jechałyśmy po Łatkę do Strykowa. Moja córka miała już Lamę, też sierotkę porzuconą gdzieś w krzakach, co wszak nie było żadną przeszkodą. Był rok 2014.

O przejęciu Łatki przeczytacie w poście pt. "Garbo powraca w wielkim stylu" z 2014 roku. Dałam link, ale prowadzi on donikąd. Nie mam siły z tym walczyć.

Moja córka Martyna była wtedy w trakcie przeprowadzki. Poprosiła znajomego, aby zaopiekował się psinką przez kilka dni. Tak też się stało. Nikt jednak nie przewidział, że Pan Tymczasowy zakocha się w Łatce z wzajemnością. Sunia tyle już przeszła, że kolejne rozstanie byłoby dla niej kolejną traumą. Prośby Pana Tymczasowego skruszyły serce mojej córki, a że natura nie znosi próżni, puste miejsce zajęła Frytka, którą ze schronu zabrała Martyna chyba nawet następnego dnia. Tak więc happy end był podwójny: zamiast jednej, dom znalazły dwie sierotki. Frytka była z Martyną całe 9 lat, mimo padaczki - odeszła kilka miesięcy temu. A nie była wówczas szczeniaczkiem.

Bajki o Lamie i Frytce można przeczytać w zakładce "Bajki Białej Kury".

Przypominam Wam o tym, ponieważ dostałam wczoraj od Pana Tymczasowego piękny list i masę zdjęć, które pokazuję Wam poniżej i założę się, że wzruszycie się do łez, jak ja! 9 lat! Trudno w to uwierzyć, prawda? Tyle się wydarzyło...

Oto list:

Przepraszam, że nie odzywałem się tak długo, ale kilka dni temu minęło
9 lat od przygarnięcia Fretki i stwierdziłem, że się do Pani odezwę :)
Fretka (i jej brat - Wąski) ma się świetnie i jest nadal tym samym
pieskiem co 9 lat temu. Jest na pewno bardziej najedzona, bardziej
rozpieszczona i nauczona wygody, ale to ciągle ten sam mały, biedny
piesek z opuszczonej stajni. Swoje dni najczęściej spędza na kanapie
albo w swoim posłanku. Od czasu do czasu, jak nachodzi nas nieco
bardziej nostalgiczny, jesienno-zimowy nastrój to czytamy bajkę o
Fretce i czarodzieju (za którą ogromnie dziękujemy!). Czasami aż
trudno nam uwierzyć, że to już 9 lat. Żałuję bardzo, że Dama Kier,
dzięki której historia się poniekąd zaczęła nie może widzieć jak to
opowiadanie się potoczyło, ale jestem jej, podobnie jak Pani, Martynie
i wszystkim zaangażowanym bardzo wdzięczny. Ta mała psinka odmieniła
całkowicie moje życie.
W załączniku przesyłam kilka zdjęć.
Pozdrawiamy serdecznie i życzymy wszystkiego najlepszego!

A teraz miód i orzeszki:
















Panie Marku, dziękuję.

PS. Bajkę o Łatce vel Frecie Garbo można przeczytać w zakładce "Bajki Białej Kury". Napisała ją Damakier.

poniedziałek, 27 listopada 2023

ŚWIĘTO!!!

     No i masz! PrezesKura się ukrywa😉 i przegapiłyśmy szfystkie, a tu taka ważna sprawa! Coś mi od kilku dni chodziło po głowie i w końcu sprawdziłam, że właśnie 23 listopada przemknęła nam po cichutku, niepostrzeżenie, bez fanfar i szampana - tadam! 

       DZIESIĄTA ROCZNICA POWSTANIA KURNIKA!!!
                                               
FĄFARY!!!

                                Hano! Miko - gdzieś tam w Patagonii!

    Niech nam Kurnik trwa jak najdłużej, na co mam nadzieję zapracować memi własnemi rencami!

A teraz:

                                              jesienna róża

                                       letni tort brzoskwiniowy

                                

                                    i polewajcie, co tam chcecie!


P.S. Znajdzie się Kura, która pamiętała?

wtorek, 21 listopada 2023

TROCHĘ O MNIE

 

    


Najwyższa pora na nowy post, a ponieważ wciąż brak mi pomysłów, przyszło mi do głowy, żeby się trochę przed wami pochwalić i jednocześnie opowiedzieć, jak to się stało, że zaczęłam się bawić rymowaniem.
    Od czasów wczesnonastoletnich chciałam „coś” pisać. Próbowałam, owszem, ale nikt mnie nie zachęcał do działania w tym kierunku. Jakieś wierszyki, pamiętnik… chciałam pisać poważne, białe  wiersze, jednak okazało się, że zdecydowanie łatwiej idzie mi z mową wiązaną. Po raz pierwszy wyszło z worka przysłowiowe szydło, kiedy w klasie maturalnej mieliśmy napisać pracę na temat wojny, w dowolnej formie literackiej. Wtedy (przez brak pomysłów i czyste lenistwo) postanowiłam napisać wiersz; zero konkretów, czyste emocje, cztery zwrotki - a ile czasu musiałabym się męczyć z opowiadaniem! Polonistka postawiła pięć i tylko zapytała z wyraźnym zdumieniem: sama to napisałaś?
    Potem porzuciłam pisanie. Na długo.
    Jak wiecie, robię kartki. Jedne z pierwszych, które zrobiłam, to były kartki na Boże Narodzenie - malutkie choineczki wyszyte krzyżykami na starej kanwie, którą znalazłam w czeluściach szafy, muliną też wygrzebaną ze starych zapasów. Zdjęć oczywiście nie mam, wtedy telefony z aparatami nie były czymś ogólnie dostępnym. Narobiłam się trochę przy tych kartkach i nie chciało mi się już wymyślać życzeń, zawsze zresztą miałam z tym problem. Wiedziałam już wtedy, że w sieci można znaleźć wszystko, więc zaczęłam szukać jakichś wierszyków. Były, owszem, ale tak beznadziejne, że postanowiłam sama spróbować. Napisałam trzy albo cztery, wydrukowałam - wystarczyło tylko podpisać i przykleić na kartkę. Potem często pisałam życzenia imieninowe, urodzinowe i na inne okoliczności.
    W tym samym mniej więcej czasie, na przełomie mileniów (Ha! Jak to brzmi!) chodziłam z moimi dziećmi na zajęcia muzyczne, które prowadziła moja znajoma - Alicja zwana Lidką. Przychodziły na nie dzieci  z rodzicami, najczęściej z matkami, często śpiewaliśmy wszyscy razem, zabawa była pyszna (ta grupa stała się zaczątkiem dziecięcego zespołu „Niezapominajki”).  Ale nie tylko śpiewaliśmy. Lidka organizowała wieczory kolęd w okresie przedświątecznym, zakończenia sezonu przed wakacjami, a przez kilka lat Festiwal Piosenki Dziecięcej.
    Na którychś zajęciach Lidka  zaśpiewała nam piosenkę; była to stara, dziecięca wyliczanka, do której jedna ze starszych dziewcząt, przychodzących na lekcje indywidualne, skomponowała (przy pomocy prowadzącej) melodię i dopisała dwie zwrotki. Lidka zaproponowała nam, żeby dopisać więcej zwrotek. Oczywiście nikt się na to nie narwał oprócz mnie, bo od razu wpadł mi do głowy pomysł na rozwiniecie tego tekstu nazwanego roboczo „Diabełek” (pierwsza, oryginalna zwrotka i dwie ostatnie, dołączone najpierw, kursywą, mój tekst normalną czcionką):

Siedzi diabeł na stodole,
aż go słoma w tyłek kole.
Przypatrzcie się ludzie, święci,
jak ten diabeł tyłkiem kręci.

Kręci tyłkiem, podskakuje,
bo ta słoma strasznie kłuje.
Chciałby znaleźć coś miększego,
lecz jak zabrać się do tego?

Poradziły mu dwie panie,
żeby usiadł gdzieś na sianie,
ale w sianie były grabie;
nie wierz, diable, nie wierz babie!

Stary Maciej mu powiedział,
by na pieńku se posiedział,
ale drzazgi były w pieńku.
Oj, niedobrze, mój diabełku!

Wrzasnął diabeł wniebogłosy,
płacze, krzyczy pod niebiosy,
nawet wszystkich świętych wzywa!
Tak to czasem z diabłem bywa.

Święci z nieba w dół spojrzeli,
wielkim śmiechem wybuchnęli!
Oj, ty czorcie, nasz diabełku,
usiądź lepiej na krzesełku!

A na krześle była igła,
co spłatała diabłu figla.
Sekret taki tutaj zdradzę:
świętym ufać też nie radzę!

    Przyszedł rok 2003 i obchody 650-lecia Olsztyna, kiedy między innymi odbył się konkurs na piosenkę o Olsztynie. Został ogłoszony wcześniej, jesienią 2002 roku, i wtedy Lidka powiedziała do mnie: to ty mi napiszesz teksty! Wygłosiła to stwierdzenie z tak niezachwianą pewnością, że nie widziałam innego wyjścia, jak wziąć się do roboty. Powstały wówczas dwie piosenki: „Spacerkiem po Olsztynie” i „Cudze chwalicie, swego nie znacie”. Druga zajęła w konkursie III miejsce, a pierwsza zdobyła nagrodę publiczności. Lidka postanowiła pójść za ciosem i wydała płytę „Piosenki o Olsztynie, Warmii i Mazurach”. Na płycie znalazły się piosenki przez nią skomponowane, w tym obie konkursowe, a ja napisałam teksty do większości z nich. Nie ruszałam w zasadzie tylko jednej, a kolejną poprawiłam na tyle, że jestem z pewnością współautorką, choć nie zostało to zapisane oficjalnie. Inną z kolei napisałam, kiedy już powstały słowa refrenu, a autorstwo całości zostało przypisane mnie. Czyli wszystko się wyrównało ;) Brałam, razem z Dorotą, moją córką, udział w nagraniu tej płyty. W chórkach oczywiście.
    Powiem wam, że rozprowadzenie takiej płyty bez odpowiedniej reklamy i promocji to karkołomna sztuka. Kupowali w zasadzie znajomi, znajomi znajomych , rodziny i znajomi rodzin. Jeszcze w zeszłym roku kupiłam od Lidki płytę dla znajomej, która usłyszawszy ją stwierdziła, że musi to mieć.
    Dla Lidki napisałam też piosenkę-hymn dla dziecięcego zespołu „Niezapominajki” i teksty do tańców narodowych na trzecią z płyt tego zespołu. Ale płyty „Niezapominajek” (trzy) były już tylko dla dzieciaków i ich rodzin. Ja dostałam po jednej sztuce.

„NIEZAPOMINAJKI”

Małe skrawki nieba na ziemię opadły,
w gęstej trawie nad strumykiem cichutko przysiadły,
a w środku ukryły sto złotych pieczęci,
żeby różne ważne sprawy zachować w pamięci.
W co się kiedyś mama z prababcią bawiła,
jakie bajki i piosenki najbardziej lubiła,
jakich wierszy tata uczył się na pamięć,
jak po lekcjach na podwórku dokazywał dziadek.

Ref. Niezapominajki, tak się nazywamy,
o naszej tradycji nie zapominamy.
Dawne opowiastki i piosenki znamy,
nie zapomnisz nigdy o nas, gdy ci zaśpiewamy!

Niezapominajki, tak się nazywamy,
o naszej tradycji nie zapominamy.
Dawne opowiastki i piosenki znamy,
nie zapomnisz nigdy o nas, gdy ci zaśpiewamy!

 Cdn.

P.S.
Taki mi się zrobił kolaż ze zdjęć i nie umiem go poprawić. Płyty są w odwrotnej kolejności, niż powstawały. Licząc od lewej, czwarta i trzecia u góry, druga i pierwsza na dole.

poniedziałek, 9 października 2023

ZNÓW JESIEŃ

Prawie dokładnie przed rokiem Hana opublikowała mój pierwszy post, o jesieni oczywiście. Od tego czasu oswoiłam się z Bloggerem i wrzucam posty sama. A ponieważ mam kłopoty ze wzrokiem, postanowiłam się wykpić tanim kosztem i opublikować wiersz (mniej pisania😁), który znów ma zachęcić do dyskusji. Do jego napisania zainspirował mnie program o Polce, która zamieszkała gdzieś na Karaibach. Zaczęłam się zastanawiać, czy sama bym tak chciała.



W telewizorze karaibska bryza
morze błękitne falami okryła,
bananowcami, palmami kołysze,
muszle wyrzuca z wody przeźroczystej.

Za moim oknem wicher brzóz gałęzie
szarpie, z drzew liście porozrzucał wszędzie,
chmury po niebie przegania potężne,
błyskami słońca oślepia jak fleszem.

Gdy na ekranie tropikalne wyspy,
a tu, za oknem, jesienny dzień dżdżysty,
na myśl pytanie mi przychodzi nagłe,
gdzie bym się chciała znaleźć teraz właśnie.

Czy na tej plaży gdzie piaski złociste
nad morzem ciepłym, na gorącej wyspie?

Nie, ja najchętniej jednak dziś wybiorę
książkę, herbatę, koc, wygodny fotel
i to uczucie, że chociaż już jesień,
a zaraz po niej zima mróz przyniesie,
we własnym domu miłym i bezpiecznym
schronić się mogę przed chłodem jesiennym.
Lub jeśli zechcę, iść z wiatrem się ścierać
i z deszczem mżącym. Kasztanów nazbierać,
podziwiać liście ogniście barwione,
jak mokry dywan w parku rozścielone.

Wolę jesienny deszcz i blade słońce
zamiast tropików na wyspach gorących.


czwartek, 14 września 2023

O KSIĄŻKACH

 




Jak napisałam w którymś komentarzu, kompletnie wyprało mnie z pomysłów na posty. Nawet miałam kilka, lecz wyleciały mi z głowy. Próbuję coś pisać, jednak nic mi się nie podoba, więc na razie zachowuję te teksty na później, może się wyklarują.

Ale… w piątek byłam na targu i (jak zwykle) musiałam obejrzeć stoisko z używanymi książkami. Wpadła mi w oko książka Moniki Szwai „Stateczna i postrzelona”, wzięłam ją i zapytałam, czy nie ma więcej książek tej autorki. Okazało się, że jest jeszcze jedna, „Gosposia prawie do wszystkiego”. Kupiłam obie. Powoli zbieram sobie kolekcję, bo bardzo książki Szwai lubię. Monika Szwaja pokazuje w nich takie fajne podejście do życia, optymizm, otwierające się możliwości i sprawia, że człowiek czuje chęć do działania.  Główne bohaterki (i bohaterowie) jej powieści przeżywają trudne chwile, ale zawsze jakoś wychodzą na prostą. Chcą, żeby świat był lepszy, ale nie moralizują. Są  przyzwoitymi ludźmi, mają poczucie humoru, pasje, talenty, ale są różni, jak różni są ludzie wokół nas i spotykają ich różne, nie zawsze dobre rzeczy. Zawsze jednak promieniuje z tych książek podskórny optymizm, pozytywny stosunek do życia i ludzi. Ja osobiście po przeczytaniu jakiejkolwiek książki Szwai czuję się taka… przytulona.
Taki sam  optymistyczny podtekst mają książki naszej Mariolki, Joasi Kupniewskiej (mam dotąd dwie najnowsze). Po lekturze jej książek czuję się podobnie i myślę sobie: będzie dobrze! Niedawno jeszcze z równą ochotą czytałam książki Małgorzaty Musierowicz, ale jakoś mi się przejadły. A może po prostu z nich wyrosłam? W końcu to książki dla młodzieży J
Przez lipiec i sierpień przeczytałam dziewięć książek Moniki Szwai (te na zdjęciu, wszystkie z drugiej ręki lub za grosze kupowane z jakimś czasopismem) i wszystkie Chmielewskie, które mam (34 sztuki). Część z nich kupiłam sama, część dostałam od siostry, która pozbywała się nadmiaru książek podczas przeprowadzki do nowego mieszkania. Swoją drogą większego, niż miała dotąd. Przeczytałam jeszcze kilka innych książek - niektóre to prezenty, jedną kupiłam na Bazylku, kilka to powtórka starych lektur. I dwie książki w czytniku, kiedy byłam u córki (okazało się przy tym, że nie taki diabeł straszny, hrehrehre). A muszę wam powiedzieć, że teraz czytanie nie jest dla mnie łatwe ze względu na kłopoty ze wzrokiem. Czytam przy pomocy dużej lupy, takiej wielkości zeszytu. Albo dwóch par okularów.
Wybieram do czytania książki optymistyczne, podnoszące na duchu, a unikam poważnych, mówiących o trudnych sprawach, brutalnych, pesymistycznych. Wolę lekki, ale nie byle jaki romans, kryminał, no i bardzo szeroko rozumianą fantastykę. Lubię poezję, ale dawno nie zaglądałam do moich książek z wierszami, choć czasem sobie powtarzam w myślach te wiersze, które znam na pamięć.
No i sporo czytam w internecie - na Facebooku, na blogach.
Jestem bardzo ciekawa, co aktualnie czytacie albo co chcecie przeczytać. Ja planów czytelniczych na razie nie snuję, mam nadzieję, że sobie odbiję później.

Edit:
Muszę jeszcze uściślić; wszystkie te książki, o których mówiłam, przeczytałam przynajmniej po raz drugi, większość z nich po raz n-ty. Żeby poprawić sobie nastrój.

piątek, 28 lipca 2023

O JĘZYKU

     Ostatnio kilka razy trafiłam na różne dyskusje na temat poprawności językowej. Jeden z moich młodszych znajomych zapytał mnie nawet, po co to wszystko? Dlaczego powinno się przestrzegać zasad rządzących językiem? Trudno mi było na to odpowiedzieć jednym zdaniem, więc napisałam tekst na ten temat i wysłałam mu pocztą e-mailową. Kiedy wróciłam do tego tekstu, żeby się zastanowić, czy go zachować, czy skasować, znalazłam w nim kilka, no, może nie ewidentnych błędów, ale usterek. Poprawiłam je, uzupełniłam mój esej o kilka przykładów i wniosków i postanowiłam jednak wykorzystać. Tu, w Kurniku. Zaznaczam; nie jestem alfą i omegą, sama popełniam błędy i nie znam nikogo, kto mówiłby idealnie poprawnie, bo żadne wykształcenie błędami nie ochroni.

    Zdjęcie wcale nie "od czapy", bo jest na nim chrząszcz, słowo trudne 😉

    


    Język to skomplikowany i stary system komunikacji, można nawet, trochę z przymrużeniem oka, uznać go za organizm, bo żyje, ewoluuje, starzeje się, a nawet umiera. Należy, rzec można, do pewnej grupy ludzi, niekoniecznie narodu. Język odzwierciedla a jednocześnie warunkuje sposób myślenia i dowiedziono tego naukowo. Gdyby założyć, że mogą istnieć dwie identyczne osoby i jedynym co je różni, jest znany im język, to te dwie osoby prezentowałyby różny sposób myślenia. Wiadomo też, że osoby znające dwa języki (lub więcej), np. dzieci, które mają różnojęzycznych rodziców, są sprawniejsze umysłowo, lepiej rozwinięte intelektualnie. A trzeba jeszcze powiedzieć, że im bardziej skomplikowany język, tym bardziej skomplikowany sposób myślenia i odwrotnie.
    Zasady rządzące językami są mniej lub bardziej rygorystyczne. W niektórych językach bardzo sztywne, w innych dopuszczają pewną dowolność. Polski jest z tych o sztywnych regułach.
    Nie zajmuję się językiem naukowo, a na dodatek już dawno odeszłam z zawodu. Dla mnie to tylko narzędzie komunikacji, ustnej i pisemnej. Jednak dużo czytam i sporo piszę. Kocham język polski, cenię jego melodię i rytm, i całe to jego skomplikowanie. Lubię się nim bawić, sięgać po archaizmy, budować długie zdania, używać wielu różnych słów. Słownik wyrazów bliskoznacznych to mój najlepszy przyjaciel, prawie tak samo dobrymi przyjaciółmi są słowniki: ortograficzny, poprawnej polszczyzny, języka polskiego, wyrazów obcych - wszystkie mam i używam ich. Tak jak książek w rodzaju: „Gdzie postawić przecinek” lub innych omawiających poprawność językową. Na dodatek skłaniam się w stronę puryzmu językowego, więc trudno mnie przekonać o konieczności np. upraszczania ortografii i ujednolicania pisowni.
    Podam kilka przykładów słów, których jednolita pisownia narobiłaby zamieszania (trzeba jeszcze wziąć poprawkę na to, że w niektórych rejonach Polski spółgłoska dźwięczna na końcu jest wymawiana dźwięcznie, a w innych bezdźwięcznie):

bóg – Bug – buk
rów – ruf (dopełniacz  od: rufa)
stóg – stuk
dróg – druk
Załóżmy, że stóg i stuk piszemy tak samo.  Na potrzebę tego założenia taka historyjka:

    Było wczesne popołudnie, słoneczne i gorące. Ptaki popiskiwały wśród krzewów, z niedalekiego lasu dochodziło stukanie siekier drwali, na łące leżało wyschnięte już siano. Z pobliskiej wsi szła drogą gromadka młodzieży, każdy niósł drewniane grabie. Śmiejąc się i przekomarzając, poskładali siano i tak szybko jak przyszli – zniknęli. Wszystko ucichło. Został tylko stuk.
I teraz konia z rzędem temu, kto zgadnie, co zostało: stóg siana, czy stuk siekier, który dobiegał z lasu, gdzie wciąż pracowali drwale?

    A co się dzieję z odmianą, to już w ogóle woła o pomstę do nieba. Celownik liczby mnogiej to porażka - kotą, kobietą, mężczyzną, jabłką, zamiast kotom, kobietom, mężczyznom, jabłkom… O, jabłkom; a gdyby tak japkom, jak niektórzy? Japkom może przecież oznaczać  celownik liczby mnogiej od  japka (japa - gęba, morda, zdrobnienie japka), czyli: komu? czemu? - tym japkom się przyglądam. No to na co właściwie patrzę? Na owoce, czy na twarze? A takie zdanie: „Oni robiom krzywde kotą.” pokazuje naprawdę często spotykane błędy.
    Kolejna sprawa – niewłaściwe używanie imiesłowu przysłówkowego współczesnego. Do dziś pamiętam, jak polonistka w podstawówce zrobiła nam lekcję „Humor zeszytów”. Naszych oczywiście. Największy wybuch śmiechu spowodowało zdanie: „Idąc, protezy skrzypiały. Imiesłów „idąc” odnosi się do protez. Z tego zdania wynika, ni mniej, ni więcej, że protezy sobie szły (same!) i skrzypiały. Poprawnie byłoby: Kiedy szedł, protezy skrzypiały. Tak samo w zdaniu: Idąc do pracy, padał deszcz. Deszcz szedł do pracy? No nie. Kiedy szłam do pracy, padał deszcz.
    Albo mylenie rządu czasowników. Lubię oglądać programy wnętrzarskie. Czasowniki nadawać i dodawać są w nich  mylone nagminnie i to przez osoby, które właściwie poza tym mówią poprawnie. I tak: nadawać styl, lekkość, elegancję,  ale: dodawać stylu, lekkości, elegancji. Tymczasem z reguły jest odwrotnie, albo raz tak, raz siak. Używanie biernika zamiast dopełniacza i na odwrót jest nagminne.

    To oczywiste, że przestrzeganie reguł językowych nas wzbogaca. Kiedy wiemy, co i jak napisać i powiedzieć, jesteśmy lepiej rozumiani, nie jesteśmy skazani na mówienie monosylabami, na używanie wciąż takiego samego, niewielkiego zasobu słów. Język daje nam poczucie tożsamości, poczucie ciągłości historycznej, na swój sposób zakotwicza w rzeczywistości. Nalegania na ujednolicenie reguł ortograficznych i gramatycznych to - przepraszam - ale zwyczajne lenistwo i lata zaniedbań To również zubażanie  własnego umysłu. Kiedy ja się uczyłam w szkole, za trzy błędy w dyktandzie bezwzględnie dostawało się dwóję (jedynek wtedy nie stawiano), a kiedy uczyłam sama, mało kto to robił. A odmiana rzeczowników na pamięć? Pamiętam słowa nauczycielki: „Nawet jak was obudzą w środku nocy, macie to wyrecytować bezbłędnie!” . Byliśmy odpytywani do skutku, można było zarobić kilka dwój, a  po zaliczeniu te stare się nie resetowały, jak byśmy dziś powiedzieli. I o ile z wieloma wymaganiami moich nauczycieli się nie zgadzałam i nie stosowałam ich w swojej pracy, to to, szczególnie teraz, po latach, wydaje mi się zasadne.

Nie sądzę, żeby kiedyś reguły, szczególnie ortografii, zostały mocno ujednolicone.  Może w jakichś szczególnych przypadkach. Co innego np. pisownia łączna i rozdzielna, odmiana niektórych wyrazów, rząd czasowników. Jednak każde uproszczenie to zmniejszenie stopnia skomplikowania języka, a więc i sposobu myślenia. W jakimś artykule profesor Bralczyk powiedział, że język nam się wzbogaca, ale mowa ubożeje. Nie umiemy sięgać po zasoby naszego języka i czerpać z niego, żeby wyrażać się pięknie i precyzyjnie. A czasem nie chcemy. A do tego wiele złego robi korekta komputerowa, bo jeśli słowo jest poprawne, tzn. nie ma w nim błędu ortograficznego, to program go nie podkreśli, bo nie rozumie tekstu.
    Jednak nie demonizowałabym tej sprawy. W mowie potocznej, w rozmowach na żywo, na komunikatorach, w prywatnych rozmowach, błędy po prostu się zdarzają i nie ma co rozrywać szat nad nimi. Jednak w oficjalnych wypowiedziach, zarówno pisemnych, jak i ustnych, należy się - i języka - pilnować. Bo język powinniśmy szanować, a to oznacza staranność i poprawność. Nie rozumiem, że nie pojmują tego ludzie określający siebie jako patriotów, a co to za patriota, jeśli kaleczy ojczysty język?