Rozejrzałam się, zadumałam, opukałam, pomierzyłam (do wnęki w ścianie moja stara szafa się zmieści). Pootwierałam i poodsłaniałam okna, wpuściłam powietrze i słońce - od razu dom się ożywił! Posiedziałam na schodkach w ogrodzie (okazuje się, że ma prawie pięćset metrów, a nie czterysta) i zakochałam się w nich (w schodkach). Jakoś ich nie zarejestrowałam przy poprzedniej wizji lokalnej. Tylko popatrzcie:
I w tej ścieżce:
![]() | ||||
| Na końcu ścieżki posadziłam bergenię |
Pełno tam omszałych kamieni, w końcu to las. Lubię mchy, tam gdzie ich za dużo, trochę się oczyści i już.
Na skarpie przy tarasie odkryłam mnóstwo różnych płożących się roślin - są zarośnięte trawą, wystarczy je od niej uwolnić.
![]() | |||||
| Na skarpie w głębi, tam gdzie ta paskudna barierka |
Taras od frontu. Wyobraźcie sobie nową barierkę, odnowione okiennice i elewację oczywiście i nowe, wielkie okno, takie do podłogi i bez podziałów, tylko z drzwiami:
Na tarasie też jest kominek, trzeba go nieco podrasować:
![]() |
| Taras obmierzyłam krokami, ma jakieś 18m2 |
A tutaj... tutaj jest idealne miejsce na zadaszony, niewielki taras. Zawsze o tym marzyłam, zawsze! W poprzednim życiu miał on formę wyłącznie werbalną i wirtualną. Wizualizacja była, a jakże, materiał też był, a nawet częściowo zżarły go drewnojady. Różni znajomi do dziś pękają ze śmiechu na wspomnienie roztaczanych wizji. Krótko mówiąc taras będzie tutaj, gdzie nie ma żadnych okien i dach nie zabierze światła wewnątrz budynku. W dodatku łatwo połączy się z tarasem "głównym", na tym samym poziomie, bez żadnych schodków. Widzicie to? Bo ja widzę! Jeśli tylko sił i kasy wystarczy:
Wchodzimy:
Po lewej sypialnia, po prawej łazienka i kuchnia. Mauretański (hrehrehre) łuk triumfalny, w dodatku lekko krzywy, oczywiście zniknie w szybkich abcugach.
Tutaj to samo, tylko od strony salonu. To takie niebieskie coś na prawo od drzwi wejściowych to brzydka szafa sklecona z beleczego. Jest tam wnęka i w tę właśnie wnękę spokojnie wejdzie moja stara szafa:
To jest sypialnia. Ciemno, ale to kwestia koloru na ścianach i suficie:
A to drugi (poza salonem) pokój. Tutaj będzie pracownia i pokój gościnny w jednym. Zakładam, że jeśli będą goście, to nie będę pracować. Chyba że goście się uprą, to mogą:
To na razie tyle w kwestii posiadłości.
Pojechałyśmy z D. do pobliskiej wsi, w której jest fajna klamociarnia. I to był błąd. Nie dość, że nie powinnam absolutnie niczego kupować, a wręcz przeciwnie, to jeszcze zakochałam się w pewnej przepięknej sofie i teraz ona nie daje mi spokoju:
Próbuję ją sobie obrzydzić, że zaraz będzie okłaczona, że pieski, że koty... ale nie, to nie działa.
Nie dałam rady oprzeć się temu:
Podobno jest to ryczka do fortepianu. Jeśli tak, muszę teraz kupić fortepian:)
Ryczka jest zapaprana jakimś paskudnym, praczkowatych i zgrulonym lakierem, ale ja ją odczyszczę! Ryczka kosztowała kilka złotówek, więc nie zmagam się z wyrzutami sumienia. Jeszcze mniej złotówek, bo dwie, kosztowało to. Pojemnik do oleju, czy cuś:
To (duża cukiernica?) kosztowało złotówek pięć:
Nie mogłam tego tam zostawić, nieprawdaż?
Wracałyśmy obok takiej oto figury. Na szczycie jest Matka Boska, ale nie zmieściła mi się w kadrze, chyba z wrażenia. Bez komentarza:
I na koniec roślinki dla Rabarbary, co to na śmierć zapomniałam jak się nazywają, ale na pewno zaraz się dowiem. Na zdjęciu dowód, że rosną pod iglakami, całkowicie w cieniu. Mają drobne, niebieskawo-różowawe kwiatki:






















































