niedziela, 14 października 2018

Idzie nowe...

Pracowity i przepiękny (przynajmniej meteorologicznie) weekend dobiega końca. Wczoraj wybrałam się rzucić pańskim okiem na włości, jako że jutro w tej sprawie godzina zero - ostatnia szansa, aby, jakby co...
Rozejrzałam się, zadumałam, opukałam, pomierzyłam (do wnęki w ścianie moja stara szafa się zmieści). Pootwierałam i poodsłaniałam okna, wpuściłam powietrze i słońce - od razu dom się ożywił! Posiedziałam na schodkach w ogrodzie (okazuje się, że ma prawie pięćset metrów, a nie czterysta) i zakochałam się w nich (w schodkach). Jakoś ich nie zarejestrowałam przy poprzedniej wizji lokalnej. Tylko popatrzcie:
I w tej ścieżce:


Na końcu ścieżki posadziłam bergenię



Wokół studni miały być hosty, ale nie pamiętałam, że tam są kamienie, beton i to ustrojstwo z hydroforem. Hosty wylądowały więc w innym miejscu.
Pełno tam omszałych kamieni, w końcu to las. Lubię mchy, tam gdzie ich za dużo, trochę się oczyści i już.

Na skarpie przy tarasie odkryłam mnóstwo różnych płożących się roślin - są zarośnięte trawą, wystarczy je od niej uwolnić.
Na skarpie w głębi, tam gdzie ta paskudna barierka    
Taras od frontu. Wyobraźcie sobie nową barierkę, odnowione okiennice i elewację oczywiście i nowe, wielkie okno, takie do podłogi i bez podziałów, tylko z drzwiami:

Na tarasie też jest kominek, trzeba go nieco podrasować:
 
Taras obmierzyłam krokami, ma jakieś 18m2
A tutaj... tutaj jest idealne miejsce na zadaszony, niewielki taras. Zawsze o tym marzyłam, zawsze! W poprzednim życiu miał on formę wyłącznie werbalną i wirtualną. Wizualizacja była, a jakże, materiał też był, a nawet częściowo zżarły go drewnojady. Różni znajomi do dziś pękają ze śmiechu na wspomnienie roztaczanych wizji. Krótko mówiąc taras będzie tutaj, gdzie nie ma żadnych okien i dach nie zabierze światła wewnątrz budynku. W dodatku łatwo połączy się z tarasem "głównym", na tym samym poziomie, bez żadnych schodków. Widzicie to? Bo ja widzę! Jeśli tylko sił i kasy wystarczy:

Ogród mniej więcej zaliczony, przechodzimy do wnętrz.
Wchodzimy:
Po lewej sypialnia, po prawej łazienka i kuchnia. Mauretański (hrehrehre) łuk triumfalny, w dodatku lekko krzywy, oczywiście zniknie w szybkich abcugach.

Tutaj to samo, tylko od strony salonu. To takie niebieskie coś na prawo od drzwi wejściowych to brzydka szafa sklecona z beleczego. Jest tam wnęka i w tę właśnie wnękę spokojnie wejdzie moja stara szafa:
To jest sypialnia. Ciemno, ale to kwestia koloru na ścianach i suficie:
A to drugi (poza salonem) pokój. Tutaj będzie pracownia i pokój gościnny w jednym. Zakładam, że jeśli będą goście, to nie będę pracować. Chyba że goście się uprą, to mogą:
To na razie tyle w kwestii posiadłości.
Pojechałyśmy z D. do pobliskiej wsi, w której jest fajna klamociarnia. I to był błąd. Nie dość, że nie powinnam absolutnie niczego kupować, a wręcz przeciwnie, to jeszcze zakochałam się w pewnej przepięknej sofie i teraz ona nie daje mi spokoju:

Próbuję ją sobie obrzydzić, że zaraz będzie okłaczona, że pieski, że koty... ale nie, to nie działa.
Nie dałam rady oprzeć się temu:




Podobno jest to ryczka do fortepianu. Jeśli tak, muszę teraz kupić fortepian:)
Ryczka jest zapaprana jakimś paskudnym, praczkowatych i zgrulonym lakierem, ale ja ją odczyszczę! Ryczka kosztowała kilka złotówek, więc nie zmagam się z wyrzutami sumienia. Jeszcze mniej złotówek, bo dwie, kosztowało to. Pojemnik do oleju, czy cuś:

To (duża cukiernica?) kosztowało złotówek pięć:

Nie mogłam tego tam zostawić, nieprawdaż?
Wracałyśmy obok takiej oto figury. Na szczycie jest Matka Boska, ale nie zmieściła mi się w kadrze, chyba z wrażenia. Bez komentarza:




I na koniec roślinki dla Rabarbary, co to na śmierć zapomniałam jak się nazywają, ale na pewno zaraz się dowiem. Na zdjęciu dowód, że rosną pod iglakami, całkowicie w cieniu. Mają drobne, niebieskawo-różowawe kwiatki:


piątek, 12 października 2018

Historia (współczesna) pewnego łóżeczka

Dzisiaj będzie weekendowo, relaksacyjnie i wypoczynkowo. Poważne tematy czekają w kolejce, ale niech czekają. Pogoda przechodzi koło ludzkiego pojęcia (związek frazeologiczny stworzony przez moją - naonczas - kilkuletnią córkę), jest wręcz gorąco i trzeba to wykorzystać.
Pojadę jutro na jeszcze nie całkiem moje nowe gumienko i posadzę trochę roślin. Jestem nienormalna.
Mieszkająca tam koleżanka doniosła mi, że tam również jest klamociarnia i że dzisiaj w niej była i ten...
Poza tym w lesie są rydze.
A przedtem zrobiłam Wałkowi łóżeczko. Zima idzie, nie chcę, aby chłopak spał w koszyczku bezpośrednio na podłodze (w tych momentach, gdy nie śpi ze mną w łóżku lub na którymś fotelu). To wszak piwniczna izba i od dołu ciągnie chłodem.
Zaczęłam tak:
Znalazłam w garażu małą paletę i niewykorzystane ogrodowe płotki. Poleciałam do Leroy i nabyłam puszkę farby Luxens "Miami" w kolorze jak widać, bez żadnego mieszania (to nie jest lokowanie produktu!) za 14.99 PLN oraz pojemnik benzyny lakowej za 7 PLN czy coś koło tego. I wyszło tak:
Gałki to stare uchwyty od kredensu, no i dudek (też stary).
Pierwsze przymiarki






Jak widać, niebieski trzyma mnie nadal.
Poza tym, cóż, jesień...


Znajdź na zdjęciu kota...



Jutro postaram się zrobić trochę zdjęć, którymi się oczywiście podzielę. Nie ośmieliłabym się tego nie zrobić. Nie wiem tylko, czy zdążę ze wszystkim co sobie zaplanowałam:)

wtorek, 9 października 2018

Historia zwyczajna, niezwyczajna


Dzisiaj mówi nasza świeża współprowadząca, Lilka B.
A nie mówiłam, że ma w zanadrzu niejedną ciekawą historię?
 ---
W sumie jak zwykle nie wiem od czego zacząć. No bo dla kogo może być interesująca druga wojna i lata 50 XX wieku? No już chyba, że tylko dla Kurnika:)
*

Kiedyś, w drodze na rodzinny pogrzeb, kuzyn zapytał mnie: A pamiętasz? Że był w naszej rodzinie lotnik odznaczony przez królową angielską? Oczywiście że pamiętam, przecież wystarczy, że moja i jego mama o tym wiedziały. O kurczę, złapaliśmy się na tym, że oto odchodzi pokolenie, które przeżyło wojnę i które wszystkie tajemnice zabiera ze sobą - a my, jak dzieci we mgle, łudzimy się, że wśród żywych nadal pozostaje ktoś, kto powie nam jak to było. Rozejrzałam się w myślach i zastanowiłam, kto mógłby nam coś podpowiedzieć? Niestety, zdałam sobie sprawę, że wszyscy już odeszli. A my, kolejne pokolenie, stare już baby i dziady, zostaliśmy z paluszkiem w ustach. I w krótkich porteczkach!
Wróciłam do domu i popadłam w długą medytację. W końcu śmierć zawsze jest trochę mistyczna i zawsze jest niezgłębioną tajemnicą.
Od czego zacząć poszukiwania? Takie szperanie to niby nie była dla mnie pierwszyzna. Dobra, myślę sobie, wrzucę na Myheritage zapytanie. Założyłam tam bezpłatne konto (14 dni za darmo) i czekałam. Nie minęło kilka godzin, a tu BUM! Pisze pan P., że żona się bardzo ucieszy, bo właśnie poszukuje jakichkolwiek informacji o swoim dziadku. No to byłam w domu! Następnego dnia informacje się potwierdziły, miałam pewność, że piszemy o tym samym członku rodziny. Historia jednak okazała się ciekawsza niż początkowo zakładałam.
**

Pisze więc do mnie pani K. maila następującej treści: Mój dziadek J.P. ożenił się z J.C. i miał syna K. i córkę J., która jest moją mamą. Mama traumatycznie wspomina dzieciństwo, do tego stopnia, że nie chodzi na cmentarz i denerwuje się jak ją o coś pytam w sprawie dziadka czy babci. Dlatego też postanowiłam złożyć prośbę do IPN o udostępnienie mi teczki dziadka.

Zdobywam zaufanie po wspólnym ustaleniu, że mój pradziadek i jej pra-pradziadek to jedna i ta sama osoba. Po kilku dniach pani K. przesyła mi fragment pochodzący z IPN-owskiej teczki, z 1947 roku, a dotyczący przesłuchania jej dziadka, a mojego wujka. Przesłuchującym jest jakiś ubek :
Zamurowało mnie! Toż to historia jak z filmu "Jak rozpętałem II wojnę światową"! A więc mieszkał u mojego dziadka na Belwederskiej 4. W zeznaniu nie ma adresu. Być może dlatego, że w momencie przesłuchania dom już nie istniał (jak potem ustaliłam, w chwili składania zeznań był rok 1948). Znalazłam też błąd w dacie, powinno być: (...) w 1935 wstąpiłem jako ochotnik do lotnictwa...” a nie w 1945 (nawet ubecy mylili się w istotnych datach!) Dywizjon 305 i 307! Szkoda, że nie 303. No cóż, nie można mieć wszystkiego! Czytam kilkakrotnie. Grotowice... Grotowice??? Przecież gdzieś tam jako mała dziewczynka jeździłam na wiejskie wakacje! Od razu czuję zapach pajdy chleba ze śmietaną i cukrem! Niedaleko jest przecież Rzeczyca. Pamiętam ją z odpustu, wszystko było takie kolorowe i piękne. Wyszukuję przez internet: parafia Rzeczyca.
Szperam, szperam i znowu BUM! Wszystko układa mi się w całość. Znajduję artykuł pt. "Stuletni ułan spod Kocka" a tam… jak wół jest napisane:
"Domagała (to ten tytułowy ułan), ranny w nogę, szedł do Grotowic trzy miesiące. Tu leczyła go dziedziczka, dr Maria Zdziarska – Zalewska, która później świadczyła o jego wojennej ranie i kombatanckiej przeszłości. Ta przeszłość nie urwała się z chwilą powrotu z wojny. Jego i szwagra, lotnika, szukali ostro Niemcy. Nie znaleźli, wzięli do aresztu żonę z kilkumiesięcznym synkiem przy piersi. Przesiedziała trzy tygodnie. Mąż i brat nie wyszli z ukrycia, bo wiadomo było – śmierć za wrześniową kampanię. Wkrótce w okolicy zjawił się "Szalony major" Hubal ze swoim oddziałem. Domagała, wraz ze szwagrem,  lotnikiem z "Lwowskich Puchaczy", który też dotarł z wojny w rodzinne strony, szybko nawiązał kontakt z partyzantami. P. przez Włochy przedarł się do Anglii. Bił się w Dywizjonie 305. Zdobył Srebrny Krzyż Virtuti Militari. Możliwe, że to pierwowzór postaci jednego z hubalczyków z filmu Bohdana Poręby, żołnierza – pilota o podobnych wojennych losach…..”

AAAAaaaa! Wszystko już rozumiem! To dlatego w czasie przesłuchania brakuje tego fragmentu życiorysu. Hubalowe wojsko długo było be! Czymś trzeba było zapełnić lukę w czasie, aby ubek się nie zorientował. Stąd opowieści, że wydostał się z Polski przez Węgry, Jugosławię, Grecję, Turcję, Palestynę, Kanał Sueski, Morze Czerwone i dookoła Afryki:). Musiał być nieźle skołowany cały ten ubek! Przecież to wszystko jest nie do sprawdzenia!
Teraz wiem, że wydostał się przez Włochy (czyli Węgry i Jugosławia mogły być gdzieś w zasięgu). Faktycznie, wydostać się z Polski pomogła mu dr Maria Zdziarska-Zalewska, która miała liczne kontakty wśród dyplomatów.
Tego samego dnia postanowiłam po raz enty obejrzeć film "Hubal". Tak. Wszystkie fakty świadczą o tym, że to mój wujek posłużył jako pierwowzór postaci granej przez Stanisława Niwińskiego.

***

Myślę jeszcze o jednej tylko rzeczy. Wiem z opowiadań mojej mamy, że jej babcia, a więc żona naszego bohatera, popełniła samobójstwo wieszając się w piwnicy. Czy mam o tym napisać pani K.? Może rodzina skrywała to przed nią? Nic więcej przecież nie wiem. Znam tylko ten fakt.
Jednakże wtedy nie miałam jeszcze pojęcia , że dokopię się tak głęboko, do warstw - nazwijmy je - psychologicznych. Ale o tym w następnym odcinku….
A to ci Lilka B. zrobiła suspens!!!







piątek, 5 października 2018

Veni, vidi. Vici?

Podjęłam dziś ważną, rzekłabym, życiową decyzję. W związku z tym jestem nieco - jak to mawia się u nos - polotano. Nie podjęłam jej z dnia na dzień, trochę myślałam, rozważałam, międliłam w tę i nazad.
Wbrew pozorom nie była to łatwa decyzja. Idzie nowe, a z nim wyzwania. Chciałabym (bardzo) i boję się. Czy to dobra decyzja? Czy dam radę? Ogarnę? Mówi się, że nie boi się tylko głupek bez wyobraźni, to może nie jest ze mną tak źle?
Z oczywistych powodów nie chciałabym zdradzać tutaj zbyt dużo, aczkolwiek nie robię z tego tajemnicy. Towarzyszycie mi w życiowych perturbacjach od pięciu lat, to już kawał życia! Należy Wam się jak psu dom i micha.
A teraz możecie zgadywać co to za decyzja!
Proszszsz:

Zakładam, że zagadka nie była trudna, to jeszcze dodam tylko okoliczności przyrody:

To tam, między dwoma wielkimi wodami!

poniedziałek, 1 października 2018

Post postwakacyjny

Wychodzi na to, że się wykpiwam, żeruję i wykorzystuję. Ale to nieprawda. Nie mogę nie wykorzystać potencjału, jaki sam mi wpada do gąbki, nieprawdaż?
Dzisiaj będzie o wakacjach bez wakacji - coś jak emigracja wewnętrzna:)))
Na wakacjach bez wakacji była MM. Voilà:
Wiecie co, Kurki, urządziłam sobie urlop. Taki urlop „od siebie”. Cały prawie wrzesień postanowiłam, biorąc to co przyniósł mi los, czy jakby to tam nazwać inaczej, przeznaczyć na coś, co nie mieści się w moim standardowym bytowaniu. Mianowicie – odłożyłam wszystko co powinnam, co robię codziennie, co sobie wyznaczam, z czym i z kim muszę się koniecznie zmierzyć, spotkać, zmienić, wymienić, zadzwonić, oddzwonić itp. itd. Totalnie się odcięłam. I zajęłam się tym tylko co przynosi chwila. I wiecie co? Chwila była naprawdę wspaniała. Bo taka wolna. Jakoś udało mi się nie myśleć o tym co tam zalega, że coś zawalam, że ktoś może ma coś za złe… Obejrzałam dwa filmy („Zimną wojnę” po raz drugi i „Kamerdynera” – polecam), byłam w Czeskim Krumlowie, zapuściłam dom – kurz wala się wszędzie, szyby zapaćkane, Baluś niedopieszczony, zaległości w Kurniku i co tam jeszcze…lepiej nie mówić. Ale cóż. Wróciłam i w dwa dni załatwiłam (poza porządkiem w domu – to najmniej ważne) wszystko co było do załatwienia, wszystko jest na swoim miejscu, nic nie „wisi”, nikt nie ucierpiał, a ja mam poczucie, że byłam na prawdziwym urlopie. Gwoli sprawiedliwości muszę jednak dodać, że tak do końca nie byłoby to możliwe bez mojej Siostry, która w tym czasie zajęła się kontaktem z Mamą i pomogła przy Balusiu. Dzięki Siostro. 
Może czasem warto na chwilę, mniejszą lub większą, sobie odpuścić. Często bowiem okazuje się, że przez to nikt nie ucierpiał, a my zyskaliśmy.
Teraz mówię ja, Hana: zgadzam się z Martą w 100%. Często te nasze nieszczęsne powinności są mniej lub bardziej wydumane. Nie mówię o pracy i czynnościach, które rzeczywiście musimy wykonać, aby normalnie funkcjonować. Istnieje jednak mnóstwo spraw i sprawek zupełnie nieistotnych, które spokojnie mogą sobie istnieć bez naszego udziału, a już na pewno mogą zaczekać. Jesteśmy niewolnikami nawyków, powinności, nakazów, zakazów i przymusów narzuconych nam przez... nas samych.
Osobiście pilnie ćwiczę się w łamaniu wyżej wymienionych, z różnym skutkiem. A jak tam z tym u Was?
Parę zdjęć postwakacyjnych dla okrasy. Fotki z Krumlova już widziałyście, a te, których nie widziałyście, za Chiny nie dają się postawić do pionu.
Jesień... Za to tylko o tej porze roku jest takie światło:






 Kabaczki nadal kwitną!