Jako że dziewczyny narzekają na upały, postanowiłam dać wam coś dla ochłody. Akcja bajki dzieje się zimą, więc może troszeczkę odetchniecie mroźnym, zimowym powietrzem...
Bajkę napisałam czas jakiś temu dla mojej kochanej przyjaciółki Kariny.
To jest bajka o
Karusi, co nie może, ale musi... Musi być ciągle zajęta, czy na
co dzień, czy też w święta.
Była sobie raz
dziewczynka o wdzięcznym imieniu Karusia. Karina bowiem brzmiało
zbyt poważnie jak na małą, uśmiechniętą i ruchliwą
dziewczynkę. Lubiła Karusia na spacery długie chodzić, a
szczególnie po lesie, o każdej porze roku. Ostrzegała mama „Nie
chodź tyle po tym lesie, bo licho przyjdzie i cię porwie.” Ale
Karusia tylko pytała, jak to licho wygląda, żeby się go strzec.
Nie bała się niczego i wierzyła, że zawsze sobie poradzi.
Poszła raz
przed świętami Bożego Narodzenia do lasu. Chciała zobaczyć
choinki w pierzynkach ze śniegu, obsypane śnieżnymi gwiazdkami, z
wronami siedzącymi na czubku. Bo taka ustrojona choinka w domu to
już nie to, to jakby ją ubrać w tandetne błyskotki zamiast w
prawdziwe diamenty i brylanty. Weszła Karusia w las, śniegu mnóstwo
było świeżego. Choinki pokryte białym futerkiem, skrzące w
słońcu, na tle tej bieli czerwone gile na gałęziach, szukające
czegoś do jedzenia. „Och, jak cudownie!!” zawołała Karusia. A
czapeczkę miała czerwoną i pięknie się komponowała z bielą
naokoło. „Jaka szkoda, że jestem tu sama i nikomu nie mogę tego
pokazać!” powiedziała do siebie (bo jak wiadomo, jeżeli widzi
się coś pięknego, to trzeba się tym z kimś podzielić, wtedy
odczuwamy to podwójnie).
Westchnęła ze smutkiem i już miała
zawracać do domu, kiedy nagle usłyszała jakiś dziwny dźwięk.
Coś jakby stękanie i pokrzykiwanie, mocno zdenerwowane. Dochodziło
zza kępy małych jodełek. Nieustraszona Karusia postanowiła
sprawdzić co to.
Skradając
się cichutko podeszła do jodełek. Ostrożnie rozgarnęła gałązki
i... Zobaczyła dziwne stworzenie, szamoczące się pomiędzy dwoma
bardzo gęstymi świerkami, które trzymały toto swoimi gałęziami.
„No niech to gęś kopnie, jak ja się stąd wydostanę?! Do licha
pokiego!!!” mamrotało to coś. Wyglądało jak skrzyżowanie
stracha na wróble z diablikami z ludowych baśni. Nie było duże,
więc Karusia nabrała śmiałości. „Czy jakoś ci pomóc?”
zapytała cicho, bo nie chciała go wystraszyć. „O jeju, kto tu!”
wrzasnęło Coś. „Nie bój się, to tylko ja, Karusia” uspokoiła
go dziewczynka. „No masz, kompromitacja za kompromitacją”
jęknęło. „A bo co?” zapytała. „No bo ja jestem Licho, które
miało cię porwać za te samotne spacery po lesie!” Karusia nie
wytrzymała i zaczęła się głośno śmiać „No nie, co to za
licho, co się plącze w gałęziach i wydostać nie umie!” „Ty
się nie śmiej, tylko mi pomóż, bo tu zamarznę” powiedziało
Licho. Ale Karusia wbrew pozorom była ostrożna i zapytała
nieufnie „A jak ci pomogę a ty mnie potem porwiesz?” „Nie
porwę, przysięgam, i tak już wszystko zawaliłem, bo takie
porwanie to musi być z nienacka.” „A co to nienacek?” zdziwiła
się Karusia - „Jakiś gacek, który ci pomaga w porwaniach?” „No
chyba się musisz dokształcić ze słowotwórstwa” zachichotało
Licho - „To znaczy, że muszę porywać nagle i nieoczekiwanie”.
„Dobra, dobra, jestem dopiero w drugiej klasie, to się jeszcze
nauczę. A ty się nie wyśmiewaj, bo cię tu zostawię” zagroziła
Karusia. „Nie, no , przepraszam, tylko już mnie wyplącz stąd!”
poprosiło Licho pokornie.
Karusia
podeszła bliżej i zaczęła wyplątywać Licho z kłujących
gałązek. Okazało się, że to jego podarta kapotka wplątała się
w kolce, a ponieważ Licho było mocno kudłate i nieuczesane, więc
i włosy je unieruchomiły. W końcu się udało i Karusia zobaczyła
jego umorusaną buzię-mordkę i podrapane ręce. „Ojej, biedaku,
jak ty wyglądasz! Nie zostawię cię tak, idziemy do domu!” „Jak
to do domu, ja mieszkam w lesie i porywam niegrzeczne dzieci!”
zawołało Licho „E tam, bzdury opowiadasz, nie będziesz samo tu
świąt spędzało, a moja mama się przekona, że nie ma mnie czym
straszyć.” powiedziała stanowczo Karusia, bo miała dobre
serduszko i żal jej się Licha zrobiło. Licho się w końcu poddało
i poszło z Karusią do jej domku na skraju lasu. Mama je umyła i
dała czyste ubranko, zjedli z Karusią pyszny podwieczorek, ciepłe
mleko i ciasteczka i grali w chińczyka. A wieczorem Licho poszło
spać w kominku i tak mu się spodobało ,że zostało u Karusi w
domu i stało się skrzatem domowym, który opiekował się Karusią
i jej domkiem. Bardzo się zaprzyjaźnili i spędzali dużo czasu
razem. A jak Karusia dorosła i została aktorką (bo zdolna była
bardzo) , to Licho-skrzat towarzyszyło jej wszędzie gdzie się
przeprowadzała i pomagało jej urządzać nowe domki i roztaczało
wszędzie ciepłą domową atmosferę. Aż w końcu wylądowali znów
w małym domku na skraju lasu , ale to już zupełnie inna bajka.
KONIEC
A TERAZ UWAGA - KONKURS!!!
Podobnie jak w przypadku Chaberka z bajki o robotnej Anetce, ogłaszam konkurs na portret Licha! proszę uprzejmie o nadsyłanie portretów na mój adres mikatropik@gmail.com do niedzieli do 20.00, wieczorkiem je zamieszczę i będziem głosować. Zwycięzca otrzyma słoik dżemu morelowego mojej produkcji:)))))
A póki co, troszkę zimy dla ochłody:
Piesuś to Hukała Hany.