niedziela, 10 sierpnia 2014

Mika na wyraju, część 2

Wycieczka zbyt długa nie była, bo mimo miłego wietrzyku upał panował nieziemski. Najfajniej było w wiatrakach. Ucięliśmy sobie pogawędkę z pasjonatem-opiekunem, który te wiatraki z pietyzmem odrestaurował, zorganizował w nich muzeum młynarstwa, oprowadza wycieczki i w ogóle ożywił to miejsce. Jak się okazuje,  jest jedynym bodaj w Polsce fachowcem od wiatraków i wyremontował ich już kilkadziesiąt. Jeśli jest gdzieś w Waszej okolicy odrestaurowany wiatrak, to prawie na pewno jego robota. Zbiera różne przedmioty, niekoniecznie związane z młynarstwem. Kiedyś o nim wspomniałam przy okazji opowieści o złomowisku. Bo to on jest naszą najgroźniejszą konkurencją tamże...
Nie wiedziałam na ten przykład, że główny walec (zapomniałam, jak się nazywa, bo dziwne bardzo te nazwy), na którym trzyma się koło młyńskie wiatraka i cała reszta urządzenia, jest zrobiony z pnia sosny o średnicy 1,5 m, czyli z sosny kilkusetletniej, pamiętającej Mieszka I! Wiatraki zbudowano w XVIII wieku, a całe jego urządzenie działa do dziś! W każdej chwili można tam podrzucić woryszek zboża. Ktoś chętny?
Moja ławeczka taka fajna nie jest:(

Przy wiatrakach mało cienia, więc po pogawędce na temat młynarstwa i zjedzeniu domowego ciasta ze śliwkami udaliśmy się do parku kędy cień i ożywczy szum strumienia:

Przy parku stajnie, albo odwrotnie, w stajniach, jak to w stajniach, konie duże i konie małe:

Dla Agniechy koń mały
Bez komentarza
I to już wszystko z dzisiejszych atrakcji. Mika, po drastycznej zmianie klimatu (z +10 stopni wczoraj w Zakopanem do +35 dzisiaj tutaj), poszła przejrzeć gazetkę i padua. Ja trwam na posterunku. Przyjemnego tygodnia!

sobota, 9 sierpnia 2014

Mika w podróży

Drogie Kury, witam was wyjazdowo od Hany!!! To ja, Mika na wyraju:))) Dotarłam po południu cała, zdrowa, choć w stanie lekkiego otumanienia podróżą. Korki były tylko na początku, na Zakopiance, a potem już poszło gładko.

No co wam będę gadać, mały raj to jest!!! Ogród mimo suszy przepiękny, Hana robi wszystko, żeby go w takim stanie utrzymać i efekt jest rewelacyjny! Po przyjeździe zostaliśmy uraczeni pyszną zapiekanką ze szpinakiem, którą spożyliśmy przed domem  w towarzystwie winka. Następnie była kawa i malinki oraz zwiedzanie ogrodu. Podczas zwiedzania zalegliśmy w miejscu biwakowym, gdzie wkrótce zostało rozpalone ognisko, na którym zostało upieczone mięsko. Na tym miejscu zalegliśmy aż prawie do teraz, gadając i opowiadając sobie różne historie. A towarzyszył nam księżyc w pełni, parę gwiazd i lekki wiaterek, no i zapach dymu z ogniska... A wcale nie towarzyszyły nam komary!!! Wałek i Frodo zapewniali atrakcje artystyczne, kotłując się i bawiąc.  A my z Haną obie stwierdziłyśmy, że czujemy się, jakbyśmy się wczoraj widziały... Jest pięknie, ale troszkę jestem zmęczona, padnę więc pewnie niebawem... Życzę wam dobrej, księżycowej nocki i do jutra!!!!

A było to tak: Czekałam i czekałam wisząc na telefonie, gumno gotowe:
Stół gotowy:
Nawet STYLIZACJĘ zdążyłam zrobić:
I wreszcie! Wtem! Tadam! Są!
Zapiekanka doszła, wino się schłodziło i zapadł wieczór. Ogniomistrz, jak to Ogniomistrz ogień rozniecił:
I księżyc nam sprzyjał, dzisiaj pełnia:
 Czy można chcieć więcej? Tydzień dopiero się zaczyna! Będziemy donosić! I Wam pięknego tygodnia!
To mówiłam ja, Hana.

czwartek, 7 sierpnia 2014

ŚRODA DESZCZOWA A JEDNAK SŁONECZNA...

Lało i lało, całą noc i do połowy środy... W Małopolsce podtopienia, zerwane mosty, linie elektryczne, uszkodzone drogi... Czułam się chwilami jak w Macondo Marqueza. Tam deszcz padał 4 lata, 11 miesięcy i cztery dni... Mam nadzieję, że u nas tak nie będzie. Ale cały deszczowy spleen rozwiały otrzymane właśnie we środę, trzy tajemnicze przesyłki...

PRZESYŁKA NUMER 1.

Zaczęło się od niewielkiej paczuszki , kompletnie nieoczekiwanej. Po otwarciu zobaczyłam głowę wypchanego Licha lub diabełka, co kto woli, a pod serwetką były... ni mniej , ni więcej, tylko marchewkowe muffinki!!!! Z lukrem i cukrowymi kolorowymi pastylkami na wierzchu. Wiemy wszystkie dobrze, któż to wypieka muffinki i rogaliki po nocach! KALIPSO nasza kochana! Nieopatrznie napisałam kiedyś komentując jej nocne wyczyny piekarnicze, że takie muffinki to muszą być pyszne na śniadanie - no i życzenie spełnione! Do paczuszki dołączona była jeszcze piękna karteczka z wycinanką ludową. A oto dokumentacja:

 Kalipso, wielkie dzięki za pyszną niespodziankę!! Muffinki są przepyszne!

PRZESYŁKA NUMER 2

Właściwie przesyłki 2 i 3 przyszły razem, ale muszę pisać po kolei.
A więc przesyłka nr 2 była oczekiwana, jak najbardziej. Otóż mój znany wszystkim ukochany piesuś pod tytułem Tropik rozszarpał pokrowiec swojego wspaniałego łóżeczka , ścieląc sobie bardzo intensywnie. Osobno pokrowca oczywiście kupić nie można, bo przecież należy kupić nowe łóżeczko, za, hmm, dość niebagatelną kwotę. Ale nie z nami takie numery. Idąc po rozum do głowy, napisałam do naszej drogiej koleżanki, ZŁOTEGO KOTA. Ma ona złote ręce i potrafi uszyć ABSOLUTNIE WSZYSTKO!!!  Widziałyście zresztą torbę w kury, którą uszyła dla Hany i torby, które były na aukcji. Kochana ta kobieta zgodziła się naprawić nasz pokrowiec, co też uczyniła wspaniale!
A oto jak wyglądał przed naprawą:



A tak po:


Złoty Kocie, bardzo ci oboje z T. dziękujemy!!!

PRZESYŁKA NUMER 3

Przesyłka numer 3 była drugą wielką niespodzianką. Tym razem od naszej kochanej ORSZULKI.  Jest to książka, a właściwie księga , pod tytułem "Opowieści ostateczne" , napisana przez Leszka Różańskiego, nauczyciela mieszkającego w Izerach. To opowieści, bądź przypowieści , a może legendy związane z tamtymi terenami, toczące się od średniowiecza aż po współczesność. Książka jest pięknie wydana, z barwnymi ilustracjami oddzielonymi bibułkami. Ilustracje wykonała jedna z uczennic autora. Do książki dołączona jest płyta z piosenkami  Piotra Syposza. Delektowanie się tą księgą i muzyką odkładam na chwilę gdy wrócę z podróży.
Książka była owinięta w uroczą torbę na zakupy z motywami lawendowo-prowansalskimi:)))
A oto księga i torba:


A tu jedna z ilustracji ( z kurami!!):


Orszulko, bardzo, bardzo ci dziękuję za te prezenty "od serca"!!

A gwoli ścisłości dodam jeszcze, że przesyłki 2 i 3 zostały przyniesione przez moją koleżankę J, która idąc do mnie spotkała po drodze listonosza , a sama od siebie przywiozła mi jeszcze pyszny włoski ser i opowieści o Toskanii, skąd właśnie wróciła...

Po tym wszystkim nawet deszcz z wrażenia ustał...

Dziewczyny kochane, raz jeszcze dziękuję wam za przepiękne prezenty, waszą serdeczność i sympatię. Piękny ten świat blogowy i ludzie piękni:)))

środa, 6 sierpnia 2014

Na co paczom?

No dooobra, nie będę Was trzymać w niepewności, chociaż aż się prosi kolejny konkurs pt.: Co spotkało Kasię Alzacką? Otóż to Ją spotkało:
Nie wiecie co to jest, bo i skąd? Uwaga, trzymać się, co tam kto ma pod ręką! Jest to mianowicie poducha z wieżą Eiffela, którą wylicytowano podczas naszej aukcji dla Tymianków w marcu! Kasia poduchę wysłała zgodnie z regułami gry, ale onaż nie dotarła do adresatki. Sprawa się ciągnęła, adresatka się przyczaiła i nie zgłaszała pretensji, Kasia posłała w zamian coś innego, jak już w końcu adresatka przyznała się na mękach, że poduchy nie ma, chociaż to nie Kasia zgubiła przesyłkę. I proszę, oto jest! Nazad u Kasi! Ponad cztery miesiące! Piękny wynik. Obu pocztom - francuskiej i polskiej - gratulujemy!

 Pamiętacie niedawny post o czterech krasnoludkach, cellulicie i niespodziance? Kasia Alzacka przysłała zdjęcie, na którym wszyscy patrzą w jednym kierunku. Kasia rzuciła zdjęcie i pojechała do wód. I zostawiła nam ten problem. Dywagacjom nie było końca. A to, że majtki komuś spadły, a to, że stanik, a to, że jedno i drugie, że kaczuszki żółciusie, indyczki malusie, że kotlet i paczom, bo głodni, że ciasto tam stoi i pachnie, że profil mają lepszy, niż ą fas i dlatego bokiem patrzą...
Przy okazji wyszło, że słowo "podomka" wymyślił Tuwim, a "pocztówkę" Sienkiewicz, a konkluzja była taka, że świat jest mały. Bo jest.
Kasia właśnie wróciła od wód i przysłała rozwiązanie tej dręczącej nas (mnie) zagadki. Oto ono:

Paczom... paczom... i co widzom?
A to widzom! Gdyby przewidziano nagrody, wygrałaby Rucianka - obstawiała kociaki. Bo kociaki były dwa!

Jest i czarno-biały chłopczyk! Kotopies!



poniedziałek, 4 sierpnia 2014

LICHA NAD LICHAMI

Fąfary, fąfary!!!! 
ZWYCIĘSTWO NALEŻY DO ,,, AGNIECHY!!!!  - nr 7!!!
Rzutem na taśmę wyprzedziła GOSIANKĘ - nr  5!!!
Agniecha gratuluję zdobycia dżemiku, mam nadzieję, że pomoże w chorobie!

A oto pozostałe autorki:

Nr 1 a,b,c - EWA2



nR 2 - HANA

Nr 3 - OPAKOWANA


Nr 4 - MNEMO

Nr 5 - GOSIANKA - Licho japońskie 

Nr 6 - również GOSIANKA


Nr 7 - AGNIECHA - 1 MIEJSCE!!!
                                                                         
Nr 8 - MARIA NOWICKA
                                                                             


A więc konkurs rozstrzygnięty, zwycięzca ogłoszony!!! Gratulacje ogromne!
Podziękowania dla wszystkich autorek, biorących udział w konkursie, oraz dla Kalipso za urocze Licho nadprogramowe:)))
Wszystkie Licha są przeurocze!!!

niedziela, 3 sierpnia 2014

LICHA RÓŻNIASTE

Dziękuję za odzew w sprawie Licha, to właściwie Ono powinno oceniać, który portret mu się najbardziej podoba, ale my tradycyjnie machniemy ankietę.

A oto portrety Licha :

NR 1a.b.c - jako historyjka

  



Nr 2:


Nr 3:

 Nr 4:



Nr 5:

Nr 6:
Nr 7:
Nr 8:

Jesteście jak zwykle niezawodne! I powiem wam, że wszystkie licha są takie urocze, że nie wiem, na które głosować...

Głosujemy do jutra do 21.00!!!
Przypominam, że głosujemy klikając na odpowiedni numerek w sondzie zamieszczonej z boku po prawej stronie!! 

A tu nadprogramowe Licho Wcielone od Kalipso:


piątek, 1 sierpnia 2014

BAJKA ZIMOWA DLA OCHŁODY

Jako że dziewczyny narzekają na upały, postanowiłam dać wam coś dla ochłody. Akcja bajki dzieje się zimą, więc może troszeczkę odetchniecie mroźnym, zimowym powietrzem...

Bajkę napisałam czas jakiś temu dla mojej kochanej przyjaciółki Kariny.



To jest bajka o Karusi, co nie może, ale musi... Musi być ciągle zajęta, czy na co dzień, czy też w święta.
Była sobie raz dziewczynka o wdzięcznym imieniu Karusia. Karina bowiem brzmiało zbyt poważnie jak na małą, uśmiechniętą i ruchliwą dziewczynkę. Lubiła Karusia na spacery długie chodzić, a szczególnie po lesie, o każdej porze roku. Ostrzegała mama „Nie chodź tyle po tym lesie, bo licho przyjdzie i cię porwie.” Ale Karusia tylko pytała, jak to licho wygląda, żeby się go strzec. Nie bała się niczego i wierzyła, że zawsze sobie poradzi.

Poszła raz przed świętami Bożego Narodzenia do lasu. Chciała zobaczyć choinki w pierzynkach ze śniegu, obsypane śnieżnymi gwiazdkami, z wronami siedzącymi na czubku. Bo taka ustrojona choinka w domu to już nie to, to jakby ją ubrać w tandetne błyskotki zamiast w prawdziwe diamenty i brylanty. Weszła Karusia w las, śniegu mnóstwo było świeżego. Choinki pokryte białym futerkiem, skrzące w słońcu, na tle tej bieli czerwone gile na gałęziach, szukające czegoś do jedzenia. „Och, jak cudownie!!” zawołała Karusia. A czapeczkę miała czerwoną i pięknie się komponowała z bielą naokoło. „Jaka szkoda, że jestem tu sama i nikomu nie mogę tego pokazać!” powiedziała do siebie (bo jak wiadomo, jeżeli widzi się coś pięknego, to trzeba się tym z kimś podzielić, wtedy odczuwamy to podwójnie).
 Westchnęła ze smutkiem i już miała zawracać do domu, kiedy nagle usłyszała jakiś dziwny dźwięk. Coś jakby stękanie i pokrzykiwanie, mocno zdenerwowane. Dochodziło zza kępy małych jodełek. Nieustraszona Karusia postanowiła sprawdzić co to.
Skradając się cichutko podeszła do jodełek. Ostrożnie rozgarnęła gałązki i... Zobaczyła dziwne stworzenie, szamoczące się pomiędzy dwoma bardzo gęstymi świerkami, które trzymały toto swoimi gałęziami. „No niech to gęś kopnie, jak ja się stąd wydostanę?! Do licha pokiego!!!” mamrotało to coś. Wyglądało jak skrzyżowanie stracha na wróble z diablikami z ludowych baśni. Nie było duże, więc Karusia nabrała śmiałości. „Czy jakoś ci pomóc?” zapytała cicho, bo nie chciała go wystraszyć. „O jeju, kto tu!” wrzasnęło Coś. „Nie bój się, to tylko ja, Karusia” uspokoiła go dziewczynka. „No masz, kompromitacja za kompromitacją” jęknęło. „A bo co?” zapytała. „No bo ja jestem Licho, które miało cię porwać za te samotne spacery po lesie!” Karusia nie wytrzymała i zaczęła się głośno śmiać „No nie, co to za licho, co się plącze w gałęziach i wydostać nie umie!” „Ty się nie śmiej, tylko mi pomóż, bo tu zamarznę” powiedziało Licho. Ale Karusia wbrew pozorom była ostrożna i zapytała nieufnie „A jak ci pomogę a ty mnie potem porwiesz?” „Nie porwę, przysięgam, i tak już wszystko zawaliłem, bo takie porwanie to musi być z nienacka.” „A co to nienacek?” zdziwiła się Karusia - „Jakiś gacek, który ci pomaga w porwaniach?” „No chyba się musisz dokształcić ze słowotwórstwa” zachichotało Licho - „To znaczy, że muszę porywać nagle i nieoczekiwanie”. „Dobra, dobra, jestem dopiero w drugiej klasie, to się jeszcze nauczę. A ty się nie wyśmiewaj, bo cię tu zostawię” zagroziła Karusia. „Nie, no , przepraszam, tylko już mnie wyplącz stąd!” poprosiło Licho pokornie.

Karusia podeszła bliżej i zaczęła wyplątywać Licho z kłujących gałązek. Okazało się, że to jego podarta kapotka wplątała się w kolce, a ponieważ Licho było mocno kudłate i nieuczesane, więc i włosy je unieruchomiły. W końcu się udało i Karusia zobaczyła jego umorusaną buzię-mordkę i podrapane ręce. „Ojej, biedaku, jak ty wyglądasz! Nie zostawię cię tak, idziemy do domu!” „Jak to do domu, ja mieszkam w lesie i porywam niegrzeczne dzieci!” zawołało Licho „E tam, bzdury opowiadasz, nie będziesz samo tu świąt spędzało, a moja mama się przekona, że nie ma mnie czym straszyć.” powiedziała stanowczo Karusia, bo miała dobre serduszko i żal jej się Licha zrobiło. Licho się w końcu poddało i poszło z Karusią do jej domku na skraju lasu. Mama je umyła i dała czyste ubranko, zjedli z Karusią pyszny podwieczorek, ciepłe mleko i ciasteczka i grali w chińczyka. A wieczorem Licho poszło spać w kominku i tak mu się spodobało ,że zostało u Karusi w domu i stało się skrzatem domowym, który opiekował się Karusią i jej domkiem. Bardzo się zaprzyjaźnili i spędzali dużo czasu razem. A jak Karusia dorosła i została aktorką (bo zdolna była bardzo) , to Licho-skrzat towarzyszyło jej wszędzie gdzie się przeprowadzała i pomagało jej urządzać nowe domki i roztaczało wszędzie ciepłą domową atmosferę. Aż w końcu wylądowali znów w małym domku na skraju lasu , ale to już zupełnie inna bajka.
KONIEC

A TERAZ UWAGA - KONKURS!!!

Podobnie jak w przypadku Chaberka z bajki o robotnej Anetce, ogłaszam konkurs na portret Licha! proszę uprzejmie o nadsyłanie portretów na mój adres mikatropik@gmail.com do niedzieli do 20.00, wieczorkiem je zamieszczę i będziem głosować.  Zwycięzca otrzyma słoik dżemu morelowego mojej produkcji:)))))

A póki co, troszkę zimy dla ochłody:


Piesuś to Hukała Hany.